Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamiętnik. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lutego 2023

Antyspołeczny: dobry temat, kiepski autor

Takie to miało być zabawne (pojawia się na okładce ze trzy razy) i pouczające, a w praktyce wyszła z tego bardzo niekompetentna książka. „Antyspołeczny” może porusza istotne tematy, ale niestety, bardzo wiele mu brakuje do tego, aby naprawdę być czymś wyjątkowym.

Nie bez powodu najlepsze reportaże piszą profesjonalni dziennikarze, którzy latami uczyli się zbierać materiał, przerabiać go, a potem przemieniać w książkę, czy film dokumentalny. Nie wystarczy mieć wiedzy na dany temat czy specyficznych doświadczeń, aby być w stanie przekazać to innym w satysfakcjonujący sposób. I niestety, ale Nick Pettigrew jest tego doskonałym przykładem. 

Antyspołeczny
Nick Pettigrew
wyd. Insignis, 2021

Aby sprawa była jasna, najpierw warto wyjaśnić, kim ten pan w ogóle jest. To pracownik społeczny, który zajmuje się rozwiązywaniem spraw lokalnych mieszkańców, np. związanych z przeszkadzającymi sąsiadami, czy z osobami chorymi fizycznie/psychicznie i pozbawionymi pomocy.

Ta książka ma formę po prostu dziennika. Takiego, który z powodzeniem mógłby być publikowany na blogu, czy w mediach społecznościowych. Język jest lekki i wręcz potoczny. Przedstawiane przez autora historie zwykle dotyczą jednego dnia. Czasem wracają, ale nie w jakiś ustrukturyzowany sposób, więc nim człowiek do nich dotrze, to zwykle już zapomni, że w ogóle o tym czytał. 

Sama forma dziennika prowadzonego właściwie dzień po dniu też jest w przypadku książki problemem, dlatego że wiąże się z brakiem selekcji spraw. Nie są one posegregowane tematycznie, autor nie wgłębia się w żaden konkretny rodzaj prowadzonych dochodzeń, a wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych, więc łatwo zlewają się w całość. Przy okazji regularnie dostajemy wstawki związane ze zdrowiem psychicznym autora, co oczywiście jest tematem ważnym, ale nie dotyczącym tematu tej książki, więc nie wiem, dlaczego redaktor postanowił je zostawić. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do humoru. To autor, który próbuje mieć cięty język, ale kompletnie mu to nie wychodzi, przynajmniej nie w wersji polskiej. Przez co wielokrotnie jego docinki brzmią wrednie, zdają się być pozbawione szacunku do osób, którym autor próbuje pomóc, i to wcale nie wzbudziło we mnie ciepłych emocji w stosunku do niego, co wydaje mi się, że jest zrozumiałe.

„Antyspołeczny” to bez wątpienia książka poruszająca ważny temat i opowiadająca o ciekawym stanowisku. Ale w tej formie to materiał na artykuł albo wywiad, ewentualnie prywatny i nieodpłatny dziennik w sieci, nie na książkę, którą należy sprzedawać w księgarni. Szkoda, bo liczyłam na coś lepszego.


niedziela, 26 września 2021

Ludzie i zwierzęta: zoo staje się Arką

 

Jan i Antonina Żabińscy prowadzili warszawskie zoo, gdy wybuchła II wojna światowa. Próbując ratować i zwierzęta, i ludzi, ryzykowali własnym życiem. W latach 60. Antonina, na bazie swoich wcześniejszych zapisków, stworzyła pamiętnik, w którym opisuje, co działo się wówczas w zoo.

 

Zazwyczaj pamiętniki nie są gatunkiem, który by mnie jakkolwiek interesował. Jednak „Ludzie i zwierzęta” śledzili mnie od dawna, a to za sprawą reportażu radiowego o bardzo podobnym tytule („Ludziom i zwierzętom”). Bez wątpienia te zapiski Antoniny Żabińskiej są opowieścią niezwykle unikatową i naprawdę cenną pod kątem historycznym. W końcu mało kto nie tylko zajmował się pomocą innym w trakcie II wojny światowej, ale był też zamieszany w sprawę warszawskiego zoo w tamtym czasie.

Ludzie i zwierzęta
Antonina Żabińska
wyd. Literackie, 2010

Gdy myśli się o tamtym okresie w historii, człowiek raczej nie zastanawia się nad tym, co stało się ze zwierzętami. Czy to tymi domowymi, czy to właśnie tymi, które można znaleźć w zoo i które przez swoją egzotyczność są o wiele bardziej zależne od człowieka. I chociaż oczywiste jest, że w trakcie wojny to człowiek jest ważniejszy to percepcja osoby, która była z tymi stworzeniami związana, martwiła się o nie jest po prostu czymś niezwykle intrygującym. Dlatego sam początek pamiętnika Żabińskiej naprawdę mnie zafascynował. Z czasem jednak moja relacja z nim zaczęła się trochę psuć.

„Ludzie i zwierzęta” są napisani jednym ciągiem. Brakuje tu podziału na rozdziały i właściwie jedyne, czego można się spodziewać, to światło pomiędzy akapitami, które oznacza, że autorka zmienia myśl na inną. Jednak to nie przeszkadza w samej lekturze. Wydaje mi się, że moje stopniowe znużenie wynikało z tego, w jaki sposób autorka opisuje rzeczywistość.

Przyznaję, sięgając po ten tytuł, oczekiwałam „mięsa”. Dokładnych detali, szczegółów związanych z ratowaniem Żydów z warszawskiego getta, opisów akcji w trakcie bombardowań. Żabińska jest jednak w tym dość ogólna, delikatna. Te informacje się tu pojawiają, ale nie są szczególnie dokładne. Jednocześnie książka jest mocno zorientowana na dzieci oraz relacje domowników ze zwierzętami, które do nich docierały.

Oczywiście perspektywa matki, która opiekuje się malutkimi dziećmi w trakcie wojny jest ciekawa, a w narracji Żabińskiej jest masa, masa ciepła i takiego szacunku zarówno do zwierzęcych, jak i ludzkich przyjaciół, ale po prostu naprawdę nie tego od tej książki chciałam. W pewnym momencie zaczęło mnie to delikatnie irytować, bo „Ludzie i zwierzęta” wyglądają trochę tak, jakby fragmenty ze zwierzętami-domownikami w domu Żabińskich przeplatały te historycznie ważniejsze, ale poważniejsze treści. Rozumiem to, ale jako po-prostu-czytelnik, nie specjalista, czy recenzent, czułam się nieco znużona. To wszystko zdaje się zbyt mocno wygładzone, choć podejrzewam, z czego może to wynikać.

Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że ta książka będzie doskonała do studium przypadku bądź też dobrze nada się do wszystkich prac licencjackich/magisterskich, które analizują kwestię Żydów czy życia zwierząt w trakcie II wojny światowej. Przyznaję, nie znam się na temacie, ale wydaje mi się, że osoba, która wie, co dokładnie działo się wówczas w Warszawie będzie miała szerszy obraz i wyciągnie z tej książki ogrom rzeczy, których ja po prostu nie zauważyłam.

„Ludziom i zwierzętom” to opowieść fascynującej kobiety, której przyszło żyć w strasznym, ale w pewnym stopniu nie mniej intrygującym czasie. Bez wątpienia sięgnąć po tę książkę i przeczytać ją warto. Jednak niekoniecznie dla samej warstwy rozrywkowej.


piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


czwartek, 21 maja 2020

Dziś będzie o włosach, bo mogę

Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



Ten wpis planowałam od dawna. Tak, tak –  robiąc te zdjęcia, które zobaczycie niżej już o tym myślałam. Więc uznałam, że skoro znów wróciłam do tematu to ja może po prostu o tym sobie napiszę. Bo moge, bo chcę i bo czemu nie. Jak pewnie widzicie po tytule, tym razem nie będzie ani o książkach, ani serialach, ani kulturze ani niczym powiązanym. Za to będzie o włosach. Bo to we włosomaniactwo wpadłam w 2014 roku i wytrwałam w nim ok. 2-3 lat, aby następnie powoli o tym zapomnieć… a teraz miałam w końcu czas, by o tym znów pomyśleć i poczytać. Ale może od początku, no nie?

Także, jeśli nie szukacie takiego kontentu… to wróćcie kiedy indziej. 



Przed…

Chyba nigdy nie uważałam swoich włosów za coś nadzwyczaj szczególnego. Oczywiście, że jako dziecko marzyłam o włosach do pasa, by wyglądać jak królewna, ale ogółem one po prostu były. Uznawałam je (do niedawna zresztą) za proste, średnio-gęste i średnio-grube. Zwykłe, o przeciętnym kolorze. Nieproblematyczne, ale do dziś nie nauczyłam się żadnej innej fryzury poza warkoczem i kucykiem, więc też niewiele z nimi robiłam. Nie miałam też jakiś wielkich ciągot do farbowania ich i innych takich. Czasem zdarzało mi się mieć na głowie jakieś dziwne cięcia (np. cieniowanie), czasem marzyłam o włosach ściętych w szpic, ale ogółem… nie miałam konkretnej wizji moich włosów, a przynajmniej nie pamiętam, abym takową miała. 

Z tamtego okresu mam jedną, drobną anegdotkę. Mianowicie, mama zabrała mnie swego czasu do fryzjera, bo czasem jednak wypada do niego pójść, no nie? No to poszłyśmy. Moja mama zauważyła, że coś ta pani fryzjer jakoś ciągnie te moje włosy i długo jej zajmuje to czesanie. A przecież jeszcze w aucie je sobie czesałam! Tyle tylko, że już jakiś czas wcześniej moje partie włosów od karku trochę się pokołtuniły. Ja nie wiedziałam jak to rozczesać, a nie śmiałam się nikomu przyznać… więc czesałam włosy tylko z wierzchu. I jakoś nie pomyślałam, że to może być problemem u fryzjera. 

Jakoś w okolicy oglądania jakże znanego nam wszystkim “Zmierzchu” uznałam jednak, że chce mieć włosy jak Alice. Uznałam, że wygląda przepięknie, jak jakaś cudowna nimfa i byłam przekonana, że ja przy takim cięciu też będę tak wyglądać. Problem polega na tym, że aktorka grająca tę postać ma trójkątną twarzyczkę, do której to po prostu pasowało. Ja takiej nie mam. Nie mówię, że jestem od niej gorsza czy brzydsza: mamy jedynie zupełnie inne typy urody. Więc chyba nie wyglądałam najlepiej… ale przynajmniej cieszyłam się z tego, że muszę się nimi mniej zajmować i jakoś to było. 

Ale jakoś tak do drugiego cięcia się zbierałam i zbierałam… 


Alice Cullen | Twilight Wiki | Fandom
Tak planowałam wyglądać. I tak absolutnie nie wyglądałam.


... a potem przyszedł TEN wyjazd

Wakacyjny, nieszczególnie szczęśliwy, pomiędzy gimnazjum a szkołą średnią. Włosy sięgały mi już ramion, więc długość wcale nie była jakoś szczególnie zła, niemniej to teraz nie jest istotne! Istotne jest to, że przez dwa tygodnie spałam w jednym pomieszczeniu z kilkoma dziewczynami, z których jedna miała fizia na punkcie włosów. Była tą typową, zajaraną tematem nastolatką, która chyba nawet zaczęła prowadzić bloga o tej tematyce. Nawijała o tym dość często, a przynajmniej mi się to wydawało. Niby zainteresowana nie byłam, ale w końcu coś takiego wchodzi do głowy. Człowiek, mimowolnie, zaczyna się orientować, że hej, te włosy to jednak jest jakaś część mnie o którą można nieco bardziej zadbać no nie?

Nagranie wycięte z kadru filmu, dlatego wybaczcie za jakość. Miny chyba też nie ma co pokazywać. Ale dokładnie takie wtedy były!

To nie było jednak tak, że zaraz po wyjeździe zaczęłam robić z włosami nie-wiadomo-co. Została mi reszta wakacji, siedziałam w domu… więc sobie powoli czytałam o tych włosach. To zdjęcie z marca 2014, które możecie tu zobaczyć, to efekt dość świadomej decyzji: hej, chce mieć jednak ładne i długie włosy, bo to dbanie o nie wcale nie wydaje się takie trudne. Na tej fotografii są z resztą zaraz po wyjściu od fryzjera, po pierwszym podcięciu końcówek, dzięki któremu miałam zacząć hodować te długie i zdrowe włosy. 

Marzec 2014

No i hodowałam. Moim głównym problemem była i jest przetłuszczająca się skóra głowy, więc myłam włosy codziennie. Metody OMO (odżywka-szampon-odżywka w trakcie mycia) nie stosowałam, bo uznałam, że jest głupia, ale za to przynajmniej raz w tygodniu włosy olejowałam bądź nakładałam na nie jakąś maskę. Często domowej roboty: jakieś jajko, mąka, kakao. Działać działało, bo przy niezniszczonych, ale nie odżywionych włosach jest tak, że chętnie przyjmują wszystko. Zwłaszcza w moim przypadku: niewiele jest rzeczy, które po nałożeniu na głowę zrobią mi krzywdę. Serio. 

Wrzesień 2014. Są puchate przez rozczesanie fal, które tworzyły mi się od warkocza.

Byłam dumna ze swoich hodowanych, niskoporowatych i prostych włosów. Wyrobiłam sobie też parę dobrych nawyków. Zaczęłam je poprawnie myć, zaplatać w warkocz na noc, rozczesywać przed myciem, a nie po itd. itp. To drobnostki, ale naprawdę robią różnice.

Potem zrobiłam grzywkę, którą mam do dziś. A po grzywce, tuż przed moim pierwszym Pyrkonem, rozjaśniłam jedno pasemko do jasnego koloru. Nie chciałam niszczyć całych włosów, ale taki akcent mi się podobał, więc czemu nie? Na włosy i tak chuchałam, więc temu pasemku naprawdę nic takiego się nie działo.

Październik 2015: znów odgniecenia od warkocza, ale tu już długość zaczynała mi się podobać.


W końcu studia…

… i mieszkanie na grupowej stancji.

Okazało się, że przy sześciu obcych osobach i jednej łazience regularnie bieganie do toalety mnie przerosło. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu ze współlokatorami, po prostu się ich wstydząc i nie chciałam, aby ktokolwiek widział mnie na korytarzu. Trudniejsze więc stało się cotygodniowe nakładanie masek i olejów (bo jak to tak, chodzić w tłustych włosach przy ludziach). Powoli, powoli ograniczyłam więc pielęgnacje, aż w końcu ta skupiła się tylko na szamponie i odżywce. 

Pewna edukacja jednak została, tak samo jak wyrobione nawyki. Przez to moje włosy nie były nigdy w złym stanie. Raczej w zwykłym i bardzo przeciętnym.

Pasemko wciąż rozjaśniałam, ale że nie układałam włosów na ciepło, a moje fryzjerki pilnowały, by nie było zbyt jasne to jakoś się trzymało. Aż to tego feralnego momentu, gdy uznałam, że zamiast mojego “wiejskiego” salonu odwiedzę ten miastowy. I wtedy trochę się podziało.

Sama wizyta była bardzo satysfakcjonująca w pierwszym momencie. Ogółem, chciałam wtedy włosy rozjaśnić na całości, by pozbyć się z nich żółtego pigmentu. Pani fryzjerka przytaknęła i zapewniła, że one po tym nie będą się kruszyć, po prostu usunę biały kolor. Nikt nie zaproponował mi tonera, nikt nie powiedział, że to zły pomysł, mimo że naprawdę starałam się wyjaśnić, że kolor < niespalone włosy. Zapłaciłam fortunę, ale kolor był ładniejszy i zachowanie fryzjera względem mnie jakieś takie budujące, więc uznałam, że jeśli wszystko będzie dobrze to będzie warto.

No i stało się. W kolejnych tygodniach na mojej szczotce zostawały same białe włosy, a ja z tej spalenizny dalej nie wyszłam w pełni. A że nikt mi nie powiedział, jak o takie włosy dbać to szybko tak czy siak znów zżółkły. Świetnie, prawda?

Ale cóż… mimo mieszkania już w bardziej normalnych warunkach jakoś do tego dbania o włosy wrócić mi się nie chciało. I nie chciało mi się niemal do “teraz” z resztą.


Dzięki, algorytmie Youtube’a

No właśnie. Youtube zaczął mi polecać kanały o włosach. A że trwa kwarantanna to jakiś film włączyłam w tle. A potem drugi, trzeci, czwarty… I tak znów mi się zachciało o te włosy zadbać. 

Zaczęłam od olejowania, bo to mogłam zrobić natychmiast. Dobrze wiedziałam przecież, że moje włosy kochają każdy olej, więc po prostu go na nie nałożyłam. A potem wybrałam się do drogerii, kupując jakiś lepszy zestaw do pielęgnacji. I jednocześnie… zaczęłam sobie uświadamiać, że trochę myliłam się co do moich włosów.

Po pierwsze, chyba jednak nie mam tzw. niskoporów, a średniopory. Nie wiem, czy to jest kwestia złej pielęgnacji, ale w tej chwili nie wydaje mi się, abym miała mocno domkniętą łuskę włosa. Niemniej, to wyjaśnia też, czemu moje włosy lubią KAŻDY olej: zwykle nisko- i wysokopory lubią konkretne rodzaje, u mnie to naprawdę nie ma większego znaczenia. 

Po drugie… one chyba chcą się falować. Nie kręcić, absolutnie nie, ale jednak są podatne na stylizacje. To zdjęcia, które widzicie poniżej dzieli ok. 12h. Po lewej włosy są po olejowaniu i laminowaniu galaretką (niezorientowani - po prostu wygooglujcie) oraz suszeniu suszarką. Po prawej po nocy w warkoczu i po stylizatorze do włosów kręconych.

Maj 2020, 12h różnicy. Po lewej chyba szczególnie dobrze widać, jak mocno wykruszyło mi się jasne pasemko.

Maj 2020, zdjęcie wykonane dzień przed tym powyżej. Fale po rozczesaniu.


Włosy były zawsze tym elementem mnie, który jest w miarę ładny sam z siebie, a przy tym niezbyt problemowy. To motywuje, zwłaszcza, że naprawdę łatwo da się zobaczyć efekty we (w miarę) dopasowanej pielęgnacji włosów. W końcu to właściwie pół-martwe twory, które jeśli nie są nadmiernie zniszczone zwykle potrzebują tylko minimum wysiłku, by naprawdę zrobiła się na nich różnica. A przynajmniej to wynika z mojego doświadczenia. 

Raczej przeszła mi już faza na młodzieńcze nadmierne zachwyty i próbę robienia z włosami WSZYSTKIEGO, bo tak napisali w sieci. Ale jednocześnie chcę, by ten post był trochę taką moją małą motywacją na teraz i/lub przyszłość, bym mogła sobie przypomnieć, jak nie

wiele czasem trzeba, by te włosy znów wyglądały lepiej. I no cóż, jakoś to będzie, prawda?

A dla tych może nieco bardziej zainteresowanych tematyką pod kątem technicznym, może wypiszę co kupiłam na start z “nowym włosomaniactwem”:

  • Yope, Mleko Owsiane, szampon do włosów - bo potrzebuje jakiś mocny detergent i ogółem lubię Yope

  • Natura Siberica Szampon 2w1 dla mężczyzn - bo jestem kobietą lubiąca łamać obyczaje i kupuję rzeczy dla panów. A tak na poważnie, to po prostu delikatniejszy w składzie szampon. 

  • Bielenda, Botanic Spa Rituals, Odżywka do włosów farbowanych, lawenda i zielona herbata - odżywka bez silikonów, na razie po prostu mi się sprawdza.

  • Garnier, Fructis, Aloe Hair Food - łatwo dostępna maska do włosów, którą z resztą znam i używam jako odżywkę.

  • Bioelixire, Argan Oil, Serum - po prostu silikonowe serum zabezpieczające końcówki włosów. 

  • Isana, Professional, Styling Cream Pure Locken - najtańszy stylizator kupiony do testów, bo mogłam. :D 

  • Szczotka “Sierp” ze Szczotkarni - jeszcze jej nie mam, ale już do mnie idzie! Mój Tangle Teeazer chyba dawno wymagał wymiany (kupiony w ~2015).

Wiem, że w tym zestawieniu brakuje trochę protein, jeśli chodzi o równowagę PEH, ale z tego powodu laminowanie włosów chyba na stałe po prostu wejdzie do mojej rutyny. Chyba, że znów mi się znudzi. :D

Mam nadzieję, że ta włosowa podróż cokolwiek w Wasze życie wniosła… a jeśli nie to trudno. Raczej prędko taka tematyka tutaj się nie powtórzy tak czy siak.


Nomida zaczarowane-szablony