Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą realizm magiczny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 października 2023

Bezgwiezdne morze: dziwna, ale nie bardzo dziwna książka



Zachary studiuje nowe media. Podczas jednej z wizyt w bibliotece odnajduje tajemniczą książkę. Szukając na jej temat informacji, natrafia na ślad tajemniczej organizacji, która wkrótce ma zmienić jego życie na zawsze. 


Bezgwiezdne morze
Erin Morgenstern
wyd. Świat Książki, 2020


„Bezgwiezdne morze” to druga powieść Erin Morgenstern. To niezbyt płodna, ale zauważona i chwalona autorka, której książka trafiła do mnie właściwie przypadkiem: po prostu udało mi się kupić ją na promocji. Z tego powodu nie wiedziałam, czego dokładnie mogę się spodziewać. Wiedziałam tylko, że może być dziwnie.

I w gruncie rzeczy było dziwnie. To bardzo oniryczna fantastyka, w której to nie fabuła, a ogólny klimat jest najważniejszy. Historia zaczyna się jednak dość zwyczajnie: ot, mamy chłopaka, który znajduje książkę i próbuje dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Z czasem robi się jednak coraz bardziej absurdalnie. 

Myślę jednak, że warto zaznaczyć, że nie jest to książka bardzo-bardzo dziwna, a jedynie dziwna. W moje ręce wpadło już trochę weird fiction, realizmu magicznego i innych specyficznych tytułów i na ich tle ta książka jednak wypada dosyć zwyczajnie. Choć warstwa świata jest specyficzna, to jednak np. relacje pomiędzy postaciami wypadają dość naturalnie, charaktery są również zbudowane w dość standardowy sposób. To zaś w przypadku tej dziwnej strony literatury nie jest aż tak oczywiste.

Nie jestem pewna, czy dobrze wiem, o czym ta historia jest i na pewno nie podjęłabym się próby jej streszczania i z tego powodu to na pewno nie będzie moja historia życia, czy nawet roku. Ale bez wątpienia autorka ma przepiękny styl, przez który po prostu się płynie. To język dość prosty, ale obrazowy, dość poetycki, acz nie nadmiernie. 

Ta powieść to też w moim odczuciu hołd złożony historiom, nie tylko książkowym. Autorka bez wątpienia ma olbrzymią wiedzę na temat literatury i kultury ogółem, co na pewno w ogóle pozwoliło jej dźwignąć tak specyficzną książkę jak ta.

„Bezgwiezdne morze” na pewno nie jest książką dla wszystkich. Rozumiem, jeśli komuś się nie spodoba, albo jeśli w którymś momencie czytelnik uzna, że przestał czaić, o co w lekturze chodzi. Ale jednocześnie wydaje mi się, że to może być fajny tytuł, aby sprawdzić, czy dziwne książki wpadają w nasze czytelnicze gusta. Bo jak już wspominałam, to nie jest wcale najwyższy poziom dziwności i powieść Morgenstern może być naprawdę dobrym wprowadzeniem do sięgania po nieco bardziej wymagającą pod tym względem fantastykę.


poniedziałek, 21 listopada 2022

Puste niebo: przygoda, w której coś nie gra?

Tołpi mieszka w niewielkiej wsi pod Lublinem na ziemiach przedwojennej Polski. Chcąc zaimponować dziewczynie, wyławia z Bugu księżyc i przypadkiem go rozwija. Dlatego wyrusza do miasta w poszukiwaniu Żyda, który podobno jest w stanie stworzyć nowy.



Tak samo jak „Baśń o wężowym sercu”, tak i „Puste niebo” Radka Raka nie jest książką w pełni dla mnie, ale jednocześnie, choć to ten pierwszy tytuł zdobył Nike… mi dużo lepiej czytało się ten drugi. Dlaczego? Już wyjaśniam, ale po kolei!

W Radku Raku widzę wielką pasję do wschodnich terenów polski, ich klimatu i mitologii. Tak samo jak widzę pasję do klasyki literatury, często tej z pogranicza absurdu. To jest rzecz bez wątpienia wspaniała i unikatowa, ale jednocześnie właśnie to, w połączeniu z realizmem oraz dość przytłaczającym klimatem sprawia, że obydwie te książki nie są do końca dla mnie. Nie mogę jednak odmówić autorowi naprawdę pięknego języka połączonego z dużą dawki wiedzy. 

Puste niebo
Radek Rak
wyd. Powergraph, 2016

„Puste niebo” wolę od „Baśni…” przez ogólne podejście do prowadzenia historii. Mam wrażenie, że ta historia jest bardziej skupiona na przygodzie i bohaterach. Jest tu trochę absurdu, ale zwłaszcza na początku akcja jest przyjemnie wartka. Dobrze płynie i całość pochłania się jak film akcji, z tym że mający w sobie też trochę artyzmu. 

Niestety, to dotyczy tylko tej historii mniej więcej tak do pierwszej połowy. Po tym czasie wszystko zaczyna się trochę rozjeżdżać, robi się bardziej obyczajowe i jeszcze bardziej realistyczne w opisach, co zaczęło mnie męczyć, zważając na osobistą ogólną niechęć do samego klimatu opowieści. Ale z tego, co pamiętam, „Baśń…” miała podobny problem: z czasem również coś zaczynało się w niej rozjeżdżać fabularnie. A należy pamiętać, że „Puste niebo” jest dziełem wcześniejszym.

Opis książki stworzony przez wydawcę mówi o erotyzmie. I choć nie jest to romans, to warto wspomnieć, że takie elementy faktycznie się w tej historii pojawiają, na dodatek niekoniecznie zgodnie z ogólnie przyjętą moralnością. Narracja daje oczywiście wyraźnie znak, że działania bohatera nie są w porządku, ale osoby szczególnie wrażliwe na tę tematykę powinny zdawać sobie z tego sprawę przed sięgnięciem po tę historię.

Cieszę się, że „Puste niebo” do mnie trafiło. Rak to naprawdę utalentowany pisarz, choć dwie z czterech dotychczas wydanych powieści jego autorstwa po prostu nie są w pełni moje. Jednak na pewno będę próbować dalej, zwłaszcza że najnowsza „Agla” już na mnie czeka, a jej tematyka kręci mnie zdecydowanie bardziej, niż te dwie powieści, które przeczytałam do tej pory. 



sobota, 17 września 2022

Czarne: lato i nostalgia wspomnień z dziecięcych lat

Rodzina głównej bohaterki spędza wakacje w letniskowym domku, w Czarnem. To tam lata temu wydarzyła się tragedia, która na zawsze zmieniła życie głównej bohaterki.




Uwielbiam pióro Anny Kańtoch… ale jednocześnie nie każda jej powieść jest „moja”. Czułam to już przy „Niepełni” i czułam również przy lekturze jej starszego rodzeństwa, „Czarne”. Te dwie książki mają ze sobą wiele wspólnego: są krótkie, bawią się czasem, poruszają tematykę tożsamości i należy je interpretować, bo branie ich dosłownie albo nie ma większego sensu, albo okazuje się, że autorka w piękny sposób pisze o rzeczach nie tylko nielegalnych, ale i zdecydowanie niemoralnych

„Czarne” ma urzekający klimat. Klimat lata, dziecięcych wspomnień i nostalgii, tęsknoty za utraconą młodością i siłą. Jednocześnie szybko czytelnik orientuje się, że gdzieś tam czai się i zło, i coś niecodziennego, być może nieuchwytnego, ale zdecydowanie: nie z naszego realistycznego świata. 

Czarne
Anna Kańtoch
wyd. Powergraph, 2012

Uwielbiam Kańtoch nie tylko ta urok jej pióra samego w sobie, ale też za kobiecą wrażliwość w najlepszym wydaniu. Autorka subtelnie, stopniowo, wchodzi w bohaterów coraz głębiej, odkrywając ich tożsamość kawałek po kawałku. Jednocześnie jeśli bohater jest epizodyczny, to, tak czy siak, wiemy o nim wystarczająco, aby faktycznie zdawał się być człowiekiem, a nie tylko paroma wypowiedzianymi na stronach książki słowami.

Problem polega na tym, że… nie przepadam za absurdem. Wole mocniejsze, zakożenione światy. Nie wszystko musi być w nich zaraz jasne, ale lubię poczucie, że jednak gdzieś tam to wyjaśnienie jest. Jednak tak jak w „Niepełni” tu tak naprawdę nie ma odpowiedzi. Tę powieść można interpretować na wiele sposobów i chyba żaden z nich nie będzie zły i o ile doceniam tę możliwość, o tyle osobiście nie potrzebuje tego w powieściach (nie bez powodu nie czytam poezji). 

To sprawiło, że niestety, im dalej w las, tym bardziej byłam tym wszystkim zmęczona, tym mniej uważna i tym mniej do mnie docierało. A akurat w tej powieści bardzo istotne są właśnie detale. I choć cieszę się, że się z nią zapoznałam, chcę ją mieć na swojej półce i zdecydowanie z niej nie wypuszczę to jednocześnie, tak po prostu: nie jest to książka dla mnie, jak już wspominałam na samym początku.



wtorek, 13 września 2022

W Kalabrii: włoska winnica, w której skrywa się magia


Claudio Bianchi to samotny człowiek, który prowadzi niewielką winnicę na południu Włoch. W przerwach od pracy pisze poezję: wiersze same do niego przychodzą. Pewnego dnia na jego włościach pojawia się biały jednorożec. 




Nie jestem pewna, czy „W Kalabrii” mogę nazwać powieścią. Ta króciutka książka ma nieco ponad sto stron i właściwie jest po prostu odrobinę dłuższym opowiadaniem. Jednak… to dobrze! Bo do tej historii taka forma moim zdaniem jak najbardziej pasuje.

To niedługa opowieść o baśniowo-włoskim klimacie, wręcz czasem zahaczająca o realizm magiczny, ale w formie, którą lubię i akceptuje. Nie jest czymś, co łamie wszelkie schematy, czy jest właściwie w jakikolwiek sposób nowatorskie. Nie, to prosta historia o miłości, poezji, przyrodzie i lojalności. O tematach w literaturze często, bo o tym po prostu można pięknie i dobrze pisać. I szczerze mówiąc, absolutnie mi ta odrobina wtórności tutaj nie przeszkadza. Beagle moim zdaniem doskonale układa każde słowo po słowie i sprawia, że ta lektura była dla mnie po prostu dużą przyjemnością.

W Kalabrii
Peter S. Beagle
Wydawnictwo Mag, 2022

Tak naprawdę przy takim opowiadaniu, jak to, trudno napisać coś więcej tak, aby nie zdradzić detali. Może warto dodać, że to nie jest część tej samej historii, co „Ostatni jednorożec” tego samego autora. Co prawda, możemy jako czytelnicy przypuszczać, że bohaterowie się powtarzają, ale jednocześnie te teksty łączą głównie jednorożce oraz ogólny klimat, chociaż wydaje mi się, że jednak najbardziej znana powieść Beagle’a jest znacznie smutniejsza w tonie. 

Nie jest to na pewno książka dla tych, którzy szukają wyłącznie powieści zupełnie unikatowych. To też opowieść, która mocno bazuje na emocjach oraz nostalgii czytelnika i wydaje mi się, że po prostu musi paść na podatny grunt: w końcu nie zawsze ma się nastrój na tego typu rzecz. Niemniej, ja akurat takiej historii potrzebowałam.



czwartek, 26 maja 2022

Domostwo Błogosławionych: to miała być moja książka z UW


Jan Prezbiter stworzył utopię, która nigdy nie istniała. Jak mógł powstać ten chrześcijański raj? To nowe spojrzenie na średniowieczną legendę o nadzwyczajnej postaci.


Przyznaję, że „Domostwo błogosławionych” kupiłam w ciemno, bo po prostu było na przecenie (a UW na przecenie po prostu należy kupować i już). Nie miałam początkowo żadnych oczekiwań wobec książki Catherynne M. Valente, ale gdy zaczęłam trochę o niej mówić i czytać, zostałam przez wiele osób zapewniona, że tak, to NA PEWNO mi się spodoba. Bo to jest przecież tak ładne, że musi! Tylko wiele osób nie wzięło pod uwagę jednej kwestii: ja nie lubię absurdu. A to kolejna książka Uczty Wyobraźni trochę oderwana od rzeczywistości.

Domostwo Błogosławionych
Catherynne M. Valente
wyd. Mag, 2018

Muszę jednak oddać honory. Catherynne M. Valente ma przepiękny styl i wiele z cytatów w tej powieści można byłoby po prostu obłożyć w ramkę i powiesić na ścianie. Jej język jest po prostu piękny, a wyobraźnia bez wątpienia naprawdę olbrzymia. Tylko tak najzwyczajniej w świecie, po ludzku, ja zazwyczaj nie lubię historii zahaczających o absurd albo realizm magiczny, a to tu jak najbardziej jest.

Jeśli dobrze mi się wydaje to Valente w tej powieści bardzo mocno czerpie ze średniowiecznych legend. Stworzenia opisywane przez nią i wiele z sytuacji wygląda tak, jakby człowiek wyrwał je bezpośrednio z jakiegoś średniowiecznego gobelinu albo malunku. Ma to bez wątpienia swój urok, jest ciekawym i kreatywnym podejściem. 

I samo to w sobie mi nie przeszkadza, nawet jeśli opisy tych stworzeń co najmniej nie są zachęcające (ale trochę o to chyba tu chodzi). Mój osobisty problem polega na tym, że wole opowieści z jaśniejszymi zasadami, bardziej osadzone w świecie i mniej bazujące na zawieszeniu pomiędzy legendą a rzeczywistością. To sprawia, że czuje się nieswojo, ale nie tylko. Szybko tracę zainteresowanie takimi opowieściami i mam wrażenie, że ostatecznie wynoszę z nich o wiele za mało.

To wszystko sprawia, że ja takiej książki jak ta nie potrafię z czystym sumieniem rozłożyć na czynniki pierwsze i przeanalizować ją tak, jakby na to zasługiwała. Brakuje mi do tego narzędzi. Nie zestrajam się z takimi opowieściami w odpowiedni sposób. Dlatego mogę co najwyżej uznać, że tak, to jest ciekawa powieść, którą warto przeczytać. I że kompletnie nie żałuje spotkania z nią, a Valente będę na pewno jeszcze sprawdzać. Ale sama lektura na dłuższą metę była dla mnie po prostu dość męcząca.



niedziela, 27 lutego 2022

Straszliwe Młode Damy: nostalgicznie, poetycko i... nie do końca dla mnie



Niekoniecznie typowa fantastyka, na dodatek stworzona przez nieznaną mi autorkę to coś, co po prostu musiałam sprawdzić. Zwłaszcza że o opowiadaniach ze zbioru „Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie” słyszałam same pozytywne opinie. Nie przewidziałam jednego: to realizm magiczny.

Teksty stworzone przez Kelly Barnhill są jednocześnie bardzo od siebie różne i bardzo do siebie podobne. Autorka z jednej strony eksperymentuje z formą, ale z drugiej właściwie wszystkie opowiadania stawiają właśnie raczej na ową formę, a nie na samą opowieść, są ślicznie poetyckie i mają nostalgiczno-baśnowy klimat. To sprawia, że przynajmniej teoretycznie powinny mi się spodobać. Bo o ile nie lubię książek smutnych w ponury sposób, to nostalgia jest już czymś, co po prostu zazwyczaj mi się podoba.

Straszliwe Młode Damy
Kelly Barnhill
wyd. Literackie, 2022

Z tym że taka ilość realizmu magicznego już mnie po prostu przerasta. Czytając te opowiadania, miałam wrażenie, że rozmijam się z wrażliwością Barnhill o jeden krok. Że czasem kilka drobnych zmian sprawiłoby, że te opowieści byłyby czymś naprawdę dla mnie. Niestety, muszę się chyba pogodzić z tym, że w tym przypadku po prostu pomiędzy mną a autorem nie do końca zagrało. Zdarza się – w końcu nie wszystko jest dla wszystkich. 

Ten zbiór zawiera dziewięć tekstów, w tym jedną mikropowieść. I przyznaję, że większość z nich, włącznie z ostatnim, trochę zlewają mi się w jedno. Tak naprawdę moją uwagę zwróciły trzy i te teksty uważam za naprawdę dobre. 

Pierwszym jest tekst otwierający zbiór, czyli „Pani Sorensen i Sasquatch”. To opowieść traktująca o pewnej młodej wdowie, która była dotychczas w szczęśliwym związku, z człowiekiem, którego naprawdę kochała. I która dla swojego męża przytłumiła część ze swoich umiejętności. Brakowało mi w tym tekście mocniejszego zakończenia, ale jest smutne i urokliwe, dlatego dla samego klimatu warto się z nim zapoznać.

Następne w kolei, „Otwórz drzwi, a wleje się światło” jest definitywnie moim ulubionym opowiadaniem ze zbioru. Ma ciekawą formę: dwójka zakochanych w sobie ludzi pisze do siebie nawzajem listy, a po każdym z nich narrator dopisuje to, czego bohaterowie w nich nie zawarli. W nim nie brakuje mi niczego i choć nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie poznałam w życiu, to na pewno przynajmniej na jakiś czas zostanie mi w pamięci.

Ostatnie z tych, które mnie zainteresowały, nazywa się „Elegia dla Gabrielle, patronki uzdrowicieli, dziewek nierządnych i szlachetnych złodziei”. To opowiadanie o dość pirackim klimacie, co po prostu wybija je na tle innych, choć mam poczucie, że mimo wszystko podobało mi się trochę mniej, niż dwa pozostałe. 

Warto tu dodać, że Wydawnictwo Literackie właściwie zawsze ma piękne wydania ksiażek i tak jest w tym przypadku. Okładka jest naprawdę śliczna i wiem, że zwróciła nie tylko moją uwagę, twarda oprawa gwarantuje, że książka swoje wytrzyma, a wewnątrz strona tytułowa każdego tekstu posiada dodatkowe drobne zdobienia. Tylko jakichś ilustracji mi tu brakuje, ale to już tylko marzonki rozpieszczonego czytelnika fantastyki.

Cieszę się, że z twórczością Kelly Barnhill mogłam się zapoznać, bo to bez wątpienia po prostu ciekawa pisarka. To dość nietypowe i bardzo magiczne teksty, które na pewno spodobają się tym, którzy poszukują poetyckości, pięknego stylu i odrobiny absurdu w literaturze. Nie są to wprawdzie w pełni moje teksty, ale jak już napisałam: tak po prostu bywa.



Za możliwość zapoznania się z książką dziękują Wydawnictwu Literackiemu!


piątek, 17 września 2021

Diabeł urubu: co piszą Jamajczycy?


Do niewielkiej wsi na Jamajce przybywa Apostoł. Szybko rości swoje miejsce w kościele, wyrzucając poprzedniego duchownego na bruk. Między mężczyznami rozpoczyna się walka o wpływy. Pastor Hector Blight, uznawany przez mieszkańców za rozpustnego alkoholika, zdaje się być jednak na przegranej pozycji.

 

Są takie książki, które chodzą za mną miesiącami. I choć wiedziałam, że „Diabeł urubu” Marlona Jamesa może być złym wyborem lektury to od kiedy dowiedziałam się o jej premierze, cały czas miałam ją z tyłu głowy. W końcu autor tej książki pochodzi z Jamajki i chociaż pisał powieść w języku angielskim to ciekawiło mnie, co fantastycznego może zrobić osoba z takim pochodzeniem (które pozwala na czerpanie unikatowych inspiracji ze swojej kultury). Ale nie ma co się oszukiwać – nie pomyliłam się. Wymęczyła mnie ta książka i okazała się, że jest lekturą kompletnie nie dla mnie.

Diabeł urubu
Marlon James
wyd. Literackie, 2019

W pewnym sensie klimatem kojarzy mi się z „Baśnią o wężowym sercu” Raka. Akcja także rozgrywa się na wiejskim terenie i też uznałabym, że jednak bliżej jej do realizmu magicznego niż fantasy (choć w przypadku Raka byłam pouczana, że to jednak fantasy… ale przyznaję po czasie: nie czuję tego). Z tym że nie ma go tutaj jakoś szczególnie wiele. Ot, mamy trochę dziwności, trochę dziwnego klimatu, ale w moim odczuciu bez jakiegoś większego wpływu na fabułę.

Styl autora łączy poetyckość z wulgarnością. To pierwsze lubię, jeśli jest stosowane odpowiednio, to drugie raczej mnie odrzuca. To połączenie w tym przypadku mogłoby wyjść i jest właściwie całkiem ciekawe samo w sobie, gdyby nie to, że sama fabuła i ogólny temat „Diabła utubu” w ogóle do mnie nie przemawia.

W trakcie fabuły obserwujemy głównie Apostoła i pastora, którzy regularnie ścierają się ze sobą. Walczą o władzę, mówiąc o swojej wierze, Biblii, obowiązujących zasadach itd. Obydwoje są mętami, trudnymi do polubienia dla czytelnika, acz ten pierwszy po prostu ma w sobie charyzmę, która przyciąga prostych, wiejskich ludzi. Samo starcie duchownych mogłoby wyjść, gdyby dało się ich w jakikolwiek sposób polubić, bądź gdyby same ich dyskusje były w jakiś sposób błyskotliwe, ale to się tu po prostu nie dzieje. W tej formie to po prostu dość obleśne puszenie się dwóch nieprzyjemnych kolesiów.

Na drugim planie mamy dwie kobiece postacie, dość mocno różniące się od siebie. Każda z nich orbituje wokół jednego z głównych bohaterów, każda ma jakąś swoją przeszłość, traumy. Łączą je też wspólne wspomnienia. Ich historie wydają mi się ciekawsze, bardziej ludzkie i łatwiejsze do zrozumienia, ale trzeba czegoś więcej, abym mogła uznać, że książka po prostu mi się podobała.

Bohaterowie nieszczególnie więc działają… ale co z fabułą traktowaną w oderwaniu od nich? Właściwie to… nic. Nie ma tu żadnej ciekawej tajemnicy, niczego, co by mnie w jakiś sposób chwyciło, czy zafascynowało. „Diabeł urubu” próbuje być powieścią pięknie napisaną, ale w gruncie rzeczy nie ma w nim ciekawej treści. Gdyby był chociaż jakąś filozoficzną analizą! Ale nie. Niestety.

Warto poznawać książki z różnych stron świata, więc przeczytania powieści Marlona Jamesa nie żałuję. Jednak gdyby „Diabeł urubu” był choć odrobinę dłuższy (ma ok. 250 stron) to prawdopodobnie po prostu nie skończyłabym tej lektury. Nawet trudno mi powiedzieć, komu tego typu powieść mogłaby na pewno się spodobać. Komuś zafascynowanemu kulturą Karaibów? Może tym, którzy za realizmem magicznym po prostu przepadają? Naprawdę nie wiem, bo nawet w tych dwóch ewentualnych przypadkach widzę sporo powodów, dla których powieść Jamesa mogłaby jedynie nudzić i irytować.


środa, 19 sierpnia 2020

Baśń o wężowym sercu: mitologia Galicji opowiedziana na nowo

 

Jakub Szela był zwykłym chamem, pozbawionym ojca i matki, wychowywanym przez właściwie obcego człowieka. Gdy w młodości oddaje serce niezwykłej dziewczynie, która wcale go nie kocha, jeszcze nie wie, że utracił coś bardzo ważnego. Lata mijają, a chłopiec zmienia się w mężczyznę. Zaprzyjaźnia się wtem z wężami, które są gotowe spełnić jego największe marzenie… pod warunkiem, że w jego piersi znów zabije serce.

 

Ani postać Jakuba Szeli, ani Radka Raka nie były mi bliżej znane przed lekturą tejże powieści. „Baśń o wężowym sercu” to zeszłoroczna, nominowana do wielu nagród powieść. Z resztą, wydał ją przecież Powergraph, który słynie z dość dobrej jakościowo literatury fantastycznej. Nie ma w tym nic dziwnego.

Spodziewałam się powieści dobrej literacko. Taką też z resztą dostałam. „Baśń o wężowym sercu” jest książką napisaną przepięknym stylem. W trakcie lektury kojarzyła mi się trochę z „Wodą na sicie” Anny Brzezińskiej. Obydwie powieści są dość mocno poetyckie i obydwie łączą magię z historią.

Z taką różnicą, że w książce Radka Raka mniej jest elegancji, obecnej w powieści Brzezińskiej. Nic dziwnego: akcja rozgrywa się w końcu na wsi i to jak najbardziej do historii pasuje. Więcej jest za to realizmu magicznego, typowej baśniowości, a mniej klasycznego fantasy. Tytuł dobrze oddaje ducha tej książki. Radek Rak nie do końca skupia się na wyjaśnianiu tego, jak działa magia, po prostu uznając ją za oczywistą. W ramach przykładu weźmy fragment z niemal samego początku. Autor przedstawia nam realistyczną wieś sprzed kilku stuleci, początkowo buduje ją stosunkowo konsekwentnie… aż tu nagle jedna z postaci po prostu podchodzi i wyjmuje ze swojej piersi serce. Po czym postać odwraca się i odchodzi. Narrator zaś uznaje to za zupełnie normalne, nie wyjaśnia żadnego mechanizmu działania.

I te dwie cechy – wiejskość oraz realizm magiczny – sprawiły, że po każdej stronie byłam coraz mniej zainteresowana lekturą. Nie dlatego, że to jest powieść zła, czy kiepsko napisana. Absolutnie nie. Doceniam „Baśń o wężowym sercu” i nie mam nic przeciwko, aby Radek Rak zgarnął za nią wszystkie możliwe nagrody. Problem polega na tym, że ani polsko-wiejskie klimaty nie do końca mi odpowiadają, ani realizm magiczny, który od zawsze wzbudza we mnie wewnętrzną niechęć. To kwestia osobistych preferencji, a nie jakości powieści. Niemniej, trzymałam się dzielnie mniej więcej do połowy powieści, kiedy to musiałam regularnie wracać do poprzednich stron, bo po prostu traciłam orientacje w narracji i wydarzeniach.

Nie jestem w stanie ocenić tego, w jaki sposób Radek Rak podszedł do kwestii historycznej. Jego styl jest w bardzo dobry sposób stylizowany, jednak nie znam się na samej historii na tyle, aby móc ocenić oddanie realiów jako takich. Niemniej, to nie jest książka historyczna, a jedynie pewna próba odwołania się do obrośniętej legendami postaci.  Nawet, jeśli coś się nie zgadza to nie jest w tym przypadku istotne. Byłoby, gdybyśmy mieli do czynienia z podręcznikiem bądź książką naukową. Ale nie mamy.

Nie bardzo wiem, cóż mogę tu jeszcze dodać. Wydaje mi się, że na pewno z powieści więcej wyciągną te osoby, które faktycznie wiedzą coś o Jacku Szeli. Na pewno też to może być ciekawa pozycja dla tych, którzy nie lubią klasycznej fantastyki. Z resztą, gdyby było inaczej powieść nie byłaby nominowana ani do Nike, ani do Gdyni. A jest, podobnie jak do tegorocznego Zajdla. Wydaje mi się też, że ci, którzy lubią „Wodę na sicie” Brzezińskiej mogą tę powieść sprawdzić, bo istnieje dość duża szansa, że jednak ta książka też przypadnie im do gustu, mimo że Radek Rak idzie w swojej powieści w nieco innym kierunku. „Baśń o wężowym sercu” to naprawdę dobra książka. Tyle, że nie do końca dla mnie.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony