piątek, 24 sierpnia 2018

Zmiana: ...występuje tylko w tytule, nie w treści.

Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/2018/08/24/zmiana-recenzja/

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy książki należy czytać od deski do deski?



Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Przeczytanie książki od deski do deski wydaje się być jedynym poprawnym moralnie wyjściem, aby takową ocenić. Z resztą, to dotyczy też każdego innego dzieła kultury, którego poznanie wymaga poświęcenia czasu, nie ważne czy to gra, film, czy przedstawienie teatralne. Sama jednak, czytając jednak dość dużo, łapię się na tym, że… nie wszystkie pozycje mam ochotę poznawać w ten właśnie sposób.
Zacznijmy jednak od tego, jakie książki przeczytać od deski do deski trzeba, aby – moim zdaniem – móc je „poważnie” oceniać. Przede wszystkim to fabularna beletrystyka: nawet, jeśli książka nas nuży, męczy, wydaje się być absolutnie głupia i pozbawiona sensu to zawsze na samym jej końcu może pojawić się element, który zmieni nasz punkt widzenia na nią o sto osiemdziesiąt stopni. Fakt, nie zdarza się to często, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z typowo lekką, komercyjną pozycją. Niemniej – zdarza się. I zawsze należy pamiętać.
Poza tym jeśli dostajemy książkę do recenzji od wydawcy to dla mnie oczywistością jest, że taką pozycję należy przeczytać również w całości, niezależnie od tego, jaka by ona nie była. W końcu po to właśnie ją dostajemy: by poznać całokształt i dopiero na jego bazie wyrazić swoją opinię. To też kolejna rzecz, która wydaje mi się absolutnie niepodważalna.
Ale jednak są takie pozycje, których nie trzeba czytać w całości, by wiedzieć, co się o nich myśli. Przede wszystkim myślę tu o poradnikach: książkach, które stoją obrazkiem, a nie słowem i których czytanie polega bardziej na przeglądaniu. W takich sytuacjach poznanie stu procent tekstu niekoniecznie ma sens. Jasne, warto byłoby poznać większość i resztę „przejrzeć”, ale właściwie… to tyle. Bo te książki wręcz zwykle zostały stworzone do czytania na wyrywki.
Drugą taką grupą książek jest dla mnie literatura naukowa, albo popularnonaukowa, której „recenzje” chcemy napisać. Takie pozycje często są cięższe, mniej przystępne. Trudno je wchłonąć w całości i często do szczęścia nie potrzebujemy stu procent. Mam też wrażenie, że opinia na ich temat kształtuje się raczej szybko i nie ważne, czy przeczytamy połowę, czy całość – ona i tak będzie taka sama. Na dodatek jeśli nie jesteśmy naukowcami to tak, czy siak ta nasza opinia będzie ewentualną „zachęcajką’, lub „zniechęcajką” dla innych i daleko jej będzie do dokładnej analizy takich dzieł.
Trzecią grupą będą książki składające się z dużej ilości krótkich form. Przykładowo, czytając „Peryferyjczyka” Marcina Kołodziejczyka naprawdę nie czułam potrzeby, by przeczytać wszystkie reportaże od deski do deski: ja już swoje zdanie na jego temat miałam po połowie. Książkę skończyłam w pełni jedynie dlatego, że był to egzemplarz recenzencki. Po prostu w takich przypadkach zwykle przykładów jest tyle, że o wnętrzu spokojnie możemy opowiadać po poznaniu ich części, zakładając, że nie są to opowiadania beletrystyczne.        
Jak więc widzicie, absolutnie nie uważam, że trzeba przeczytać książkę w pełni, aby móc pełnoprawnie ją oceniać: to nie zawsze jest konieczne, naprawdę. I choć oczywistym jest, że lepiej to w takiej sytuacji zrobić to jednocześnie sama wiem, jak książka potrafi męczyć… i wydaje mi się, że w takich chwilach dobrze jest wyznaczyć sobie granicę tego, co przeczytać koniecznie musimy w całości, a co możemy poznać tylko w większej części. Najzwyczajniej w świecie czasu mamy bardzo ograniczoną ilość i szkoda marnować go na pozycje, które niepotrzebnie go nam zabierają.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Dzieła, które uczą i bawią jednocześnie


Spotkasz mnie tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/

 
To, że popkultura jest dla nas rozrywką jest dla każdego jasne jak słońce. Zdarzają się jednak tytuły, które poza tym, że nas bawią i czasem poruszają społecznie istotne tematy mogą nauczyć nas czegoś „więcej”: dzięki nim możemy zdobyć wiedzę z wielu dziedzin. Zwykle nie jest to wprawdzie coś bardzo dogłębnego, ale jednak: często to wystarczy, aby po prostu wstępnie zainteresować się danym tematem. A więc dziś przedstawię Wam właśnie takie dzieła kultury: te, które jednocześnie i bawią, i uczą.



„Piraci” (serial, 2014-2017)
Na pierwszy ogień: serial o piratach, jak z reszta sam polski tytuł wskazuje. I jak po takowym mogliśmy się spodziewać, wewnątrz znajdziemy masę przygód, grabieży, morskich bitew i „politycznych” knowań. To naprawdę przyjemnie zrealizowana produkcja, która na dodatek czerpie zarówno z literatury („Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona), jak i z historii. Wielu bohaterów istniało naprawdę, choć oczywistym jest chyba fakt, że serial nie przedstawia dokładnie ich historii. Niemniej, „Piraci” mogą być dobrą zachętą do zapoznania się z historią morskich łupieżców.

„Wikingowie” (serial, 2013-)
Tak jak i „Piraci”, tak i „Wikingowie” to serial oparty na historycznych faktach. Opowiada o legendarnych Ragnarze Lorthbroku oraz jego rodzinie, którzy marzą o tym, by odkryć nowe lądy. Całość stoi na bardzo wysokim poziomie i pozwala poznać zarówno legendy, jak i kulturę tego ludu północy, jednocześnie zapewniając naprawdę dobrą rozrywkę. Czego można chcieć więcej?

„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” Ricka Riordana
Tej serii książek po prostu nie mogło tu zabraknąć! Książkoholicy pewnie doskonale wiedzą, co to za historia: książki opowiadają o herosach, półbogach, funkcjonujących w naszym świecie. Według mnie to doskonały przykład tego, jak literatura może jednocześnie bawić i uczyć młodzież. Riordan nie tylko pisze lekko, tworząc naprawdę sympatyczną historię, ale na dodatek pozwala czytelnikowi poznać podstawy greckiej mitologii… z czego zaś ma szansę zrodzić się ciekawość, by dowiedzieć się o tym więcej.

„Ostatnie dni Nowego Paryża” China Mieville’a
Ta niedługa książka to fantastyka z gatunku new weird – jest więc bardzo, bardzo specyficzną literaturą. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu do gustu przypaść może, a jeśli już to się stanie, zapewne zainteresuje czytelnika… surrealizmem. Oj tak, nawiązań do tego nurtu w sztuce tutaj nie brakuje. Surrealizm jest dosłownie wszędzie i nie wątpię, że czytając tę lekturę albo poznacie nowych malarzy oraz nowe obrazy, albo będziecie wyłapywać z uśmiechem na ustach wszystkie nawiązania.

„Fate/Zero” (anime)
To chronologicznie pierwszy „odcinek” serii anime, opowiadającej o grupie magów, którzy chcąc zdobyć mitycznego Grala, zaczynają ze sobą walczyć, przyzywając bohaterów, swego czasu kroczących po Ziemi. Choć to przede wszystkim akcyjniak to jednak i w nim możemy znaleźć sporo wartości dodanej. Każdy z przywołanych bohaterów to postać, która faktycznie istniała. Widz więc ma najpierw szansę samemu odgadnąć, z kim ma do czynienia, a jeśli to nie wyjdzie imię postaci zostaje w pewnym momencie zawsze wyjawione. Muszę sama się przyznać, że po oglądaniu tego anime wyszukiwałam informacji dotyczących tych postaci i była to naprawdę przyjemna zabawa.


„Problem trzech ciał” Cixina Liu
Ten pierwszy tom chińskiej trylogii hard science-fiction jest chyba najtrudniejszym dziełem do przyswojenia ze wszystkich, które tu przedstawiłam. Niemniej, naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, bo poza tym, że jest naprawdę dobrą historią samą w sobie to na dodatek mówi między innymi o chińskiej rewolucji kulturowej, czy o tytułowym problemie trzech ciał, o którego istnieniu nie widziałabym, gdyby nie ta książka właśnie.

Nomida zaczarowane-szablony