wtorek, 26 października 2021

Poczet dziwów miejskich: co nocą kryje się we Wrocławiu?

 

Co dzieje się we Wrocławiu, pod osłoną nocy, z dala od oczu zwyczajnych ludzi? Ożywają dziwy i zaczyna się dziać! Stwory zrodzone z legend i ludzkich lęków zaczynają przejmować kontrolę nad stolicą Dolnego Śląska.

 

Miałam nadzieję, że nim przeczytam wszystkie napisane przez Krzysztofa Piskorskiego książki, on jakąś jeszcze napisze. Niestety nie – „Poczet dziwów miejskich” jest już za mną, a żadnych zapowiedzi autora nie widać. A szkoda, bo po tej lekturze miałabym ochotę na coś stworzonego przez nieco dojrzalsze „wcielenie” pisarza.

Ta książka to nic innego jak zbiór opowiadań, jednak zakotwiczonych w tej samej rzeczywistości. Piskorski przedstawia nam całą gamę bohaterów, którzy przewijają się – w mniejszym lub większym stopniu – przez kolejne historie. Mamy więc magicznego i gadającego kruka Rraxa, Baba Jagę, dziennikarza piszącego do tabloidów na niekoniecznie wiarygodne tematy (Witka), czy też Janka – niegdyś studenta, obecnie alkoholika, który widzi magiczne istoty, rozwiązując ich problemy.

Poczet dziwów miejskich
Krzysztof Piskorski
wyd. Fabryka Słów, 2007

Mam wrażenie, że gdyby te opowiadania wyszły dziś bądź zostały wznowione w nieco odświeżonej wersji to szturmem podbiłyby rynek. Są lekkie, są całkiem przyjemne, choć niekoniecznie wybitne, przedstawiają sporo bohaterów i kładą też spory nacisk na ich relacje. Jednocześnie brakuje im wyjątkowości, którą często widziałam w powieściach czy historiach Piskorskiego.

Dlaczego? Autor zasłynął przede wszystkim jako twórca magicznych światów. Jego wizje są często bardzo dopracowane i po prostu ciekawe. W tym przypadku zaś dostajemy typowe urban fantasy. Mówiąc zaś „typowe” mam na myśli: tworzone na bieżąco. Piskorski zdaje się domyślać kolejne elementy i kolejne postacie na potrzeby opowiadań, a zasady świata nie zawsze trzymają się kupy, np. czasem zwykli ludzie widzą magiczne istoty, a innym razem nie. Tak jak pasowało do konkretnej fabuły.

Z jednej strony trochę to rozumiem. Te opowieści nie tylko mają być lekkie, ale już sam tytuł zbioru sugeruje, że są to jakieś dziwy, baśnie, rzeczy niekoniecznie „konkretne”. Tylko dlatego moim zdaniem taka formuła w tym przypadku się broni. Szczególnie, że to chyba najbardziej żartobliwa powieść autora i jego celem nie było raczej stworzenie czegoś bardzo rozbudowanego. Rozumiem, szanuję – ale przecież rok później wyszła znacznie lepsza technicznie „Zadra”, a i „Opowieści piasków” (debiut) wydawały się nieco bardziej przemyślane.

Mówiąc o braku przemyślenia mam też na myśli pewien chaos i zmienność samych opowiadań. Niektóre teksty skaczą między narracjami i ciężko jest wciągnąć się w opowieść, a przynajmniej – mi było ciężko. Jednocześnie autor sięga do różnorodnych wierzeń, różnorodnych istot i ilość magicznych stworzeń trochę mnie przytłoczyła. Mamy tu i anioły, i diabły, i bazyliszki, wiedźmy, utopce, stwory udające anteny telewizyjne… Zdaje sobie sprawę, że gdy ta powieść została wydana (2007 rok) urban fantasy nie było w Polsce aż tak popularne, jak teraz, ale podobnych uniwersów poznałam już za dużo, by bawiło mnie takie nagromadzenie charakterów. Jednocześnie jednak po prostu wolałabym, by autor przystopował i albo ograniczył ich ilość, albo nieco więcej czasu poświęcił na rozpisanie systemów magicznych i na nadanie konkretnych, ciekawych cech danym gatunkom.

„Poczet dziwów miejskich” był całkiem miłym spotkaniem z twórczością Piskorskiego, bo najzwyczajniej w świecie lubię jego sposób narracji. Ale najzwyczajniej w świecie przywykłam do jego nowszych i lepiej napisanych powieści. Wiem, że się rozwinął i że teraz tworzy na wyższym poziomie, niż dawniej – i dobrze, o to chodzi. Tylko żałuję, że moim zdaniem najsłabszą powieść tego pisarza postanowiłam zostawić sobie na koniec. Niemniej, każdemu, kto szuka słowiańskich klimatów, czy odrobiny kryminału w fantasy, połączonego z lekką narracją – polecam, bo wtedy „Poczet dziwów miejskich” warto sprawdzić.  


sobota, 23 października 2021

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz: w uniwersum Sherlocka Holmesa

 

Arsene Lupin to ktoś więcej, niż tylko wytworny dżentelmen. To również włamywacz, który doskonale zna się na swoim fachu. Nieuchwytny i arogancki, kryje jednak w sobie również dobro i współczucie dla drugiej osoby.

 

Uwielbiam Sherlocka Holmesa. Przeczytałam wszystkie historie o nim jeszcze w trzeciej klasie gimnazjum (nim poznałam serial „Sherlock”) i do dziś, gdy je otwieram po prostu dobrze się bawię. To prywatnie mój ulubiony typ kryminału, w którym to nie zagadka jest najważniejsza, a właśnie wybitny detektyw – wiem, że wiele osób woli jednak odwrotną sytuację, ale to moje osobiste preferencje.

Dlatego „Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz”, będący swoistą odpowiedzią na twórczość Doyle’a, wydała mi się książką co najmniej intrygującą. Ten zbiór francuskiego pisarza, wydany po raz pierwszy w 1907 roku (pierwsze opowiadanie w 1905 roku) jest parodią, czy też odwróceniem tropów z Sherlocka Holmesa. Zamiast ekscentrycznego detektywa dostajemy wybitnego włamywacza, który wodzi policję za nos. Nawet patrząc na to, co lubi się współcześnie, Arsene Lupin wydaje się być postacią, która powinna dobrze się sprzedać. W końcu „wszyscy lubimy złoczyńców”, zwłaszcza jeśli mają w sobie coś sympatycznego.

Arsene Lupin. Dżentelmen włamywacz
Maurice Leblanc
wyd. Świat książki, 2021
Arsene Lupin, t. 1

Niestety, spotkanie z tym zbiorem opowiadań – bo to powiązane ze sobą fabularnie, ale jednak opowiadania – nie okazało się dla mnie czymś nadzwyczajnym. Czemu? Już tłumaczę!

Przede wszystkim – ja po prostu nie kupuję Arsene Lupina jako postaci. Jego podstawowe założenia nie są złe. To niby włamywacz, ale w gruncie rzeczy dobry człowiek. Niby okrada ludzi, ale właściwie na łamach opowiadań jego czyny wydają się być bardziej dziecięcą zabawą. Tu się włamie i zostawi karteczkę „ukradnę to, jak się zestarzeje”. Tam pomoże złapać faktycznego złoczyńcę, innym razem odnajdzie jakieś złoto, czy biżuterię i przekaże ją właścicielowi.  Tego jest po prostu zbyt dużo, abym uwierzyła w to, że Lupin jest naprawdę poważnym włamywaczem.

Kolejna sprawa jest taka, że te opowiadania, będące bądź co bądź zagadkami kryminalnymi, moim zdaniem nie są wcale najlepiej poprowadzone. Przynajmniej mnie nieszczególnie wciągały, nie interesowały, były dość… mdłe, nijakie. A im dalej w las, tym było gorzej. Mam przy tym wrażenie, że one są po prostu niezbyt sprawnie napisane. Historie o Sherlocku Holmesie to nie jest żadna literatura wysokich lotów, ale moim zdaniem są po prostu porządnie napisane. W przypadku zbioru Leblanca mam co do tego bardzo poważne wątpliwości.

Mimo tego zbiór czyta się lekko i szybko. To nie jest wymagająca lektura, mimo że data wydania pozornie może odstraszać. Ale naprawdę, nie każda powieść sprzed lat to „Nad Niemnem” – wtedy też ludzie potrafili tworzyć rozrywkowe historie. Może więc okazać się, że to dobra książka dla osób, które właśnie nie chcą wymagającej lektury i sam koncept na takiego włamywacza po prostu im się spodoba. Ponadto Lupin to ten typ bohatera, który może świetnie sprawdzić się w ekranizacji. Odpowiednio osadzony aktor może zrobić z niego prawdziwą perełkę, ale przyznaję, że żadnej adaptacji jeszcze nie poznałam.

Warto chyba dodać, że akcja tych opowieści rozgrywa się w tym samym „uniwersum”, co historie o Sherlocku Holmesie, z tym że autor (być może?) nie mógł (nie chciał?) użyć tego zlepku słów. Dlatego w „Dżentelmeni włamywaczu” dostajemy postać, która nazywa się… Herlock Sholmes.

Moje spotkanie z tą francuską książką nie okazało się wybitnie pasjonujące, bo naprawdę spodziewałam się większej przygody, lepszej zagadki, buzujących emocji, ciekawszej historii samej w sobie, a dostałam coś, co w moim odczuciu wygląda trochę jak wydmuszka. Niemniej, nie jest to ani książka trudna, ani długa, ani ciężka, w związku z czym nie dziwię się, że swojego czytelnika cały czas znajduje.

poniedziałek, 18 października 2021

Robot: próbowałam zrozumieć najlepsze SF w Polsce

 

Kilka lat po apokalipsie, ludzie żyją w schronie. Mechanizm z kolei tworzy sztucznych ludzi, którzy jedynie pozornie posiadają wolną wolę. Rez próbuje dojść do tego, czy naprawdę jest człowiekiem.

 

Mam wrażenie, że kompletnie nie rozumiem. „Robot” Adama Wiśniewskieg-Snerga po prostu mnie przerósł.

Doskonale wiem, jak ważna jest ta książka dla polskiej fantastyki i jak wiele osób niezwykle ją sobie ceni. Myślałam przy tym, że przecież podobał mi się i Zajdel, i „Solaris” Lema (bo więcej od niego nie czytałam w całości). Bez większych problemów pochłonęłam VanderMeera, książkę China Mieville’a czy Wattsa. Z czymś takim jak „Robot” nie powinnam mieć więc problemów, prawda? Okazało się, że absolutnie nie.

Robot
Adam Wiśniewski-Snerg
wyd. Literackie, 1977

Ta powieść jest gęsta, nieprzyjazna, naszpikowana nieinteresującymi mnie opisami oraz dialogami, z których przynajmniej dla mnie zwykle nic nie wynika, mimo że niby są naukowe i filozoficzne. Być może wynika to z braku wiedzy z mojej strony, ale jednocześnie nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że gdyby tak było to wiele innych książek też powinno być dla mnie nie do zrozumienia nawet w najmniejszym stopniu. A jednak były. Tylko „Robot” nie był.

Odnoszę wrażenie, że być może ta książka po prostu dość mocno zestarzała się już, jeśli chodzi o sposób pisania. Fantastyka naukowa ma to tego tendencje, a jednak Snerg napisał ją w 1971 roku. W przypadku niektórych starszych książek z tamtego okresu w Polsce mam podobne odczucia, co w tym. Nie dociera do mnie treść, wydaje się zbyt gęsta, nudna, nieinteresująca. To, co rozumiem, wydaje się wtórne, a to, czego nie rozumiem jedynie irytuje mnie coraz bardziej z każdą kolejną stroną.

Bardzo chciałam tę książkę zrozumieć i polubić. Poświęciłam jej naprawdę wiele czasu, czytając dokładnie zdanie po zdaniu, ale… po prostu się od „Robota” raz za razem odbijałam. Nie czuję się z tym najlepiej: to moja mała osobista porażka, bo przecież powieść Snerga uchodzi za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą polską książką SF. Ale niestety, po prostu muszę przyznać, że tym razem nie wyszło: między mną a tym tekstem nie ma śladów nie tylko chemii, ale też jakiegokolwiek zrozumienia.


piątek, 15 października 2021

Czego nie dałam rady ostatnio dokończyć? Październik 2021


Dawno tu nie było nic poza recenzjami, które i tak wpadają na Lubimy Czytać, ale prawda jest taka, że gdy piszę o wszystkim na bieżąco na Instagramie to blog, który i tak jest prowadzony głównie dla mnie i który nie generuje zbyt dużego ruchu nie jest miejscem, nad którym w tej chwili chcę spędzać wiele czasu. Jednak w ciągu ostatnich tygodni zdarzyła się rzecz niesłychana – nie skończyłam dwóch książek. Więc pozwólcie, że w skrócie napiszę dlatego, bo być może kogoś uda mi się tu przed nimi przestrzec.



„Peryferal” Williama Gibsona

Bardzo lubię steampunk, a do cyberpunku jako takiego właściwie „nic nie mam”, a to Gibson jest uważany za ojca obydwu tych nurtów w fantastyce. Dlatego w pewnym momencie uznałam, że po prostu coś od niego kupię i sprawdzę. Trafił do mnie „Peryferal” z Uczty Wyobraźni: znalazłam go dość tanio, więc nie narzekałam.

Jak to u mnie bywa, po dłuższym czasie od zakupu zabrałam się za lekturę. Początek był zaskakująco w porządku. Nie do końca rozumiałam, o co chodzi, ale w fantastyce tak bywa. Styl autora wydawał się jednak całkiem, całkiem, więc czekałam, aż akcja się bardziej rozwinie i narrator zacznie wyjaśniać, o co chodzi.

I tak dobrnęłam do jakiś 160 stron powieści, która z kartki na kartkę męczyła mnie coraz bardziej. Może druga część jest lepsza, może warto byłoby w to brnąć, ale ostatnio trafiam na same ciężkie książki i tak po ludzku – nie mam ani siły, ani ochoty się czymś takim katować. I właściwie nie mam się tu nawet nad czym dłużej rozwodzić, bo po prostu mam wrażenie, że w tego tekstu niewiele zrozumiałam, więc jakakolwiek analiza go wydaje mi się pozbawiona sensu.

 

„Czarne słońce” Jakuba Żulczyka

„Peryferalu” nie dokończyłam, bo mnie wymęczył i wydawał się niezrozumiały. W przypadku „Czarnego słońca” Jakuba Żulczyka jest nieco inaczej, ale właściwie może zacznijmy od samego początku, bo ten autor jest dla mnie w pewnym sensie dość istotny.

Był taki moment w moim życiu, że miałam staż w redakcji gazety. W trakcie tegoż stażu nie czułam się najlepiej w ekipie, bo miałam wrażenie, że przez mówienie „czytam fantastykę” zamiast „uwielbiam reportaże!” inni patrzyli na mnie trochę spode łba. W ekipie była zaś jedna osoba, która reportażem zajmowała się zawodowo i tylko go czytała. Ja z kolei dopiero w ciągu ostatniego roku zaczęłam mieć poczucie, że dobry reportaż jednak nie jest taki zły i o ile nie krytykowałam ludzi za ich czytanie (bo i jakim prawem?) to wiadomo – brakowało mi do tego entuzjazmu, tak po prostu. I właśnie ta osoba sięgnęła mniej więcej wtedy po „Ślepnąc od świateł” i uznała tę powieść za zaskakująco dobrą.

No dobrze, człowiek, który zawodowo pisze teksty mówi, że coś jest dobre to chyba musi być dobre, prawda? Udało mi się wygrać „Ślepnąc od świateł”, przeczytałam i… och, to było zdecydowanie gorsze od większości fantastki, którą czytam. Na wielu płaszczyznach.

Jednak jedna zła książka nie czyni złego autora i gdy natrafiłam na dwupak Orbitowskiego i Żulczyka to wzięłam. Z myślą o tym pierwszym, ale uznałam, że po paru latach mogę sobie i drugiego sprawdzić. Może dorosłam, może się zmienił, może tamta książka była po prostu niewypałem dla mnie – zobaczymy.

I och, to był absurdalnie zły pomysł.

Przebrnęłam przez 91 stron „Czarnego słońca” i miałam dosyć. Pozwólcie, że zacytuje kilka losowo wyłapanych zdań z tej książki:

·       „Urodziła się z głupim łbem i taka miała zdechnąć.”

·       „…że w środku Gruza siedzi jakaś bita i dymana cipa (…).”

·       „W sensie, cztery chude pały siedziały na takiej jakby scenie i dyskutowały o tym, jak to ich pedalskie, nieinteresujące nikogo gówno obronić przed tymi, którzy będą je chcieli słusznie posprzątać (…).”

·       „Z jej tyłka można byłoby wyliczać oś ziemi, tak był okrągły.”

Czytam fantastykę na co dzień, a w tym gatunku łatwo trafić na obrzydliwości. Sięgam czasem po kryminał, czy sensacje. Parę erotyków też mam na koncie. Naprawdę, nie jestem wyjątkowo wrażliwym człowiekiem na takie sprawy, ale nie umiem tekstu Żulczyka określić innym słowem, niż „obleśny”.

To nie tak, że jego styl jest absurdalnie zły sam w sobie. Pierwszy rozdział miał naprawdę niezłe tempo i gdyby usnąć z niego nadmiar „mięsa” to może i byłby całkiem dobry. Ale w tej formie tego się n i e  d a  c z y t a ć. Po prostu nie. To nie jest budowanie klimatu, ani nawet to nie jest szokowanie czytelnika takim językiem. To brak umiaru i jakiegokolwiek smaku ze strony autora. A wydawca z tyłu okładki pisze jeszcze o tym, że Żulczyk oferuje „głęboko humanistyczną opowieść o wielkiej duchowej przemianie”. Ucząc się od szanownego pana twórcy – co ku*wa?

Na moje oko po tych niespełna 100 stronach to powieść sensacyjna, która próbuje udawać fantastykę socjologiczną, niby-krytykującą to, co dzieje się w kraju, ale w moim odczuciu to jest robione przez autora tylko dla efektu. Nie mam zamiaru tracić na niego więcej czasu, a jak będę chciała sięgnąć po jakąś dystopię to sobie najwyżej powtórzę „Różaniec” Kosika albo „Limes inferior” Zajdla.

wtorek, 12 października 2021

Vatran Auraio: gdyby kolonizacja planet przebiegła źle

 

Ludzkość wyruszyła podbijać obce planety. Nie wszystko jednak poszło tak, jak planowała. Ajfrid mieszka w jednym z takich miejsc. Ludzka osada zmniejsza się z roku na rok, zabijana przez wodę, klimat i różnorodne choroby oraz pasożyty. On sam, pełniąc rolę odzianego w pióra vatran auraio ma im przewodzić i dopilnować, aby ludzkość dotrwała do kolejnego roku.

 

Marek S. Huberath to nie tylko pisarz, ale również człowiek nauki: od 2021 roku jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych. Gdy więc taka osoba bierze się za pisanie fantastyki naukowej to nie ma co ukrywać – ma naprawdę duże szanse na powodzenie, zwłaszcza jeśli ma sprawne pióro. A że ma przekonałam się już czytając jego opowiadanie, które w 1985 roku wygrało konkurs „Fantastyki”. „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam...” to naprawdę dobry tekst. Dlatego po „Vatran Auraio” spodziewałam się czegoś dobrego… choć jednocześnie czegoś innego, niż ostatecznie dostałam. Ale muszę przyznać, że po kilku naprawdę kiepskich bądź średnich książkach coś takiego było mi właśnie potrzebne.

Vatran Auraio
Marek S. Huberath
wyd. Literackie, 2011

To nie jest książka z tych łatwych. Autor od razu wrzuca czytelnika w świat przedstawiony pełny specyficznych nazw, których znaczenie niekoniecznie wyjaśnia od razu. To sprawia, że czytając, trzeba wytężyć trochę umysł i zastanowić się, co dokładnie autor ma na myśli lub uzbroić się w cierpliwość, czekając, aż przynajmniej z kontekstu wyjaśni się, o co tu w ogóle chodzi. Mimo tego od pierwszych zdań czuć, że Huberath wie, co robi. Operuje słowem bardzo sprawnie, jak na doświadczonego i naprawdę dobrego pisarza przystało.

„Vatran Auraio” właściwie nie skupia się na fabule jako takiej. To opis jednego „roku” w życiu ludzi, którzy znaleźli się w bardzo niesprzyjających warunkach. Ajfrid jest ich przewodnikiem i głównym bohaterem, ale w pewnym sensie ta książka przypomina trochę fantastykę obyczajową: opisuje życie i zwyczaje osadników, ich problemy, choroby czy dramaty. Muszę też przyznać, że to właśnie element światotworzenia wychodzi tutaj Huberathowi najlepiej. Jest najciekawszy i najbardziej fascynujący.

Bo oczywiście w tym czasie Ajfrid również dostaje swój prywatny wątek, skupiający się na relacji z kobietami (z czego jedna jest najważniejsza), ale przyznaję, że go nie do końca czułam. Przydał się do odkrycia kolejnych warstw w świecie i pokazania innych problemów mieszkańców planety, ale same relacje postaci mnie „nie chwyciły”. Przy okazji odnoszę wrażenie, że o ile główny bohater jest dobrze wykreowaną postacią, o tyle z bohaterkami jest już nieco większy problem.

Mimo tego jednak to dalej po prostu porządna powieść fantastyczno-naukowa, którą bardzo dobrze mi się czytało i której lektura była dla mnie przyjemnością. Warto dodać, że w wydaniu Literackiego można znaleźć także dwa opowiadania, osadzone prawdopodobnie w tym samym świecie, lecz na innych planetach. Te jednak raczej po prostu mnie „nie ruszyły” – mogło to wynikać z mojego nastroju, czy powoli narastającym już zmęczeniem, niemniej fajnie, że się tu znalazły.

Żałuję, że „Vatran Auraio” jest obecnie dostępne jedynie z drugiej ręki. To naprawdę dobra powieść i choć wyraźnie nie dla każdego to osobiście szukam książek właśnie na podobnym poziomie, a w księgarniach naprawdę trudno mi na takowe trafić, bo zbyt często spotyka mnie rozczarowanie. Jak już jednak wspominałam, nie jest to książka dla każdego i jeśli miałabym ją komuś polecić to tylko i wyłącznie tym, którzy są nie tylko oczytani w literaturze fantastycznej, ale także takim, którzy nie mają nic przeciwko nieco wolniejszej, „obyczajowej” fabule oraz którzy lubią czasem „podomyslać się” o co dokładnie autorowi chodzi.


sobota, 9 października 2021

Underground: czeski sensacyjny cyberpunk


Praga w roku 2107 jest zniszczona katastrofami i przypomina anarchiczne miasto-państwo. Zamieszkujący ją Vachten jest byłym policjantem, który obecnie pracuje jako najemnik od brudnej roboty. Tym razem zlecenie wydaje się proste: ma chronić cybernetyczną czarodziejkę, Fairy Fay. Szybko jednak odkrywa, że tutaj chodzi o coś więcej.

 

Choć Czechy odwiedzałam wielokrotnie i choć niby nam – Polakom – do nich całkiem blisko to chyba jeszcze nigdy wcześniej nie miałam w rękach książki napisanej przez autora pochodzącego z tego właśnie kraju. „Underground” jest więc pierwszą taką książką, która wpadła mi w ręce. Jej autorem jest Frantisek Kotleta, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Według opisu przygotowanego przez wydawcę powieści jest to jednak dość poczytny twórca z tego kraju, a sama przetłumaczona na polski powieść była bestsellerem w 2020 roku. Biorąc pod uwagę zarówno to, jak i wygląd samej okładki zakładałam, że trafi w moje ręce raczej komercyjne, rozrywkowe science-fiction.

Underground
Frantisek Kotleta
wyd. Silesia Progress, 2021

I tak też jest w istocie. Mamy tu do czynienia z cyberpunkiem, osadzonym w post-katastroficznym świecie. Nie istnieją już państwa jako takie, a jedynie mniejsze obszary, rządzone przez tego, kto akurat przejmie władzę. Sama Praga jest podzielona na trzy poziomy (biedotę, klasę średnią i bogaczy) i im ktoś mieszka wyżej, tym więcej ma pieniędzy i tym więcej może. Klimat tej książki jest do pewnego stopnia zbliżony do „Hel-3” Grzędowicza i zresztą do wielu innych tego typu dzieł.

Jak to w cyberpunku już bywa, świat bogaczy jest hedonistyczny, ma przedziwne (wręcz komiksowe) zachcianki, jest do gruntu zły. Świat biedoty zaś to osoby, które ledwo wiążą koniec z końcem, żywiąc się ludzkim mięsem, które udaje wieprzowinę. Właściwie „Underground” to dwie równie niebezpieczne dla przeciętnej jednostki skrajności: nie ważne, w której części tego świata żyjesz, i tak możesz szybko stracić życie.

W tym całym chaosie główny bohater, Vachten, ma do wykonania zadanie. Pod jego opiekę trafia cybernetyczna czarodziejka, która w tym przypadku jest po prostu naszpikowaną elektroniką kobietą do towarzystwa.

I tak – Kotleta wykorzystuje to tak bardzo, jak tylko może, przynajmniej do pierwszej połowy książki. Choć po obecnie wydawane książki Fabryki Słów raczej nie sięgam to przynajmniej te kilka lat temu bez problemu mogliby „Underground” wydać, bo to, jak lekka jest ta powieść, w połączeniu z ilością takich typowo męskich opisów kobiecego ciała sprawia, że to wygląda na ten sam target. Choć mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową, a więc możemy zakładać, że po prostu bohater uwielbia komentować kobiece ciało, to miałam po prostu wrażenie, że Kotleta, jako pisarz, po prostu chciał tym trochę szokować, bądź też realizował jakieś swoje własne fantazje. Nie przeszkadzało mi to za bardzo, ale nie zawsze było smaczne i czasem niektóre fragmenty wyglądały tak, jakby zostały wciśnięte do tekstu na siłę.

Poza tym mam wrażenie, że „Underground”… kompletnie niczym się nie wyróżnia. Ot, mamy tego silnego faceta z zasadami, choć zniszczonego przez życie, który musi rozwikłać zagadkę, uratować kobietę i ogólnie rzecz biorąc – postąpić słusznie. To bardziej sensacja, niż kryminał, toteż nie brakuje strzelanin, prób mordowania się nawzajem, akcji ratunkowych i tym podobnych. Czytałam już taką ilość tego typu powieści, że szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to zainteresowało. Ja już to wszystko widziałam – Koleta w swojej powieści nie zrobił nic nowatorskiego. Dlatego gdzieś po połowie książki stopniowo coraz bardziej traciłam nią zainteresowanie.

Styl autora jest prosty, raczej klarowny, komercyjny i typowo akcyjny. Trudno się w tym zgubić, ale też nie ma w jego języku czegoś, co sprawiałoby, że miałabym ochotę czytać Kotletę dla samego chłonięcia jego słów, co czasem się zdarza. Warto też nadmienić, ze mimo posiadania poprawionego dodruku zauważyłam kilka błędów, ale z drugiej strony: wiem, jak trudna jest praca redaktora i korektora, więc nie mam zamiaru szczególnie się do tego czepiać.

To, co mnie jedynie zaskoczyło to fakt, ze tutaj dźwięki broni są zapisywane… jako dialog. Przyznaję, wygląda to nieco dziwnie i przynajmniej mnie wybijało nieco z rytmu. Ale być może Czesi tak zapisują dźwięki? Nie wiem, ale jeśli tak – to całkiem ciekawa różnica.

Jestem przekonana, że Czesi mają w swoim fantastycznym dorobku mniej komercyjne i mniej zwyczajne powieści. Ta jest przykładem bardzo typowego cyberpunku, jakiego można u nas znaleźć mimo wszystko dość sporo, dlatego mnie osobiście niczym szczególnym nie zainteresowała. Niemniej, cieszę się, że „Underground” pojawiło się na polskim rynku i to nakładem nieco bardziej niszowego wydawnictwa, które fantastyką ogólnie się nie zajmuje. I jak najbardziej rozumiem, że tłumaczenie musi się sprzedać, a tego typu książka ma do tego największe predyspozycję. Tylko najzwyczajniej w świecie – nie pogardziłabym serią jakiś czeskich klasyków fantastyki, zamiast zeszłorocznym i typowo „strzelankowym” bestsellerem. Ale to jestem ja, a ze mnie raczej dość wybredny czytelnik. Z kolei bardziej „zwyczajna” osoba, która szuka lekkiej, dość męskiej i przy okazji sensacyjnej książki, a nie wyjątkowych konceptów w fantastyce, jak najbardziej może z lektury „Undergroundu” być zadowolona.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Silesia Progress!




środa, 6 października 2021

Niewidzialna Korona: to nie był udany powrót do Cherezińskiej

 

Przemysław II został zamordowany. Nie jest jasne, kto ma objąć po nim tron. Na terenach Polski rozpoczyna się walka o władzę.

 

W 2015 roku „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej była moim małym książkowym marzeniem. Jako uczennica szkoły średniej nie mogłam sobie pozwolić na zakupy zbyt często, a ta gruba książka nie należała do bardzo tanich. Dlatego gdy udało mi się wygrać konkurs fotograficzny i dostałam bon do księgarni to oczywiście, że musiałam ją zamówić. Po przeczytaniu okazało się, że książka być może nie była wybitna, ale zauroczyła mnie swoim stylem i delikatnym dodatkiem fantastyki. Pamiętam, że nawet uczyłam się z niej do kartkówek z historii, bo „opowiadając sobie” co się wówczas działo, łatwiej mi było zapamiętać wszystkie daty.

Niewidzialna korona
Elżbieta Cherezińska
wyd. Zysk i s-ka, 2014
Odrodzone królestwo, t. 2

Przez lata powieść urosła w mojej pamięci do tej bardzo dobrej, przepięknie napisanej książki, której czytanie zaniechałam… właściwie bez powodu. No dobrze, powód był – nie tak łatwo mogłam pozwolić sobie na kolejne części. Dlatego gdy w końcu po 6 latach dotarła do mnie kolejna część cyklu – „Niewidzialna korona” – byłam arcyciekawa, jak odbiorę tę powieść po czasie. Zwłaszcza, że z wielu stron cały czas docierają do mnie zachwyty nad piórem Cherezińskiej.

Niestety. Czas nie okazał się dla tego cyklu łaskawy, przynajmniej w moim przypadku.

Zacznijmy może od tego, że według posłowia autorki, tę część można czytać osobno. Ma to jakiś sens: co prawda to bezpośrednia kontynuacja poprzedniej powieści, ale to przecież książki historyczne, dość mocno czerpiące z przeszłości i zmieniające niewiele. Więc niewiadome można sobie po prostu doczytać. Dlatego też zresztą liczyłam, że w tę opowieść najzwyczajniej w świecie wsiąknę. Ale nie udało się.

W pewnym sensie „Niedziałalna korona” kojarzy mi się z czytanym w tym roku „Piasem” Grzegorza Gajeka. Tak jak i on, składa się ze scenek, które niby sią łączą, ale nie do końca. Na dodatek autorka bezustannie skacze pomiędzy różnymi postaciami, nie wchodząc zbyt głęboko w ich charaktery. Cherezińska zdaje się odhaczać ważne dla fabuły sceny, bez większych emocji i bez wniknięcia w to, co faktycznie robią i czują jej postacie. Dostajemy więc  coś w stylu rozpisanego podręcznika do historii.

Jednocześnie jej styl pisania oceniłabym jako bardzo, bardzo mocno komercyjny. Brakuje tu opisów, przeważają dialogi. Styl również zdecydowanie do najlepszych nie należy (i to dobrze pokazuje, jak X przeczytanych książek potem wpływa na ich ocenę –  wcześniej mi się przecież podobał!). Nie powiedziałabym, że jest tragiczny, bo widywałam gorsze, ale Cherezińska była po prostu dla mnie niezwykle nużąca w swojej płytkości i powierzchowności.

Jeśli ktoś spodziewał się w tej części fantastyki to raczej nie może na nią za bardzo liczyć. Ot, w tle przewijają się ożywione herby, są jacyś magiczni ludzie z lasu, ale ogółem – w tej części właściwie nic do robienia nie mają. To mógłby być fajny dodatek (np. jak wizje w pierwszym sezonie „Wikingów”), ale w tym przypadku to jest po prostu zbyteczne.

To, co mnie również negatywnie zdziwiło to… seksualność obecna w tej powieści. Dlaczego? Bo z jednej strony dostajemy powieść, która jest wręcz pustą wydmuszką. Ale gdy pojawia się akt seksualny to Cherezińska nagle zaczyna go rozpisywać i tłumaczyć. Trochę tak, jakby realizowała jakąś fantazję. I na te krótkie sceny z powieści o historii polski robi się nam tani romans historyczny. Podkradałam kiedyś, jako młodsza nastolatka, z półki rodziców cykl „Królowe wikingów” Frid Ingulstad i jakość opisu tych scenek kojarzy mi się właśnie z nim.  Być może autorka nie jest w tym obleśna, ale do pewnego stopnia niesmaczna – jak najbardziej.


Nie jest to najgorsza powieść, jaką znam. Tegoroczny „Piast” mimo wszystko był książką słabszą. Ale „Niewidzialna korona” nie jest też niczym dobrym, ciekawym, interesującym. Być może sprawdzi się jako czytało, bądź jako książka dla osoby niezbyt oczytanej (przykładem mogę być ja sprzed lat), ale ja na pewno do tego cyklu wracać nie będę. Na całe szczęście kolejnych tomów „Odrodzonego królestwa” jeszcze nie kupiłam, mimo że już kilkukrotnie mnie korciło.

sobota, 2 października 2021

Kiedy byliśmy sierotami: lata 30., detektywi i niedziałający miks

Lata 30. XX wieku. Christopher Banks, choć z pochodzenia Anglik, wychował się w Szanghaju. Gdy jego rodzice zaginęli, został odesłany do rodzinnego kraju. Gdy dorasta, zostaje znanym detektywem, a jego życiowym celem staje się rozwikłanie rodzinnej tajemnicy.


Kazuo  Ishiguro, choć urodzony w Japonii, praktycznie wychował się w Wielkiej Brytanii. Ten noblista jest mi znany już z „Malarza świata ułudy” ­­– książki, którą czytałam w formie elektronicznej w 2018 roku z powodu zajęć na uczelni. I przyznaję, że nie pamiętam z niej kompletnie nic. Do tego stopnia, że gdy „Kiedy byliśmy sierotami” rzuciło mi się w oczy w marketowym koszu to postanowiłam tę książkę po prostu wziąć. Nazwisko wyleciało mi z pamięci, a lata 30. i detektywi to coś, co po prostu dobrze mi się skojarzyło.

Kiedy byliśmy sierotami
Kazuo Ishiguro
wyd. Albatros, 2017

Przyznaję, że… właściwie nie do końca rozumiem, co takiego przeczytałam. Niby to literatura piękna, ale też trochę kryminał, lecz jednak sensacja, a to wszystko opisane w stylu, który zdaje się nie do końca pasować do książki.

Zaczynając jednak od pierwszych stron, sam początek „Kiedy byliśmy sierotami” odebrałam jako nudnawy, ale być może zapowiadający coś ciekawego. Christopher Banks opowiada w pierwszej osobie o swoim dorastaniu i wspomina czasy dzieciństwa. Rozumiem, jeśli ktoś w tę opowieść wsiąknie, bo jego wspomnienia są przepełnione nostalgią, ale nie do końca odpowiadał mi styl Ishiguro. Miałam wrażenie, że mogę pomijać całe strony opisów, nie tracąc ani fabuły, ani doświadczenia płynącego z piękna języka, a to nie jest dobra oznaka. Być może to kwestia polskiego tłumaczenia, ale dla mnie Ishiguro pisze jak autor sprzed kilkudziesięciu lat z tej grupy lubiących długie, obiektywne opisy, które we współczesnych książkach występować po prostu nie mogą, bo większość czytelników nudzą.

W tej części również jest nieco o głównym bohaterze w czasach dla niego teraźniejszych. W tych scenach poznajemy człowieka uchodzącego za wielkiego detektywa, ale w praktyce nie widzimy, by rozwiązywał jakiekolwiek zagadki. Mówi o tym on, mówią o tym postacie wokół niego, ale Ishiguro nie pozwala nam tego zaznać w praktyce.

Druga połowa książki, w której nieco zmienia się ton, dotyczy wyjazdu Banksa do Szanghaju, gdzie ma zamiar rozwiązać tajemnice zaginięcia swoich rodziców. Tam z kolei pojawia się wątek romantyczny, który najpierw spycha tę sprawę na drugi plan, a gdy ta znów wraca to w – przynajmniej dla mnie –  absurdalnie dziwny sposób. Książka zmienia się w sensacje, w której bohater podejmuje dość głupie decyzje, ale styl autora nie ulega zmianie. Dostajemy więc właściwie pomieszanie najgorszej cechy tej „niefajnej” literatury pięknej (długie i nudne opisy) oraz sensacyjnej (no po co on to robi?). Sama końcówka głównego wątku zaś jest niczym wyjęta z Jamesa Bonda i nijak się ma do nostalgicznego, powolnego początku powieści.

Autor w wielu miejscach sugeruje, że we „Kiedy byliśmy sierotami” chodzi o coś nieco więcej, ale przyznaję – nie widzę tego. Niby mam do czynienia z noblistą, człowiekiem, który pisać potrafi i ja gdzieś tamten kunszt widzę, ale jednocześnie albo brakuje mi umiejętności, by jego książkę odpowiednio rozkodować, albo… ona po prostu jest nijaka, kiepska, posklejana z kilku elementów, które do siebie nie pasują. A mam za sobą trochę literatury z różnych półek i wydaje mi się, że przynajmniej troszeczkę o książkach czy pisaniu wiem.

Na pewno moje drugie spotkanie z Kazuo Ishiguro było dla mnie mniej bolesne, niż to pierwsze. Nie było fascynujące, to fakt, ale nie cierpiałam aż tak w trakcie lektury. Nie żałuje też tego, że tę książkę mam i że mogłam się z nią zapoznać, bo mimo wszystko Nagroda Nobla swoją renomę ma. Ale czy uważam, że „Kiedy byliśmy sierotami” było książką, która wniosła coś szczególnego do mojego życia? Absolutnie nie. Ale kto wie – może do życia innych doda coś intrygującego czy zmusi do jakichś przemyśleń. W końcu swoich zwolenników także ma.


środa, 29 września 2021

Harda Horda: zjednoczone talenty oznaczają... przeciętne opowiadania?


Grupy literackie wśród polskich fantastów nie wydają mi się obecnie czymś szczególnie głośnym, czy nadmiernie popularnym. Jednak jakiś czas temu polscy czytelnicy mogli poznać Hardą Hordę. W jej składzie znaleźć można 12 kobiet, zarówno tych bardzo popularnych, jak i tych przynajmniej dziś nieco mniej znanych. Łączy je to, że piszą fantastykę (i nie tylko ją). Każda jednak ma swój własny głos, wiele z nich zaś tworzy zupełnie inne treści.

Harda Horda
antologia
wyd. SQN, 2019

I tak też w 2019 roku grupa nakładem wydawnictwa SQN wydała swoją pierwszą antologię. „Harda Horda” to pięknie wydana książka. Jest co prawda w związku z tym trochę „napompowana” i jej 390 stron jest nieco na wyrost, ale to idealny przykład prezentowej pozycji. Ma twardą oprawę, ilustracje, wyjęte z tekstu cytaty (akurat co do nich przekonana nie jestem), jakieś ozdobniki. Ponadto po każdym opowiadaniu można zapoznać się z krótkim biogramem autorki, która napisała dane opowiadanie.

Jeśli dobrze się orientuje, to w tym zbiorze opowiadań nie ma żadnej konkretnej myśli przewodniej. Ot, teksty autorek z grupy literackiej – ale bez konkretnego pomysłu. Zakładałam więc, że w ramach pierwszej antologii, która powinna trochę przedstawić ich twórczość, przedstawią teksty, z których naprawdę są zadowolone. Ciekawe koncepcyjnie i interesujące. A jeśli nie to chociaż takie, które pojawią się w tym zbiorze po raz pierwszy.

Rzeczywistość okazała się trochę inna. Opowiadania z „Hadrej Hordy” są stosunkowo równe poziomem (oczywiście odchyły się pojawiają), ale większość z nich to lekkie i raczej „komercyjne” teksty. Takie, które dobrze się czyta, ale nie wnoszą nic szczególnego. Część z autorek znam i dobrze wiem, że przynajmniej niektóre stać na o wiele, wiele więcej. Może to właśnie był pomysł na antologię – by zrobić ją bardziej komercyjną, niż artystyczną – ale przyznaję, że trochę się zawiodłam. Bo naprawdę ani jedno opowiadanie mnie „nie chwyciło”.

Jest tu kilka tekstów, które uderzają w bardziej delikatne struny. Na przykład Aleksandra Janusz prezentuje opowiadanie o przemijaniu, o starości, o utracie dawnego życia. Z kolei Aleksandra Zielińska, w bardzo mało fantastycznym tekście, opowiada o traumie dziecka. Po podobną emocjonalność sięga też Agnieszka Hałas. One wszystkie były całkiem dobre, ale być może trafiły na zły czas, a być może ja zbyt wiele podobnych opowiadań już czytałam i mimo wszystko nieszczególnie mnie zainteresowały – ale nie zdziwię się, jeśli kogoś poruszą.

Oczywiście chyba nikogo nie zdziwi, że najlepiej bawiłam się przy opowiadaniu Anny Kańtoch, na którą w tej chwili „mam fazę” i najwyraźniej nie przestaje jej mieć. O dziwo, to wcale nie jest tekst fantastyczny, choć to wyraźnie opowiadanie gatunkowe. Przypomina mi trochę to z „Innych światów”, nie jest wyżyną, na którą Kańtoch wzbijać się potrafi, ale po prostu dobrze mi się ją czytało.

Marta Kisiel w „Jaworze” jest dość lekka i młodzieżowa, ale bardziej poważna, niż zwykle. Aneta Jadowska wrzuciła do zbioru opowiadanie o swojej Malinie, czyli magicznej Magdzie Garstce. Choć wiem, że tej autorce opowiadania potrafią wychodzić lepiej, niż powieści, to ta słodko-obyczajowa wersja, w której niewiele się dzieje, nie bardzo mnie zainteresowała.

Trochę zaskoczyła mnie trochę nieznana mi wcześniej Magdalena Kubasiewicz, bo jej tekst o nekromancie Noah jest z tych, które mogą okazać się niezłym komercyjnym sukcesem. To opowiadanie nie było w żadnym razie wybitne, ale wygląda mi to na ten typ opowieści, który po prostu może się spodobać, jeśli zostałby zebrany w większym zbiorze z jednym bohaterem. Mamy tutaj „detektywa”, dość lekki, ale lekko mroczny klimat i zagadkę. To ten typ historii który pisze (a raczej próbuje i czasem jej odrobinkę wychodzi) Jadowska, czy też który w „Szamance od umarlaków” zafundowała Raduchowska.

Poczułam się rozczarowana tekstem Ewy Białołęckiej. Znam ją raczej z „Kronik drugiego kręgu”, więc spodziewałam się ładnego stylu i ciekawej narracji. Dostałam zaś dość potoczny język i proste opowiadanie osadzone w trakcie apokalipsy zombie. No i bohaterkę, która nie wiedzieć czemu wygląda mi trochę jak alter-ego samej autorki.

Największy zawód przyniosła mi jednak Martyna Raduchowska. Jej opowiadanie właściwie opowiadaniem nie jest. To fragment ze wspomnianego już cyklu („Szamanka od umarlaków”), który został jedynie nieco rozpisany – tak, by uzupełnić luki, gdy historia była opowiadana z innej perspektywy. W związku z tym, osoby, które czytały cykl nie odkryją tu niczego nowego, zaś czytelnicy, którzy dopiero mogliby się nią zainteresować, dostają solidny spoiler, psujący całą zabawę. I po co?

Cieszę się, że taka antologia dostała szansę i miała okazję pojawić się na rynku. To ładnie wydany zbiór, który dobrze nada się na prezent, bądź świetnie sprawdzi się, jeśli szukacie lekkich, ale dość solidnych tekstów. Jednocześnie żałuję, że to wnętrze przedstawia się tak, jak się przedstawia – oczekiwałam więcej, bo dobrze wiem, że te autorki na więcej stać.

Opowiadania/autorki niewspominane nie zrobiły na mnie wrażenia i/lub uleciały z pamięci zaraz po lekturze, co też nie świadczy najlepiej.


Ilustracja do opowiadania Anny Kańtoch.

niedziela, 26 września 2021

Ludzie i zwierzęta: zoo staje się Arką

 

Jan i Antonina Żabińscy prowadzili warszawskie zoo, gdy wybuchła II wojna światowa. Próbując ratować i zwierzęta, i ludzi, ryzykowali własnym życiem. W latach 60. Antonina, na bazie swoich wcześniejszych zapisków, stworzyła pamiętnik, w którym opisuje, co działo się wówczas w zoo.

 

Zazwyczaj pamiętniki nie są gatunkiem, który by mnie jakkolwiek interesował. Jednak „Ludzie i zwierzęta” śledzili mnie od dawna, a to za sprawą reportażu radiowego o bardzo podobnym tytule („Ludziom i zwierzętom”). Bez wątpienia te zapiski Antoniny Żabińskiej są opowieścią niezwykle unikatową i naprawdę cenną pod kątem historycznym. W końcu mało kto nie tylko zajmował się pomocą innym w trakcie II wojny światowej, ale był też zamieszany w sprawę warszawskiego zoo w tamtym czasie.

Ludzie i zwierzęta
Antonina Żabińska
wyd. Literackie, 2010

Gdy myśli się o tamtym okresie w historii, człowiek raczej nie zastanawia się nad tym, co stało się ze zwierzętami. Czy to tymi domowymi, czy to właśnie tymi, które można znaleźć w zoo i które przez swoją egzotyczność są o wiele bardziej zależne od człowieka. I chociaż oczywiste jest, że w trakcie wojny to człowiek jest ważniejszy to percepcja osoby, która była z tymi stworzeniami związana, martwiła się o nie jest po prostu czymś niezwykle intrygującym. Dlatego sam początek pamiętnika Żabińskiej naprawdę mnie zafascynował. Z czasem jednak moja relacja z nim zaczęła się trochę psuć.

„Ludzie i zwierzęta” są napisani jednym ciągiem. Brakuje tu podziału na rozdziały i właściwie jedyne, czego można się spodziewać, to światło pomiędzy akapitami, które oznacza, że autorka zmienia myśl na inną. Jednak to nie przeszkadza w samej lekturze. Wydaje mi się, że moje stopniowe znużenie wynikało z tego, w jaki sposób autorka opisuje rzeczywistość.

Przyznaję, sięgając po ten tytuł, oczekiwałam „mięsa”. Dokładnych detali, szczegółów związanych z ratowaniem Żydów z warszawskiego getta, opisów akcji w trakcie bombardowań. Żabińska jest jednak w tym dość ogólna, delikatna. Te informacje się tu pojawiają, ale nie są szczególnie dokładne. Jednocześnie książka jest mocno zorientowana na dzieci oraz relacje domowników ze zwierzętami, które do nich docierały.

Oczywiście perspektywa matki, która opiekuje się malutkimi dziećmi w trakcie wojny jest ciekawa, a w narracji Żabińskiej jest masa, masa ciepła i takiego szacunku zarówno do zwierzęcych, jak i ludzkich przyjaciół, ale po prostu naprawdę nie tego od tej książki chciałam. W pewnym momencie zaczęło mnie to delikatnie irytować, bo „Ludzie i zwierzęta” wyglądają trochę tak, jakby fragmenty ze zwierzętami-domownikami w domu Żabińskich przeplatały te historycznie ważniejsze, ale poważniejsze treści. Rozumiem to, ale jako po-prostu-czytelnik, nie specjalista, czy recenzent, czułam się nieco znużona. To wszystko zdaje się zbyt mocno wygładzone, choć podejrzewam, z czego może to wynikać.

Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że ta książka będzie doskonała do studium przypadku bądź też dobrze nada się do wszystkich prac licencjackich/magisterskich, które analizują kwestię Żydów czy życia zwierząt w trakcie II wojny światowej. Przyznaję, nie znam się na temacie, ale wydaje mi się, że osoba, która wie, co dokładnie działo się wówczas w Warszawie będzie miała szerszy obraz i wyciągnie z tej książki ogrom rzeczy, których ja po prostu nie zauważyłam.

„Ludziom i zwierzętom” to opowieść fascynującej kobiety, której przyszło żyć w strasznym, ale w pewnym stopniu nie mniej intrygującym czasie. Bez wątpienia sięgnąć po tę książkę i przeczytać ją warto. Jednak niekoniecznie dla samej warstwy rozrywkowej.


czwartek, 23 września 2021

Nowi ludzie: świat z początku lat 2000

 


Po tym, jak z ledwością doczytałam „Vertical”, książki Rafała Kosika wzbudzają we mnie pewien dystans. I choć podobał mi się zarówno czytany później „Różaniec”, czy jedna z jego książek dla dzieci to tak czy siak, zawsze boję się, że będzie ciężko, że będę się nudzić i męczyć w trakcie lektury. Dlatego „Nowi ludzie” przeleżeli mi chwilę na półce, nim po tę książkę sięgnęłam. Moje lęki jednak okazały się całkiem irracjonalne.

Głównie dlatego, że ten zbiór opowiadań składający się z dziesięciu tekstów po prostu dobrze się czyta. Styl Kosika jest po prostu przystępny, ale z odpowiednim ciężarem. Ma też w sobie pewną klasę, której brakuje niektórym autorom. I to dotoczy wszystkich opowiadań – także tych, które podobały mi się nieco mniej.

Nowi ludzie
Rafał Kosik
wyd. Powergraph, 2013

Na dziesięć tekstów, jeden to fantasy, a pozostałe są dość klasycznym SF z akcją osadzoną (zwykle) w Polsce. Mamy tu trochę dystopii, sporo post-apokalipsy, jest odrobina kryminału. Opowiadania Kosik pisał w latach 2000-2002 i właściwie lwia część z nich wydaje się wyrażać lęki autora związane z tym, w którą stronę zmierza świat sprzed dwudziestu lat. Czytanie ich po takim czasie jest dość ciekawe samo w sobie, bo pozwala zweryfikować wyobrażenia twórcy z tym, co dzieje się dzisiaj. Dla przykładu, mamy na przykład tekst napisany po ataku na WTC, czy też opowiadanie w karykaturalny sposób przedstawiające dążenie do równości wszystkich i wszystkiego.

Tu chyba warto zaznaczyć, że Rafał Kosik, jako twórca, jest raczej po tej „prawej” stronie barykady, a przynajmniej był, gdy te opowiadania pisał. Jednak należy też zauważyć, że nie jest on rzucającym przekleństwami i wyzwiskami Jackiem Piekarą. Jego twórczość jest stonowana, napisana – jak już wspominałam – z pewną klasą. Dlatego raczej odbieram przedstawione przez niego historie właśnie jako wyraz pewnych lęków. I choć oczywiście krytykuje on pewne postawy, to np. robi to moim zdaniem znacznie lepiej, niż Jarosław Grzędowicz w swoim „Hel-3”.

Jednym z opowiadań, które jest chyba najbardziej karykaturalne i dotyczy właśnie tematyki równościowej są tytułowi „Nowi ludzie”. Ten tekst jest wyraźnie przerysowany i wyraźnie żartobliwy, a przez to jest jednym z tych, który najbardziej się w tym zbiorze wybija. Jednak muszę przyznać, że i tak moim ulubionym jest „Partyline”. Być może to dlatego, że mimo wszystko zwykle wolę fantasy, a może przez to, że akurat potrzebowałam trzymającego w napięciu kryminału fantastycznego, ale to zdecydowanie mój ulubiony tekst z tego zbioru.

Pozostałe były raczej po prostu w porządku. Czytało mi się je całkiem płynnie, choć były momenty, że potrafiły mnie lekko znudzić. Nie okazały się szczególnie wyjątkowe, ale też nie widzę większych powodów do narzekań.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś szuka takich dość porządnych i raczej klasycznych opowiadań science-fiction to po „Nowych ludzi” Kosika powinien sięgnąć. To przyjemna lektura, choć ogólnie rzecz biorąc, niebędąca czymś szczególnie wyjątkowym. Dlatego też nie odbieram jej jako „must read”, chociaż do „Partyline” pewnie jeszcze kiedyś sobie wrócę.


Nomida zaczarowane-szablony