poniedziałek, 10 maja 2021

Przebudzenie powietrza: nie uczę się na błędach

Młoda bibliotekarka odkrywa w sobie niezwykłą magię i musi dokonań trudnego wyboru. Czy woli wieść spokojne życie wśród książek oraz swoich przyjaciół, czy odkryje zupełnie nowy świat, pełen luksusów, ale i niebezpieczeństw?

 

Z Galerią Książki nie mam wiele styczności jako czytelnik. Znam ich pojedyncze tytuły, głównie te nieco starsze. Ostatnio miałam z tym wydawcą styczność przy lekturze „Królestwa mostu” Danielle L. Jensen, które okazało się bardzo typową młodzieżówką fantasy stworzoną dla nastoletnich dziewczyn.

Minął jednak ponad rok, lektura tego tytułu trochę zatarła mi się w pamięci, a ja postanowiłam skusić się (ponownie) nawet estetycznej okładce. Trafiło więc do mnie „Przebudzenie powietrza” Elise Kovy, pierwszy tom cyklu o tym samym tytule. I choć u nas jest to nowość, na rynku anglosaskim niekoniecznie: to powieść wydana w 2015 roku, a sama seria została już w całości napisana przez autorkę. Jak jednak wypada wnętrze pierwszego tomu?

Przebudzenie powietrza
Elise Kova
wyd. Galeria Książki, 2021
Przebudzenie powietrza, t. 1

Nie będę ukrywać. „Przebudzenie powietrza” jest tak generycznym tytułem, odhaczającym wszystkie możliwe punkty z młodzieżowego romansu fantasy (udającego, że wcale romansem nie jest, co też jest sztampowym działaniem), że w trakcie lektury po prostu załamywałam ręce. Na całe szczęście, nie jest długą powieścią: w końcu to zaledwie 340 stron.

To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to styl, jakim napisana jest ta powieść. Mam wrażenie, że tu coś poszło nie tak na całej linii, od słabego tekstu autorki, potem przez niezbyt dobrą redakcję w oryginale, następnie przez nasze polskie tłumaczenie i ponownie: redakcje tłumaczenia. Język tej książki wygląda tak, jakby ktoś właściwie 1:1 tłumaczył oryginał i niewiele zmieniał, przez co np. pewne porównania albo zwroty językowe, może dobrze brzmiące w angielskim, w naszym rodzimym języku brzmią po prostu śmiesznie. Tekst jest poprawny i lekki, ale mający bardzo niską jakość literacką.

Przy premierze dzieła Kovy sporo osób było nim zainteresowanych przez wzgląd na nawiązania do biblioteki. Ta w historii występuje, ale nie gra wcale istotnej roli. Bohaterka mogłaby równie dobrze pracować jako kowal albo urzędnik i w praktyce niewiele by to zmieniło. Vhalla, bo tak się nazywa nasza siedemnastoletnia protagonistka, jest po prostu tą biedną, szarą myszką z pospólstwa… która niespodziewanie ma szansę wznieść się na szczyt przez posiadanie swoich nadzwyczajnych umiejętności.

Mimo magicznego wątku historia bardzo skojarzyła mi się z „Narzeczoną” Kiery Cass czy też jej „Rywalkami”. To powieść, która naprawdę realizuje wszystkie wątki związane z dziewczęcymi marzonkami. Szara myszka, w której wszyscy są zakochani? Jest. Przyjaciółka, za którą jest gotowa oddać życie? Zrobione. Spanie w pałacu, jedzenie pyszności i branie udział w balach? Też jest! Sama intryga związana z jej mocami zdaje się nie być szczególnie istotna, zwłaszcza że Kova, zamiast skupić się np. na rozpisaniu nauki magii, woli pisać romanse.

Vhalla nie jest zresztą zbyt sympatyczną postacią, przynajmniej w moim mniemaniu. To dziewczyna, która bawi się chłopcami znajdującymi się w jej otoczeniu, odpowiadając na ich zaloty, mimo że wcale nimi zainteresowana „w ten sposób” nie jest. Jak na oczytaną dziewczynę również w gruncie rzeczy niewiele wie o otaczającym ją świecie. Narracja podkreśla, że bohaterka wiele czyta, ale tak naprawdę gdy inni bohaterowie pytają się jej, czy coś o danej rzeczy wie, ona zaprzecza. Kończy się to zwykle dość toporną ekspozycją, bez której czasem naprawdę można byłoby się obejść.

System magiczny może byłby ciekawy, gdyby nie fakt, że moce Vhalli, przynajmniej w tym tomie, są dość randomowe i niezbyt dobrze wyjaśnione. Ona robi COŚ, w różnych momentach, rzadko powracając do zaprezentowanych wcześniej możliwości. Jej wachlarz umiejętności jest dość duży, ale naprawdę nieszczególnie konkretny, mimo że chyba z założenia magia tego świata miała być raczej po tej „twardej” stronie.

Należy też zwrócić uwagę na to, że „Przebudzenie powietrza” jest właściwie wstępem do właściwej fabuły. Dopiero w tomie drugim powinny pojawić się poważniejsze wątki, choć jak znam tego typu literaturę… wcale nie liczę na to, że kolejna część będzie znacznie poważniejsza. Samego romansu komentować nie mam po co. Mimo sporej ilości adoratorów Vhalli każdy, kto zna, choć dwie czy trzy podobne książki raczej będzie znał zakończenie jej relacji po wymianie kilku pierwszych słów między postaciami.

Jeśli miałabym podać jakąś zaletę książki to być może byłby to jej sam początek. Nie jest on może szczególnie dobry, ale ma kilka ciekawych rozwiązań, zaskakuje również odrobiną brutalności… tylko szkoda, że następnie brutalność znika i historia robi się słodko-cukierkowa, nawet w tych teoretycznie „mocnych” chwilach.

Nie powiedziałabym, by „Przebudzenie powietrza” było książką szczególnie szkodliwą (choć może troszeczkę tak). Nie jest też nadmiernie męczące, czytać to się da – a mimo wszystko, to jest już coś przy powieści młodzieżowej tego typu. Tylko czy naprawdę to jest ta wyżyna, na którą chcemy, by autorzy się wzbijali? Ja naprawdę liczę, że kiedyś trafię na powieść dla tego konkretnego targetu, która przy okazji będzie po prostu dobrą książką. Życzę tego zarówno sobie, jak i wszystkim czytelnikom, bo mam wrażenie, że jednak zasługujemy na nieco więcej.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 3 maja 2021

Akwaforta: doskonała jako opowiadanie


Raule w trakcie swojej podróży trafia na Gwynna: znanego jej z rebelianckich lat łowcy nagród. Ruszają więc w drogę razem, trafiając pod bramy jednego z największych miast, próbując w nim rozpocząć nowe życie.

 

Zwykle opinię na temat danej książki piszę w ciągu kilku dni od przeczytania, lub nawet zaraz po lekturze. „Akwaforta” Kirsten Jane Bishop takiego szczęścia nie miała, bo od jej lektury minęło kilka tygodni, a ja dopiero zaczynam o niej cokolwiek pisać lub w ogóle mówić. I przyznaję, wcale mi nie jest łatwo tę książkę ot tak ocenić.

Akwaforta
Kirstin Jane Bishop
wyd. Mag, 2008

Ta powieść jest jedyną powieścią napisaną przez autorkę. Bishop (nie mylić z Anne Bishop – Kirsten pochodzi z Australii, Anne to Amerykanka) ma na swoim koncie trochę opowiadań, ale choć od wydania „Akwaforty” minęło już trochę lat nie stworzyła niczego więcej. Mamy więc tu do czynienia z debiutem, który jak na polskie realia jest dość unikatowy: nieczęsto pojawiają się u nas książki łączące western z fantastyką. Sama jestem w stanie wskazać poza tę książką może 3-4 podobne tytuły  z rodzimego rynku (tj. napisane przez Polaków lub przetłumaczone na nasz język).

A że klimaty westernowe są dla mnie niezmiernie kuszące to i „Akwaforta” taka była. I początek historii naprawdę był dostarczający. Pierwsza część, czyli dwa pierwsze rozdziały były wyśmienite. Lekarka Raule doskonale grała z rewolwerowcem, czyli Gwynnem. Postacie dobrze się od siebie odbijały, świat wyłożony był klarownie i ciekawie, wydawać by się mogło, że całokształt będzie po prostu bardzo dobrą powieścią.

Ale nie.

Gdy postacie docierają do miasta i rozpoczyna się już nieco bardziej konkretna fabuła, całokształt zaczyna się rozmywać. Traci na tempie. Nie jest aż tak interesujący. Z podróży po „prerii”, z rewolwerami i bandytami, książka zmienia się w opowieść typowo miejską. Gwynn, rozdzielony z Raule, staje się właściwie dość nudnym typem od brudnej roboty. Z Raule jest lepiej: jej historia jest ciekawsza. Jednak przecież to kobieta, nie rewolwerowiec, a historia Bishop jest westernem więc… żeńskiej bohaterki jest po prostu mniej. I gdy Gwynn się z nią spotyka, ponownie błyszczy, ale zwykle postacie są od siebie odseparowane. W takim układzie ten bohater po prostu „nie działa” tak jak powinien.

Więc dzieją się rzeczy. W teorii ciekawe, w teorii brutalne i zwracające uwagę, w praktyce: ze strony na stronę mniej interesujące. Wątek Raule nie dostaje odpowiedniego rozwiązania, historia zaczyna dość szybko męczyć i coś w niej wyraźnie nie gra, mimo że sam styl autorki wydaje się być naprawdę niezły.

Mamy więc dobrą bazę pod historie, świetnie działająca na siebie postacie, możliwość wykreowania naprawdę czegoś porządnego, a w praktyce… w teorii ważniejszy wątek nudzi i szybko staje się dość mocno (przynajmniej dla mnie) irytujący, a to, co jest naprawdę ciekawe zostaje zignorowane przez autorkę. Tak, jakby trochę nie wiedziała, gdzie naprawdę zrobiła coś dobrego.

Dla tych pierwszych dwóch rozdziałów warto było po tę historię sięgnąć. Ale jeśli będę do „Akwaforty” wracać to na pewno nie do całości. Przeczytam początek, traktując go jako osobne opowiadanie i w ten sposób będę się nim po prostu cieszyć. Całość, choć mająca w sobie sporo ambicji, nie jest opowieścią, do której chce wracać.


wtorek, 13 kwietnia 2021

Dziwne losy Jane Eyre: romantyczna opowieść z niezwykłą bohaterką

 

Jako sierota bez majątku, Jane Eyre nie ma zbyt dobrych perspektyw na przyszłość. Po ośmiu latach nauki w szkole zostaje zatrudniona jako guwernantka. Jej pracodawcą jest nieco specyficzny, ale dobroduszny stary kawaler, pan Rochester. Między nim a młodą dziewczyną stopniowo zaczyna rodzić się uczucie. Jaką tajemnicę skrywa ukochany Jane?

 

Klasykę literatury nie-fantastycznej dawkuje sobie powoli i bardzo stopniowo, choć z roku na rok znam takich tytułów coraz więcej. Żaden jednak ze mnie specjalista w tej dziedzinie: ot, zwyczajny czytelnik, który po prostu chce być świadomy tego, jak mniej więcej kształtowała się powieść. I tak trafiły do mnie „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Bronte. To stosunkowo długi, bo mający w moim wydaniu ponad 550 stron romans z XIX wieku. Jak wypadł na tle innej podobnej literatury?

Dziwne losy Jane Eyre
Charlotte Bronte
Wyd. Świat książki, 2020

Na tle historii stworzonych przez Jane Austen, czy choćby „Wichrowych Wzgórz” pióra siostry Charlotte, Emily, ta powieść w moim odczuciu wypada nadzwyczaj… zwyczajnie. Ale zwyczajnie w ten bardzo pozytywny sposób. Bronte serwuje nam narrację pierwszoosobową, przez co możemy zagłębić się w osobowość i myśli Jane. Opowieść jest przez to znacznie bardziej naturalna, swobodna. Nie tak teatralna i patetyczna, co potrafi mnie odrzucać między innymi od prozu Austen. Dodatkowo, mimo kryjącej się w tle tajemnicy, nie jest tak smutna i szara jak „Wichrowe wzgórza”, co również odpowiadało mi znacznie bardziej.

Tym, co zdecydowanie przetrwało dobrze upływ czasu, jest też sama Jane Eyre. To bohaterka zaskakująco wręcz współczesna. Inteligentna i sympatyczna, ale mająca swój charakter i swoje przywary. Nie daje sobą pomiatać, czasem mówiąc słowo za dużo, ale przy tym dalej pozostaje bardzo kobiecym charakterem. Przyznaję, że często brakuje mi takich postaci nawet w literaturze współczesnej.

Jednocześnie nie da się ukryć, że… „Dziwne losy Jane Eyre” są romansem. Napisanym wprawdzie językiem piękniejszym, niż te współczesne, ale jednak stosunkowo sztampowym. Nie ma się czemu dziwić. W końcu to klasyka, która stworzyła podwaliny do dzisiejszych powieści. Nie zmienia to jednak faktu, że sama za tradycyjnym romansem raczej nie przepadam i trudno sprawić, aby mnie taka historia zaskoczyła lub zauroczyła sama w sobie. Tu nie był inaczej.

Wracając jeszcze na chwilę do stylu Bronte, muszę przyznać, że jednak mimo wszystko owa „teatralność” czasem się gdzieś wkradała. O ile początkowo relacja Jane i jej pracodawcy jest wygrywana dość subtelnie to z czasem, gdy dochodzi do wielkich monologów o miłości, często miałam poczucie, że czytam całe strony o tym samym. Oczywiście w powieści jest sporo dość mądrych, humorystycznych oraz naprawdę budujących relacje rozmów między postaciami, ale w moim odczuciu ta historia była naprawdę lepsza przez swoją pierwszą część.

Muszę też dodać, że właściwie tę opowieść bez problemu dałoby się skrócić, nie tracąc wiele na fabule ani klimacie. Osobiście nie przeszkadzają mi opisy przyrody czy całych dni bohaterki, ale nie da się ukryć, że dość dużą ilość treści można byłoby po prostu z tej historii „wyrzucić”.

Lektura takich książek to dla nie zawsze pewna nauka oraz zaspokojenie literackiej ciekawości. Nie inaczej było tym razem. Nie zakocham się raczej w tej opowieści i nie będę do niej zbyt często wracać myślami, ale samo czytanie było całkiem przyjemnym i pouczającym procesem.


sobota, 10 kwietnia 2021

Ostatni jednorożec: nostalgiczna i piękna baśń w pięknym wydaniu

 


Jednorogini uświadamia sobie, że ludzie uważają ją za ostatniego żyjącego jednorożca. Wyrusza więc w podróż, aby znaleźć swoich pobratymców i odkryć, co się z nimi stało.

 

Powstała w latach 60. powieść Petera S. Beagle’a „Ostatni jednorożec” zaliczana jest dziś do klasyków powieści fantasy. Najnowsze z polskich wydań, czyli to posiadane przeze mnie, ukazało się nakładem Nowej Baśni i poza samą powieścią zawiera także opowiadanie „Dwa serca”, które zdobyło nagrodę Hugo oraz Locusa za 2005 rok. Nie będę oszukiwać: czytanie tej historii było dla mnie po prostu czystą przyjemnością.

Ostatni jednorożec. Wydanie rozszerzone
Peter S. Beagle
wyd. Nowa Baśń, 2018

Samo wydanie Nowej Baśni jest naprawdę bardzo ładne. Co prawda, wolałabym, by posiadało twardą oprawę, ale sama grafika na okładce czy ilustracje wewnątrz sprawiają, że to autentycznie jedna z najsłodszych książek, jakie posiadam, a mam już ich trochę w swojej kolekcji. To jednak rzecz jasna nie to jest najważniejsze, a treść.

Współcześnie wiele książek fantasy udaje powieści dla dorosłego czytelnika, tak naprawdę będąc powieściami dla młodzieży. W tym przypadku jest trochę odwrotnie. „Ostatni jednorożec” jest historią bardzo baśniową i poetycką, bazującą na gatunkowych schematach oraz uproszczeniach, ale przy tym zawiera w sobie znacznie więcej, niż typowa literatura pisana dla młodszego czytelnika. Jest absolutnie przepiękna: czerpiąca z konwencji, ale opowiadająca o w gruncie rzeczy bardzo bliskich człowiekowi emocjach i sytuacjach.

Koty w tej historii nie dotykają jednorożców, ale Rocie to nie przeszkadza.

Pod względem konstrukcji mamy tu do czynienia z powieścią drogi. Jednorogini wyrusza w podróż, w której trakcie zbiera się wokół niej drużyna. Jej ścieżki przecinają się z ludźmi złymi i dobrymi, chcącymi ją skrzywdzić, lub jej pomóc – jak to zwykle w tego typu historiach bywa. Jednak wybija się na wielu płaszczyznach na tle innych podobnych historii. Choćby tym, że jest opowieścią niewyobrażalnie smutną i nostalgiczną zarazem. W „Ostatnim jednorożcu” nie brakuje małych radości wynikających z samej podróży, ale ostateczny wydźwięk tej opowieści naprawdę nie jest zbyt radosny.

Nieco inny ton mają „Dwa serca”, których narratorką jest dziewięciolatka, ale i tu Beagle wie, kiedy zahamować konie i nie przesłodzić opowieści. Nie dziwię się, że ta opowieść została nagrodzona. To naprawdę bardzo dobre opowiadanie, z baśniowym, choć już nieco bardziej współczesnym klimatem.

Mam wrażenie, że tu niewiele można jeszcze powiedzieć. To dość krótka historia, która jest zachwycająco baśniowa i naprawdę piękna – po prostu. Być może nie powinien sięgać po nią „niewprawiony” czytelnik: taki, co już wyrósł z baśni dla dzieci, ale jeszcze nie ma większego obycia z klasykami. Wtedy łatwo będzie uznać tę powieść za przestarzałą historię drogi, nie spoglądając w jej głąb i tkwiącą w nią inność. Ale poza tym – co tu dużo mówić, polecam. Także do czytania wraz z dziećmi, bo tkwiąca w tej historii magia powinna spodobać się i najmłodszym.


środa, 7 kwietnia 2021

Wicked: moje oczekiwania kontra rzeczywistość

Wszyscy spodziewali się zdrowego chłopca o alabastrowej skórze. Na świat przyszła jednak Elfaba – zielonoskóra dziewczyna z ostrymi zębami. W jaki sposób to małe dziecko przemieniło się następnie w Złą Czarownicę z Zachodu, którą musiała pokonać odziana w zaczarowane pantofelki Dorotka?

 

Istnieje kilka historii, które bardzo lubię, ale które znam jedynie ze słyszenia lub fragmentami. To opowieści, do których zwykle sama dorobiłam sobie pozostałą część narracji i zwykle boję się sięgnąć po całokształt, aby po prostu się nie rozczarować. Tak było z musicalowym „Wicked”, którego znam głównie za sprawą kilku bardzo dobrych utworów, a którego nigdy nie widziałam w całości (podobnie, jak nigdy nie czytałam „Czarnoksiężnika z krainy Oz”). Przeczytanie oryginału, czyli powieści Gregory’ego Maguire „Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” miał być więc moją małą konfrontacją.

Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu
Gregory Maguire
wyd. Zysk i S-ka, 2021
The Wicked Years, t. 1

W tym przypadku okazało się, że na bazie tych kilku utworów w mojej głowie powstało coś, co bez problemu mogę nazwać niespisanym fanfiction. Chciałam historii o innym tonie, z nieco inną bohaterką, o innym przebiegu – nic więc dziwnego, że zderzyłam się w trakcie lektury ze „ścianą”. Choć muszę dodać, że i starając się ocenić powieść obiektywnie, nie wszystko mi tutaj odpowiada.

Na początek chyba warto rozprawić się z samą konstrukcją powieści. „Wicked” jest podzielone na kilka części, które dzielą zarówno lata, jak i styl opowiadania. Właściwie każda z nich jest skupiona na innym narratorze i główna bohaterka, Elfaba, jest zwykle przedstawiana z perspektywy otaczających ją postaci. Dostajemy więc m.in. całą sekcję poświęconą pierwszym chwilom życia bohaterki oraz tą związaną z jej studiami.

Sama konstrukcja tego typu raczej mi nie przeszkadza, ale problem polega na tym, że ogółem pod kątem fabularnym w „Wicked” niewiele się dzieje. To znaczy, Elfaba „robi rzeczy”, ale jednak lwia część książki to jej rozmowy z rodziną oraz znajomymi, a kluczowe dla fabuły sytuacje zdają się rozgrywać raczej gdzieś w tle. Biorąc pod uwagę, z jakiej perspektywy opowiadana jest ta historia przez większość czasu ma to sens, ale jednocześnie przynajmniej we mnie nie wzbudziło napięcia, zaś same relacje w przypadku tej historii nie do końca mnie interesowały. Oczywiście, były dość istotne fabularnie, ale skoro główna linia historii mnie nie angażowała, to traciły dla mnie na znaczeniu.

Na dodatek osobiście po prostu nie lubię klimatu obecnego w „Wicked”. Nie bez przyczyny nie znam „Czarnoksiężnika z krainy Oz”: odrzuca mnie pod kątem wizualnym i sprawia, że po prostu podświadomie wybrałam ignorowanie jego istnienia. Z tym że Maguire czerpie naprawdę mocno z tamtej estetyki. Powieść jest baśniowa, ale tak, jakby ktoś odbił tę baśniowość w krzywym zwierciadle. Bywa absurdalna w żarcie, języku i konceptach, a to mnie prawie nigdy nie przekonuje. Niemniej, to w pełni indywidualne wrażenie. Osobiście preferuje bardziej „klasyczny” klimat w fantasy, ale jeśli ktoś tego szuka, powinien przy lekturze tej powieści poczuć się, jak w domu.

Kolejnym aspektem, który chyba warto poruszyć, jest sam język, jakim posługuje się autor. Maguire pisze raczej lekko, ale przy tym powiedziałabym, że chwilami wręcz „prostacko”. Bardzo lubi skupiać się na dość dokładnych opisach np. narządów płciowych, co nie jest ani nikomu do szczęścia potrzebne, ani często nie jest zbyt przyjemne (przynajmniej dla mnie). Nie robi tego na tyle pięknie, aby się zachwycać użytymi przez niego słowami, ani nie jest to erotyk, po który człowiek sięga po tego typu treści, nie wspominając o tym, że część z tych opisów wcale nie dotyczy postaci dorosłych. Taki naturalizm zaś jest momentami w moim odczuciu aż obrzydliwy.

„Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” to powieść bez wątpienia ciekawa przez sam pomysł na retelling. Ponadto wiem, że dość dużej grupie osób może przypaść do gustu. Ja się od niej po prostu odbiłam, przez wzgląd na moje wcześniejsze oczekiwania oraz „niedopasowanie się” do autora, jeśli chodzi o to, jaki styl w historii lubię. Jednak nie chce tutaj kategorycznie odradzać sięgnięcia po powieść Maguire’a, bo akurat w tym przypadku spora część wymienionych przeze mnie „wad”, może okazać się dla innych czytelników mocnymi zaletami.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

niedziela, 4 kwietnia 2021

Zabawki diabła: jeden z najciekawszych detektywów polskiego fantasy

 

Z wykształcenia medyk, zaś z zawodu i zamiłowania specjalista od spraw nieczystych oraz detektyw. Przed Domenicem Jordanem stają kolejne zagadki do rozwiązania. Co kryje się w zakładzie dla obłąkanych i co wspólnego ma cierpiąca na choroby genetyczne rodzina z karnawałową tragedią?

 

Debiuty to często najsłabsze książki autorów. Pisarze rozkwitają zwykle dopiero nieco później, gdy już opanują sztukę panowania nad swoim słowem oraz narracją, co po prostu wymaga wprawy, czasu oraz długich godzin spędzonych z redaktorem na poprawianiu własnych błędów. Dlatego, mimo że „Diabeł na wieży” Anny Kańtoch po prostu był dość kiepską książką to postanowiłam sięgnąć po kontynuację, czyli po „Zabawki diabła”. Znając inne tytuły stworzone przez tę autorkę byłam przekonana, że kolejny zbiór tekstów o Jordanie będzie najzwyczajniej w świecie lepszy. I – uwaga, uwaga – był!

Zabawki Diabła
Anna Kańtoch.
wyd. Powergaph, 2019
Domenic Jordan, t. 2

W pierwszym tomie widać było zalążki dobrego stylu, jakim Kańtoch posługuje się w swoich świeższych książkach. Klimat opowiadań (bo cykl o Domenicu Jordanie właśnie z nich się składa) psuła jednak dość nierówna narracja, czy teksty pozbawione odpowiedniej puenty. Sam główny bohater wydawał się dość… nudny. Widać, było, że Kańtoch ma w głowie jakąś jego konkretną wizję i że to on powinien być tym najciekawszym elementem nieco detektywistycznych historii (jak w przypadku Scherlocka Holmesa), ale to po prostu nie działało tak, jak powinno. Lektura była więc zjadliwa, ale w żadnej mierze niesatysfakcjonująca.

Za to tom drugi to sześć naprawdę bardzo klimatycznych opowiadań z niezwykle ciekawym głównym bohaterem. W końcu całość zaczęła wybrzmiewać tak, jak powinno być to jej dane od początku i nie miałabym nic przeciwko, gdyby historia Domenica rozpoczęła się właśnie od tego tomu.

Zacznijmy może od tego, co w przypadku tej historii „kręci mnie” absolutnie najbardziej. Sięgając po te książki spodziewałam się inteligentnego, może nieco ekscentrycznego bohatera, który jednak będzie tym dziwakiem, do którego będą pałać miłością wszystkie czytelniczki. Taką postacią jest choćby Miller z „The Expanse” czy sławny Dr House, o Holmesie nie wspominając. Z tym że, posługując się anglikanizmem, Domenic Jordan w moim odczuciu w żadnym razie nie jest „hot”. I nie próbuje taki być. Dzięki temu jest zaś najzwyczajniej w świecie ciekawszym charakterem.

Jordan po tej książce z niby-tajemniczej i niby-inteligentnej postaci, jawi mi się jako charakter dość kleisty. Ze spoconymi dłońmi, wiecznie unikający słońca i niestroniący od używania tłustych maści, przez które na pewno jego twarz bezustannie błyszczy w blasku lamp. Giętki moralnie, ale nie do przesady. Szczery, choć niekoniecznie grzeczny. Nie najlepiej radzący sobie w międzyludzkich relacjach do tego stopnia, że po prostu… nie zawsze jest postacią miłą. I tak oto dostałam bohatera, którego wcale nie chciałam (bo jako człowiek chorujący na „detektywów” zawsze chcę kolejnego Holmesa), a którego naprawdę potrzebowałam.

Poza Jordanem dostajemy jednak też kilka naprawdę ciekawych charakterów, które funkcjonują w mniejszym lub większym w tle. Opowiadania zaś są osobnymi tekstami, ale ładnie zazębiającymi się ze sobą i tworzącą coś w stylu serialu w „starym stylu”, gdy odcinki pojawiały się na antenie co tydzień i niekoniecznie były ze sobą bezpośrednio powiązane.

Zagadki są sprawnie napisane oraz całkiem ciekawe. Nie wybitne, ale nie muszą takie być. Dla tej historii oraz innych opowieści tego typu istotniejszy jest jednak detektyw, niż sam finał opowieści. Każdy tekst ma też ciekawą i nie zawsze oczywistą puentę. Najzwyczajniej w świecie: wszystko to, co nie wyszło Kańtoch w debiucie, tu zostało naprawione z nawiązką.

Naprawdę nie mogę się oprzeć wrażeniu, że „Domenic Jordan” Kańtoch to historia bardzo podobna do „Cyklu Inkwizytorskiego” Piekary. Z tym że „Zabawki diabła” są napisane znacznie lepiej, niż wszystkie znane mi opowieści o Mordimerze. Są bardziej klimatyczne, mają ciekawszego głównego bohatera i poruszają istotniejsze tematy. Przy okazji nie brakuje w nich demonów, czy brutalności, ale wszystko podane jest w mniej prostacki, ładniejszy sposób.

Oczywiście „Zabawki diabła” to dalej przede wszystkim literatura rozrywkowa. To nie zachwycający konceptem „Przedksiężycowi”, ale w gruncie rzeczy jeśli miałabym czytać przez całe swoje życie książki tylko na takim poziomie, byłabym wystarczająco rozpieszczonym czytelnikiem. A Domenic Jordan naprawdę zaczyna się plasować dość wysoko w moim rankingu na „najlepszego detektywa”, mimo że lubię go jednak z nieco innych powodów, niż większość z postaci, które umieściłam na tej mojej bardzo prywatnej liście. Oby tylko utrzymał się na swojej pozycji także po tym, jak zapoznam się z kolejną częścią historii.


środa, 31 marca 2021

Śmiech diabła: udany debiut czy niewarta uwagi książka?



Gdy kilkunastoletni Bertam próbuje wykonać wolę swojego ojca, nie ma pojęcia, że znajdzie rodzinę pod skrzydłami mężczyzny, którego miał pozbawić życia. Znajduje dom w miejscu, którego nie oczekiwał, odnajdując siostrę w rudowłosej Aine, córce swojego wybawiciela. Po latach dochodzi do tragedii i obydwoje tracą rodzinny dom. Jeśli chcą przetrwać w zmieniającym się świecie, muszą odkryć, czym są tajemnicze Ziarna Relenvel.

 

„Śmiech diabła”, czyli pierwszy tom z trylogii „Dzieci starych bogów” Agnieszki Mieli to debiut, choć taki „nie do końca”. Książka pierwszy raz ukazała się nakładem niewielkiego wydawnictwa Kłobook w 2019 roku i dopiero teraz, w 2021, pojawiła się na rynku ponownie w szerszym obrocie, tym razem pod skrzydłami wydawnictwa Zysk i S-ka. Ponownie przeredagowana, okazała się pozycją, która na Bookstagramie czy facebookowych grupach zaczęła niemal wyskakiwać mi zza każdego rogu. Jak to zwykle we takich sytuacjach bywa, pierwsze opinie były nadzwyczaj entuzjastyczne, ale czy aby na pewno ta lektura spełniła akurat moje wymagania?

Śmiech bogów
Agieszka Miela
wyd. Zysk i s-ka, 2021
Dzieci starych bogów, t. 1

Sam początek wydawał się bardzo obiecujący. Autorka zaczęła od nakreślenia nam relacji bohaterów, czyli Aine i Bertama, gdy ci mieli po bodajże sześć i dwanaście lat. Dostajemy więc początkowo kilka scenek, które wprawdzie są aż zbyt przesłodzone i aż zbyt słodkie, ale… spełniają swoją rolę. Sam język wydaje się całkiem niezły. Nie bazuje na samych dialogach i ma trochę opisów, ale ma w sobie pewną ciężkość naprawdę byłam przekonana, że „Śmiech diabła” okaże się naprawdę dobrym debiutem.

Takie wrażenie utrzymałam gdzieś do około 100-200 strony. Po pierwszym rozdziale zaczęłam zauważać w narracji nacisk na złe traktowanie kobiet w świecie przedstawionym, (które zdawać by się mogło: wynikało z potrzeby autorki, a nie samej opowieści,), ale nie było to coś, co wpływałoby na samo czytanie negatywnie. Problemy zaczęły tworzyć się chwilę później, bo miałam wrażenie, że im dalej w las, tym często było po prostu gorzej. Tak, jakby pierwszy rozdział został dopracowany, a pozostała część… już nie do końca.

W „Śmiechu diabła” sporo jest bowiem pewnej niesprawności językowej. Często słowa pojawiają się nie do końca tam, gdzie powinny (np. bohaterka, jadąc na koniu, „ogląda” swoją suknię, zamiast „pilnować”, by nie podwiewała na wietrze). Gdy narracja się na czymś skupi, czasem nie potrafi odpuścić. Tak było już ze wspomnianą już kobiecą kwestią, a potem to samo pojawiło się w przypadku ciągu myślowego jednego z bohaterów. Ponadto, autorka ma dość dużą tendencję do łopatologicznego wyjaśniania poczynań bohaterów, które niewiele wnosi i można byłoby je bez problemu wyciąć.

Kolejną sprawą jest coś, co znana części z Was Moreni nazwała „pamięcią filmową” (jeśli mnie samą pamięć już na tym etapie nie myli) i co jest chyba najlepszym określeniem zjawiska, które w „Śmiechu bogów” się pojawia. Mianowicie, mam wrażenie, że autorka nie przeprowadziła odpowiedniego reascherchu przed pisaniem. Jakby usiadła i spisała to, co zrodziło jej się w głowie, nie weryfikując tych pozornie drobnych detali, które mają ogromny wpływ na światotworzenie. Na przykład, koń w tej powieści uderza kopytami we właśnie otwieraną, okutą żelazem bramę, wbijając człowieka do ściany. Niemożliwe? Przecież Gandalf też coś takiego zrobił!

Tyle że Gandalf dosiadał magicznego konia i zrobił to w filmie, który posługuje się nieco innym językiem, niż powieść. Książkowy koń, bez nadnaturalnych zdolności, musiałby być szczególnie wyszkolony, aby nagle kopnąć bramę. Ponadto, raczej nie otworzyłby aż z takim impetem ciężkiej, żelaznej bramy. A gdyby nawet spróbował to prawdopodobnie po prostu połamałby sobie kończyny. Konie są szybkie, ale to wiąże się z ich dość delikatną budową. Każdy, kto kiedykolwiek robił coś przy tych stworzeniach dobrze wie, jak chucha się i dmucha na ich nogi.

Kolejny przykład? Aine na pewną okazję musi założyć suknie, która jej się nie podoba. Na dworze jest zimno, zaś strój jest cienki i koronkowy. Z opisu wnioskowałam, że sukienka jest typowo współczesną „podfruwajką”. Tyle że w świecie bez centralnego ogrzewania praktycznie nie ma możliwości, aby ktokolwiek wpadł na pomysł ubrania kogokolwiek w tak lekki, przewiewny strój bez ogromnej ilości bielizny i sukni spodnich, gdy na tworze jest ZIMNO (co podkreśla narracja). To po prostu nie ma sensu z punktu widzenia tworzenia świata przedstawionego. Zwłaszcza że koronki byłby automatycznie bardzo drogie (polecam obejrzeć jakieś nagrania z ręcznego tworzenia takich małych dzieł sztuki), a postacie wokół bohaterki mają na sobie m.in. gorsety, które nijak nie przystają do takich koronkowych sukieneczek.

Takie detale sprawiają, że świat naprawdę traci na wiarygodności i wydaje się nieprzemyślany. Zdarzają się oczywiście sytuacje, gdy autor traktuje konwencje bardzo lekko i tego typu elementy nie rzucają się w oczy, ale w tym przypadku niestety tak nie jest.

Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że przeciętnemu czytelnikowi, który po prostu chce coś przeczytać, to prawdopodobnie przeszkadzać nie będzie. A jeśli pominie się całą tę kwestię redakcyjną to… dostajemy po prostu przeciętną powieść fantasy o dość sztampowej, zwyczajnej fabule. Ot, mamy grupę bohaterów, którzy mają do wykonania zadanie. Dostajemy silną i niezależną kobietę (Aine), inteligentnego medyka (Gavina), surowego mentora (Lisa), czy męską mimozę-wojownika-nudny-fajny-główny-charakter (Bertama, tak, ja od tego momentu mam zamiar używać tego określenia, bo główne postacie często jednak tak wychodzą. Eragon na przykład). Oczywiście nie obędzie się też bez wybrańców i bez sporej dawki akcji z bogami w rolach głównych lub pobocznych.

Nie wypada to wcale tak źle, choć przez pewien brak płynności w narracji czasem „Śmiech diabła” przypomina bardziej zlepek scenek, które są od siebie dość mocno oddzielone. Bohaterowie zdają się podejmować decyzje dość nagle, bez wystarczającego wcześniejszego podbudowania i historia często nie buduje na tyle pewnych relacji między postaciami, bym ostatecznie była w stanie w to wszystko uwierzyć (np. sprawa Lory). Ale w dalszym ciągu, dzięki pewnemu ciężarowi w języku autorki i stosunkowo prostej osi fabularnej jakoś do się wszystko klei.

Najbardziej chyba boli mnie po prostu to, że ta powieść mogła być dla mnie dobrą powieścią rozrywkową. Naprawdę niewiele jej do tego brakowało i początkowo byłam gotowa tak ją okrzyknąć. W tej chwili zaś waham się, czy w ogóle chcę kontynuować tę przygodę. Z jednej strony obawiam się ponownych problemów ze stylem, z drugiej – debiuty zwykle są najsłabsze (nawet jeśli są pierwszą częścią tej samej serii), a przy tak prostej fabule, coś jeszcze z tego mogłoby wyjść. Zwłaszcza że w moim odczuciu tu najwięcej jest do poprawy właśnie w warstwie językowej książki.

Przy okazji chyba muszę zaznaczyć po raz kolejny: ja jestem człowiekiem z natury czepliwym, który powieści fantasy ma na swoim koncie sporo. Zwracam uwagę na rzeczy, na które nie spogląda przeciętny zjadacz chleba. I jeśli po prostu chcecie opowieści o magii, podróżach, przyjaźni i wielkich bitwach to jest spora szansa, że „Śmiech diabła” będzie czymś dla Was.


(Tak, miałam potrzebę „wygadania się”. Czytanie zajęło mi więcej czasu niż zwykle i naprawdę zdążyłam się tą lekturą mocno zmęczyć.)



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

poniedziałek, 29 marca 2021

Prorok: zwieńczenie trylogii high fantasy w arabskich klimatach


Po wędrówce i poszukiwaniach prawdy Kashim Al.’Shannag w końcu podejmuje decyzje o powrocie do swojego ojczystego miasta. Przywrócenie mu porządku może się jednak okazać zbyt trudne dla grupki zbrojnych, którzy podążają do Tel’Halik wraz z nim.

 

Po dłuższym czasie, ale w końcu: zakończyłam swoją przygodę z „Opowieściami piasków” Krzysztofa Piskorskiego. „Prorok” to zwieńczenie tej trylogii, która była zresztą debiutanckim cyklem tego autora i która też, jak na nomen omen debiut, wypada naprawdę dobrze na tle innej tego typu literatury.

Prorok
Krzysztof Piskorski
wyd. Runa, 2007
Opowieści piasków, t. 3

Ani „Prorok”, ani pozostałe części, nie są w żadnym razie dla mnie „książkami życia”, ale bez wątpienia są porządnie skonstruowanym, klasycznym high fantasy, które czerpie mocno z arabskich klimatów. Powiedziałabym, że to historia dość „tolkienowska” w swoim tonie. Piskorski nie skupia się aż tak na bohaterze, raczej opowiadając o wielkich wydarzeniach. Jednakże, choć nie wchodzi aż tak głęboko w relacje między postaciami, jakbym tego chciała, robi to jednak bardziej, niż właśnie Tolkien we „Władcy pierścieni”.

Piskorski jest też zaskakująco naturalny w swoim stylu. Język „Proroka” jest dość mocno stylizowany, jednak nie na tyle, by historia nie była zrozumiała. Powieść czyta się naprawdę płynnie, a przez drobne, żartobliwe wtręty ze strony autora, widać, że działa językiem dość świadomie, mimo że – tak jak już wspominałam – to jedna z pierwszych napisanych przez niego książek. Styl nie wybija też z rytmu, tak jak to miało miejsce np. w przypadku mojej lektury „Viriona. Zamek” Ziemiańskiego.

Zresztą, choć Ziemiański ma na swoim kącie więcej książek, niż Piskorski nawet (chyba?) do tej pory, to już gdy „Opowieści piasków” były wydawane, autor miał od niego po prostu lepszy warsztat. Widać też dość dużą pracę włożoną w poszukiwanie przez niego źródeł, w wyciągnie detali z przeszłości realnego świata, które mogą dobrze zagrać w jego uniwersum. Dzięki temu nie mogę tego ukrywać: uznaje, że to jest naprawdę porządna historia w całości, nawet mimo pewnych mankamentów.

W trakcie lektury uświadomiłam sobie też, że polscy pisarze bardzo lubią tematykę bogów i zabaw nadludzkich istot z tymi przyziemnymi, zwyczajnymi. Bo i tu ten wątek się pojawia, mocno kojarząc mi się z (powstałymi później) „Opowieściami z meekhańskiego pogranicza”. Oczywiście to inny świat i o coś innego tu chodzi, ale samo mieszanie się niebiańskich istot z ludźmi, kontaktowanie się z nimi itd. po prostu przywodzi mi taką myśl.

Osobiście, jak zwykle przy tego typu historiach, chciałabym, by było tu nieco więcej „mięsa”. By bohaterowie pokazali mi, że naprawdę PRZEŻYWAJĄ emocje, że naprawdę są bardzo dobrymi przyjaciółmi lub niezwykłymi wrogami. By śmierć czy zwycięstwo było przeżywane bardziej. Wydaje mi się, że wtedy ta historia byłaby pełniejsza, szczególnie że wiem, że Piskorski w swoich kolejnych książkach świetnie daje sobie przecież z tym radę. Rozumiem jednak też, że po prostu taką wybrał konwencję. I nie jest to w żadnym razie zły wybór – po prostu nie do końca „mój”.

Jeśli szukacie stosunkowo lekkiej, ale pisanej raczej na poważnie, przygodowej fantastyki o dość unikatowym klimacie to nie wahajcie się poszukać gdzieś choćby i używanych „Opowieści piasków”, z „Prorokiem” włącznie. Mimo wszystko nie mamy wcale na rynku aż tak wiele porządnego high fantasy, więc i ta historia po prostu zasługuje na uwagę.


piątek, 26 marca 2021

Prochy Babilonu: wojna o wpływy w Układzie

Zmiany w Układzie, jakie przyniósł Pierścień, doprowadziły do wojny. Marco Inaros, stojący na czele Wolej Floty, chce uczynić mieszkańców Pasa prawdziwie wolnymi. Załoga Rosynanta, na czele z kapitanem Jamesem Holdenem, robi wszystko, by zminimalizować rozlew krwi.

 

Gdy odkładam kolejny tom „Expanse” zwykle myślę o tym, że właściwie przeczytanie książki poszło mi szybciej, niż zakładałam i właściwie mam ochotę na kolejny tom. A potem okazuje się, że sięgam po kolejny prawie po roku. Ale cóż, przynajmniej sięgam. I mam wrażenie, że „Prochy Babilonu”, czyli tom szósty, chyba wypadają lepiej od piątej części cyklu i właściwie na pewno są lepsze od czwartej.

Prochy Babilonu
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2019
Expanse, t. 6

Poprzednia część stanowiła pewien przerywnik, który pozwalał nam wejrzeć w przeszłość bohaterów i ustanowić nową sytuację w Układzie: sprawy związane z protomolekułą są już właściwie rozwiązane i teraz fabuła po prostu musi obrać nowy tor. Ten zaś jest jak najbardziej uzasadniony. Nowe możliwości, jakie stanęły przed ludzkością, po prostu musiały doprowadzić do nowych problemów, szczególnie że sytuacja i tak od lat była napięta, co wyraźnie przedstawiły nam części poprzednie. Nic więc dziwnego, że „Prochy Babilonu” są przede wszystkim dość militarną space operą, ze sporą ilością kosmicznych bitew i politycznych elementów.

Wracając do historii, chyba po raz kolejny zaskoczył mnie sam styl autorów. Panowie piszący pod pseudonimem James S. A. Corey piszą w sposób surowy, ale interesujący i bardzo klarowny. Choć w tym świecie dzieje się dużo, w tej narracji po prostu nie da się zgubić. Jasne jest, co i gdzie się dzieje, motywacje bohaterów także są wyjaśnione. Poza tym, choć historia idzie w stronę tej bardziej militarnej fantastyki, to jednak relacje między postaciami dalej są bardzo istotne: załoga Rosynanta wielokrotnie podkreśla to, że po tylu latach wspólnych przygód stali się po prostu rodziną.

Zmorą poprzednich tomów, zwłaszcza trzeciego i czwartego, było dorzucanie nowych postaci w narracji, które następnie znikały z fabuły i w gruncie rzeczy nie miały większego znaczenia. Tu na szczęście trend ten jest przynajmniej częściowo przerwany. Część z tamtych bohaterów wraca, choć w nieco mniejszych rolach, a autorzy po prostu zaczynają częściej i swobodniej „skakać” po narracjach, nie powodując jednak przy tym chaosu. Przyznaję, że, tak czy siak, najlepiej obserwuje mi się załogę Rosynanta, ale rozumiem, że przy takiej historii inna perspektywa po prostu jest czasem istotna.

Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko – nie do końca podoba mi się to, w którą stronę ten cykl poszedł. Dwa pierwsze tomy, skupione na rozwiązaniu zagadki protomolekuły, były po prostu najciekawsze i kolejne nie wracają do tamtego poziomu. Wciąż to dobra literatura rozrywkowa, ale jednak – „to nie to samo”. Szczególnie że osobiście za militariami nie przepadam i te naprawdę potrafią mnie dość szybko męczyć. Wole takie historie w wersji filmowej i mimo wszystko, chyba jednak preferuje ekranizacje tego cyklu.

Niemniej, koniec końców, jestem z lektury całkiem zadowolona. Niewiele jest przyjemnych space oper, które jednocześnie trzymają poziom w tworzeniu świata, a ta bez wątpienia trzyma. Po „Prochy Babilonu” można sięgać bez większych obaw.


poniedziałek, 22 marca 2021

Płacz: trzeci tom, który nie był do końca potrzebny

Po odkryciu rodzinnych tajemnic trzy panny Stern ruszyły swoimi drogami. Nie minęło jednak dużo czasu, a okazuje się, że jedna z nich dramatycznie potrzebuje pomocy. Dżusi i Klara oraz ich przyjaciele wyruszają w Góry Sowie, aby pomóc Eleonorze.

 

„Toń” sprawiła, że pierwszy raz od dłuższego czasu naprawdę mocno wciągnęłam się w lekturę. Dlatego też, idąc za ciosem, musiałam zapoznać się z kontynuacją tej historii, czyli z „Płaczem”, który od dłuższego czasu stał na mojej półce. Liczyłam na przynajmniej równie dobrą przygodę, dzięki której będę mogła po prostu trochę odpocząć.

I choć przynajmniej na papierze „Płacz” wypada po prostu bardzo dobrze, o tyle w praktyce… niestety, jest już nieco gorzej. „Toń” dalej pozostaje najlepszą powieścią Marty Kisiel, jaką dane mi było do tej pory poznać, a w gruncie rzeczy poza jej najnowszym kryminałem, jestem zaznajomiona ze wszystkim, co autorka wydała do tej pory.

Płacz
Marta Kisiel
wyd. Uroboros, 2020
Cykl wrocławski, t. 3

Tak naprawdę trudno mi stwierdzić, co tu do końca „poszło nie tak”. Niby mamy te same postacie, ale… właściwie to nie. Gerd, Dżusi, Klara, Elaonora, nawet pani Matylda, wydają się mieć teoretycznie te same cechy, które jednak trochę inaczej zaczynają działać w praktyce. I jak na przykład w „Toni” Gerd miał naprawdę świetną chemię zarówno z Elaonorą, jak i panią Matyldą, tak w przypadku tej książki to wszystko jakoś się… rozjeżdża. Nie działa. Jednocześnie to nie tak, że dostajemy cokolwiek w zamian. Te postacie po prostu przestają ze sobą grać tak dobrze, jak poprzednio, a Kisiel idzie w jeszcze większe przerysowanie postaci. To dotyczy m.in. narzeczonego Dżusi, czyli Karolka.

Choć „główna ekipa” pozostaje taka sama, autorka dorzuca nam jeszcze jedną postać. Mężczyznę po 50., który zostaje początkowo „sparowany” z Eleonorą. I o ile przy kilku pierwszych stronach wydawał mi się całkiem intrygujący, więc zaczęłam snuć związane z nim teorie… o tyle ostatecznie okazał się niewiele wnoszącą postacią.

Odnoszę wrażenie, że problem może tkwić tutaj w innym rozłożeniu ciężaru. Z jednej strony, Kisiel sięga po naprawdę mroczne elementy historii, która rozgrywała się na terenie Gór Sowich, oczywiście przerabiając ją na swoją własną, fantastyczną modłę. Z drugiej nie wiąże go wystarczająco mocno z historią panien Stern, co było najmocniejszą stroną „Toni”. Za to skupia się tu na nowym bohaterze, który jest od nich naprawdę znacznie mniej interesujący. Ponadto fabuła wydaje mi się znacznie bardziej chaotyczna i bardziej absurdalna (mimo tematyki związanej m.in. z ludobójstwem).

Dostajemy więc ostatecznie książkę, którą dalej czyta się całkiem lekko i przyjemnie. Która momentami ma naprawdę dobry klimat i ciekawe pomysły, ale koniec końców, wypada bardzo przeciętnie, zwłaszcza w porównaniu do swojej poprzedniczki. Przyznaję, jest mi tego trochę szkoda, bo „Płacz” wydaje mi się przy tym po prostu dość niepotrzebną kontynuacją. Mam wrażenie, że gdyby „Toń” była pojedynczą historią, wypadałaby znacznie lepiej. Ba! Właściwie przecież wystarczyłoby, gdyby autorka w tym samym świecie osadziła kolejną paczkę bohaterów, tylko luźno wiążąc ich z poprzednimi postaciami – tak, jak miało to miejsce w „Nomen omen”.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

sobota, 20 marca 2021

Fraktalny książę: gdy autor pokazuje, zamiast pisać


Jean la Flambeur, złodziej przyszłości, który zawsze dotrzymuje swojego słowa, podróżuje na Ziemię wraz ze swoją pracodawczynią. Jego statek zostaje jednak zaatakowany. W tym samym czasie na planecie dochodzi do morderstwa, w którego rozwiązywanie wplątuje się córka pewnego wpływowego człowieka.

 

Sięgając po cyklu o Jeanie la Flambeur, który został napisany przez fińskiego autora, Hannu Rajaniemi, wiedziałam, że pierwszy tom będzie książką niebywale męczącą, ale jednocześnie doszły mnie słuchy, że wraz z kolejnymi częściami będzie lepiej. Dlatego bez szczególnej ochoty (bo „Kwantowy złodziej” naprawdę dał mi się we znaki), ale z nadzieją na lepszą kontynuację wzięłam się za „Fraktalnego księcia”. Niestety – poza ciekawym tytułem ta książka nie miała mi osobiście do zaoferowania nic.

To jest chyba pierwsza książka, jaką znam, w której opisy akcji sprawiały, że nie miałam bladego pojęcia, o co chodzi, a następnie, gdy bohaterowie ze sobą rozmawiali, orientowałam się… że to było TAK proste. Tyle że pod natłokiem dziwnych słów naprawdę trudno czasem w ogóle zrozumieć, o co autorowi chodzi. Rajaniemi próbuje pokazywać, zamiast wyjaśniać, ale to przecież fantastyka! Odrobina ekspozycji i krótkiego wyjaśnienia, o co w tym świecie chodzi, byłaby naprawdę przydatna. Jestem po dwóch tomach i przyznaję – dalej nie mam pojęcia, jak Jean la Flambeur wygląda, czemu jest najlepszym ze złodziei i jak działa w swoim zawodzie.

Fraktalny książę
Hannu Rajaniemi
wyd. Mag, 2017
Jean la Flamebur, t. 2

Mam wrażenie, że w przypadku tej książki coś mogło „pójść nie tak” na etapie pisania, tłumaczenia lub obydwu. Z tego co rozumiem, autor pisze w języku angielskim, który nie jest jego rodzimym, a więc pewnie nie zna go tak doskonale, jak swojego ojczystego, co może być problematyczne, gdy próbuje się napisać bardzo techniczne SF. Ponadto takie rzeczy po prostu trudno się tłumaczy. Jeśli osoba zajmująca się tą kwestią „nie zaczai”, o co chodzi… to czytelnik tym bardziej nie. Oczywiście, to tylko spekulacje: może po prostu Rajaniemi miał taki pomysł na powieść, który… no nie do końca wyszedł. Po prostu. Przynajmniej w moim odczuciu.

Ponadto chcę zauważyć, że „Fraktalny książę” jest niezwykle chaotyczny. Tekst zmienia co chwilę perspektywę czy czasy, przez co czasem zdarzyło mi się w treści po prostu gubić. Na przykład, najpierw dostajemy narrację pierwszoosobową, w którym autor opisuje akcję z perspektywy Jeana, aby następnie zrobić „***” i przejść do narracji trzeciosobowej. Z tym że nie zmienia się miejsce akcji, jej czas ani bohaterowie.

Początkowo miałam nadzieję, że przynajmniej jeden wątek okaże się ciekawy, bo do pewnego momentu chyba wiedziałam, o co w nim w pełni chodzi… a potem i to jakoś się rozmyło. Gubiłam więc wątki, musiałam czytać niektóre fragmenty kilkukrotnie, nie rozumiałam pobieżnych opisów autora…. A nie jestem przecież początkującym czytelnikiem. Z niejednego pieca chleb jadłam i z niejednej drukarni książki czytałam.

To zdecydowanie nie jest lektura dla mnie, która jakkolwiek by mnie zainteresowała i mam wrażenie, że wiele osób poczuje się przy niej tak samo zagubiona, jak ja. Z tym że na mojej półce czeka tom trzeci… a że jestem uparta, to pewnie przynajmniej spróbuje go przeczytać. Kiedyś, jak już trochę odpocznę.


Nomida zaczarowane-szablony