Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans fantastyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans fantastyczny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2024

Czwarte skrzydło: gdyby tylko to było dobrze napisane...


W świecie, w którym od 400 lat toczy się wojna na granicy, jeźdźcy smoków są ostatnią siłą, która może utrzymać bariery. Violet, córka generał, od dziecka marzyła o zostaniu skrybką, chcąc iść w ślady ojca. Matka jednak nie pozwala jej na to i dziewczyna, mimo choroby, trafia do akademii smoczych jeźdźców, w której najprawdopodobniej czeka ją szybka śmierć.

Czwarte skrzydło
cykl Empireum, t. 1
Rebecca Yarros
wyd. Filia, 2023


„Czwarte skrzydło”, powieść, którą napisała Rebecca Yarros, szturmem podbiła książkowe media, trafiając na półki bestsellerów, także w Polsce. I choć rozumiem powody, dla których może innych bawić, w moim odczuciu jest to fantazja erotyczna, „ukryta” pod płaszczykiem powieści fantasy o smokach, której autorce zabrakło warsztatu i wiedzy, aby była historią napisaną przynajmniej poprawnie. 

Uwaga, w tekście mogą pojawiać się spoilery, za pomocą których będę próbować wyjaśnić, co mam dokładnie na myśli.

Zacznijmy od tej pierwszej kwestii. Wydawać by się mogło, że przy długiej na ponad pięćset stron książce dwie sceny erotyczne to w gruncie rzeczy wcale nie jest szczególnie dużo, więc jak tu mówić o fantazji erotycznej w jej kontekście? Wydaje mi się jednak, że jak najbardziej można, bo mam poczucie, że cała fabuła była kreowana właśnie z myślą o nich. Już od samego początku myśli i rozmowy protagonistki zmierzają właśnie w te rejony. Mimo że w teorii Violet powinna być zestresowana sytuacją i skupiona na przeżyciu, ona często jednak skupia się na pięknych, niezwykle silnych i twardych klatach, czy po prostu wprost mówi o tym, że chciałaby się z kimś przespać. Nie ma w samym tym fakcie absolutnie niczego złego, tylko nawet taka fabuła wymaga pewnych umiejętności, której Yarros po prostu w moim odczuciu po prostu zabrakło.

Mimo jednak tego, że jest to przede wszystkim historia pisana z myślą o lekkim romansie/erotyku, autorka wybrała sobie setting fantasy, próbując tworzyć swój własny świat. Skoro zaś właśnie na to postawiła, to przynajmniej ja mam zamiar wymagać od autora przynajmniej sensownych podstaw światotwórstwa. Tego niestety zdecydowanie tutaj brakuje. Świat jest ubogi, pełny głupot, często zupełnie nielogiczny. Te bzdury pojawiają się zaś na dosłownie każdym poziomie, od ogólnej konstrukcji armii, która nie ma sensu, przez smoki, które odmawiają noszenia siodeł po 400-latach współpracy z ludźmi (a wszyscy wciąż się dziwią, czemu tylu jeźdźców umiera), po trening pod postacią bicia się ZARAZ PO OBIEDZIE. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy oni w tym uniwersum naprawdę aż tak bardzo lubią sprzątać wymiociny uczniów… Dodajmy do tego fakt, że ta bardzo przerażająco straszna akademia smoczych jeźdźców przypomina w gruncie rzeczy liceum i że w najlepszej jednostce edukacyjnej w kraju nikt nie jest w stanie nawet przypilnować pokoju pani generał, w którym znajdują się kluczowe dla wojny mapy.

Nie zapominajmy też o topornej ekspozycji. W tej historii protagonistka, aby się uspokoić, recytuje sobie w pamięci treści czytanych książek i zupełnym przypadkiem są to np. opisy mapy, albo opisy gatunków smoków. Brawo, to bardzo szprytne rozwiązanie. 

Autorce też naprawdę kiepsko wychodzi rozpisywanie scenek rozwojowych, w których to Vi próbuje zdobyć jakąś wiedzę. O ile gdy akcja się toczy to się jeszcze jakoś czyta, tak te fragmenty są po prostu niezmiernie nudne. 

Być może przymknęłabym na to wszystko oko, gdyby kreacja bohaterów oraz ich wzajemne relacje stały na wysokim poziomie. Ale niestety, jest im do tego zdecydowanie daleko. Protagoniści z „Czwartego skrzydła” to nie pełnokrwiste postacie, a marionetki, które nie przechodzą żadnej zauważalnej drogi na przestrzeni całego tomu. Przejdźmy więc przez nasze główne trio, czyli przez Violet, Daina oraz Xandera.

Violet teoretycznie na początku chce zostać skrybką i szczyci się szczególną inteligencją. W tej historii nie widać jednak ani jednego, ani drugiego, bo protagonistka już właściwie na samym początku po prostu godzi się ze swoim losem. Przez cały czas trwania historii zachowuje się zaś niemal dokładnie tak samo i choć w teorii tą przemianę przechodzi, w momencie, w którym powiedziała do swojego przyjaciela: hej, wiesz, zmieniłam się, ja pytałam siebie samą tylko: gdzie? Nie zauważyłam. Oczywiście w trakcie zdobywa nowe super moce i staje się coraz to potężniejsza, będąc doskonałym przykładem postaci typu Mary Sue, ale jej wnętrze w moim odczuciu pozostaje niezmienne.

Później mamy Daina. Bohatera, który z założenia jest przyjacielem Violet od czasów dzieciństwa i oczywiście, jest w niej zauroczony. Jest też postacią, która bardzo mocno trzyma się zasad. I jak najbardziej widzę, że konflikt pomiędzy: „zależy mi na Tobie, Violet”, a „ważne są dla mnie reguły” może być pociągający i dobrze zrobiony, ale ponownie TU TEGO NIE MA. Dain od początku chce tylko kontrolować protagonistkę, nie ma w nim cienia zrozumienia, pomiędzy tymi postaciami nie ma żadnej chemii, nie czuć ich wieloletniej przyjaźni. Autorka zrobiła z tej postaci potwora, nie realnego człowieka, który z troski o bliską mu osobę próbuje podjąć decyzje za nią.

No i na końcu mamy docelowego chłopaka Violet, czyli Xandera. Mężczyznę trochę starszego od niej (wszyscy mają na oko jakieś 20-26 lat), który z założenia jest wrogiem jej rodziny, kimś, komu bohaterka nie ufa. I o ile w narracji Violet wykłada nam to wielokrotnie, o tyle w jej zachowaniu, reakcji na jego słowa, w ich dialogach tego kompletnie nie widać. Autorka chciała wyraźnie stworzyć tu motyw od nienawiści do miłości, ale tej nienawiści tu nie ma. Oni od samego początku są w sobie zauroczeni i to ze wzajemnością.

Jeśli więc w romansie brakuje nie tylko świata przedstawionego, ale też dobrze napisanych relacji, także romantycznych… to cóż to jest za romans? 

„Czwarte skrzydło” to powieść napisana bardzo lekkim stylem, która (nieudolnie wprawdzie) realizuje kuszące motywy. Bo kto nie chciałby latać na smokach? Kto nie chciałby mieć SWOJEGO SMOKA? Niemal każdy marzy też o bliskich relacjach z innymi, spora część osób pragnie bliskiej relacji romantycznej. Dlatego rozumiem, jeśli ta powieść się komuś podoba w takiej formie. Mnie jednak niezmiernie boli, że nawet wykorzystując te same schematy, ale pisząc w sposób bardziej kompetentny, skupiając się bardziej na kreacji świata i sensownym przedstawieniu bohaterów moglibyśmy dostać naprawdę przyjemną powieść fantasy. W tym przypadku zaś to co najwyżej przykład tego, jak takich książek absolutnie nie należy pisać.


piątek, 17 listopada 2023

Onyks: teen drama na pełnej


W Katy coś się zmieniło, od kiedy Daemon ją uleczył. Dziewczyna nie jest jednak wciąż pewna jego uczuć i nie potrafi mu wybaczyć złego traktowania. Gdy w szkole pojawia się nowy chłopak, wybiera się z nim na randkę, co wzbudza zazdrość Luksjanina. Powoli zaczyna się jednak okazywać, że prawdziwym wrogiem kosmitów nie są Arumianie, a Departament Obrony.

Onyks
Jennifer L. Armentrout
wyd. Filia, 2019
cykl Lux, t. 2


Pierwszy tom cyklu „Lux” wzbudził we mnie trochę nostalgii. Druga część, „Onyks”, była jednak dla mnie głównie męczącą teen dramą. Niestety, Jennifer L. Armentrout raczej nie ma predyspozycji, aby stać się moją ulubioną pisarką.

Mniej więcej do pierwszej połowy w tej historii dostajemy głównie nastoletnie problemy. Od czasu do czasu zapowiadane są problemy, które pojawią się w finale, ale akcja skupia się przede wszystkim na życiu miłosnym Katy. Wydawałoby się, że zakończenie pierwszej części jasno dało do zrozumienia, że bohaterowie będą pełnoprawną parą, ale nie. Protagonistka dalej nie jest pewna uczuć Daemona, mimo że ten regularnie mówi, że ją lubi. Pojawia się nam trójkąt, który nie ma zbyt wiele sensu, bo Katy do tego bohatera naprawdę nic nie czuje – to Daemon jest najprzystojniejszy i najlepszy, choć cały czas ją drażni. Protagonistka regularnie miewa zaś wewnętrzne rozkminy na temat tego, jak bardzo lubi/nielubi/kocha/nienawidzi brata swojej najlepszej przyjaciółki i kosmitę w jednym. Na Merlina, to było po prostu męczące.

Ach, Daemon ma traity toksycznego człowieka, który musu dużo kontrolować, ale zdarza mu się za to przepraszać. Ponadto sam o sobie mówi, że jest mądrzejszy, niż typowy 18-latek z powodu swojego kosmicznego pochodzenia, ale osobiście jakoś mu w to nie wierzę. 

W drugiej połowie książki dostajemy trochę więcej akcji i odrobinę plot twistów, przez co robi się łatwiejsza do strawienia. Poczułam odrobinę satysfakcji z wybranych przez autorkę rozwiązań, ale w dalszym ciągu właściwie wszystko, co się dzieje w tej części, jest bardzo łatwe do przewidzenia i było wręcz zapowiadane w pierwszej połowie. Sam motyw Departamentu Obrony moim zdaniem jest przedstawiony dość naiwnie i choć rozumiem, że jest to młodzieżówka, to jako dorosły czytelnik nie jestem w stanie w pełni w to uwierzyć. 

Jako moja książka „do poduszki” powieść Armentrout spełniła swoje zadanie: po chwili czytania naprawdę ją odkładałam, bo nie miałam szczególnej ochoty się w tę teen dramę dłużej bawić. I jeśli ktoś szuka tego typu lekkiej lektury, nie zwracając szczególnej uwagi na jej wady to cóż, proszę bardzo. Ale czy „Onyks” jest dobrą książką? No cóż, moim zdaniem nie bardzo.


wtorek, 14 listopada 2023

Obsydian: nostalgiczny powrót do paranormalnych romansów


Katy przeprowadza się z Florydy do niewielkiej miejscowości wraz ze swoją mamą. Szybko znajduje przyjaciółkę w mieszkającej naprzeciwko Dee. Jej przystojny brat, Daemon, nie zachowuje się jednak względem niej zbyt przyjaźnie. Nastolatka szybko zauważa, że rodzeństwo coś ukrywa.

Obsydian
Jennifer L. Armentrout
wyd. Filia, 2019
cykl Lux, t. 1


Nie sądziłam, że nowo przeczytana książka może wywołać u mnie tyle nostalgii, nawet mimo tego, że obiektywnie wcale nie jest szczególnie dobra. „Obsydian” Armentrout pojawił się za granicą w 2012, a w Polsce w 2014 roku, czyli już chwilę po mojej fazie na paranormalne romanse. Nie dotarł więc do mnie w odpowiednim czasie, ale to tak typowa powieść dla tej wcześniejszej fazy rozwoju romantasy, że naprawdę nie jestem w stanie mieć w stosunku do niej żadnych negatywnych emocji.

No właśnie, romantasy, bo choć w tej powieści występują kosmiczne istoty, to dla mnie w dalszym ciągu jest to fantasy. Co z tego, czy mamy wampira, czy kosmitę, skoro nikt i tak niczego nawet nie próbuje naukowo wyjaśniać? Bohaterzy równie dobrze mogliby przybyć z magicznej przeszłości Ziemi i to naprawdę niczego by fabule nie zmieniło. Oczywiście nowsze romantasy jest trochę inne, np. rozgrywa się zazwyczaj w odrębnych światach, ale te historie, tak czy siak, spełniają te same potrzeby młodej czytelniczki. 

Ta historia jest pod każdym względem tak sztampowa, jak tylko możliwe. Mamy zwykłą dziewczynkę, która nie uważa się za ładną. Przy okazji jest nudna, bo lubi czytać książki i robić grządki w ogrodzie. W jej okolicy jest zaś nieziemsko przystojny chłopak, co będzie przypominane w każdym możliwym momencie. No bo po co zakochać się w cechach charakteru, jak można pięć razy na stronę wspomnieć o pięknych ustach ciemnowłosego ciacha? Mamy do tego zakazaną miłość i bardzo prosty konflikt.

Mam jednak wrażenie, że Armentrout była trochę świadoma tego, co pisze i że momentami specjalnie wszystkie te głupiutkie cechy romansu eksponowała wręcz nadmiernie. Bohaterowie się nienawidzą, ale jednak czują do siebie pociąg? OK, będziemy o tym wspominać milion razy w trakcie każdego ich spotkania! Gość coś ukrywa? Oczywiście, że to też będzie podkreślane, tak żeby nikomu nie umknęło. Ktoś protagonistki nie lubi? No to będzie nie lubił jej aż do chęci mordu. Dosłownie.

Nie jest to jednak parodia (a szkoda, bo aż by się momentami prosiło) i w związku z tym muszę traktować tę powieść przynajmniej trochę poważnie. I gdy patrzę na „Obsydian” pod takim kątem, to naprawdę niewiele by trzeba było, aby tę książkę trochę jakościowo podciągnąć. Gdyby ograniczyć te wszystkie wspominki o pięknie bohaterów, skupić się bardziej na ich odczuciach i może troszkę subtelniej poprowadzić całą linię fabularną to wyszedłby z tego prosty, ale po prostu lepszy fantastyczny romans. A tak ta lektura bawiła mnie przez poczucie nostalgii oraz swoje głupotki, a nie dlatego, że jest po prostu dobrym/przyzwoitym romansem. 

Ponownie powtórzę, obiektywnie to nie jest dobra powieść. Dużo jej do tego tytułu brakuje. Ale ja też dobrej powieści się nie spodziewałam i nie tego przecież od tej książki chciałam. A nostalgiczne powroty do czasów nastoletnich bywają również miłe.


czwartek, 24 sierpnia 2023

Słowo i miecz: subtelny i baśniowy romans fantasy


Lark straciła swoją matkę, bo ta władała magią. Trauma sprawiła również, że dziewczynka przestała mówić. Mając dwadzieścia jeden lat, spotyka młodego króla, który zabiera ją w swoje progi jako zakładnika politycznego. Pomiędzy nią a władcą powoli rodzi się relacja, a dziewczyna zaczyna odkrywać tajemnice królestwa.

Słowo i miecz
Amy Harmon
wyd. Editio, 2018
Cykl Słowo i miecz, t. 1


Przygodę z twórczością Amy Harmon zaczęłam jeszcze w liceum i wtedy to przeczytałam jej „Prawo Mojżesza”, romans, który wówczas naprawdę mi się spodobał. Dlatego jej „Słowo i miecz” kusiło mnie od dawna, ale dopiero teraz udało mi się wcisnąć je w czytelniczy kalendarz. Jak wypadło? Całkiem sympatycznie, choć w moim odczuciu nie bez wad.

Zacznijmy od tego, że to powieść stworzona w ramach bardzo baśniowej konwencji. Magia jest raczej dość miękka, a polityka często naiwna. Król zaś jak na króla ma zaskakująco dużo czasu wolnego. Zamek, w którym Lark zaczyna mieszkać wygląda właśnie jak zamek z bajki Disneya, a nie jak twierdza z jakiejś „Pieśni lodu i ognia”. I to jest jak najbardziej w porządku, nie każde fantasy musi być realistyczną, polityczną rozgrywką. 

Amy Harmon ma przy tym dość ładny, lekki, baśniowy język, chociaż zdarzają się w nim drobne zgrzyty. Poza tym autorka ani przez chwilę nie próbuje udawać, że to nie ma być romans, więc co jakiś czas dostajemy opisy tego, jak wyuzdanie wygląda król z bryczesami luźno opierającymi się na biodrach. Nie ma tego jednak jakoś nadmiernie dużo.

Główną wadą jest dla mnie jednak sama relacja pomiędzy bohaterami, z takim zastrzeżeniem, że może być to wyłącznie mój osobisty odbiór sytuacji. Mianowicie, moim zdaniem pomiędzy tymi postaciami nie ma partnerstwa. Miałam wrażenie, że Lark bezustannie się rozkazuje, odbiera możliwość jakiegokolwiek wyboru, że wszystkie decyzje są podejmowane ponad nią, a ona nie ma na nic wpływu. I choć momentami próbuje się przed tym buntować, to koniec końców za każdym razem przegrywa. Czasem w końcu się z tym wszystkim zgadzając, a czasem wyłącznie się godząc. Z jednej strony jak najbardziej pasuje to do konwencji, ale z drugiej… no nie podobają mi się tego typu relacje, cóż ja mogę poradzić.

Czy jest tu coś więcej poza baśniowym romansem osadzonym w świecie fantasy? Moim zdaniem nie bardzo. Tło fabularnie, jak na tego typu historie, jest przedstawione całkiem nieźle, ale nie ma w tym nic szczególnego. W końcu źle traktowanych ludzi z magicznymi umiejętnościami widzimy w bardzo wielu historiach tego typu. Kilka tajemnic królestwa, które Lark odkrywa w trakcie swojej historii, dodaje odrobiny smaczku, ale to byłoby chyba na tyle.

Tu warto dodać, że książka nie ma ani mocno rozpisanych scen erotycznych (są całkiem ładnie „urywane”, gdy coś się zaczyna dziać), ani jakiś szczególnie brutalnych opisów, więc osoby, które chcą tego w książkach unikać, mogą zwrócić na nią szczególną uwagę.

Koniec końców jestem z lektury w miarę zadowolona, dostrzegam umiejętności Amy Harmon, ale nie była to zdecydowanie książka mojego życia, do której będę wracać. Ot, czytadło fantasy, które mogę polecić, jeśli ktoś szuka czegoś lekkiego.


piątek, 30 czerwca 2023

Neon Gods: eeeee? jak erotyk

 


Persefona żyje na Olimpie wraz ze swoimi siostrami oraz matką. Pewnego dnia Demeter stawia ją przed faktem dokonanym. Jej córka ma stać się nową Herą, żoną Zeusa. Dziewczyna ucieka, a gdy przechodzi przez Styks, wpada prosto w ramiona Hadesa. Wraz z młodym i przystojnym władcą Dolnego Miasta knuje pikantny plan wymierzony prosto w znienawidzonego przez nich władcę Olimpu.  





Ta książka sprawiła mi zdecydowanie większą frajdę, niż powinna, ale wcale nie dlatego, że jest aż tak dobra. Wręcz przeciwnie. Zdaje sobie sprawę z tego, że „Neon Gods” to książka istniejąca w bardzo konkretnym celu, ale może rozłóżmy ją na części pierwsze, tak jakby faktycznie aspirowała do bycia Literaturą. No, a przynajmniej zróbmy to na tyle, na ile to jest możliwe. Ale uwaga, by objaśnić o co tu chodzi, mogę posunąć się do s p o i l e r ó w.

Neon Gods
wyd. Uroboros, 2022
Cykl Dark Olympus, t. 1

Początek książki, czyli ok. ¼ zarysowuje nam sytuacje oraz świat przedstawiony. I to, co jest nam od autorki dane, rysuje świat, który ostatecznie rozsypuje się w szwach. Choć niby mamy tu Olimp, to nie jest TEN Olimp. To po prostu jakieś miasto, którym rządzi Trzynastka. Owa trzynastka to zaś nie nieśmiertelni bogowie, a zwykli ludzie, którzy po prostu przejmują fuchę, gdy poprzednikowi się zemrze. Teoretycznie dzieje się to dziedzicznie, ale nie do końca, bo np. Herą staje się po prostu żona Zeusa. Od początku jest nam również mocno wbijane do głowy to, że Hades nie istnieje. Jego ród wymarł, a więc fucha od dużego czasu jest niezajęta, a tzw. Dolnym Miastem (dzielnica za rzeką Styks) zajmują się inni członkowie Trzynastki.

Nasza główna bohaterka, Persefona, zostaje przedstawiona Zeusowi jako jego narzeczona, wbrew swojej woli. A że ten zabił już trzy Hery, to ona z przyczyn oczywistych nie ma zamiaru w tę relację iść. Dlatego ucieka. I to nawet miałoby sens, ale protagonistka nie ma tu żadnego konkretnego planu. Ona po prostu biegnie przez siebie, przechodzi przez most i w ten sposób jest poza zasięgiem Zeusa, z powodu jakiegośtam paktu. I z u p e ł n y m p r z y p a d k i e m wpada prosto w ramiona Hadesa, który postanowił chyba przejść się na spacer po swoich ziemiach.

Hades bierze ją do swojego domu. Okazuje się, że ukrywa się przed wszystkimi i tylko niektórzy z Trzynastki o nim wiedzą (jak potem odkrywamy, owi niektórzy to wszyscy). W swojej rezydencji zaś, zamiast odpoczywać w pięknym i wypasionym salonie, jak na poważnego bogacza przystało, on zanosi Persefonę do kuchni, gdzie przy okazji po imprezie odpoczywają Dionizos oraz Hermes (w tym przypadku to szanowna pani, nie pan). Dostajemy więc poważnego, super-ukrytego boga podziemi, który spędza wolny czas w kuchni jak zwykły człowiek. Wiarygodne, nie powiem.

Okazuje się, że Persefona i Hades czują do siebie miętę, dlatego zawierają pakt. On będzie mógł z nią zrobić wszystko, ponieważ ona będzie jego uległą (bo Hades lubi BDSM), a ona przez trzy miesiące będzie mogła się u niego ukrywać, jako i ponieważ po tym czasie uzyska dostęp do swoich rodzinnych pieniążków. I nie, żeby to on proponował: to jej pomysł.

Oczywiście tu tkwi większy plan, choć sensu w nim tyle, co nic. Mianowicie, w ten sposób Zeus ma się wkurzyć i jednocześnie przestać mieć ochotę na zbrukaną narzeczoną. Ach, wspominałam, że mają robić to publicznie?

Generalnie w tym momencie fabuła przestaje jakkolwiek funkcjonować. Bo to nie o nią tutaj przecież chodzi. To erotyk, ubrany jedynie w fatałaszki kiepsko zbudowanego fantasy (które po prawdzie nie było tu w ogóle potrzebne). Scenek jest sporo przez środek książki i częściowo ustępują dopiero po ok. ¾ książki, ponieważ wówczas trzeba przecież jakoś to fabularnie zamknąć. 

Nie mam zamiaru w nie głębiej wnikać, bo to, co komu się podoba w tym względzie to już sprawa dość prywatna, niemniej zauważyłam dwie rzeczy, o których tu warto wspomnieć. Po pierwsze, zawsze mnie zastanawia, czemu autorki tego typu literatury uznają za hot to, że faceci skupiają się na tym, że partnerka nie je. Rozumiem, że traktują je trochę jak przedmiot, jak posiadłość, nie ukochaną (bo o to w tej zabawie przecież chodzi), ale to jest raczej straszne, niż słodkie/urocze/gorące. Przynajmniej dla mnie.

Po drugie, Hades bezustannie pyta się Persefonę o zgodę. I rozumiem, doceniam… tyle że po co robi to dosłownie CO CHWILĘ? Czytelnicy nie są dziećmi i wydaje mi się, że raz by wystarczył. Dodajmy do tego fakt, że sama postać Hadesa nie ma nic wspólnego z mhrocznym, potężnym i okrutnym mężczyzną. Bliżej mu do ciepłej kluchy, która została troszeczkę skrzywdzona przez los, więc ma się za złą i czuje się źle sam ze sobą.

Poza tym Hades zabiera Persefonę na randki i kupuje jej gyros – cały czas uważam to za prześmieszne. 

No więc tak. „Neon Gods” to książka, która nie ma w gruncie rzeczy zbyt wiele sensu. Jej rola nie różni się szczególnie od roli filmów pornograficznych. I rozumiem, że jako taka może się sprawdzić. Jednocześnie zawsze zachodzę w głowę, dlaczego w takich sytuacjach autorzy silą się na zbudowanie świata fantastycznego. Przecież to ani nie wychodzi, ani nic nie wnosi, bo sam Hades nie jest tu bogiem, nie ma nadludzkich zdolności, a sam setting po prostu w gruncie rzeczy jest bezsensowny. Już lepiej byłoby, gdyby autorka streściła wszystko na kilku stronach i przeszła „do rzeczy”, nie poświęcając ¼ książki na budowanie czegoś, co i tak nie działa.


wtorek, 27 czerwca 2023

Gołąb i wąż: to nie ma sensu



W mieście pełnym łowców czarownic ukrywa się Louise. Młoda dziewczyna jest wiedźmą i złodziejką, która nie chce mówić o swojej przeszłości. Ma jeden cel: odzyskać rodzinny pierścień. Akcja jednak nie idzie tak, jak zakładała i splot przypadków sprawia, że staje przed wyborem bez dobrego rozwiązania: czeka na nią stryczek bądź małżeństwo z młodym łowcą czarownic na usługach Kościoła.



Po „Szóstce wron” zawitała w moim serduszki nadzieja na to, że być może fantastyka młodzieżowa czasem jednak trzyma poziom i być może te popularne rzeczy od czasu do czasu da się przeczytać bez bólu. I choć coś mi świtało, że „Gołąb i wąż” to książka zbierająca mieszane opinie to uznałam, że hej, chce tylko lekkiej książki, nic więcej, na rozluźnienie powinno mi się doskonale sprawdzić. Ale niestety nie. Co się przy niej poirytowałam to moje. 

Gołąb i wąż
Shelby Mahurin
wyd. WeNeedYA, 2019
Cykl Gołąb i wąż, t. 1

Już od pierwszych stron historia sprawiała wrażenie bardzo chaotycznej. Coś się dzieje, ale w sumie co? Trudno to początkowo określić. Czasem faktycznie tak w fantastyce, nawet tej z najwyższej półki, tak się zdarza, ale zazwyczaj ogólny „feeling” jest trochę inny. Tu był po prostu chaos, który sprawiał, że nie wiedziałam, gdzie podziać oczy i myśli.

Z czasem historia zaczęła się powoli klarować, ale gdy to nastąpiło… cóż, usystematyzujmy to. Najpierw bohaterowie. Potem więcej o fabule.

Książka jest napisana z perspektywy dwóch bohaterów: Louise i Reida. O ile męski charakter jestem w stanie zaakceptować bez większego szemrania, tak protagonistka jest bohaterką tak drażniącą, jak to tylko jest możliwe. Ostatnio już w „Mroczniejszym odcieniu magii” narzekałam na żeńską postać, ale ta panna jest naprawdę jeszcze gorsza. Zachowuje się non stop jak dziecko, które w sklepie chce cukierka, więc tupie i płacze. To sprawia, że nawet jeśli los jej daje szansę na ciekawą linię fabularną, to ona nie potrafi jej wykorzystać, bo najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie z własnymi emocjami.

Reid zaś po prostu jest. To nie jest bohater najlepszego sortu, ma swoje za uszami, ale moim zdaniem nie wybija się w żadnym miejscu i spokojnie mógłby być przez nikogo nie zauważonym bohaterem z 3-, 4-planu. 

I niestety, ale tacy bohaterzy nie stworzą sami z siebie najlepszej fabuły, w związku z czym cała nadzieja stała w chaotycznych umiejętnościach storytellingowych autorki. Niestety, okazało się, że nie było co na nich polegać. Samo zawiązanie akcji jest po prostu idiotyczne (i chaotyczne, jak wspominałam). Reid przypadkiem wpada na mieście na przebraną za chłopaka Louise, ta go trochę intryguje. Potem, właśnie dlatego, że raz na nią wpadł, bierze ją za złodziejkę, nie za czarownicę (choć ma bardzo marne podstawy), potem się szamoczą i nagle, niespodziewanie, do losowej szamotaniny dołącza się ARCYBISKUP najważniejsza osoba w mieście, i uznaje, że hej, ty mój jeden z wielu łowców czarownic, musisz za nią wyjść, bo inaczej będę musiał cię zwolnić, a ją powiesić, dziękuję, do widzenia. To n i e  m a  s e n s u. I nie obchodzi mnie, że później autorka coś próbuje do tego doszyć, jakoś to wyjaśnić. Ten koncept jest i d i o t y c z n i e rozpisany.  Ja wiem, że o niego tutaj chodziło, ale jeśli się nie wie, jak się za taką historię zabrać to może lepiej jej nie pisać?

Później mamy scenki, w których Lousie nienawidzi Reida, scenki, w których Reid nienawidzi Louise, potem się jednak trochę lubią, potem miłostki i się dzieją rzeczy, przeszłość wychodzi na jaw, wielkie tłuczenie się i koniec części pierwszej — ogółem standard w tego typu historiach, przy okazji napisany maksymalnie średnio. 

Do tego wszystkiego drażniący jest świat przedstawiony. Akcja rozgrywa się gdzieś, ale w sumie nie do końca wiadomo gdzie. Niby we Francji, ale jakiejś takiej magicznej, ale średniowiecznej i w sumie trochę współczesnej, bo bohaterowie zachowują się jak uczestnicy larpa, wszystko przerysowując, by było d r a m a t y c z n i e  oraz  e p i c k o. Z tegoż powodu mamy naszą absurdalnie irytującą Louise, Kościół, który nienawidzi kobiet i wiedźmy, które nienawidzą mężczyzn oraz kościoła. A także melodramatyczne zwroty akcji, angst i takie tam inne.

Przy okazji ta powieść zmusiła mnie do zastanowienia się, gdzie leży granica powieści młodzieżowej 13+ i fantastyki dla dorosłych. Bo choć książkę wydało WeNeedYa i chociaż ma styl typowo młodzieżowym, to jednak bohaterzy są dorosłymi ludźmi. Młodymi, ale to nie jest powieść o dorastaniu. Może o odnajdywaniu siebie, ale to przecież nie jest kluczem w młodzieżówkach. Przy okazji, choć pojawia się tu tylko jedna scena erotyczna, to jest tak dokładnie rozpisana, jakby niespodziewanie człowiek na kilka stron otwarł erotyk. A to w powieści dla młodzieży ABSOLUTNIE NIE POWINNO się znaleźć.

Dlatego też nie polecam. Ani to dobra powieść młodzieżowa, ani dobra powieść fantasy, także moim zdaniem należy czytać wyłącznie w absolutnej ostateczności.


Córka dymu i kości: wprawka pisarska przed "Marzycielem"


Życie Karou ma dwa oblicza. Na co dzień jest utalentowaną siedemnastolatką, która uczęszcza do artystycznej szkoły w Pradze. Po szkole jednak, na zlecenie swojego przybranego ojca i chimery w jednym, skupuje od ludzi z całego świata zęby. Wbrew pozorom, jej życie jest jednak zaskakująco stabilne, aż do momentu, w którym dziewczyna zostaje zaatakowana przez serafina.



Laini Taylor to bez wątpienia pisarka z niezwykłą wrażliwością i wyobraźnią. Przekonałam się już o tym w „Marzycielu”, który po prostu czaruje słowem i kreacją świata. Dlatego naprawdę miałam nadzieję, że „Córka dymu i kości” również mnie zachwyci. Niestety… To powieść, która wygląda jak wprawka pisarska przed „Marzycielem” i wypada w moim odczuciu dużo, dużo słabiej.

Córka dymu i kości
Laini Taylor
wyd. Amber, 2012
Cykl Córka dymu i kości, t. 1

Jak najbardziej widać, że to jest książka TEJ autorki. Mamy tu ciekawy koncept na świat przedstawiony, zwłaszcza w tej pierwszej połowie. Handlowanie zębami za marzenia to już sam w sobie interesujący pomysł, a tutaj dostajemy jeszcze dziwne istoty, które wcale nie są wymuskanymi elfikami, a także masę tajemnicy, która zdaje się obiecywać, że odkrywanie jej będzie naprawdę soczyste. 

Ponadto Taylor jest naprawdę dobra w budowaniu klimatu słowem, a niektóre dialogi czy po prostu cytaty albo brzmią magicznie, albo mądrze, albo zaskakują, albo wszystko to naraz. To osoba, która potrafi malować słowem i co do tego nie mam wątpliwości.

Z tym że niestety, pozostałe aspekty tej książki jednak trochę kuleją. Taylor szybko zaczyna skupiać się na romansie (z wymuskanym prawieElfikiem) i nie miałabym nic przeciwko, gdyby pomiędzy bohaterami było więcej chemii. A tej niestety nie ma. Ponadto fabuły jako takiej też tu trochę brakuje. Po zawiązaniu akcji, autorka nie skupia się na przygodzie (a tu naprawdę mogłoby być jej sporo), tylko na romansie, który przy okazji ma dość przewidywalny (i dla mnie niesatysfakcjonujący) zwrot akcji. Książka wygląda właściwie jak wstęp do powieści i dalszej przygody, a jednak pierwszy tom powinien przynajmniej COŚ zawierać.

Przy okazji z czasem miałam wrażenie, że magia świata zaczyna znikać i wszystko z fajnego i ciekawego robi się takie… rozmemłane i niemrawe. Tak, jakby Taylor miała wizję na sam wstęp, a potem nie wiedziała, jak to sensownie pociągnąć.

Cóż, przynajmniej mogę się cieszyć z tego, że Laini Taylor rozwinęła się w trakcie pisania tej książki (i cyklu) na tyle, by później dać nam wszystkim „Marzyciela”. Bo „Córka dymu i kości” jednak swoje dość poważne niedomagania ma.


piątek, 5 maja 2023

Odrodzeni: gdy połowa książki to ekspozycja


 Lily została rozdzielona ze swoim ukochanym, który musiał wrócić do podziemnej krainy umarłych. Wciąż podąża jednak za nim w snach. Wkrótce nawiedza ją Anubis, który prosi ją o pomoc – Amonowi grozi niebezpieczeństwo.



Ta książka była jedną z najgorszych powieści dla młodzieży, jaką czytałam od dawna. Już tom pierwszy, czyli „Przebudzeni”, nie był najlepszy, ale „Odrodzeni” jest po prostu przede wszystkim bardzo nudną książką.

Wydawać by się mogło, że skoro to tom drugi, to ekspozycji będzie trochę mniej, za to będziemy mogli skupić się na samej przygodzie. Niestety, około 150-200 pierwszych stron to bardzo toporna ekspozycja, która polega na tym, że Lily z kimś rozmawia (po kolei z 3-4 postaciami, ale to nie ma znaczenia). Ten ktoś tłumaczy jej, co musi zrobić i dlaczego. Gdy protagonistka pyta się, co dalej, to słyszy, że nie, spokojnie, krok po kroku, nie wszystko na raz! Następnie robią to, co było zapowiadane i rozpoczyna się kolejny „level”, w trakcie którego znów przechodzimy do tłumaczenia następnej akcji. Naprawdę, przy tym po prostu można usnąć!

Odrodzeni
Collen Houck
wyd. We need YA, 2019
Cykl Strażnicy Gwiazd, t. 2

Ponadto ta historia to przede wszystkim romans. I w teorii to przecież najłatwiejsza część do napisania, ale każda tego typu książka utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak nie. Collen Houck mogłaby zagrać na tęsknocie głównych bohaterów, dobrze budując napięcie. Ale nie. Ona za każdym razem idzie po linii najmniejszego oporu. Ponadto pojawia się nam tu trójkąt, który kompletnie niszczy to, co zostało zbudowane wcześniej. I owszem, to ze strony bohaterki jest jakoś wyjaśnialne, ale po pierwsze, fabuła problemu nie rozwiązuje w żaden sposób, po drugie, bliskich Amona już się nie da tak „wyjaśnić”, aby te relacje dalej pozostały w nienaruszonym stanie.

Przygoda, która tu ma miejsce, też nie należy do najbardziej porywających, a motyw Lily jako sfinksa (co pojawia się właściwie od samego początku) jest po prostu… dość głupi. Jak jeszcze jestem w stanie zaakceptować pierwszy etap, tak zakończenie, powiązane z irlandzką wróżką, sprawiło, że po prostu mimowolnie się zaśmiałam, a chyba nie taki był zamysł autorki w tamtym momencie.

Książka na okładce jest polecana fanom twórczości Ricka Riordana i z tym troszeczkę się zgodzę. Bogowie są przedstawieni, w powiedzmy, podobny sposób, także, jeśli to jest ta jedna rzecz, której ktoś w książkach szuka, to proszę bardzo. Acz po prostu to nie jest dobra historia.

Sięgając po tę książkę, miałam nadzieję na może nie najmądrzejszą, ale lekką i miłą lekturę. Ale „Odrodzeni” to przede wszystkim naprawdę nudna historia i na pewno samego cyklu nie będę z większym entuzjazmem polecać.



czwartek, 23 marca 2023

Przebudzeni: romans z egipskim księciem


Liliana ma wymagających rodziców. Próbując uciec przed światem, spędza czas w nowojorskim muzeum, szkicując zwiedzających. Przypadkiem trafia na nową wystawę dotyczącą starożytnego Egiptu. Tam zaś odkrywa, że jedna z mumii ożyła, a ona sama jest z młodym księciem związana za pomocą magii. Wspólnie muszą uratować świat.



Jako dziecko miałam fizia na punkcie starożytnego Egiptu, a wizja młodego faraona, wraz z którym miałabym przeżywać przygody była jedną z moich fantazji. Dlatego już, gdy w 2019 roku „Przebudzeni” zostali wydani w Polsce, byłam książką jak najbardziej zainteresowana. Ale z czasem o niej zapomniałam i tak dopiero pod koniec 2022 roku udało mi się z książką Colleen Houck zapoznać. I nie ma co ukrywać: to jest po prostu jedna z dość tanich młodzieżówek fantasy z romansem w roli głównej.

Przebudzeni
Collen Houck
wyd. We need YA, 2019
cykl Strażnicy gwiazd, t. 1

Już sama początkowa ekspozycja jest niezwykle toporna. Od razu dostajemy informacje, że główna bohaterka (narratorka) ma wymagających rodziców, nie może spotykać się z byle kim i że właściwie to nie ma konkretnego gustu, co do mężczyzn. Dziewczyna idzie niedługo na studia, czyli ma jakieś 19 lat. A poniewąż fabuła wymagała, by często spędzała czas w muzeum, to chodzi tam, by obserwować ludzi. Ten wątek nie ma żadnego znaczenia. Jest wyłącznie fabularną wymówką. Słabą, szczerze mówiąc.

Następnie dowiadujemy się, jak dokładnie wygląda nasza Liliana, ponieważ musi dokładnie przejrzeć się w lustrze, a potem dochodzi do spotkania bohaterki z Amonem, jej egipskim towarzyszem. Jak do tego dochodzi? A no tak, że przestraszona i skonfundowana dziewczyna non stop myśli o tym, jak przystojny i jak bardzo nie w jej typie jest protagonista. A to tylko pierwsze 40 stron.

Byłam gotowa na to, że tego typu powieść będzie lekka, ale przy tym niezbyt wiarygodna. Nie oczekiwałam jakiejś szczególnie wygórowanej fabuły i dobrze, bo takiej tu po prostu nie ma. Ratujemy świat, podróżując po świecie. I choć Liliana nie ma swoich funduszy i mieszka z rodzicami to nikt nawet nie zwraca uwagi na to, że tymczasowo opuściła kraj. No kto by się takimi detalami przejmował? Biorąc pod uwagę, że nie jest to książka dla 10-12 latka, a raczej osoby w wieku 14-17 lat to wydaje mi się, że niestety, czytelnik może już na to zwracać uwagę.

I gdyby po prostu autorka skupiła się na przygodzie, to naprawdę byłabym po prostu zadowolona z lekkiej, nostalgicznej dla mnie lektury. Problem polega na tym, że przygoda jest tu tylko wymówką do romansu. Amos i Liliana co chwilę zostają sam na sam. Dziewczyna zaś non stop myśli jak bardzo jest przystojny (początkowo jeszcze, że go nienawidzi, ale szybko sama traci w to wiarę) i narzuca się chłopakowi, który wyraźnie woli się odizolować. Co właściwie jest całkiem ciekawe, bo w tym przypadku to ona jest tą bardziej toksyczną stroną. Amon naprawdę próbuje budować dystans, jednocześnie troszcząc się o towarzyszkę i wyjaśniając jej, ile może z całej tej dziwnej sytuacji.

Oczywiście nie ma się co spodziewać po tej książce dobrze rozbudowanego systemu magicznego, czy poszanowania dla historii. To też tu kuleje. I jasne, Amon jest postacią wymyśloną przez autorkę, ale jeśli osadza się bohatera w czasach przed faraonami, to wypadałoby wiedzieć choćby o tym, że Dolina Królów była wykorzystywana jako miejsce pochówku dopiero znacznie później.

Mimo wszystkich swoich wad „Przebudzeni” jest po prostu przeciętną, dość toporną i stosunkowo „tanią” młodzieżówką fantasy dla młodzieży. W gruncie rzeczy to niewinna przygoda. Nie mogę jej wprawdzie z czystym sumieniem wszem wobec polecać, ale jednocześnie jest lekka w przyswojeniu, a książek fantasy z motywem starożytnego Egiptu nie ma aż tak dużo, więc jeśli ktoś konkretne tego szuka, to właściwie nie ma w czym przebierać. A wtedy dobre i to.



środa, 2 marca 2022

Czy to sen?: paranormal, jak sprzed 10 lat



Łucja ma 18 lat i od zawsze cierpi na bardzo realistyczne sny, które powodują u niej ataki paniki. Choć jest w szczęśliwym związku z Kubą, pewnej nocy, po zamknięciu oczu, spotyka przystojnego Nikodema. Szybko orientuje się, że zaczyna coś do chłopaka czuć.



Gdy byłam w gimnazjum, czyli jakieś 10 lat temu, szukałam szczęścia w paranormalnych romansach. Zazwyczaj sięgałam po bardziej popularne tytuły, które oczywiście były kiepskie, ale miały w sobie pewną lekkość stylu i widać było, że autor/ka jakąś tam wprawę ma. Ale czasem trafiały się toporne perełki, pisane jak tanie harlequiny, które były nie tylko wtórne, ale też nawet na tamtym etapie nie były dla mnie żadną rozrywką. Przyznaję, myślałam, że takich książek już się nie wydaje. A jednak jak się okazało, nie tylko się myliłam, ale takie rzeczy wciąż piszą polscy twórcy.

Czy to sen?
Natalia Klewicz
wyd. YA!, 2022

„Czy to sen?” to debiut Natali Klewicz. Przyznaję, gdy dotarła do mnie informacja na temat tej powieści, byłam przekonana, że to po prostu nowa książka nowego autora, a polskim twórcom lubię dawać szansę, tak po prostu. Dopiero gdy powieść do mnie trafiła, zorientowałam się, że Klewicz ma dość duże zasięgi w mediach społecznościowych. Nie mam pojęcia, czym się zajmuje, ale przyznaję, to wzmogło moją czujność… i słusznie. Bo to naprawdę nie jest dobra powieść.

Już kilka pierwszych zdań pełnych topornej ekspozycji pokazało, z czym będę miała do czynienia i dalej wcale nie było lepiej. Styl pisania Klewicz wygląda tak, jakby to było fanfiction, stworzone przez kompletnie nierozpisaną osobę, która w życiu przeczytała kilka najbardziej znanych, anglosaskich powieści typu „Zmierzch”, ale którą szkoła nauczyła w miarę poprawnego pisania. Zdania są więc dobrze złożone, ale brakuje tu jakiegokolwiek polotu. Wszystko jest sztywne, sztuczne, wyraźnie widać, że to debiut.

[SPOILERY bez konkretów] Sam pomysł na książkę jest… ech, chciałabym powiedzieć, że to miało jakiś potencjał, ale nie, nie miało. To trochę wygląda tak, jakby autorka umyśliła sobie wielki plot twist na końcu, jakby SPECJALNIE chciała się wyróżnić, ale nijak jej to wyszło. Bo widzę to trochę tak, jakby „Czy to sen?” z założenia miało udawać fantasy i być romantyczną opowieścią, ale przez otwarte zakończenie miało pozostawiać czytelnika w niepewności: gdzie leżała prawda? Która rzeczywistość była/jest prawdziwa?

Tyle że Klewicz zbyt kiepsko pisze, aby to w ogóle mogło być. Ani nie robi porządnego worldbuildingu, jeśli chodzi o fantastyczne elementy, ani nie prowadzi w realistyczny sposób problemów psychicznych Łucji i to wypada po prostu mdło i nijak. Wyobrażam sobie, że ten tekst mógłby działać, gdyby jakiś wybitny autor, tworzący w realizmie magicznym, przerobił go na opowiadanie. Ale nie w tej formie, absolutnie nie. [Koniec SPOILERÓW]

Autorka próbuje być realistyczna i do pewnego stopnia same dialogi bohaterów działają, a sytuacja w świecie rzeczywistym jest, jak na tego typu dzieło, stosunkowo dobrze osadzona, ale właściwie mnie co najwyżej męczyła. Szczególnie że nastoletnie dramy, które przeżywają bohaterowie, po prostu kompletnie do mnie już nie przemawiają. Pewnie nastolatek poczułby się bardziej w nie wciągnięty, ja kompletnie nie.

Z zalet mogę wymienić to, że „Czy to sen?” jest książką krótką, którą szybko się czyta. Tu w gruncie rzeczy nie ma zbyt wiele treści, więc po prostu trudno w tej książce utknąć, a nie ma nawet 300 stron, więc sprawny czytelnik bez problemu przyswoi wszystko w jeden wieczór. Ach, no i nie wydaje się szczególnie szkodliwa, to też zawsze zaleta, biorąc pod uwagę, co czasem w młodzieżówkach się dzieje.

Byłam, widziałam, oceniłam i więcej do tej książki wracać nie będę. Gratuluje autorce spełnienia marzeń w postaci wydanej książki, ale jednocześnie przestrzegam czytelników: nawet jeśli szukacie lekkiego romansu z nadnaturalnym wątkiem, to na rynku naprawdę znajdziecie masę lepszych. Nawet wśród tych, które sama krytykowałam. „Czy to sen?” jest po prostu czymś naprawdę nudnym i kiepsko napisanym.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu YA!


niedziela, 26 grudnia 2021

Krew i popiół: czy to mogło być dobre?


Poppy jest Panną. To czyni z nią wybrankę, która ma nie tyko dostąpić zaszczytu Ascendencji, ale również żyć z bogami. Dziewczyna musi ukrywać swoją twarz i przestrzegać sztywnych reguł. Gdy w pałacu ktoś próbuje ją zabić, jej strażnikiem zostaje przystojny Hawke.

 

Już dawno nie miałam takiej sinusoidy emocji przy powieści dla młodzieży. Zazwyczaj sprawa jest prosta: romanse fantasy z kategorii YA/NA, zwłaszcza ameryańskie, są po prostu kiepskie. Zaś „Krew i popiół” Jennifer L. Armentrout nie jest może książką dobrą, ale miał w sobie potencjał na bycie naprawdę przyzwoitą.

Krew i Popiół
Jennier L. Armentrout
wyd.  You&Ya, 2022
Bloot and Ash, t. 1
Zacznijmy może jednak najpierw od tej całej emocjonalnej sinusoidy. Na samym początku moja opinia o książce poleciała mocno w dół. Pierwsze ok. 40 stron to opis tego, jak Poppy wymyka się ze swoich komnat i trafia do miejsca o wątpliwej reputacji, gdzie spotyka przystojnego Hawke’a. Tam następuje opis jego wyglądu na blisko stronę, a dziewczyna rozpływa się nad nim przez kolejne dwadzieścia. Co prawda, sam sposób prowadzenia dialogu między postaciami był całkiem wciągający, ale taki start sugeruje naprawdę kiepskie młodzieżowe fantasy, zwłaszcza, że Hawkey zachowywał się dość brutalnie, potencjalnie toksycznie. Potem jednak nastąpił wzrost.

Wzrost, bo kolejne 60 stron to szybka akcja, w której Poppy o panu kochasiu wspomina stosunkowo rzadko. Za to dzieje się dużo: tu ktoś ginie, tu ktoś robi jej krzywdę, tam ktoś ją próbuje porwać itd. itp. Miałam więc nadzieję, że jednak ta historia będzie gdzieś prowadziła i że skupi się na wątku quasi-kryminalnym z dodatkiem romansu. Co prawda problematyczny był opis świata (do ascendenci jeszcze wrócę), ale to amerykańska młodzieżówka, nie mam do nich jakiś bardzo wysokich wymagań.

Oczywiście trochę się pomyliłam, bo wkrótce potem Hawkey staje się strażnikiem Poppy i wszystko zaczyna kręcić się wokół niego, tyko z drobnymi przesłankami, że coś się wydarzy. Niemniej, jak już przetrawiłam ból dotyczący zmarnowanego potencjału to okazało się, że właściwie dialogi autorce wychodzą naprawdę nie najgorzej, a bohater tylko początków był pisany na brutala, który non stop zwraca uwagę na to, jak bardzo jest przystojny. Że jest zaskakująco mało toksyczny, że troszczy się o Poppy i faktycznie zawsze daje jej wybór. Przyznaję, tego się nie spodziewałam, a to olbrzymia zaleta. Zwłaszcza porównując do innych podobnych książek.

Chociaż jednocześnie nie powiem – bawi mnie, że na 60 stronach autorka potrafiła zawrzeć tyle niezłej akcji, a jedna rozmowa Poppy ze strażnikiem to czasem kilka rozdziałów.

Końcowy plot twist nie był zbyt zaskakujący i był łatwy do przewidzenia, ponadto bardzo negatywie wpłynął na moje postrzeganie tego bohatera (bo TAK, on jednak jest toksyczny), ale generalnie tę historię czytało mi się z zaskakująco małą ilością bólu i często przyłapywałam się na tym, że jestem w te dialogi wciągnięta, bo one autorce wychodzą zaskakująco dobrze. Dlatego kompletnie nie dziwię się jej popularności.

[STREFA SPOILERÓW]Jednocześnie świat przedstawiony jest kompletnie idiotyczny. Co prawda na samym końcu dostajemy trochę wyjaśnień i ekspozycji, ale to niewiele ratuje. Ascendencji to wampy, tworzone przez uwięzionych Atlantów (coś a’la wampiry o szlachetnej krwi) i dlatego mogą żyć wiecznie. Rozumiem samą ideę na to, ale nie widzę sensu w tym, by jakieś państwo tworzyło je z każdej drugiej córki i każdego drugiego syna przez ostatnie co najmniej dwieście lat. Przecież one muszą się posilać – w ten sposób wkrótce NIKT nie pozostałby w królestwie żywy. Ponadto to nie wyjaśnia, czemu zombie tworzący się po pożywieniu się wampów żyją głównie za zaporą, a nie pojawiają się w miastach, choć to dałoby się jakoś obejść.

Nie ma też sensu to, dlaczego akurat Hawkę – będący w rzeczywistości księciem Atlantów – samodzielnie wykonuje misje. Dużo więcej sensu miałoby, gdyby był jakimś przyjacielem króla, co zresztą byłoby świetnym nawiązaniem do opowieści o królu Arturze i jego rycerzach.

Także świat przedstawiony jest po prostu bardzo niedopracowany i sprawia wrażenie, jakby był napisany pod romans. Autorka układa klocki tak, by wszystko jej pasowało, jednocześnie tworząc niezwykle sztampową fabułę. A tak naprawdę niewielkie zmiany by wystarczyły, żeby sama opowieść, nawet w ramach tak głupiego pomysłu na świat, była lepsza. Przykłady?

Po pierwsze, Poppy zbyt często spotyka się z Hawkiem. Może przebywać z nim sam na sam, nie musi planować rozmów z nim, nie musi się z tym kryć. Ponadto często może ściągać przy nim welon, co sprawia, że ten element jest bezsensownym dodatkiem. O ile to byłoby lepsze, gdyby postacie były zmuszone do prawdziwego ukrywania się!

Po drugie, Poppy mogłaby głęboko wierzyć w swoje przeznaczenie. Była w tej idei wychowywana od dziecka. O ileż to byłoby ciekawsze, gdyby miała prawdziwy dylemat: pójść za głosem serca, czy służyć bogom? A gdyby połączyć te dwa punkty! Tak małe zmiany, a mogłyby znacznie lepiej trzymać w napięciu. [KONIEC SPOILERÓW]

Nie pastwiąc się nad tą opowieścią dalej, przyznam, że jestem do pewnego stopnia zaintrygowana. Armentrout wydaj się pisarką, która gdyby chciała to naprawdę mogłaby stworzyć coś fajnego. Problem polega na tym, ż kreacja dopracowanych światów jest czasochłonna, a takie rzeczy gorzej się też sprzedają. I czy ja mogę ją za to winić, skoro nieźle wchodzi na tym finansowo? Ech, a jednak – ja wciąż czekam na drugą (po „Marzycielu”) dobrą młodzieżówkę fantasy dla dziewczyn z ameryki. „Krew i popiół” mógł nią być – ale nie jest. I to chyba boli najbardziej.



Premiera książki już 12 stycznia 2022 roku.

Nomida zaczarowane-szablony