czwartek, 30 sierpnia 2018
wtorek, 28 sierpnia 2018
niedziela, 26 sierpnia 2018
piątek, 24 sierpnia 2018
Zmiana: ...występuje tylko w tytule, nie w treści.
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/2018/08/24/zmiana-recenzja/
Etykiety:
dla młodzieży (14-20 lat),
literatura amerykańska,
recenzja,
romans
środa, 22 sierpnia 2018
poniedziałek, 20 sierpnia 2018
sobota, 18 sierpnia 2018
czwartek, 16 sierpnia 2018
wtorek, 14 sierpnia 2018
niedziela, 12 sierpnia 2018
Czy książki należy czytać od deski do deski?
Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Przeczytanie
książki od deski do deski wydaje się być jedynym poprawnym moralnie wyjściem,
aby takową ocenić. Z resztą, to dotyczy też każdego innego dzieła kultury,
którego poznanie wymaga poświęcenia czasu, nie ważne czy to gra, film, czy
przedstawienie teatralne. Sama jednak, czytając jednak dość dużo, łapię się na
tym, że… nie wszystkie pozycje mam ochotę poznawać w ten właśnie sposób.
Zacznijmy
jednak od tego, jakie książki przeczytać od deski do deski trzeba, aby – moim
zdaniem – móc je „poważnie” oceniać. Przede wszystkim to fabularna beletrystyka:
nawet, jeśli książka nas nuży, męczy, wydaje się być absolutnie głupia i
pozbawiona sensu to zawsze na samym jej końcu może pojawić się element, który zmieni
nasz punkt widzenia na nią o sto osiemdziesiąt stopni. Fakt, nie zdarza się to
często, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z typowo lekką, komercyjną pozycją. Niemniej
– zdarza się. I zawsze należy pamiętać.
Poza
tym jeśli dostajemy książkę do recenzji od wydawcy to dla mnie oczywistością
jest, że taką pozycję należy przeczytać również w całości, niezależnie od tego,
jaka by ona nie była. W końcu po to właśnie ją dostajemy: by poznać całokształt
i dopiero na jego bazie wyrazić swoją opinię. To też kolejna rzecz, która wydaje
mi się absolutnie niepodważalna.
Ale
jednak są takie pozycje, których nie trzeba czytać w całości, by wiedzieć, co
się o nich myśli. Przede wszystkim myślę tu o poradnikach: książkach, które
stoją obrazkiem, a nie słowem i których czytanie polega bardziej na
przeglądaniu. W takich sytuacjach poznanie stu procent tekstu niekoniecznie ma
sens. Jasne, warto byłoby poznać większość i resztę „przejrzeć”, ale właściwie…
to tyle. Bo te książki wręcz zwykle zostały stworzone do czytania na wyrywki.
Drugą
taką grupą książek jest dla mnie literatura naukowa, albo popularnonaukowa,
której „recenzje” chcemy napisać. Takie pozycje często są cięższe, mniej
przystępne. Trudno je wchłonąć w całości i często do szczęścia nie potrzebujemy
stu procent. Mam też wrażenie, że opinia na ich temat kształtuje się raczej
szybko i nie ważne, czy przeczytamy połowę, czy całość – ona i tak będzie taka
sama. Na dodatek jeśli nie jesteśmy naukowcami to tak, czy siak ta nasza opinia
będzie ewentualną „zachęcajką’, lub „zniechęcajką” dla innych i daleko jej
będzie do dokładnej analizy takich dzieł.
Trzecią
grupą będą książki składające się z dużej ilości krótkich form. Przykładowo,
czytając „Peryferyjczyka” Marcina Kołodziejczyka naprawdę nie czułam potrzeby,
by przeczytać wszystkie reportaże od deski do deski: ja już swoje zdanie na
jego temat miałam po połowie. Książkę skończyłam w pełni jedynie dlatego, że był
to egzemplarz recenzencki. Po prostu w takich przypadkach zwykle przykładów
jest tyle, że o wnętrzu spokojnie możemy opowiadać po poznaniu ich części,
zakładając, że nie są to opowiadania beletrystyczne.
Jak
więc widzicie, absolutnie nie uważam, że trzeba przeczytać książkę w pełni, aby
móc pełnoprawnie ją oceniać: to nie zawsze jest konieczne, naprawdę. I choć
oczywistym jest, że lepiej to w takiej sytuacji zrobić to jednocześnie sama
wiem, jak książka potrafi męczyć… i wydaje mi się, że w takich chwilach dobrze
jest wyznaczyć sobie granicę tego, co przeczytać koniecznie musimy w całości, a
co możemy poznać tylko w większej części. Najzwyczajniej w świecie czasu mamy
bardzo ograniczoną ilość i szkoda marnować go na pozycje, które niepotrzebnie
go nam zabierają.
piątek, 10 sierpnia 2018
środa, 8 sierpnia 2018
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
Dzieła, które uczą i bawią jednocześnie
Spotkasz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
To,
że popkultura jest dla nas rozrywką jest dla każdego jasne jak słońce. Zdarzają
się jednak tytuły, które poza tym, że nas bawią i czasem poruszają społecznie
istotne tematy mogą nauczyć nas czegoś „więcej”: dzięki nim możemy zdobyć
wiedzę z wielu dziedzin. Zwykle nie jest to wprawdzie coś bardzo dogłębnego,
ale jednak: często to wystarczy, aby po prostu wstępnie zainteresować się danym
tematem. A więc dziś przedstawię Wam właśnie takie dzieła kultury: te, które
jednocześnie i bawią, i uczą.
„Piraci” (serial, 2014-2017)
Na
pierwszy ogień: serial o piratach, jak z reszta sam polski tytuł wskazuje. I
jak po takowym mogliśmy się spodziewać, wewnątrz znajdziemy masę przygód,
grabieży, morskich bitew i „politycznych” knowań. To naprawdę przyjemnie
zrealizowana produkcja, która na dodatek czerpie zarówno z literatury („Wyspa
skarbów” Roberta Louisa Stevensona), jak i z historii. Wielu bohaterów istniało
naprawdę, choć oczywistym jest chyba fakt, że serial nie przedstawia dokładnie
ich historii. Niemniej, „Piraci” mogą być dobrą zachętą do zapoznania się z
historią morskich łupieżców.
„Wikingowie” (serial, 2013-)
Tak
jak i „Piraci”, tak i „Wikingowie” to serial oparty na historycznych faktach.
Opowiada o legendarnych Ragnarze Lorthbroku oraz jego rodzinie, którzy marzą o
tym, by odkryć nowe lądy. Całość stoi na bardzo wysokim poziomie i pozwala
poznać zarówno legendy, jak i kulturę tego ludu północy, jednocześnie
zapewniając naprawdę dobrą rozrywkę. Czego można chcieć więcej?
„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” Ricka Riordana
Tej
serii książek po prostu nie mogło tu zabraknąć! Książkoholicy pewnie doskonale
wiedzą, co to za historia: książki opowiadają o herosach, półbogach,
funkcjonujących w naszym świecie. Według mnie to doskonały przykład tego, jak literatura
może jednocześnie bawić i uczyć młodzież. Riordan nie tylko pisze lekko,
tworząc naprawdę sympatyczną historię, ale na dodatek pozwala czytelnikowi
poznać podstawy greckiej mitologii… z czego zaś ma szansę zrodzić się
ciekawość, by dowiedzieć się o tym więcej.
„Ostatnie dni Nowego Paryża” China Mieville’a
Ta
niedługa książka to fantastyka z gatunku new weird – jest więc bardzo, bardzo
specyficzną literaturą. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu do gustu przypaść
może, a jeśli już to się stanie, zapewne zainteresuje czytelnika… surrealizmem.
Oj tak, nawiązań do tego nurtu w sztuce tutaj nie brakuje. Surrealizm jest
dosłownie wszędzie i nie wątpię, że czytając tę lekturę albo poznacie nowych
malarzy oraz nowe obrazy, albo będziecie wyłapywać z uśmiechem na ustach
wszystkie nawiązania.
„Fate/Zero” (anime)
To
chronologicznie pierwszy „odcinek” serii anime, opowiadającej o grupie magów, którzy
chcąc zdobyć mitycznego Grala, zaczynają ze sobą walczyć, przyzywając bohaterów,
swego czasu kroczących po Ziemi. Choć to przede wszystkim akcyjniak to jednak i
w nim możemy znaleźć sporo wartości dodanej. Każdy z przywołanych bohaterów to
postać, która faktycznie istniała. Widz więc ma najpierw szansę samemu
odgadnąć, z kim ma do czynienia, a jeśli to nie wyjdzie imię postaci zostaje w
pewnym momencie zawsze wyjawione. Muszę sama się przyznać, że po oglądaniu tego
anime wyszukiwałam informacji dotyczących tych postaci i była to naprawdę
przyjemna zabawa.
„Problem trzech ciał” Cixina Liu
Ten
pierwszy tom chińskiej trylogii hard science-fiction jest chyba najtrudniejszym
dziełem do przyswojenia ze wszystkich, które tu przedstawiłam. Niemniej,
naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, bo poza tym, że jest naprawdę dobrą
historią samą w sobie to na dodatek mówi między innymi o chińskiej rewolucji
kulturowej, czy o tytułowym problemie trzech ciał, o którego istnieniu nie
widziałabym, gdyby nie ta książka właśnie.
sobota, 4 sierpnia 2018
czwartek, 2 sierpnia 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)







