Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularnonaukowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2023

Jak przeżyć w starożytnym Egipcie: lekko i dla początkujących


Jak to byłoby żyć w starożytnym Egipcie, mniej więcej w czasach Tutenchamona? Co byłoby na obiad i jakie byłyby możliwości zdobycia pracy? Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć Charlotte Booth w książce „Jak przeżyć w starożytnym Egipcie”. To niedługa, popularnonaukowa pozycja, która rzuciła mi się w oczy właśnie przez wzgląd na temat. Ten starożytny kraj interesuje mnie, odkąd pamiętam, choć absolutnie nie jestem historykiem czy bardziej zaangażowanym hobbystą.

Jak przeżyć w starożytnym Egipcie
Charlotte Booth
Wydawnictwo Poznańskie, 2022

I właściwie ta książka okazała się mniej więcej tym, czego się spodziewałam. Autorka miała na nią całkiem ciekawy pomysł. Czytelnik ma wcielić się w mężczyznę podróżującego do Egiptu, a ona opisuje, co mógłby w nim robić. Nie jest to przy tym żadne szczegółowe opracowanie. Ot, lekka książka po łebkach, która w przystępny sposób przedstawia podstawy, choć na pewno część informacji w niej zawartych warto zweryfikować przed podaniem dalej.

To na pewno fajny tytuł dla osób, które chcą poznać podstawy historii Egiptu przedstawione w ciekawszy sposób niż typowa, historyczna narracja. Może być to też fajny wstęp do bardziej detalicznego riserczu na ten temat, lub np. inspiracja do tworzenia fantastycznych światów. 

Jeśli ktoś szuka właśnie tego typu lektury to jak najbardziej, warto po to sięgnąć. Ale egiptomaniacy raczej nie wyniosą z niej zbyt dużo nowej wiedzy.


poniedziałek, 31 lipca 2023

Krzyk morskich ptaków: piękna i spójna opowieść



Naprawdę nie sądziłam, że ta książka aż tak mi się spodoba. Zwłaszcza po trzech poprzednich ptasich tytułach, które miałam okazję czytać. „Krzyk morskich ptaków” to naprawdę interesująca lektura.

Aby jednak wyjaśnić mój punkt widzenia, może trochę o pozostałych dwóch ptasich książkach, które znam i które mają podobną konstrukcję (jedna pozostała jest o czymś nieco innym). Zaczęłam przygodę z ptasiarskimi książkami od „Rzeczy o ptakach”, przypominającej zbiór ciekawostek o popularnych gatunkach bądź rodzajach/rodzinach zwierząt. Nie wniosła zbyt wiele do mojego życia, była dość nudnawa i miałam poczucie, że większość z tych rzeczy i tak wiedziałam. Druga, „Ptakologia”, ponownie opowiadała o gatunkach/rodzinach/rodzajach ptaków, ale bardziej pod kątem wspomnień autorki. Praca nie wybitna, ale bardziej personalna, w związku z czym ciekawsza.

Krzyk morskich ptaków
Adam Nicolson
wyd. Znak Horysont

Z kolei „Krzyk morskich ptaków” wyróżnia się na ich tle swoim profesjonalizmem. To książka człowieka, który wyraźnie kocha te współczesne dinozaury, ale jednocześnie ma na ich temat potężną wiedzę. Nie sypie wyłącznie faktami naukowymi, ale potwierdza je badaniami, przytaczając faktycznie interesujące badania na temat konkretnych zwierząt. 

Na dodatek jego książka to nie jest wybór jakiś tam losowych ptaków, a wyłącznie ptaków morskich. Dzięki temu ten tytuł jest bardziej spójny, tworzy jednolitą opowieść. Autor nie boi się wspominać o innych zwierzętach, które omówi później i całość przynajmniej wygląda na lepiej zorganizowaną.

Ponadto Adam Nicolson ma dużą wiedzę na temat literatury i naprawdę ładny styl. Dzięki temu ładnie przeplata naukowe fakty różnorodnymi cytatami, a kiedy zachwyca się nad ptakami i porównuje je do innych gatunków to cóż, to naprawdę wspaniale się czyta i momentami aż trudno się nie wzruszyć.

Warto tu jednak dodać, że książka nie bez powodu ma taki tytuł, jaki ma. Jeśli żyjemy z dala od morza czy oceanu, ich krzyku może nie da się usłyszeć na żywo, ale jednak warto czasem sobie przypomnieć, że on wcale taki cichy nie jest. Wiele z przedstawionych gatunków jest zagrożona bądź może być zagrożona, z najróżniejszych powodów. Dlatego nie jest to scricte radosna, sielankowa powieść i osoby szczególnie wrażliwe na takie elementy powinny wziąć to pod uwagę, sięgając po ten tytuł.

Niemniej, moim zdaniem to książka, którą warto wziąć pod uwagę, jeśli szuka się popularnonaukowego tytułu o ptakach.



czwartek, 12 stycznia 2023

Przyszłość ludzkości: wracam do Kaku po latach


Michio Kaku tworzy doskonałe książki dla fanów fantastyki naukowej, którzy jednocześnie nie mają zbyt dużej wiedzy na tematy związane z fizyką, astronomią i innymi ścisłymi dziedzinami. Jego „Przyszłość ludzkości” nie jest wyjątkiem. 

To moje drugie spotkanie z twórczością tego autora i drugie raczej udane. Autor w książce bierze na tapet albo najbliższe plany związane z kolonizacją kosmosu, albo teorie pochodzące z różnorodnych dzieł popkultury, które rozkłada na części pierwsze. Całość książki jest dobrze posegregowana: od tego, co jest nam czasowo najbliższe, do tego, co może czekać nas później. Dzięki temu prowadzi czytelnika przez naszą potencjalną przyszłość w logiczny sposób, który nie pozwala się w lekturze zgubić.

Przyszłość ludzkości
Michio Kaku
wyd. Prószyński i s-ka, 2018

Kaku ma dar do pisania o rzeczach trudnych w prosty sposób. Dzięki temu nawet ja, mając naprawdę niewielką wiedzę w poruszanych przez niego dziedzinach, byłam w stanie podążać za przedstawianymi pomysłami. Jednak to też sprawia, że nie jestem w stanie merytorycznie ocenić samych treści jako takich. Wydaje mi się jednak, że taki styl opowiadania może prowadzić do wielu uproszczeń, dlatego raczej nie traktuje tej pozycji jako zbiór scricte naukowych faktów. To dla mnie raczej ciekawostki przedstawiające, jakby coś potencjalnie mogło działać, a jeśli kiedykolwiek będę potrzebowała rozwinąć któryś z poruszanych przez niego tematów, sięgnę po coś bardziej skupionego na aspektach naukowych.

Niemniej, mimo tej (potencjalnej) wady to moim zdaniem w dalszym ciągu naprawdę solidna, przyjemna w przyswojeniu lektura. Sprawdzi się dobrze szczególnie w przypadku tych czytelników, którzy nie mają (jak ja) zbyt dużej wiedzy tematycznej, ale jednocześnie zastanawiają się, czy wizje przedstawione w ich ulubionych światach fantastycznych faktycznie mogą się ziścić. Tego typu książki są też dla mnie doskonałe jako źródło inspiracji, czy po prostu kotwica dla tych, którzy chcieliby napisać coś fantastycznonaukowego, a nie wiedzą, o jaki koncept i w jaki sposób warto się zaczepić.

Sama pewnie prędko do Kaku nie wrócę. Przeczytałam ten tytuł głównie dlatego, że trochę z przypadku trafił na moją półkę i raczej szybko taka okazja się nie powtórzy. Ale jeśli kiedyś znów przypadkiem wpadnie mi w ręce, z przyjemnością sprawdzę inne przedstawione przez niego teorie.


sobota, 11 września 2021

Rzecz o ptakach: ciekawostkowa książka autobusowo-toaletowa

 

Jakie cechy łączą ludzi i ptaki? Czy mamy podobne zachowania? I jaką naukę możemy wyciągnąć z obcowania z tymi stworzeniami? Noah Strycker, przyrodnik i podróżnik obserwuje świat zwierząt, aby następnie zestawić go z ludzkim.

 

Właściwie nie wiem, czego spodziewałam się po tej książce. „Rzecz o ptakach” trafiła do mnie z wyprzedaży, głównie dlatego, że sama mam papugi, a książek na ich temat po prostu brakuje. Liczyłam przede wszystkim na jakieś ciekawe analizy, które powiedzą mi o tych zwierzętach coś więcej. Aspekt książki, który miał porównywać je do naszych ludzkich zachowań interesował mnie już znacznie mniej.

I niestety, dostałam pozycję kompletnie mnie nieinteresującą. „Rzecz o ptakach” składa się z krótkich rozdziałów. Każdy z nich obejmuje specyficzne zachowanie jednego ptasiego gatunku. Strycker omawia je, często porównując do innych podobnych zachowań zwierząt w przyrodzie (np. ssaków), a następnie przytacza sytuacje, w których ludzie są zbliżeni do ptaków bądź też wyciąga „głębokie” wnioski.

Rzecz o ptakach
Noah Strycker
wyd. Muza, 2017

Na przykład, Strycker zauważa, że śpieszące się kolibry żyją krótko. Wniosek? Ludzie powinni żyć wolniej, bo robimy wszystko zbyt szybko. Z kolei gdy pisze o ptakach mających niezwykłą umiejętność zapamiętywania, przytacza ludzkich geniuszów. Innym razem na podstawie srok tłumaczy, czemu człowiek rozróżnia siebie w lustrze itd., itp. Nie są to żadne daleko idące odkrycia, które mogą faktycznie zmienić coś w życiu dorosłego, dojrzałego człowieka.

„Rzecz o ptakach” przypomina mi więc raczej zbiór ciekawostek. Coś, co czyta się nawet przyjemnie, ale dla mnie jest wtórne, bo… większość z tych rzeczy wiedziałam, domyślałam się lub w razie potrzeby mogłabym informacje na ten temat znaleźć w ciągu kilku sekund w sieci. Nie była to więc książka, która spełniłaby jakiekolwiek moje oczekiwania względem tego typu lektury.

Rozumiem jednak, że jak najbardziej znajdzie swojego czytelnika. Osoby, które niewiele czytają, ale interesują się zwierzętami bądź podstawami psychologii i chciałyby sięgnąć po coś naprawdę lekkiego być może polubią się z tym tytułem. To też może być po prostu dobra książka na „po pracy” bądź też na przejazd autobusem. Rozdziały są krótkie, dlatego można po prostu traktować ją jako odskocznie. Nic nie stoi na przeszkodzie również, aby to był przerywnik dla czytanej aktualnie powieści. Ot, jak masz ochotę, czytasz ciekawostkę o jednym ptaku i czujesz, że urozmaicasz trochę swoje czytelnicze życie, skupiające się wokół kryminałów/romansów/horroru/czegokolwiek innego.

Poza tym jednak nie widzę w tej książce znacznej wartości. Zwłaszcza, że znajdujące się w niej informację naprawdę nie są czymś naprawdę unikatowym. Strycker mówi raczej o dość powszechnie znanych kwestiach, a nie czymś, co dopiero zostało zbadane przez ornitologów. Rozumiem pomysł na tę książkę, ale sama raczej do niej nie wrócę. Stety-niestety na mojej półce stoi jeszcze jedna książka tego pisarza. Na pewno będę więc miała okazję, aby sprawdzić, czy wypada lepiej od „Rzeczy o ptakach”.


sobota, 3 lipca 2021

Kobieca proza SF w Polsce: próbuję zrecenzować pracę badawczą, ale nie umiem

 

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonana, czy powinnam o tej książce w ogóle pisać i w ogóle podejmować się próby jej „recenzji”, ale wydaje mi się, że tak czy siak, warto po prostu dać znać o tym, że istnieje i ewentualnie – poddać się pewnej polemice. Dlatego że to w gruncie rzeczy praca (popularno?)naukowa i nie oszukujmy się, tak naprawdę moja „recenzja” będzie w tym przypadku jeszcze mniej profesjonalna, niż jest zwykle. W końcu specjalizacja w literaturze fantastycznej nie od razu oznacza, że znać się będę na książkach omawiających gatunek. No ale kto, jeśli nie ja?

Kobieca proza science ficion w Polsce. Teoria trzech kręgów
Maria Głowacka
wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, 2018

Chodzi tutaj – jak pewnie dobrze widzicie – o „Kobiecą prozę science fiction w Polsce. Teorie trzech kręgów” Marii Głowackiej. To książka wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego i jeśli chcecie ją znaleźć, znajdziecie ją właśnie na stronie wydawcy. Ja sama kupiłam ją przez wzgląd na moją pracę magisterską i od razu przyznam – tak, była w tym względzie przydatna. Dlatego jeśli piszecie cokolwiek związanego z kobiecą prozą, czy polską fantastyką (głównie z lat 80. XX w.) ta pozycja może się Wam po prostu przydać.

Ale co to właściwie jest za książka? Głowacka bada problem niewielkiej liczby pisarek SF w Polsce. Jak zauważa, o ile współczesne fantasy jest dość popularne wśród autorek, o tyle drugi z głównych podgatunków fantastyki już nie. Szczególnie jeśli mowa o latach 80.  I fakt, z tym trudno się nie zgodzić. Nawet ja, jako osoba która trochę w tym temacie grzebie, znam z tamtego okresu co najwyżej pojedyncze autorki fantasy. Głowacka jednak podaje kilka autorek SF z tamtego okresu. I tu pojawia się mój problem z oceną tej pracy. Autorka skupia się właśnie na latach 80., podając ówczesne problemy i skandale, a ja osobiście… kompletnie nie znam osób, o których ona pisze, przynajmniej jeśli o pisarki właśnie chodzi. Dlatego w tej chwili nie mam narzędzi, by móc obiektywnie ocenić przeprowadzane przez Głowacka analizy.

Autorka w pierwszej części często wspomina np. o mężczyznach trzymających ze sobą „sztamę” i nie wpuszczających kobiet do swojego grona, akceptujących przy tym tylko te panie, które wpasowały się w ich styl bycia. Z jednej strony być może faktycznie tak było. Męskie grono, często pijane w trakcie konwentów, nie zawsze musiało pragnąć kobiecego towarzystwa lub też było względem płci pięknej natarczywe/niemiłe. Nie ma co się oszukiwać, tak bywa.

Z drugiej strony, zdarzało mi się w takich męskich środowiskach bywać… i zawsze byłam w nich mile przyjmowana. Oczywiście, być może te 40 lat temu sytuacja wyglądała nieco inaczej, ale przecież chyba jako ludzie nie zmieniliśmy się aż tak? Poza tym chyba warto zauważyć, że nawet dziś nowa osoba wchodząca do grona zgranych ze sobą ludzi musi dopasować się do zasad grupy. Inaczej nie będzie w niej lubiana. To też wydaje mi się dość normalne? Z tego względu uwagi Głowackiej wydały mi się często dość jednostronne oraz – najzwyczajniej w świecie – niezbyt empatyczne. Bo choć rozumiem, że jakiś problem pewnie był to wydaje mi się, że może autorka nie wzięła pod uwagę wszystkich czynników związanych z tym, czemu kobiety SF piszą rzadziej (np. mogą pisać rzadziej, bo STATYSTYCZNIE rzadziej mają ścisły umysł, a ten gatunek fantastyki tego, na Merlina, wymaga. Ja mocnego SF nie planuje pisać, bo po prostu NIE UMIEM, nie znam się na technikaliach).

Rzecz jasna w książce nie mogło zabraknąć też postaci Macieja Parowskiego i konfliktów z nim związanych, a tak się składa, że o tej wielkiej osobistości dla polskiej fantastyki trochę wiem. Głowacka przywołuje konflikt z jedną z autorek, zauważając, że mimo mijającego czasu, redaktor wcale nie załagodził sporu z nią. Dlaczego? Dlatego że w swojej książce z 2017 roku podkreślał, że choć pomylił się co do Anny Brzezińskiej (z którą też miał olbrzymi konflikt) to druga pisarka nic ważnego po swoim tekście już nie napisała. Badaczka wydaje się być poirytowana faktem, że Parowski stwierdził fakt. A właśnie to zrobił: STWIERDZIŁ FAKT. Nie napisała nic, co by mu się podobało. Więc czemu ma ją lubić i chwalić po latach?

Miałam tę przyjemność, że redaktora mogłam spotkać i mogłam z nim porozmawiać. Nie chcę mówić, że zawsze był osobą sprawiedliwą, że nie popełniał błędów, że czasem nie zdarzyło mu się postąpić źle. Ale wydaje mi się, że gdyby nie lubił kobiet (co zdaje mu się Głowacka zarzucać) to mnie (osobę, dla której mógłby być dziadkiem) tym bardziej traktowałby z góry. A kompletnie nie traktował. Dlatego nie umiem się pozbyć wrażenia, że badaczka jest w tym przypadku bardzo stronnicza, a NIE POWINNA taka być, jako osoba pisząca pracę naukową.

Pod koniec pracy można znaleźć ankietę na pięciu niby-anonimowych współczesnych pisarkach SF, choć tu warto zauważyć, że faktycznie mamy tak mało pisarek tego gatunku, że osoba „siedząca” w fandomie raczej domyśli się, która z ankietowanych to jaka pisarka, przynajmniej częściowo. Sama Głowacka zauważa, że to zbyt mała pula osób, by móc wysnuć jakiekolwiek większe wnioski, nie wnosi to w sumie zbyt wiele, ale może dać pewną perspektywę. I właściwie tu chyba nie ma co dodawać.

Mogłabym oczywiście przytaczać więcej rzeczy, z którymi mam problem, jeśli chodzi o tę pracę, ale po prostu… nie chce. Nie czuje potrzeby. Podsumowując, wydaje mi się, że Głowacka wzięła się za analizę ciekawego problemu, bo właściwie czemu by o takich rzeczach nie mówić, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że przelała w te badanie za dużo samej siebie. Zbyt wiele swoich poglądów, zbyt wiele swoich myśli, bez oddzielania ich od części badawczej. Chociaż kto wie, może to ja się nie znam i się mylę? W końcu żaden ze mnie profesjonalny badacz, a jak wspominałam, lwiej części autorek nawet nie kojarzę. Ale tak czy siak, naprawdę jestem przekonana, że o takich pracach warto mówić.

piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


Nomida zaczarowane-szablony