poniedziałek, 7 grudnia 2020

Black Friday w księgarniach nie istnieje, ale i tak zrobiłam zakupy!

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Wyjaśnijmy sobie jedno: Black Friday i książki to żart. Księgarnie reklamują się, że u nich są TAKIE duże promocje, a gdy człowiek przegląda ofertę okazuje się, że… jest taka jak zawsze. Ceny wcale nie są niższe. „Niedzielny” czytelnik może się na to nabierze, ale ja zbyt często przeglądam ofertę, aby nie wiedzieć, jaki wyglądają ceny większości interesujących mnie tytułów. Dlatego też generalnie nie miałam zamiaru nic kupować, ale po prostu coś mnie tknęło i… no kupiłam. Chociaż właśnie bardziej przez „natchnienie” niż zachłyśnięcie się promocjami, bo dobrą „wyczaiłam” tylko w jednym przypadku.

I ten przypadek to było wydawnictwo Media Rodzina. Generalnie nie jestem zainteresowana ich ofertą: jedyna naprawdę interesująca mnie książka od nich jest już u mnie, „odrobinkę interesujące” już też, a reszta w tej chwili jest mi kompletnie obojętna. W każdym razie, mieli -50% na cały asortyment z darmową wysyłką. To jest naprawdę dobry „deal”, więc skorzystałam.

Pozostałe dwa przypadki zakupów to żadne promocje. Ot, książki z księgarni i z antykwariatu. Jak widzicie po zdjęciach, nie ma tego z resztą nie wiadomo ile. Od poprzedniego wpisu z nowościami też kilka innych rzeczy do mnie przybyło, ale niektórych nawet nie mam już przy sobie, więc po prostu nie mam jak ich pokazać (a z resztą – będą/już są na blogu ich recenzje). Jeśli chcecie być z moją biblioteczką bardziej na bieżąco po prostu zapraszam na mój Instagram. No to teraz czas na drobne omówienie nowości! Lecimy od boku, a potem od góry.



·  „Trylogia snów”, Kerstin Gier – to właśnie te „odrobinkę interesujące” książki z Media Rodziny. „Trylogię czasu” znam od dawna, choć nie mam jej u siebie (Recenzje z 2016: 1, 2, 3). Miała ciekawy koncept, choć koniec końców była dość sztampowym, młodzieżowym romansem fantasy. Tyle, że mam obecnie na półce sporo cięższego SF i wiem, że będę potrzebowała czegoś pomiędzy, a to ma ładne okładki i było sprzedawane w pakiecie (54zł za trzy książki w twardej oprawie, które naprawdę są dobrze wydane). Nie spodziewam się niczego wybitnego, ale Gier to niemiecka autorka, więc jej twórczość ma nieco inny „vibe” niż masowo pisane, amerykańskie fantasy.

· „Pożeracz szarości”, red. Maciej Parowski – pierwsza z używanych rzeczy. Wydana w 1991 roku antologia zawierająca wyróżnione w drugim konkursie „Fantastyki” opowiadania. Chętnie sprawdzę i przeczytam, a co! Nie ma w nim jedynie „Wiedźmina”, bo w podobnym czasie zostało wydane w książce Sapkowskiego.

· „Trzeci najazd Marsjan”, Marek Oramus – to główny powód zakupów u Media Rodziny. Nie miałam pojęcia, że wydali coś Oramusa, a chciałam go od dawna sprawdzić. Niewiele o książce wiem, a samo wydanie wygląda bardzo tanio (stockowa okładka, miękka oprawa, bez żadnych udziwnień), ale liczę na dobre wnętrze.

·         „Peryferal”, William Gibson – gdy znajdę po taniości Ucztę Wyobraźni to nie mogę jej nie wziąć! A że Gibson to bardzo kluczowa dla gatunku postać to po prostu muszę go w końcu poznać. Nie jest to żadna z jego sztandarowych powieści, ale po prostu chętnie go sprawdzę. Używana, choć stan niemal jak nowy. 

· „Kwantowy złodziej”, Hannu Rajaniemi – fińska hard SF; jakiś czas temu kupiłam po taniości drugi i trzeci tom trylogii, więc w końcu przyszedł czas na zakup pierwszego. Właściwie to przez niego zaczęłam szukać używanych książek. Zapłaciłam za tą konkretną 12zł, a książka jest w niemal idealnym stanie. Choć to i tak więcej, niż kosztowały mnie pozostałe części (dałam po dyszce).

·  Sinobrody”, Kurt Vonnegut – nic nie wiem o tym pisarzu poza tym, że jest dobry i sporo osób go czyta. Więc kupiłam z ciekawości. I nie miałam pojęcia, że to jest tak ładnie wydane. Oprawa przypomina złotą „Diunę” z Rebisu: pod obwolutą znajduje się szara i minimalistyczna, twarda oprawa.

· „Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińskapierwszy tom tego cyklu czytałam w 2015 roku. Książka była realizacją mojej nagrody za licealny konkurs fotograficzny i w tamtym czasie nie miałam po prostu finansów, aby ot tak sobie kupić kolejny tom, a potem o tym zapomniałam. Dopiero co jednak miał premierę finał cyklu i tak jakoś… wzięła mnie nostalgia. Chcę sprawdzić, jak wyjdzie mój powrót do Cherezińskiej.


Przy okazji przygotowywania tego wpisu musiałam – oczywiście – wejść w podlinkowane, stare posty i przyznaję, że mam drobne flashbacki z przeszłości. „Trylogie czasu” czytałam chyba po pierwszym powrocie do domu na studiach (zaczęłam w październiku, a do domu wpadłam na chwilę w listopadzie). Nie pamiętałam też, że aż tak narzekałam na brak flaków i krwi w „Koronie śniegu i krwi”, bo dziś jakimś cudem wspominam ją bardzo miło, myśląc raczej o urokliwym języku Cherezińskiej. :D

piątek, 2 października 2020

Co przeczytam i co przeczytałam? Siedem nowości na półkach

 Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Dopiero co wczoraj wrzuciłam Wam post w którym podsumowywałam serie, a dziś uznałam, że na mojej półce jest na tyle dużo nowości, że ponownie mogę coś dla Was napisać i pokazać Wam, co do mnie ostatnio przybyło. Nie są to zatrważające ilości, ale może akurat coś zwróci Waszą uwagę. A jeśli nie – już jutro pojawi się kolejna opinia. A więc krótko i zwięźle: małe chwalenie się nowymi siemioma rzeczami na półce!



Idąc od góry, mamy książki z cyklu „Przygody Gotreka i Felixa”, których akcja rozgrywa się w świecie Warhammera, czyli „Zabójcę trolli” oraz „Zabójcę Skavenów” Williama Kinga. Przyznaję, że właściwie nie znam tego uniwersum, podobnie jak samego autora, ale że są u mnie w mieszkaniu to pewnie prędzej czy później je przeczytam. Bo tak, to takie trochę nie do końca moje pozycje.

Następnie mamy dwie zwierzaczkowe książki. „Dobry piesek!” to książka behawiorysty o wychowaniu szczeniąt, wydana niedawno przez SQN. Kupiłam ją głównie przez cocker spaniela na okładce: kto mnie trochę zna, ten wie, że to ważna dla mnie rasa. W każdym razie na pewno sprawdzę, czy te rady się do czegoś nadają i dam Wam znać. Drugi tytuł wyhaczyłam na którymś z blogów, ale przyznaję, że zgubiłam u kogo. W każdym razie to „Dramat zwierząt domowych” niemieckiego profesora i weterynarza patologa, Achima Grubera.

Następnie mamy Alicjęo której już Wam pisałam. Lektura jest już dawno za mną, ale och, to była naprawdę fajna przygoda! Szczerze polecam: to bardzo ładnie napisana, choć przy tym lekka i dosyć młodzieżowa pozycja.

A na samym dole piękna cegiełka, która przyszła do mnie dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka. To wznowienie „Listów” J. R. R. Tolkiena, za które lada moment planuje się zabrać. Choć wydaje mi się, że czytanie tego zajmie mi dłuższą chwilę.

 

Skoro tych nowości jest mało to łapcie jeszcze zdjęcie książek, które przeczytałam ostatnio. Nie wszystkie, bo jedna mi umknęła, ale jednak. O większości post jest/będzie – jedynym wyjątkiem jest komiksowy „Doom Patrol”. Wybaczcie, ale nie znam się na tyle na komiksach, aby pisać o nich pełnoprawne teksty. W każdym razie najsłabsza z tych książek okazała się „Zmiana” Hugh Howey’a. „Oczy uroczne” Kisiel, „Każde martwe marzenie” Wegnera i „Przedksiężycowi III” Kańtoch to naprawdę dobre rzeczy!

czwartek, 1 października 2020

Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. IV

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


 


Poprzednie podsumowanie cykli (serii), które przeczytałam w całości lub świadomie przestałam je czytać opublikowałam w marcu 2019 roku. Minął już więc ponad rok, a co za tym idzie: chyba warto zrobić aktualizacje! Przypomnę może jednak zasady. Poniżej znajdziecie cykle, które spełniają przynajmniej dwie z poniższych wytycznych:

  • ukazały się w całości, autor zarzeka się, że to zakończona historia, lub już zmarł,
  • kolejne tomy są lub będą, ale ja nie planuje kontynuować cyklu,
  • przeczytałam co najmniej dwa tomy z danego cyklu,
  • książki nie umknęły mi gdzieś w spisie – być może powinnam napisać o innych seriach, ale nie pamiętam.

Mam nadzieję, że sprawa jest jasna, a więc czas to wszystko podsumować. Nim to jednak się stanie zapraszam do poprzednich podsumowań: część I, II, III. Pamiętajcie też, że czasem plany się zmieniają: jeśli cykl ma więcej części to może i mimo braku planów i tak po niego sięgnę. W przeszłości podsumowywałam już „Cykl Anielski” Kossakowskiej czy „Szamankę od umarlaków” Raduchowskiej, a przecież ukazały się kolejne tomy, które przeczytałam.

 

„Garstka z Ustki” Anety Jadowskiej

 

Trup na plaży | Martwy Sezon

Do tej pory ukazały się dwa tomy i obydwa znam, ale nawet, jeśli ukażą się kolejne – nie planuje po nie sięgać. Pierwszy tom był miłą lekturą, która być może nie była wybitna, ale sprawiła mi trochę radości. O kontynuacji nie mogę tego niestety powiedzieć: to kulminacja wszystkiego, co Jadowska robi najgorzej. Ale pełna opinia o „Martwym sezonie” ukaże się tu już niebawem, także oczekujcie!

 

„Heksalogia o Dorze Wilk” Anety Jadowskiej



Tak jak w przypadku „Garstki z Ustki”, tak i tutaj przerwałam lekturę po dwóch tomach i nie planuje do cyklu wracać. To debiutancki cykl autorki, z którym mam tym więcej problemów, im więcej czasu mija od mojej lektury tych dwóch części. Jeśli przeczytam to tylko jeśli znajdę te powieści na dużej wyprzedaży (dajmy na to po 10 złotych za sztukę) lub trafią do mnie przypadkiem. A że są dość poczytne to na to się nie zapowiada. Dwa poznane przeze mnie tomy przypominają niestety bardziej erotyczne fantazje, a nie kryminalne urban fantasy. A jeśli ktoś mnie choć trochę zna to wie, ze to pierwsze w literaturze nieszczególnie mnie interesuje.

 

„Dożywocie” Marty Kisiel


Nie wiem, czy powinnam tu ten cykl wrzucać, bo ostatni tom ukazał się zaledwie w zeszłym roku i kolejne być może się pojawią (nie słyszałam, aby autorka powiedziała serii kategoryczne „nie”). Poza tym istnieje przecież „Małe Licho” bezpośrednio powiązane z tymi historiami, a ono wciąż się „pisze”. Niemniej, z „Dożywociem” jako takim jestem na bieżąco, lubię i polecam, o ile tylko szukacie czegoś lekkiego i komediowego. A jeśli pojawią się kolejne tomy na pewno się za nie zabiorę.

 

„Takeshi Kovacs” Richarda Morgana

Pamiętam, że „Modyfikowany węgiel” czyli pierwszy tom tego cyklu, kupiłam głównie przez wzgląd na tytuł. Do dziś po prostu mnie bawi i uważam, ze to tłumaczenie jest wspaniale absurdalne. Nie zmienia to jednak faktu, że po przeczytaniu wszystkich trzech tomów czuje się zmęczona i nie chce więcej po te książki sięgać. Pierwszy tom naprawdę mi się podobał i do dziś wspominam go pozytywnie, ale kolejne części to potężny spadek jakości. Fajny koncept zmienia się w męski akcyjniak z bardzo niesmacznymi i detalicznie opisanymi scenami erotycznymi. Nie mam zamiaru do tego cyklu wracać, nawet jeśli przypadkiem pojawiłaby się czwarta część.

 

„Kwintet Czasu” Madeleine L’Engle



Choć części cyklu jest więcej, w Polsce ukazały się tylko dwa tomy. To całkiem przyjemna klasyka fantastyki dla dzieci i młodzieży, choć cześć pierwszą wspominam znacznie lepiej, niż drugą. Niemniej, generalnie polecam, ale jednocześnie nie uwielbiam na tyle, aby zabierać się za książki w oryginale i jakoś szczególnie żałować, że ich nie poznam. Ot, przeczytałam, była to nawet miła odskocznia od innych lektur, ciekawa pod kątem badania gatunku. Nic, co krzyczałoby do mnie: „musisz znać dalsze przygody!”

 

„Southern Reach” Jeffa VanderMeera


Ta trylogia to weird fiction (choć chyba nie z tych najbardziej hardcorowych), które opowiada o tajemniczej Stefie X oraz organizacji z nią związanej. Uwielbiam mieć te książki: cudownie wyglądają razem. Jednocześnie jednak przyznam, że każdy kolejny tom męczył mnie ciut bardziej, niż poprzedni. Nie lubię mieć wrażenia zgubienia w treści, a to właściwie jedna z cech tego podgatunku, przez co chcąc nie chcąc, nie jest moim ulubionym. Niemniej, cenię sobie VanderMeera, jego pióro i tęga głowę. Bo to mimo wszystko dobra trylogia. Tylko ja jednak takie powieści toleruje tylko w niewielkich ilościach.

 

„Tamte dni, tamte noce” Andre Acimana


Ten „cykl” to właściwie naprawdę dobra powieść oraz zbiór opowiadań, dopisany po latach po stworzeniu ekranizacji. Powieść jest specyficzna, ale osobiście bardzo ją lubię. Na tę chwilę nie ma chyba innego współczesnego i realistycznego romansu, który wywołałby u mnie bardziej pozytywne emocje. Gorzej z kontynuacją, która w moim odczuciu jest kompletnie niepotrzebna. Niemniej, pamiętajcie, że tom pierwszy nie skupia się na fabule, a na emocjach bohatera, a co za tym idzie: jest specyficzny i naprawdę nie każdemu się spodoba.

 

„Tessa Brown” D. B. Foryś


Choć trzeci tom niedawno się ukazał, ja absolutnie nie planuje po niego sięgać. Ten cykl to bardzo tanie i nienajlepsze warsztatowo czytadła, który próbuje podrabiać „Supernatural”, tylko bardziej po babsku. Z kobietą w roli głównej i z romansem na pół cyklu. To lekka rzecz, tom pierwszy wolę od tomu drugiego. Ale osobiście nie mam zamiaru się zamęczać czytaniem kolejnej średniej/kiepskiej powieści. No chyba że przypadkiem trafię na promocji, czy tam coś.

 

„Bramy światłości t. 1-3” Mai Lidii Kossakowskiej


Tom 1 | Tom 2 | Tom 3

Podsumowanie „Zastępów anielskich” już robiłam, ale od tamtego czasu autorka wydała kolejną powieść z cyklu w trzech tomach. Mam słabość do jej aniołków i z jednej strony żywię do tych książek raczej pozytywne odczucia, z drugiej: gdybym czytała całość obecnie na pewno podeszłabym do nich bardziej krytycznie. Dlatego nie planuje powtarzać. I mam nostalgię, cóż poradzić. Daimon, jego koń czy Razjel to postacie, dla których mam specjalne miejsce w serduszku.

 

„Strange the Dreamer” Laini Taylor


Gdy ktoś szuka amerykańskiej powieści dla młodzieży to ta dylogia jest jedna z niewielu, którą szczerze polecam. Napisana pięknym, poetyckim językiem, z elementami realizmu magicznego, zawieszona gdzieś pomiędzy światami… No to jest dobra rzecz, po prostu! Bardzo lubię obydwa tomy. Jednocześnie muszę ostrzec, że to powieści z nieco wyższym „progiem wejścia” od typowej amerykańskiej książki tego typu. Taylor rozpoczyna swój cykl w sposób bardzo spokojny i delikatny, nie śpieszy się z niczym. Ja to uwielbiam – ale wiem, że osoby będące targetem takich powieści już niekoniecznie.

 

„Sen o krwi” N. K. Jemisin

 

Kolejna dylogia, tym razem już typowo „dla dorosłych”. To fantasy osadzone w świecie zbliżonym do starożytnego Egiptu i już za samo to uwielbiam ten cykl. Bo tamte klimaty to zdecydowanie moje klimaty. Dobrze bawiłam się w trakcie lektury obydwu książek i niezwykle cieszę się z tego, że mam je na półce. Tak po prostu.


Jak widać, wśród przeczytanych królują trylogie, dylogie lub cykle, które przerwałam. Jakoś nic dłuższego w tym okresie mi się nie uzbierało. Oczywiście, nie oznacza to, że takich rzeczy nie czytam. Po prostu łatwiej mi przeczytać do tych trzech tomów i dłuższe cykle wciąż mam w trakcie. Niemniej, parę kolejnych cykli planuje niedługo skończyć, więc trzymajcie kciuki, aby kolejne podsumowanie pojawiło się szybciej! Dawajcie też znać, czy znaleźliście tu coś dla siebie. A może jakieś z tych książek już przeczytaliście?

poniedziałek, 7 września 2020

Kilka sierpniowo-wrześniowych nowości w biblioteczce

 Spotkas mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

No dobrze, dobrze – żeby nie było, że tu same recenzje się pojawiają! W przerwie pomiędzy pisaniem kolejnej opinii i wycieczką do sklepu (lodówka pusta, a coś przydałoby się sobie ugotować, zamiast znów jeść czekoladę, nie?) uznałam, że pokaże Wam te rzeczy, które do mnie trafiły stosunkowo niedawno, a o których tutaj jeszcze nie czytaliście. Bo jak się pojawiła opinia to chyba jasne, że książkę już mam i że nawet przeczytałam i mam, no nie?  

Łapcie więc zdjęcie stosiku i parę słów o książkach z niego. Książek jest dziewięć, z czego pięć od góry to przesyłki od wydawców.

 


Zacznijmy więc od „recenzenckich”, które maja pierwszeństwo w czytaniu i pewnie prędzej o nich tu przeczytacie:

·       „Wcierki rtęciowe i obcęgi” Zofii Karaś – pamiętnik lekarki z Międzywojnia, które zamówiłam na Czytam Pierwszy. Jestem już po lekturze, recenzję prawdopodobnie jeszcze dziś napiszę (i wrzucę w blogowy grafik). Mogę jednak już teraz po prostu polecić. Bo to jest bardzo dobra rzecz.

·       „Kraina Lovecrafta” Matta Ruffa – egzemplarz recenzencki z wydawnictwa W. A. B., który wzięłam, bo słyszałam o serialu. Mam pewne obawy, ale jednocześnie naprawdę wolałabym, by to była po prostu fajna książka. Mam w planach właśnie dziś się za nią zabrać.

·       „Siła niższa” Marty Kisiel – kontynuacja „Dożywocia”; razem z kolejnymi dwoma książkami to oczywiście paczka od Uroborosa. Już przeczytana, recenzja czeka w blogowej kolejce. Urocza, ciepła rzecz.

·       „Oczy uroczne” Marty Kisiel – to kontynuacja „Siły niższej”, choć chyba już nie bezpośrednia. Oczywiście, że chcę przeczytać już-teraz-zaraz! I pewnie wkrótce to zrobię, choć daje sobie chwilę na odetchnięcie od Kisiel.

·       „Płacz” Marty Kisiel – ostatni tom „Trylogii Wrocławskiej”. Znam drugi („Nomen omen”), a ten pewnie przeczytam, jak już w moje ręce trafi pierwszy („Ton”).

No i teraz – egzamplarze „prywatne”, kupione za jednym zamachem na Allegro, u jednego sprzedawcy. Są w bardzo dobrym stanie, część z nich jest jak nowa:

·       „Diabeł na wieży” Anny Kańtoch – jak mam fazę na Kańtoch to mam. A jak było taniej to żal kolejnej jej książki nie wziąć. Ale nim przeczytam ten tytuł to trzeba skończyć „Przedksiężycowych”.

·       „Nowi ludzie” Rafała Kosika – ten sam sprzedawca miał i Kosika, wiec trafił do koszyka. Książka ma parę zabrudzeń na stronach, ale poza tym jest w dobrym stanie. To jakiś zbiór opowiadań; więcej nie wiem i się pewnie nie dowiem dopóki nie przeczytam.

·       „Światy równoległe” Edmunda Wnuka-Lipińskiego – wydaje mi się, że ta książka jest właściwie nowa. Niezbyt piękna, ale że bawię się w „badanie” polskiej fantastyki to na pewno mi się przyda. Dałam za nią jakieś 6zł.

·       „Małpy pana Boga. Słowa” Macieja Parowskiego – właściwie powód dla tych książkowych zakupów. Kupiona chyba za jakieś 18zł, prawie nowa, choć zbyt długo leżała nieczytana (klej jest jakiś „nie ten tego”). Książki Parowskiego nie sa wcale tak łatwo dostępne, a są mi pilnie potrzebne.

 

Tak na sam koniec tego szybkiego wpisu: czy chcecie jakiś zbiorowy post o książkach traktujących o fantastyce teoretycznie? Czytam je zwykle fragmentami, szukając tego, co mi jest potrzebne więc raczej pełnych recenzji nie będę pisać, ale mogę Wam je chociaż przedstawić. Czy byłoby to jakkolwiek przydatne?

 

sobota, 22 sierpnia 2020

Narzeczona: Nieszkodliwa i pusta, czyli typowa Kiera Cass

 

Lady Hollis jest młodą damą, która wraz ze swoimi rodzicami podziela jedno marzenie. Marzenie o dobrym mężu z dobrego domu, dzięki któremu będzie mogła zabłysnąć. I wydaje się, że wszystko dąży do jego spełnienia. Zainteresował się nią przecież sam młody i przystojny król! Gdy wszystko zmierza w stronę zaręczyn, dziewczyna spotyka jednak pewnego młodzieńca, który wywraca jej życie do góry nogami.

 

Wyobraźcie sobie najbardziej pusty i pozbawiony czegokolwiek romans w tak zwanym stylu royal, jaki istnieje. Taki pozbawiony budowania charakterów, taki, który bardziej przypomina szkic, niżeli gotową książkę. Zrobione? Jeśli tak, to właśnie macie przed oczami „Narzeczoną” Kiery Cass.

Niektórzy z Was mogą pamiętać moją opinię o dwóch tomach z cyklu „Rywalki” tej autorki. To nie były dobre książki, ale tom pierwszy wydawał mi się w uroczy sposób niewinny. Im dalej, tym było jednak gorzej, a ja nie miałam ochoty dalej brnąć w zapoznawanie się z tą serią. Uznałam jednak, że minęło dość dużo czasu i mogę spróbować się zapoznać z kolejnym dziełem tejże pani. Kto wie, może rozwinęła się pisarsko? Koniec końców, znam naprawdę sporo głupszych i dużo bardziej szkodliwych powieści, niż „Rywalki” właśnie. „Narzeczona” jest zaś jej najnowszą powieścią, rozpoczynającą nowy cykl, chociaż sam jego klimat jest stosunkowo podobny. Jeśli się nie mylę, obecnie mówi się nawet o nurcie „royal fantasy” wśród książek dla młodzieży i wcale nie dziwię się temu, że tego typu książki są popularne. Motyw Kopciuszka zawsze był dość popytny i lubiany, a to często właśnie ten trop takie dzieła realizują.

Wróćmy jednak do „Narzeczonej”. To książka, która wcale nie ma złej fabularnej bazy. Pozwólcie więc, że ją streszczę, także uwaga: SPOILERY. Nasza główna bohaterka jest damą na dworze, która wpada w oko królowi. Nie jest pewna, czy chce z nim być, jednak jej adorator to piękny, silny człowiek, który doskonale ją traktuje. Niedługo Holis poznaje młodego rzemieślnika, który nie jest przedstawicielem arystokracji i zauważa pewien dysonans. Król ją uwielbia, ale nie pozwala jej na wyrażanie własnego zdania, a im dłużej się znają, tym bardziej despotyczny się wydaje. Owy chłopak z gminu jest zaś ciepły i próbuje zrozumieć naszą główną bohaterkę. W dniu, w którym ma dojść do zaręczyn, Holis orientuje się, że wcale nie chce wyjść za króla  i ucieka z pałacu… dostając zgodę swojego niedoszłego narzeczonego. Jednocześnie robi to trochę z myślą o przyjaciółce, która naprawdę za króla chce wyjść. Holis bierze prędko ślub z ukochanym, jednak całość kończy się politycznym spiskiem (jej nowy mąż okazuje się krewnym władcy zagranicznego królestwa) i dziewczyna cudem uchodzi z życiem, kilka godzin po ślubie zostając wdową.

Oczywiście, to wersja streszczenia mocno skrócona i bez wątków pobocznych. Niemniej, osobiście widzę w tej fabule kilka ciekawych tropów, które można w ciekawy sposób rozwinąć. Mamy przede wszystkim nieco toksycznego związku. Ten temat nie został mocno eksplorowany, ale Cass daje czytelnikowi wyraźne sygnały, że Holis wcale nie byłaby dobrze traktowana po ewentualnym ślubie. Mamy też trochę polityki, mamy przyjaciółkę głównej bohaterki, która chce być królową pomimo kosztów. Mamy trochę akcji i wielką miłość. To naprawdę dałoby się dobrze ograć.

Tyle tylko, że w „Narzeczonej” brakuje tak zwanego „mięsa”. Tu nie ma dobrze przedstawionego świata. Fabuła osadzona jest w jakiś-tam-dawnych-czasach, ale jakich? To już nie ma znaczenia, bo bohaterzy myślą i mówią w bardzo współczesny sposób. Niby mamy jakieś konflikty polityczne, ale i to nie jest wystarczająco dobrze opisane. Holis nie ma dobrej chemii z absolutnie żadną postacią i właściwie… sama nie ma szczególnie wiele charakteru. Jej adoratorzy prawią jej komplementy, nic o niej nie wiedząc, nawet w przypadku tej jej „prawdziwej miłości”. Z resztą, sam król też nie jest postacią zupełnie złą, bo w gruncie rzeczy ten człowiek o Holis naprawdę próbuje się troszczyć.

Poza tym to jest ten rodzaj powieści, który bierze na tapet wszelkie klisze. Jeśli spróbujecie na szybko sklecić jakąś pseudo-baśniowo-historyczną opowieść pewnie wyjdzie Wam coś mniej więcej takiego. Przecież w tym świecie przedstawionym bale i miłostki to kluczowy element życia społecznego na dworze. Niby jakaś polityka tu jest, ale nikt nie traktuje jej poważnie. Niby jakieś inne państwa są… ale nikt nie mówi jakie. Teoretycznie mamy tu do czynienia z fantasy przez wzgląd na odrębny świat i nieco baśniowy klimat, ale w praktyce nie mamy tu ani konkretnego nawiązania do jakiś mitologii bądź legend, ani jakiegoś systemu magicznego, czy innych ras. Właściwie w jej przypadku byłabym gotowa uznać, że to nie „fantasy”, a „royal young adult” właśnie. Bo naprawdę trudno tu mówić o fantastyce.

Koniec końców, jestem gotowa stwierdzić, że Kiera Cass nie rozwinęła się szczególnie jako pisarka. Tworzy to, co się sprzedaje. Robi to w sposób przemyślany, ale pusty i pozbawiony głębi. „Narzeczona” zaś nie jest książką szkodliwą (chwała jej za to), ale nie wnoszącą absolutnie niczego ciekawego do literatury. Jeśli więc potrzebujecie kompletnego odmóżdżenia i nie liczycie na nic więcej to po tę powieść sięgnąć można. Jeśli jednak zależy Wam na dobrym romansie, czy ciekawej przygodzie to jednak radziłabym, aby omijać ją szerokim łukiem.

wtorek, 14 lipca 2020

Cyrk ze zwierzętami czy bez? - nie czytam, więc piszę

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Czytanie w ostatnim czasie znów „nie idzie” mi tak jak powinno, a że to mnie do bloga zwykle motywuje to nic dziwnego, że zaczęło się tu pojawiać mniej treści. Niemniej, na pewno wkrótce coś się w tym temacie „ruszy”, a w międzyczasie uznałam, że mogę napisać przecież o czymś innym, skoro o książkach i kulturze jako takiej po prostu nie mam ochoty.

Mam wrażenie, że ostatnio Internet wrze – czy to z powodu wyborów, czy to z powodu tego, co ostatnio miało miejsce w „Nowej Fantastyce”. Wrze też z powodu dram związanych z zagranicznymi influencami oraz z powodu obławy na pumę. O polityce czy opowiadaniu Komudy nie mam zamiaru jednak pisać. Nie dość, że to ogólnie rzecz biorąc duże bagno to na dodatek nie czuje się kompetentna, nie śledzę tematu wystarczająco i nie interesuje mnie on na tyle, by wychodzić poza bardziej prywatne dyskusje i rozważania. Inni robią to lepiej ode mnie. Influcencerzy to też raczej nie jest temat „poważny”, który interesuje mnie inaczej niż w formie ciekawostki. Ostatnio jednak męczy mnie jeden z tematów związany ze zwierzętami. Pumy wprawdzie dotyczyć nie będzie, albo będzie dotyczyć jedynie pośrednio, ale wydaje mi się, że wzbudza co najmniej równie gwałtowne emocje.

Chodzi mi mianowicie o kwestię zwierząt i cyrków. Nim jednak przejdę do sedna sprawy, wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy:

·       Moi rodzice to hodowcy psów rasowych – mam więc regularny kontakt ze sporym stadem zwierzaków.

·       Poza psami pod swoją opieką w życiu miałam papugi (w tym przez chwilę „zawodowo”), króliki, kury, owce, żółwia, rybki, kota i jeszcze jakieś ptaszki. Jeździłam też konno i z resztą bardzo chciałabym do tego wrócić.

·       Chętnie zbieram informację na temat zwierząt. Wydaje mi się więc, ze z teorii opieki nad nimi jestem całkiem niezła.

·       Nie jestem wegetarianką, nigdy nawet nie czułam pokusy, aby takową zostać. Zwierzęca krew czy mięso nieszczególnie mnie „rusza” – tak, zdarzało mi się asystować przy zabiegach i „drobnych” operacjach weterynaryjnych (nie mam wykształcenia kierunkowego).

·       Nie jestem profesjonalistą w temacie. Po prostu to wchodzi w obszar moich zainteresowań.

 

Powyższe punkty wydają mi się istotne, byście zrozumieli z jakiej perspektywy to pisze. Jestem zainteresowana – ale staram się nie kierować tylko emocjami w tym względzie. Mam zaplecze związane z hodowlą zwierząt. Z resztą, gdy miałam dosłownie kilka lat moi dziadkowie hodowali kury czy mięsne króliki. Wychowałam się więc z jednej strony w szacunku do zwierząt (nikt nie pozwoliłby mi bić czy umyślnie krzywdzić jakieś żywe stworzenie z powodu kaprysu – co to, to nie), z drugiej strony rozumiejąc, że ich świat to nie koniecznie same tęcze, jednorożce i radość. To wydaje mi się kluczowe w przypadku tego tematu, jako że osoby wypowiadające się na te tematy łatwo popadają w skrajności powiązane z ich wrażliwością i kierowania się emocjami.

Postaram się więc też zachować jak największy obiektywizm, ale że „pełny” jest niemożliwy do zrealizowania, a moja wiedza (jak każdego człowieka) jest ograniczona – z góry przepraszam za ewentualne błędy i skróty myślowe.

Po tym przydługim wstępie zacznijmy więc przechodzić do sedna sprawy.

 

Cyrk jako pewna idea

Żeby zrozumieć w pełni problem, najpierw musimy się zastanowić nad tym czym jest cyrk sam w sobie. Przyznaję, że nie interesuje mnie tego typu rozrywka i ostatnio w takim przybytku byłam mając zaledwie kilka lat. Sama idea współczesnego cyrku wydaje mi się jednak dość prosta. To trupa mobilnych artystów, którzy mają zapewnić widowni rozrywkę. Samo założenie cyrku jako działalności nie jest więc na pewno czymś złym. Przeciwnie, powiedziałabym, że jest wręcz pozytywne. W końcu rozrywka jest kulturą. Może być lepsza, może być gorsza, ale każdy jej element możemy badać i analizować na wiele różnych sposobów. Cyrk traktowany jako idea, a nie konkretne miejsce jest więc tylko kolejnym elementem, o którym możemy mówić, którym możemy się cieszyć, ocenić, krytykować. To coś, co w swoim założeniu może nas w jakimś stopniu rozwinąć, a przynajmniej ja w ten sposób widzę każdy element kultury rozrywkowej.

 

Zwierzęta jako inteligentne stworzenia

Drugim elementem sporu związanego z cyrkami są zwierzęta. Dlatego tu musimy sobie też pewną rzecz wyjaśnić. Większość ssaków i ptaków oraz niektóre gady to stworzenia inteligentne. Istoty, które w naturze wykorzystują swój intelekt do skutecznego zdobywania pokarmu (to chyba w większości przypadków zajmuje im najwięcej czasu), do obrony swojego terytorium i do ogólnie rozumianego przeżycia. Ile razy widzieliście kota czy psa, który czekał, aż samochody na ulicy przestaną jechać, aby mógł grzecznie i bez problemu przejść! To właśnie element dostosowywania się zwierząt do środowiska, wynikające z uczenia się.

Jeśli jednak zamykamy zwierzęta w przysłowiowej klatce to zwykle zapewniamy im pożywienie (nie muszą więc szukać), bezpieczeństwo (nie muszą więc uciekać) i „zdrowie” (bo opieki weterynarza nikt dzikiemu stworzeniu nie zapewni). Żyją więc dłużej, ale każdy kto kiedykolwiek miał zwierzę mądrzejsze od żaby czy węża wie, że jeśli zapewnimy swojemu podopiecznemu tylko „klatkę” z jedzeniem to zwierzę prędko popadnie w apatię, czy nawet depresje. Bo wiele gatunków nie jest głupie i aby w pełni funkcjonować musi mieć zapewnioną możliwość myślenia. Nie bez powodów psom zapewniamy maty węchowe, nie bez powodu kupujemy kotom zabawki itd.

W ten sposób dochodzimy do kwestii z cyrkiem związanej niemal bezpośrednio, bo do sprawy związanej ze szkoleniem, „tresurą” zwierząt. I tą podzieliłabym na dwie kategorie. Po pierwsze, celem szkolenia może być dostosowanie naszego podopiecznego do bezpiecznego i spokojnego życia. W końcu jeśli mamy psa kluczowym jest nauczenie go, aby nie skakał po meblach kuchennych, aby nie wylał się na niego wrzątek. Kluczowe jest nauczenie go załatwiania się na zewnątrz, aby nie brudził nam i sobie przestrzeni życiowej. To chyba nie budzi żadnych większych kontrowersji i jest w pełni zrozumiałe dla wszystkich. Aby zwierzę mogło żyć bezpiecznie, dalej pozostając sobą, musi rozumieć pewne reguły związane z życiem w ludzkim społeczeństwie.

Drugą kategorię określiłabym mianem „rozrywki”. W końcu sztuczek uczymy zwierzęta po to, by móc się tym cieszyć, prawda? Po co pies ma podawać łapę, jeśli nie po to, by wywołać na naszej twarzy uśmiech? Jednocześnie jednak należy tu zwrócić uwagę na to, że jeśli wykorzystujemy tzw. pozytywne metody szkoleni zwierząt (bazujące na nagrodach, nie karach) to ta rozrywka jest obustronna. Jak wspominałam wcześniej, zwierzęta są inteligentne. W naturze uczą się, aby przetrwać. W „domowych” warunkach nie muszą tego robić, ale przecież siedzenie w kącie przez cały dzień jest wbrew ich naturze. Praca z człowiekiem również i dla nich może być rozrywką. Zakładając oczywiście że relacja trenera i zwierzęcia bazuje na pozytywnych metodach.

 

Dzikie zwierzęta w niewoli = coś złego?

To chyba kolejna kwestia, nad którą należy się zastanowić. Kluczowym wydaje mi się pytanie, czy osoba trzymająca zwierzę w niewoli jest w stanie zapewnić mu adekwatne warunki.  Takie, w których stworzenie zachowa zdrowie psychiczne i fizyczne. Dlatego np. trzymanie węża będzie stosunkowo proste (nie wymagają wiele miejsca, są raczej dość „głupie”, nie potrzebują wiele stymulacji), ale tygrysa niezwykle trudne (wymagają olbrzymiej ilości wiedzy i miejsca, specjalistycznego sprzętu itd.). Jeśli jednak dysponujemy odpowiednimi warunkami i wiemy, jak te dobre warunku zapewnić… to czemu niemielibyśmy sobie na owego „tygrysa” pozwolić? To w moich oczach wygląda wręcz jak bardzo dobra symbioza. Człowiek czerpie radość z trzymania zwierzęcia i opieki nad nim, zaś zwierzę otrzymuje bezpieczny dom, w którym nie musi się martwić o pożywienie czy psychiczną stabilność.

Oczywiście zdaje sobie sprawę, że powszechna zgoda na trzymanie tego typu zwierząt może prowadzić do masy nadużyć. Chce jedynie wskazać, że sama idea trzymania zwierząt w niewoli jest co najwyżej neutralna. To, czy uczynimy ją dobrą albo złą zależy już od osoby trzymającej takie stworzenie.

 

Zwierzę i cyrk

I tak powoli dochodzimy do sedna. Czy zwierzęta powinny występować w cyrku?

Chyba Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że moim zdaniem… to zależy. Bo ta sprawa w żadnym razie nie jest czarno-biała.

Zależy, bo każde zwierzę jest inne. Nie każdy osobnik nada się, by występować przed publicznością, ale zwierzęta o konkretnym charakterze, o dobrej socjalizacji może traktować to zupełnie neutralnie. Przecież chociażby niektóre psy regularnie biorą udział w np. konkurach czy pokazach agillity, wykonując cyrkowe sztuczki i jeszcze nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że te zwierzęta (ogólnie ujmując) są przez to męczone i zestresowane. Przeciwnie, zwykle na takich pokazach widzimy entuzjazm tych psiaków.

Zależy, bo wszystko zależy od cyrku. Wyobrażam sobie istnienie cyrków, które podchodzą do swojego zadani typowo zarobkowo, wykorzystując i zwierzęta, i pracujących tam ludzi. Ale wyobrażam sobie też cyrki prowadzone z pasją, które chcą ludzi bawić i być może także edukować; które są zgraną „rodziną” i które zwierzęta jako „rodzinę” traktują.

Zależy, bo nawet przy najlepszych chęciach możemy mieć problem ze znalezieniem odpowiednich ludzi i zwierząt do prowadzenia takiego miejsca.

To naprawdę całkiem złożony problem. I uznawanie, że wszystko zamyka się w twierdzeniu „Cyrki bez zwierząt” jest najzwyczajniej w świecie niezwykle naiwnym podejściem.

 

I tutaj, trochę na zakończenie, chcę się odnieść do trzech, nazwijmy to, źródeł, które trochę mnie do tego wpisu zainspirowały.

Zacznijmy może od serialu dokumentalnego dostępnego na Netflixie. „Król tygrysów” opowiada o ludziach z USA, którzy hodują tygrysy, często w niekoniecznie dobrych warunkach, tworząc coś w stylu interaktywnych ogrodów zoologicznych. Takich, gdzie możemy np. spędzić czas z małym tygrysiątkiem. Serial oczywiście nie ukrywa, że owe tygrysy traktowane są karygodnie, z czym w dużej mierze się zgadzam. Ci negatywni bohaterowie jednak to całkiem charyzmatyczne jednostki, które używają często wcale nie najgorszych argumentów. Uznając, że na przykład możliwość zobaczenia tygrysa na żywo, wzbudza w ludziach empatię i chęć pomocy dzikim, wymierającym gatunkom. I z tym akurat trudno mi się nie zgodzić. Jeśli kogoś chcemy czegoś nauczyć i faktycznie zainteresować problemem to jeśli możemy tę osobę zżyć z tematem w sposób emocjonalny prawdopodobnie osiągniemy lepsze efekty. I cyrk – taki prowadzony wzorcowo, z pasją i wiedzą – ma szansę w ten sposób działać.


Kolejna inspiracją jest małżeństwo prowadzące na Youtube kanał BirdTricks. Te osoby mają doświadczenie zarówno w pracy z papugami problematycznymi, jak i tymi, które biorą udział w różnego rodzaju show. Obydwoje brali udział w cyrkowych przedstawieniach ze swoimi zwierzętami, dodatkowo Dave jest magikiem. Znają więc ten świat od podszewki. Ich papugi zaś są zwierzętami bardzo zadbanymi, a ich podejście wydaje mi się całkiem racjonalne. W którymś z materiałów opowiadali historię słoni z cyrku, które „odratowane” trafiły do zoo… prędko popadając w depresje. Bo tam po prosty się nudziły. Jeśli znacie angielski – bardzo polecam się zapoznać z ich materiałami, bo chyba doskonale pokazują, że można łączyć cyrkowe zaplecze i edukowanie innych w kwestii zwierząt oraz tego, że nasi podopieczni przede wszystkim są właśnie zwierzętami, nie ludźmi. Mają więc swoje własne potrzeby. Powyżej rzecz jasna pokaz właśnie w wykonaniu owego duetu.

Ostatnią jest fanpage na Facebooku – „Cyrk ze zwierzętami”. I tutaj chyba ta inspiracja była najmocniejsza, choć jednocześnie to źródło, nomen omen, uważam za najmniej wartościowe. Bo choć idea jest dobra (wyjaśnienie społeczeństwu, że cyrk =/= krzywdzenie zwierząt), o tyle wykonanie już gorsze. Bo nawoływanie do „zniszczenia zielonej zarazy” trudno nazwać merytorycznym podejściem do tematu, który ma faktycznie ich racje udowodnić. Warto tam zerknąć – choć prowadzący tego miejsca chyba powinni ostrożniej dobierać słowa, publikując treści.


Nomida zaczarowane-szablony