Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/2020/12/31/kwantowy-zlodziej-recenzja/
czwartek, 31 grudnia 2020
poniedziałek, 28 grudnia 2020
piątek, 25 grudnia 2020
wtorek, 22 grudnia 2020
sobota, 19 grudnia 2020
środa, 16 grudnia 2020
niedziela, 13 grudnia 2020
czwartek, 10 grudnia 2020
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Black Friday w księgarniach nie istnieje, ale i tak zrobiłam zakupy!
Wyjaśnijmy sobie jedno: Black Friday i
książki to żart. Księgarnie reklamują się, że u nich są TAKIE duże promocje, a
gdy człowiek przegląda ofertę okazuje się, że… jest taka jak zawsze. Ceny wcale
nie są niższe. „Niedzielny” czytelnik może się na to nabierze, ale ja zbyt
często przeglądam ofertę, aby nie wiedzieć, jaki wyglądają ceny większości
interesujących mnie tytułów. Dlatego też generalnie nie miałam zamiaru nic
kupować, ale po prostu coś mnie tknęło i… no kupiłam. Chociaż właśnie bardziej
przez „natchnienie” niż zachłyśnięcie się promocjami, bo dobrą „wyczaiłam”
tylko w jednym przypadku.
I ten przypadek to było wydawnictwo
Media Rodzina. Generalnie nie jestem zainteresowana ich ofertą: jedyna naprawdę
interesująca mnie książka od nich jest już u mnie, „odrobinkę interesujące” już
też, a reszta w tej chwili jest mi kompletnie obojętna. W każdym razie, mieli
-50% na cały asortyment z darmową wysyłką. To jest naprawdę dobry „deal”, więc
skorzystałam.
Pozostałe dwa przypadki zakupów to żadne
promocje. Ot, książki z księgarni i z antykwariatu. Jak widzicie po zdjęciach,
nie ma tego z resztą nie wiadomo ile. Od poprzedniego wpisu z nowościami też
kilka innych rzeczy do mnie przybyło, ale niektórych nawet nie mam już przy
sobie, więc po prostu nie mam jak ich pokazać (a z resztą – będą/już są na
blogu ich recenzje). Jeśli chcecie być z moją biblioteczką bardziej na bieżąco
po prostu zapraszam na mój Instagram. No to teraz czas na drobne omówienie
nowości! Lecimy od boku, a potem od góry.
· „Trylogia snów”, Kerstin Gier – to właśnie te „odrobinkę interesujące” książki z
Media Rodziny. „Trylogię czasu” znam od dawna, choć nie mam jej u siebie (Recenzje z 2016: 1, 2, 3). Miała
ciekawy koncept, choć koniec końców była dość sztampowym, młodzieżowym romansem
fantasy. Tyle, że mam obecnie na półce sporo cięższego SF i wiem, że będę
potrzebowała czegoś pomiędzy, a to ma ładne okładki i było sprzedawane w
pakiecie (54zł za trzy książki w twardej oprawie, które naprawdę są dobrze
wydane). Nie spodziewam się niczego wybitnego, ale Gier to niemiecka autorka,
więc jej twórczość ma nieco inny „vibe” niż masowo pisane, amerykańskie
fantasy.
· „Pożeracz szarości”, red. Maciej
Parowski – pierwsza z używanych rzeczy. Wydana w 1991 roku antologia
zawierająca wyróżnione w drugim konkursie „Fantastyki” opowiadania. Chętnie
sprawdzę i przeczytam, a co! Nie ma w nim jedynie „Wiedźmina”, bo w podobnym
czasie zostało wydane w książce Sapkowskiego.
· „Trzeci najazd Marsjan”, Marek Oramus – to główny powód zakupów u Media Rodziny. Nie miałam
pojęcia, że wydali coś Oramusa, a chciałam go od dawna sprawdzić. Niewiele o
książce wiem, a samo wydanie wygląda bardzo tanio (stockowa okładka, miękka
oprawa, bez żadnych udziwnień), ale liczę na dobre wnętrze.
·
„Peryferal”, William Gibson – gdy znajdę po taniości Ucztę Wyobraźni to nie mogę
jej nie wziąć! A że Gibson to bardzo kluczowa dla gatunku postać to po prostu
muszę go w końcu poznać. Nie jest to żadna z jego sztandarowych powieści, ale
po prostu chętnie go sprawdzę. Używana, choć stan niemal jak nowy.
· „Kwantowy złodziej”, Hannu Rajaniemi – fińska hard SF; jakiś czas temu kupiłam po
taniości drugi i trzeci tom trylogii, więc w końcu przyszedł czas na zakup
pierwszego. Właściwie to przez niego zaczęłam szukać używanych książek.
Zapłaciłam za tą konkretną 12zł, a książka jest w niemal idealnym stanie. Choć
to i tak więcej, niż kosztowały mnie pozostałe części (dałam po dyszce).
· „Sinobrody”, Kurt Vonnegut – nic nie
wiem o tym pisarzu poza tym, że jest dobry i sporo osób go czyta. Więc kupiłam
z ciekawości. I nie miałam pojęcia, że to jest tak ładnie wydane. Oprawa
przypomina złotą „Diunę” z Rebisu: pod obwolutą znajduje się szara i
minimalistyczna, twarda oprawa.
· „Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińska – pierwszy tom tego cyklu czytałam w 2015 roku.
Książka była realizacją mojej nagrody za licealny konkurs fotograficzny i w
tamtym czasie nie miałam po prostu finansów, aby ot tak sobie kupić kolejny
tom, a potem o tym zapomniałam. Dopiero co jednak miał premierę finał cyklu i
tak jakoś… wzięła mnie nostalgia. Chcę sprawdzić, jak wyjdzie mój powrót do
Cherezińskiej.
Przy okazji przygotowywania tego wpisu musiałam – oczywiście – wejść w podlinkowane, stare posty i przyznaję, że mam drobne flashbacki z przeszłości. „Trylogie czasu” czytałam chyba po pierwszym powrocie do domu na studiach (zaczęłam w październiku, a do domu wpadłam na chwilę w listopadzie). Nie pamiętałam też, że aż tak narzekałam na brak flaków i krwi w „Koronie śniegu i krwi”, bo dziś jakimś cudem wspominam ją bardzo miło, myśląc raczej o urokliwym języku Cherezińskiej. :D
niedziela, 6 grudnia 2020
czwartek, 3 grudnia 2020
poniedziałek, 30 listopada 2020
piątek, 27 listopada 2020
czwartek, 22 października 2020
niedziela, 18 października 2020
czwartek, 15 października 2020
poniedziałek, 12 października 2020
piątek, 9 października 2020
wtorek, 6 października 2020
sobota, 3 października 2020
piątek, 2 października 2020
Co przeczytam i co przeczytałam? Siedem nowości na półkach
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Dopiero co wczoraj wrzuciłam Wam post w
którym podsumowywałam serie, a dziś uznałam, że na mojej półce jest na tyle dużo
nowości, że ponownie mogę coś dla Was napisać i pokazać Wam, co do mnie
ostatnio przybyło. Nie są to zatrważające ilości, ale może akurat coś zwróci
Waszą uwagę. A jeśli nie – już jutro pojawi się kolejna opinia. A więc krótko i
zwięźle: małe chwalenie się nowymi siemioma rzeczami na półce!
Idąc od góry, mamy książki z cyklu „Przygody
Gotreka i Felixa”, których akcja rozgrywa się w świecie Warhammera, czyli „Zabójcę
trolli” oraz „Zabójcę Skavenów” Williama Kinga. Przyznaję, że właściwie nie
znam tego uniwersum, podobnie jak samego autora, ale że są u mnie w mieszkaniu
to pewnie prędzej czy później je przeczytam. Bo tak, to takie trochę nie do
końca moje pozycje.
Następnie mamy dwie zwierzaczkowe
książki. „Dobry piesek!” to książka behawiorysty o wychowaniu szczeniąt, wydana
niedawno przez SQN. Kupiłam ją głównie przez cocker spaniela na okładce: kto
mnie trochę zna, ten wie, że to ważna dla mnie rasa. W każdym razie na pewno
sprawdzę, czy te rady się do czegoś nadają i dam Wam znać. Drugi tytuł
wyhaczyłam na którymś z blogów, ale przyznaję, że zgubiłam u kogo. W każdym
razie to „Dramat zwierząt domowych” niemieckiego profesora i weterynarza patologa,
Achima Grubera.
Następnie mamy „Alicję” o której już Wam pisałam. Lektura jest już dawno za mną, ale och, to była naprawdę fajna
przygoda! Szczerze polecam: to bardzo ładnie napisana, choć przy tym lekka i dosyć
młodzieżowa pozycja.
A na samym dole piękna cegiełka, która
przyszła do mnie dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka. To wznowienie „Listów” J. R.
R. Tolkiena, za które lada moment planuje się zabrać. Choć wydaje mi się, że
czytanie tego zajmie mi dłuższą chwilę.
Skoro tych nowości jest mało to łapcie
jeszcze zdjęcie książek, które przeczytałam ostatnio. Nie wszystkie, bo jedna
mi umknęła, ale jednak. O większości post jest/będzie – jedynym wyjątkiem jest
komiksowy „Doom Patrol”. Wybaczcie, ale nie znam się na tyle na komiksach, aby pisać
o nich pełnoprawne teksty. W każdym razie najsłabsza z tych książek okazała się
„Zmiana” Hugh Howey’a. „Oczy uroczne” Kisiel, „Każde martwe marzenie” Wegnera i
„Przedksiężycowi III” Kańtoch to naprawdę dobre rzeczy!
czwartek, 1 października 2020
Jakie serie ostatnio skończyłam czytać? - podsumowane cz. IV
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Poprzednie
podsumowanie cykli (serii), które przeczytałam w całości lub świadomie
przestałam je czytać opublikowałam w marcu 2019 roku. Minął już więc ponad rok,
a co za tym idzie: chyba warto zrobić aktualizacje! Przypomnę może jednak
zasady. Poniżej znajdziecie cykle, które spełniają przynajmniej dwie z
poniższych wytycznych:
- ukazały się w całości, autor zarzeka się, że to zakończona historia, lub już zmarł,
- kolejne tomy są lub będą, ale ja nie planuje kontynuować cyklu,
- przeczytałam co najmniej dwa tomy z danego cyklu,
- książki nie umknęły mi gdzieś w spisie – być może powinnam napisać o innych seriach, ale nie pamiętam.
Mam
nadzieję, że sprawa jest jasna, a więc czas to wszystko podsumować. Nim to
jednak się stanie zapraszam do poprzednich podsumowań: część I, II, III.
Pamiętajcie też, że czasem plany się zmieniają: jeśli cykl ma więcej części to
może i mimo braku planów i tak po niego sięgnę. W przeszłości podsumowywałam
już „Cykl Anielski” Kossakowskiej czy „Szamankę od umarlaków” Raduchowskiej, a
przecież ukazały się kolejne tomy, które przeczytałam.
„Garstka z Ustki” Anety Jadowskiej
Do
tej pory ukazały się dwa tomy i obydwa znam, ale nawet, jeśli ukażą się kolejne
– nie planuje po nie sięgać. Pierwszy tom był miłą lekturą, która być może nie
była wybitna, ale sprawiła mi trochę radości. O kontynuacji nie mogę tego
niestety powiedzieć: to kulminacja wszystkiego, co Jadowska robi najgorzej. Ale
pełna opinia o „Martwym sezonie” ukaże się tu już niebawem, także oczekujcie!
„Heksalogia o Dorze Wilk” Anety Jadowskiej
Tak
jak w przypadku „Garstki z Ustki”, tak i tutaj przerwałam lekturę po dwóch
tomach i nie planuje do cyklu wracać. To debiutancki cykl autorki, z którym mam
tym więcej problemów, im więcej czasu mija od mojej lektury tych dwóch części.
Jeśli przeczytam to tylko jeśli znajdę te powieści na dużej wyprzedaży (dajmy
na to po 10 złotych za sztukę) lub trafią do mnie przypadkiem. A że są dość
poczytne to na to się nie zapowiada. Dwa poznane przeze mnie tomy przypominają
niestety bardziej erotyczne fantazje, a nie kryminalne urban fantasy. A jeśli
ktoś mnie choć trochę zna to wie, ze to pierwsze w literaturze nieszczególnie
mnie interesuje.
„Dożywocie” Marty Kisiel
Nie
wiem, czy powinnam tu ten cykl wrzucać, bo ostatni tom ukazał się zaledwie w
zeszłym roku i kolejne być może się pojawią (nie słyszałam, aby autorka
powiedziała serii kategoryczne „nie”). Poza tym istnieje przecież „Małe Licho”
bezpośrednio powiązane z tymi historiami, a ono wciąż się „pisze”. Niemniej, z
„Dożywociem” jako takim jestem na bieżąco, lubię i polecam, o ile tylko
szukacie czegoś lekkiego i komediowego. A jeśli pojawią się kolejne tomy na
pewno się za nie zabiorę.
„Takeshi Kovacs” Richarda Morgana
Pamiętam,
że „Modyfikowany węgiel” czyli pierwszy tom tego cyklu, kupiłam głównie przez
wzgląd na tytuł. Do dziś po prostu mnie bawi i uważam, ze to tłumaczenie jest
wspaniale absurdalne. Nie zmienia to jednak faktu, że po przeczytaniu
wszystkich trzech tomów czuje się zmęczona i nie chce więcej po te książki
sięgać. Pierwszy tom naprawdę mi się podobał i do dziś wspominam go pozytywnie,
ale kolejne części to potężny spadek jakości. Fajny koncept zmienia się w męski
akcyjniak z bardzo niesmacznymi i detalicznie opisanymi scenami erotycznymi.
Nie mam zamiaru do tego cyklu wracać, nawet jeśli przypadkiem pojawiłaby się
czwarta część.
„Kwintet Czasu” Madeleine L’Engle
Choć
części cyklu jest więcej, w Polsce ukazały się tylko dwa tomy. To całkiem
przyjemna klasyka fantastyki dla dzieci i młodzieży, choć cześć pierwszą
wspominam znacznie lepiej, niż drugą. Niemniej, generalnie polecam, ale
jednocześnie nie uwielbiam na tyle, aby zabierać się za książki w oryginale i
jakoś szczególnie żałować, że ich nie poznam. Ot, przeczytałam, była to nawet
miła odskocznia od innych lektur, ciekawa pod kątem badania gatunku. Nic, co
krzyczałoby do mnie: „musisz znać dalsze przygody!”
„Southern Reach” Jeffa VanderMeera
Ta
trylogia to weird fiction (choć chyba nie z tych najbardziej hardcorowych),
które opowiada o tajemniczej Stefie X oraz organizacji z nią związanej.
Uwielbiam mieć te książki: cudownie wyglądają razem. Jednocześnie jednak
przyznam, że każdy kolejny tom męczył mnie ciut bardziej, niż poprzedni. Nie
lubię mieć wrażenia zgubienia w treści, a to właściwie jedna z cech tego
podgatunku, przez co chcąc nie chcąc, nie jest moim ulubionym. Niemniej, cenię
sobie VanderMeera, jego pióro i tęga głowę. Bo to mimo wszystko dobra trylogia.
Tylko ja jednak takie powieści toleruje tylko w niewielkich ilościach.
„Tamte dni, tamte noce” Andre Acimana
Ten
„cykl” to właściwie naprawdę dobra powieść oraz zbiór opowiadań, dopisany po
latach po stworzeniu ekranizacji. Powieść jest specyficzna, ale osobiście
bardzo ją lubię. Na tę chwilę nie ma chyba innego współczesnego i
realistycznego romansu, który wywołałby u mnie bardziej pozytywne emocje.
Gorzej z kontynuacją, która w moim odczuciu jest kompletnie niepotrzebna.
Niemniej, pamiętajcie, że tom pierwszy nie skupia się na fabule, a na emocjach
bohatera, a co za tym idzie: jest specyficzny i naprawdę nie każdemu się
spodoba.
„Tessa Brown” D. B. Foryś
Choć
trzeci tom niedawno się ukazał, ja absolutnie nie planuje po niego sięgać. Ten
cykl to bardzo tanie i nienajlepsze warsztatowo czytadła, który próbuje
podrabiać „Supernatural”, tylko bardziej po babsku. Z kobietą w roli głównej i
z romansem na pół cyklu. To lekka rzecz, tom pierwszy wolę od tomu drugiego.
Ale osobiście nie mam zamiaru się zamęczać czytaniem kolejnej
średniej/kiepskiej powieści. No chyba że przypadkiem trafię na promocji, czy
tam coś.
„Bramy światłości t. 1-3” Mai Lidii Kossakowskiej
Podsumowanie
„Zastępów anielskich” już robiłam, ale od tamtego czasu autorka wydała kolejną
powieść z cyklu w trzech tomach. Mam słabość do jej aniołków i z jednej strony
żywię do tych książek raczej pozytywne odczucia, z drugiej: gdybym czytała
całość obecnie na pewno podeszłabym do nich bardziej krytycznie. Dlatego nie
planuje powtarzać. I mam nostalgię, cóż poradzić. Daimon, jego koń czy Razjel
to postacie, dla których mam specjalne miejsce w serduszku.
„Strange the Dreamer” Laini Taylor
Gdy
ktoś szuka amerykańskiej powieści dla młodzieży to ta dylogia jest jedna z
niewielu, którą szczerze polecam. Napisana pięknym, poetyckim językiem, z
elementami realizmu magicznego, zawieszona gdzieś pomiędzy światami… No to jest
dobra rzecz, po prostu! Bardzo lubię obydwa tomy. Jednocześnie muszę ostrzec,
że to powieści z nieco wyższym „progiem wejścia” od typowej amerykańskiej
książki tego typu. Taylor rozpoczyna swój cykl w sposób bardzo spokojny i delikatny,
nie śpieszy się z niczym. Ja to uwielbiam – ale wiem, że osoby będące targetem
takich powieści już niekoniecznie.
„Sen o krwi” N. K. Jemisin
Kolejna
dylogia, tym razem już typowo „dla dorosłych”. To fantasy osadzone w świecie
zbliżonym do starożytnego Egiptu i już za samo to uwielbiam ten cykl. Bo tamte
klimaty to zdecydowanie moje klimaty. Dobrze bawiłam się w trakcie lektury
obydwu książek i niezwykle cieszę się z tego, że mam je na półce. Tak po
prostu.
Jak widać, wśród przeczytanych królują trylogie, dylogie lub cykle, które przerwałam. Jakoś nic dłuższego w tym okresie mi się nie uzbierało. Oczywiście, nie oznacza to, że takich rzeczy nie czytam. Po prostu łatwiej mi przeczytać do tych trzech tomów i dłuższe cykle wciąż mam w trakcie. Niemniej, parę kolejnych cykli planuje niedługo skończyć, więc trzymajcie kciuki, aby kolejne podsumowanie pojawiło się szybciej! Dawajcie też znać, czy znaleźliście tu coś dla siebie. A może jakieś z tych książek już przeczytaliście?
środa, 30 września 2020
niedziela, 27 września 2020
czwartek, 24 września 2020
poniedziałek, 21 września 2020
piątek, 18 września 2020
wtorek, 15 września 2020
sobota, 12 września 2020
środa, 9 września 2020
poniedziałek, 7 września 2020
Kilka sierpniowo-wrześniowych nowości w biblioteczce
Spotkas mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
No
dobrze, dobrze – żeby nie było, że tu same recenzje się pojawiają! W przerwie
pomiędzy pisaniem kolejnej opinii i wycieczką do sklepu (lodówka pusta, a coś
przydałoby się sobie ugotować, zamiast znów jeść czekoladę, nie?) uznałam, że
pokaże Wam te rzeczy, które do mnie trafiły stosunkowo niedawno, a o których
tutaj jeszcze nie czytaliście. Bo jak się pojawiła opinia to chyba jasne, że
książkę już mam i że nawet przeczytałam i mam, no nie?
Łapcie
więc zdjęcie stosiku i parę słów o książkach z niego. Książek jest dziewięć, z
czego pięć od góry to przesyłki od wydawców.
Zacznijmy
więc od „recenzenckich”, które maja pierwszeństwo w czytaniu i pewnie prędzej o
nich tu przeczytacie:
· „Wcierki
rtęciowe i obcęgi” Zofii Karaś – pamiętnik lekarki z Międzywojnia, które zamówiłam
na Czytam Pierwszy. Jestem już po lekturze, recenzję prawdopodobnie jeszcze
dziś napiszę (i wrzucę w blogowy grafik). Mogę jednak już teraz po prostu
polecić. Bo to jest bardzo dobra rzecz.
· „Kraina
Lovecrafta” Matta Ruffa – egzemplarz recenzencki z wydawnictwa W. A. B., który wzięłam,
bo słyszałam o serialu. Mam pewne obawy, ale jednocześnie naprawdę wolałabym,
by to była po prostu fajna książka. Mam w planach właśnie dziś się za nią
zabrać.
· „Siła
niższa” Marty Kisiel – kontynuacja „Dożywocia”; razem z kolejnymi dwoma
książkami to oczywiście paczka od Uroborosa. Już przeczytana, recenzja czeka w
blogowej kolejce. Urocza, ciepła rzecz.
· „Oczy
uroczne” Marty Kisiel – to kontynuacja „Siły niższej”, choć chyba już nie bezpośrednia.
Oczywiście, że chcę przeczytać już-teraz-zaraz! I pewnie wkrótce to zrobię, choć
daje sobie chwilę na odetchnięcie od Kisiel.
· „Płacz”
Marty Kisiel – ostatni tom „Trylogii Wrocławskiej”. Znam drugi („Nomen omen”),
a ten pewnie przeczytam, jak już w moje ręce trafi pierwszy („Ton”).
No i teraz – egzamplarze „prywatne”,
kupione za jednym zamachem na Allegro, u jednego sprzedawcy. Są w bardzo dobrym
stanie, część z nich jest jak nowa:
· „Diabeł
na wieży” Anny Kańtoch – jak mam fazę na Kańtoch to mam. A jak było taniej to
żal kolejnej jej książki nie wziąć. Ale nim przeczytam ten tytuł to trzeba
skończyć „Przedksiężycowych”.
· „Nowi
ludzie” Rafała Kosika – ten sam sprzedawca miał i Kosika, wiec trafił do
koszyka. Książka ma parę zabrudzeń na stronach, ale poza tym jest w dobrym
stanie. To jakiś zbiór opowiadań; więcej nie wiem i się pewnie nie dowiem
dopóki nie przeczytam.
· „Światy
równoległe” Edmunda Wnuka-Lipińskiego – wydaje mi się, że ta książka jest
właściwie nowa. Niezbyt piękna, ale że bawię się w „badanie” polskiej
fantastyki to na pewno mi się przyda. Dałam za nią jakieś 6zł.
· „Małpy
pana Boga. Słowa” Macieja Parowskiego – właściwie powód dla tych książkowych
zakupów. Kupiona chyba za jakieś 18zł, prawie nowa, choć zbyt długo leżała
nieczytana (klej jest jakiś „nie ten tego”). Książki Parowskiego nie sa wcale
tak łatwo dostępne, a są mi pilnie potrzebne.
Tak
na sam koniec tego szybkiego wpisu: czy chcecie jakiś zbiorowy post o książkach
traktujących o fantastyce teoretycznie? Czytam je zwykle fragmentami, szukając
tego, co mi jest potrzebne więc raczej pełnych recenzji nie będę pisać, ale mogę
Wam je chociaż przedstawić. Czy byłoby to jakkolwiek przydatne?
niedziela, 6 września 2020
czwartek, 3 września 2020
poniedziałek, 31 sierpnia 2020
piątek, 28 sierpnia 2020
wtorek, 25 sierpnia 2020
sobota, 22 sierpnia 2020
Narzeczona: Nieszkodliwa i pusta, czyli typowa Kiera Cass
Lady
Hollis jest młodą damą, która wraz ze swoimi rodzicami podziela jedno marzenie.
Marzenie o dobrym mężu z dobrego domu, dzięki któremu będzie mogła zabłysnąć. I
wydaje się, że wszystko dąży do jego spełnienia. Zainteresował się nią przecież
sam młody i przystojny król! Gdy wszystko zmierza w stronę zaręczyn, dziewczyna
spotyka jednak pewnego młodzieńca, który wywraca jej życie do góry nogami.
Wyobraźcie
sobie najbardziej pusty i pozbawiony czegokolwiek romans w tak zwanym stylu
royal, jaki istnieje. Taki pozbawiony budowania charakterów, taki, który
bardziej przypomina szkic, niżeli gotową książkę. Zrobione? Jeśli tak, to
właśnie macie przed oczami „Narzeczoną” Kiery Cass.
Niektórzy
z Was mogą pamiętać moją opinię o dwóch tomach z cyklu „Rywalki” tej autorki.
To nie były dobre książki, ale tom pierwszy wydawał mi się w uroczy sposób
niewinny. Im dalej, tym było jednak gorzej, a ja nie miałam ochoty dalej brnąć
w zapoznawanie się z tą serią. Uznałam jednak, że minęło dość dużo czasu i mogę
spróbować się zapoznać z kolejnym dziełem tejże pani. Kto wie, może rozwinęła
się pisarsko? Koniec końców, znam naprawdę sporo głupszych i dużo bardziej szkodliwych
powieści, niż „Rywalki” właśnie. „Narzeczona” jest zaś jej najnowszą powieścią,
rozpoczynającą nowy cykl, chociaż sam jego klimat jest stosunkowo podobny.
Jeśli się nie mylę, obecnie mówi się nawet o nurcie „royal fantasy” wśród
książek dla młodzieży i wcale nie dziwię się temu, że tego typu książki są
popularne. Motyw Kopciuszka zawsze był dość popytny i lubiany, a to często
właśnie ten trop takie dzieła realizują.
Wróćmy
jednak do „Narzeczonej”. To książka, która wcale nie ma złej fabularnej bazy. Pozwólcie
więc, że ją streszczę, także uwaga: SPOILERY. Nasza główna bohaterka jest damą
na dworze, która wpada w oko królowi. Nie jest pewna, czy chce z nim być,
jednak jej adorator to piękny, silny człowiek, który doskonale ją traktuje.
Niedługo Holis poznaje młodego rzemieślnika, który nie jest przedstawicielem
arystokracji i zauważa pewien dysonans. Król ją uwielbia, ale nie pozwala jej
na wyrażanie własnego zdania, a im dłużej się znają, tym bardziej despotyczny
się wydaje. Owy chłopak z gminu jest zaś ciepły i próbuje zrozumieć naszą
główną bohaterkę. W dniu, w którym ma dojść do zaręczyn, Holis orientuje się,
że wcale nie chce wyjść za króla i
ucieka z pałacu… dostając zgodę swojego niedoszłego narzeczonego. Jednocześnie
robi to trochę z myślą o przyjaciółce, która naprawdę za króla chce wyjść.
Holis bierze prędko ślub z ukochanym, jednak całość kończy się politycznym
spiskiem (jej nowy mąż okazuje się krewnym władcy zagranicznego królestwa) i
dziewczyna cudem uchodzi z życiem, kilka godzin po ślubie zostając wdową.
Oczywiście,
to wersja streszczenia mocno skrócona i bez wątków pobocznych. Niemniej,
osobiście widzę w tej fabule kilka ciekawych tropów, które można w ciekawy
sposób rozwinąć. Mamy przede wszystkim nieco toksycznego związku. Ten temat nie
został mocno eksplorowany, ale Cass daje czytelnikowi wyraźne sygnały, że Holis
wcale nie byłaby dobrze traktowana po ewentualnym ślubie. Mamy też trochę
polityki, mamy przyjaciółkę głównej bohaterki, która chce być królową pomimo
kosztów. Mamy trochę akcji i wielką miłość. To naprawdę dałoby się dobrze
ograć.
Tyle
tylko, że w „Narzeczonej” brakuje tak zwanego „mięsa”. Tu nie ma dobrze
przedstawionego świata. Fabuła osadzona jest w jakiś-tam-dawnych-czasach, ale
jakich? To już nie ma znaczenia, bo bohaterzy myślą i mówią w bardzo
współczesny sposób. Niby mamy jakieś konflikty polityczne, ale i to nie jest
wystarczająco dobrze opisane. Holis nie ma dobrej chemii z absolutnie żadną
postacią i właściwie… sama nie ma szczególnie wiele charakteru. Jej adoratorzy
prawią jej komplementy, nic o niej nie wiedząc, nawet w przypadku tej jej
„prawdziwej miłości”. Z resztą, sam król też nie jest postacią zupełnie złą, bo
w gruncie rzeczy ten człowiek o Holis naprawdę próbuje się troszczyć.
Poza
tym to jest ten rodzaj powieści, który bierze na tapet wszelkie klisze. Jeśli
spróbujecie na szybko sklecić jakąś pseudo-baśniowo-historyczną opowieść pewnie
wyjdzie Wam coś mniej więcej takiego. Przecież w tym świecie przedstawionym
bale i miłostki to kluczowy element życia społecznego na dworze. Niby jakaś
polityka tu jest, ale nikt nie traktuje jej poważnie. Niby jakieś inne państwa
są… ale nikt nie mówi jakie. Teoretycznie mamy tu do czynienia z fantasy przez
wzgląd na odrębny świat i nieco baśniowy klimat, ale w praktyce nie mamy tu ani
konkretnego nawiązania do jakiś mitologii bądź legend, ani jakiegoś systemu
magicznego, czy innych ras. Właściwie w jej przypadku byłabym gotowa uznać, że
to nie „fantasy”, a „royal young adult” właśnie. Bo naprawdę trudno tu mówić o
fantastyce.
Koniec
końców, jestem gotowa stwierdzić, że Kiera Cass nie rozwinęła się szczególnie
jako pisarka. Tworzy to, co się sprzedaje. Robi to w sposób przemyślany, ale
pusty i pozbawiony głębi. „Narzeczona” zaś nie jest książką szkodliwą (chwała
jej za to), ale nie wnoszącą absolutnie niczego ciekawego do literatury. Jeśli
więc potrzebujecie kompletnego odmóżdżenia i nie liczycie na nic więcej to po
tę powieść sięgnąć można. Jeśli jednak zależy Wam na dobrym romansie, czy
ciekawej przygodzie to jednak radziłabym, aby omijać ją szerokim łukiem.
środa, 19 sierpnia 2020
niedziela, 16 sierpnia 2020
wtorek, 14 lipca 2020
Cyrk ze zwierzętami czy bez? - nie czytam, więc piszę
Czytanie
w ostatnim czasie znów „nie idzie” mi tak jak powinno, a że to mnie do bloga
zwykle motywuje to nic dziwnego, że zaczęło się tu pojawiać mniej treści.
Niemniej, na pewno wkrótce coś się w tym temacie „ruszy”, a w międzyczasie
uznałam, że mogę napisać przecież o czymś innym, skoro o książkach i kulturze
jako takiej po prostu nie mam ochoty.
Mam
wrażenie, że ostatnio Internet wrze – czy to z powodu wyborów, czy to z powodu
tego, co ostatnio miało miejsce w „Nowej Fantastyce”. Wrze też z powodu dram
związanych z zagranicznymi influencami oraz z powodu obławy na pumę. O polityce
czy opowiadaniu Komudy nie mam zamiaru jednak pisać. Nie dość, że to ogólnie
rzecz biorąc duże bagno to na dodatek nie czuje się kompetentna, nie śledzę
tematu wystarczająco i nie interesuje mnie on na tyle, by wychodzić poza bardziej
prywatne dyskusje i rozważania. Inni robią to lepiej ode mnie. Influcencerzy to
też raczej nie jest temat „poważny”, który interesuje mnie inaczej niż w formie
ciekawostki. Ostatnio jednak męczy mnie jeden z tematów związany ze
zwierzętami. Pumy wprawdzie dotyczyć nie będzie, albo będzie dotyczyć jedynie
pośrednio, ale wydaje mi się, że wzbudza co najmniej równie gwałtowne emocje.
Chodzi
mi mianowicie o kwestię zwierząt i cyrków. Nim jednak przejdę do sedna sprawy,
wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy:
· Moi
rodzice to hodowcy psów rasowych – mam więc regularny kontakt ze sporym stadem
zwierzaków.
· Poza
psami pod swoją opieką w życiu miałam papugi (w tym przez chwilę „zawodowo”),
króliki, kury, owce, żółwia, rybki, kota i jeszcze jakieś ptaszki. Jeździłam
też konno i z resztą bardzo chciałabym do tego wrócić.
· Chętnie
zbieram informację na temat zwierząt. Wydaje mi się więc, ze z teorii opieki
nad nimi jestem całkiem niezła.
· Nie
jestem wegetarianką, nigdy nawet nie czułam pokusy, aby takową zostać. Zwierzęca
krew czy mięso nieszczególnie mnie „rusza” – tak, zdarzało mi się asystować
przy zabiegach i „drobnych” operacjach weterynaryjnych (nie mam wykształcenia
kierunkowego).
· Nie
jestem profesjonalistą w temacie. Po prostu to wchodzi w obszar moich
zainteresowań.
Powyższe
punkty wydają mi się istotne, byście zrozumieli z jakiej perspektywy to pisze.
Jestem zainteresowana – ale staram się nie kierować tylko emocjami w tym
względzie. Mam zaplecze związane z hodowlą zwierząt. Z resztą, gdy miałam
dosłownie kilka lat moi dziadkowie hodowali kury czy mięsne króliki. Wychowałam
się więc z jednej strony w szacunku do zwierząt (nikt nie pozwoliłby mi bić czy
umyślnie krzywdzić jakieś żywe stworzenie z powodu kaprysu – co to, to nie), z
drugiej strony rozumiejąc, że ich świat to nie koniecznie same tęcze,
jednorożce i radość. To wydaje mi się kluczowe w przypadku tego tematu, jako że
osoby wypowiadające się na te tematy łatwo popadają w skrajności powiązane z
ich wrażliwością i kierowania się emocjami.
Postaram
się więc też zachować jak największy obiektywizm, ale że „pełny” jest niemożliwy
do zrealizowania, a moja wiedza (jak każdego człowieka) jest ograniczona – z
góry przepraszam za ewentualne błędy i skróty myślowe.
Po
tym przydługim wstępie zacznijmy więc przechodzić do sedna sprawy.
Cyrk jako pewna idea
Żeby
zrozumieć w pełni problem, najpierw musimy się zastanowić nad tym czym jest
cyrk sam w sobie. Przyznaję, że nie interesuje mnie tego typu rozrywka i ostatnio
w takim przybytku byłam mając zaledwie kilka lat. Sama idea współczesnego cyrku
wydaje mi się jednak dość prosta. To trupa mobilnych artystów, którzy mają
zapewnić widowni rozrywkę. Samo założenie cyrku jako działalności nie jest więc
na pewno czymś złym. Przeciwnie, powiedziałabym, że jest wręcz pozytywne. W
końcu rozrywka jest kulturą. Może być lepsza, może być gorsza, ale każdy jej
element możemy badać i analizować na wiele różnych sposobów. Cyrk traktowany
jako idea, a nie konkretne miejsce jest więc tylko kolejnym elementem, o którym
możemy mówić, którym możemy się cieszyć, ocenić, krytykować. To coś, co w swoim
założeniu może nas w jakimś stopniu rozwinąć, a przynajmniej ja w ten sposób
widzę każdy element kultury rozrywkowej.
Zwierzęta jako inteligentne stworzenia
Drugim
elementem sporu związanego z cyrkami są zwierzęta. Dlatego tu musimy sobie też
pewną rzecz wyjaśnić. Większość ssaków i ptaków oraz niektóre gady to
stworzenia inteligentne. Istoty, które w naturze wykorzystują swój intelekt do
skutecznego zdobywania pokarmu (to chyba w większości przypadków zajmuje im
najwięcej czasu), do obrony swojego terytorium i do ogólnie rozumianego
przeżycia. Ile razy widzieliście kota czy psa, który czekał, aż samochody na
ulicy przestaną jechać, aby mógł grzecznie i bez problemu przejść! To właśnie
element dostosowywania się zwierząt do środowiska, wynikające z uczenia się.
Jeśli
jednak zamykamy zwierzęta w przysłowiowej klatce to zwykle zapewniamy im pożywienie
(nie muszą więc szukać), bezpieczeństwo (nie muszą więc uciekać) i „zdrowie”
(bo opieki weterynarza nikt dzikiemu stworzeniu nie zapewni). Żyją więc dłużej,
ale każdy kto kiedykolwiek miał zwierzę mądrzejsze od żaby czy węża wie, że
jeśli zapewnimy swojemu podopiecznemu tylko „klatkę” z jedzeniem to zwierzę
prędko popadnie w apatię, czy nawet depresje. Bo wiele gatunków nie jest głupie
i aby w pełni funkcjonować musi mieć zapewnioną możliwość myślenia. Nie bez
powodów psom zapewniamy maty węchowe, nie bez powodu kupujemy kotom zabawki itd.
W
ten sposób dochodzimy do kwestii z cyrkiem związanej niemal bezpośrednio, bo do
sprawy związanej ze szkoleniem, „tresurą” zwierząt. I tą podzieliłabym na dwie
kategorie. Po pierwsze, celem szkolenia może być dostosowanie naszego
podopiecznego do bezpiecznego i spokojnego życia. W końcu jeśli mamy psa
kluczowym jest nauczenie go, aby nie skakał po meblach kuchennych, aby nie
wylał się na niego wrzątek. Kluczowe jest nauczenie go załatwiania się na
zewnątrz, aby nie brudził nam i sobie przestrzeni życiowej. To chyba nie budzi
żadnych większych kontrowersji i jest w pełni zrozumiałe dla wszystkich. Aby
zwierzę mogło żyć bezpiecznie, dalej pozostając sobą, musi rozumieć pewne
reguły związane z życiem w ludzkim społeczeństwie.
Drugą
kategorię określiłabym mianem „rozrywki”. W końcu sztuczek uczymy zwierzęta po
to, by móc się tym cieszyć, prawda? Po co pies ma podawać łapę, jeśli nie po
to, by wywołać na naszej twarzy uśmiech? Jednocześnie jednak należy tu zwrócić uwagę
na to, że jeśli wykorzystujemy tzw. pozytywne metody szkoleni zwierząt
(bazujące na nagrodach, nie karach) to ta rozrywka jest obustronna. Jak
wspominałam wcześniej, zwierzęta są inteligentne. W naturze uczą się, aby
przetrwać. W „domowych” warunkach nie muszą tego robić, ale przecież siedzenie
w kącie przez cały dzień jest wbrew ich naturze. Praca z człowiekiem również i
dla nich może być rozrywką. Zakładając oczywiście że relacja trenera i
zwierzęcia bazuje na pozytywnych metodach.
Dzikie zwierzęta w niewoli = coś złego?
To
chyba kolejna kwestia, nad którą należy się zastanowić. Kluczowym wydaje mi się
pytanie, czy osoba trzymająca zwierzę w niewoli jest w stanie zapewnić mu adekwatne
warunki. Takie, w których stworzenie
zachowa zdrowie psychiczne i fizyczne. Dlatego np. trzymanie węża będzie
stosunkowo proste (nie wymagają wiele miejsca, są raczej dość „głupie”, nie
potrzebują wiele stymulacji), ale tygrysa niezwykle trudne (wymagają olbrzymiej
ilości wiedzy i miejsca, specjalistycznego sprzętu itd.). Jeśli jednak
dysponujemy odpowiednimi warunkami i wiemy, jak te dobre warunku zapewnić… to
czemu niemielibyśmy sobie na owego „tygrysa” pozwolić? To w moich oczach
wygląda wręcz jak bardzo dobra symbioza. Człowiek czerpie radość z trzymania
zwierzęcia i opieki nad nim, zaś zwierzę otrzymuje bezpieczny dom, w którym nie
musi się martwić o pożywienie czy psychiczną stabilność.
Oczywiście
zdaje sobie sprawę, że powszechna zgoda na trzymanie tego typu zwierząt może
prowadzić do masy nadużyć. Chce jedynie wskazać, że sama idea trzymania
zwierząt w niewoli jest co najwyżej neutralna. To, czy uczynimy ją dobrą albo
złą zależy już od osoby trzymającej takie stworzenie.
Zwierzę i cyrk
I
tak powoli dochodzimy do sedna. Czy zwierzęta powinny występować w cyrku?
Chyba
Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że moim zdaniem… to zależy. Bo ta sprawa w
żadnym razie nie jest czarno-biała.
Zależy,
bo każde zwierzę jest inne. Nie każdy osobnik nada się, by występować przed
publicznością, ale zwierzęta o konkretnym charakterze, o dobrej socjalizacji
może traktować to zupełnie neutralnie. Przecież chociażby niektóre psy
regularnie biorą udział w np. konkurach czy pokazach agillity, wykonując
cyrkowe sztuczki i jeszcze nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że te zwierzęta
(ogólnie ujmując) są przez to męczone i zestresowane. Przeciwnie, zwykle na
takich pokazach widzimy entuzjazm tych psiaków.
Zależy,
bo wszystko zależy od cyrku. Wyobrażam sobie istnienie cyrków, które podchodzą
do swojego zadani typowo zarobkowo, wykorzystując i zwierzęta, i pracujących tam
ludzi. Ale wyobrażam sobie też cyrki prowadzone z pasją, które chcą ludzi bawić
i być może także edukować; które są zgraną „rodziną” i które zwierzęta jako „rodzinę”
traktują.
Zależy,
bo nawet przy najlepszych chęciach możemy mieć problem ze znalezieniem
odpowiednich ludzi i zwierząt do prowadzenia takiego miejsca.
To
naprawdę całkiem złożony problem. I uznawanie, że wszystko zamyka się w
twierdzeniu „Cyrki bez zwierząt” jest najzwyczajniej w świecie niezwykle
naiwnym podejściem.
I
tutaj, trochę na zakończenie, chcę się odnieść do trzech, nazwijmy to, źródeł,
które trochę mnie do tego wpisu zainspirowały.
Zacznijmy
może od serialu dokumentalnego dostępnego na Netflixie. „Król tygrysów”
opowiada o ludziach z USA, którzy hodują tygrysy, często w niekoniecznie
dobrych warunkach, tworząc coś w stylu interaktywnych ogrodów zoologicznych.
Takich, gdzie możemy np. spędzić czas z małym tygrysiątkiem. Serial oczywiście
nie ukrywa, że owe tygrysy traktowane są karygodnie, z czym w dużej mierze się
zgadzam. Ci negatywni bohaterowie jednak to całkiem charyzmatyczne jednostki,
które używają często wcale nie najgorszych argumentów. Uznając, że na przykład
możliwość zobaczenia tygrysa na żywo, wzbudza w ludziach empatię i chęć pomocy
dzikim, wymierającym gatunkom. I z tym akurat trudno mi się nie zgodzić. Jeśli
kogoś chcemy czegoś nauczyć i faktycznie zainteresować problemem to jeśli
możemy tę osobę zżyć z tematem w sposób emocjonalny prawdopodobnie osiągniemy
lepsze efekty. I cyrk – taki prowadzony wzorcowo, z pasją i wiedzą – ma szansę
w ten sposób działać.
Kolejna
inspiracją jest małżeństwo prowadzące na Youtube kanał BirdTricks. Te osoby
mają doświadczenie zarówno w pracy z papugami problematycznymi, jak i tymi,
które biorą udział w różnego rodzaju show. Obydwoje brali udział w cyrkowych przedstawieniach
ze swoimi zwierzętami, dodatkowo Dave jest magikiem. Znają więc ten świat od
podszewki. Ich papugi zaś są zwierzętami bardzo zadbanymi, a ich podejście wydaje
mi się całkiem racjonalne. W którymś z materiałów opowiadali historię słoni z
cyrku, które „odratowane” trafiły do zoo… prędko popadając w depresje. Bo tam
po prosty się nudziły. Jeśli znacie angielski – bardzo polecam się zapoznać z
ich materiałami, bo chyba doskonale pokazują, że można łączyć cyrkowe zaplecze
i edukowanie innych w kwestii zwierząt oraz tego, że nasi podopieczni przede wszystkim
są właśnie zwierzętami, nie ludźmi. Mają więc swoje własne potrzeby. Powyżej rzecz jasna pokaz właśnie w wykonaniu owego duetu.
Ostatnią
jest fanpage na Facebooku – „Cyrk ze zwierzętami”. I tutaj chyba ta inspiracja
była najmocniejsza, choć jednocześnie to źródło, nomen omen, uważam za najmniej
wartościowe. Bo choć idea jest dobra (wyjaśnienie społeczeństwu, że cyrk =/=
krzywdzenie zwierząt), o tyle wykonanie już gorsze. Bo nawoływanie do „zniszczenia
zielonej zarazy” trudno nazwać merytorycznym podejściem do tematu, który ma
faktycznie ich racje udowodnić. Warto tam zerknąć – choć prowadzący tego
miejsca chyba powinni ostrożniej dobierać słowa, publikując treści.








