piątek, 25 listopada 2022

Wehikuł czasu: klasyka światowej fantastyki naukowej w krótkim wydaniu

Kilka osób spotyka się w mieszkaniu podróżnika w czasie, aby wysłuchać jego opowieści o wyprawie do odległej przyszłości. Świat wówczas nie wygląda już tak, jak można byłoby przypuszczać.



„Wehikuł czasu” to chyba najpopularniejsza powieś H. G. Wellsa, a przynajmniej to o niej usłyszałam w pierwszej kolejności jako o powieści tegoż autora. Oczywiście zaczęłam przygodę od filmu, którego jednak oglądałam głównie jako dziecko, fragmentami, bojąc się przedstawionej rzeczywistości. Jak to jednak zwykle z XIX-wieczną literaturą bywa, współczesna ekranizacja miała w sobie znacznie więcej akcji, niż sama powieści.

Wehikuł czasu
H. G. Welles
wyd. Vesper, 2021

Bo w gruncie rzeczy „Wehikuł czasu” to naprawdę krótka historia, w której nie dzieje się jakoś wyjątkowo dużo. Książka w wydaniu Vespera ma jakieś 150 stron, z czego ok. 120 to sama powieść, a w tym są jeszcze ilustracje. Dlatego to naprawdę lektura na jeden wieczór, albo nawet nie.

I być może właśnie dlatego podobała mi się bardziej, niż nieco dłuższa „Wojna światów”. Forma, która udaje realistyczny reportaż, w którym bohater opowiada swoją opowieść w dość surowy sposób, potrafi być dla mnie nieco nudząca, a tutaj, przez objętość, po prostu nie zaczęłam się nudzić. Ba, właściwie przeczytałam całość na dwóch niezbyt długich posiedzeniach.

Poza tym sam główny bohater w przypadku tej historii jakoś bardziej przypadł mi do gustu, a opisy innego świata również po prostu były mi bliższe. Jednocześnie czuję, że nie do końca mam po co się rozpisywać na temat samej fabuły, bo najzwyczajniej w świecie ta historia jest w naszej świadomości od lat i większość zainteresowanych fantastyką, czy w ogóle kulturą osób powinna ją mniej więcej kojarzyć. 

W moje ręce, jak już wspominałam, wpadło wydanie Vespera. Bardzo lubię to, jak to wydawnictwo publikuje swoje książki. Grubszy papier, twarda oprawa, ładna grafika na okładce i oryginalne ilustracje wewnątrz naprawdę umilają lekturę i sprawiają, że te książki aż się chce trzymać na półce.

Taką klasykę, jak „Wehikuł czasu”, warto poznawać, nawet jeśli fantastyka nie leży w kręgach literackich zainteresowań. Jej wpływ na światową literaturę jest w końcu naprawdę duży, a to nie jest ani długa, ani męcząca powieść. 


 


poniedziałek, 21 listopada 2022

Puste niebo: przygoda, w której coś nie gra?

Tołpi mieszka w niewielkiej wsi pod Lublinem na ziemiach przedwojennej Polski. Chcąc zaimponować dziewczynie, wyławia z Bugu księżyc i przypadkiem go rozwija. Dlatego wyrusza do miasta w poszukiwaniu Żyda, który podobno jest w stanie stworzyć nowy.



Tak samo jak „Baśń o wężowym sercu”, tak i „Puste niebo” Radka Raka nie jest książką w pełni dla mnie, ale jednocześnie, choć to ten pierwszy tytuł zdobył Nike… mi dużo lepiej czytało się ten drugi. Dlaczego? Już wyjaśniam, ale po kolei!

W Radku Raku widzę wielką pasję do wschodnich terenów polski, ich klimatu i mitologii. Tak samo jak widzę pasję do klasyki literatury, często tej z pogranicza absurdu. To jest rzecz bez wątpienia wspaniała i unikatowa, ale jednocześnie właśnie to, w połączeniu z realizmem oraz dość przytłaczającym klimatem sprawia, że obydwie te książki nie są do końca dla mnie. Nie mogę jednak odmówić autorowi naprawdę pięknego języka połączonego z dużą dawki wiedzy. 

Puste niebo
Radek Rak
wyd. Powergraph, 2016

„Puste niebo” wolę od „Baśni…” przez ogólne podejście do prowadzenia historii. Mam wrażenie, że ta historia jest bardziej skupiona na przygodzie i bohaterach. Jest tu trochę absurdu, ale zwłaszcza na początku akcja jest przyjemnie wartka. Dobrze płynie i całość pochłania się jak film akcji, z tym że mający w sobie też trochę artyzmu. 

Niestety, to dotyczy tylko tej historii mniej więcej tak do pierwszej połowy. Po tym czasie wszystko zaczyna się trochę rozjeżdżać, robi się bardziej obyczajowe i jeszcze bardziej realistyczne w opisach, co zaczęło mnie męczyć, zważając na osobistą ogólną niechęć do samego klimatu opowieści. Ale z tego, co pamiętam, „Baśń…” miała podobny problem: z czasem również coś zaczynało się w niej rozjeżdżać fabularnie. A należy pamiętać, że „Puste niebo” jest dziełem wcześniejszym.

Opis książki stworzony przez wydawcę mówi o erotyzmie. I choć nie jest to romans, to warto wspomnieć, że takie elementy faktycznie się w tej historii pojawiają, na dodatek niekoniecznie zgodnie z ogólnie przyjętą moralnością. Narracja daje oczywiście wyraźnie znak, że działania bohatera nie są w porządku, ale osoby szczególnie wrażliwe na tę tematykę powinny zdawać sobie z tego sprawę przed sięgnięciem po tę historię.

Cieszę się, że „Puste niebo” do mnie trafiło. Rak to naprawdę utalentowany pisarz, choć dwie z czterech dotychczas wydanych powieści jego autorstwa po prostu nie są w pełni moje. Jednak na pewno będę próbować dalej, zwłaszcza że najnowsza „Agla” już na mnie czeka, a jej tematyka kręci mnie zdecydowanie bardziej, niż te dwie powieści, które przeczytałam do tej pory. 



czwartek, 17 listopada 2022

Księga Eliksirów: inspiracja, zabawka - jasne! Ale...

  


Czy książka z „,magicznymi” przepisami może być warta uwagi? Może, ale w bardzo konkretnych sytuacjach, a przynajmniej tak wydaje mi się po (powiedzmy, że) „lekturze” tytułu autorstwa Michalea Furie, czyli „Księgi eliksirów”

Aktualnie widzę w sieci trend na bycie współczesną wiedźmą. Trochę się temu nie dziwię, bo sama estetyka i mi się podoba, choć właśnie traktuje to bardziej jako fajną estetykę, niż kwestię światopoglądów, czy wiary. Nigdy nie wgłębiałam się w tę część internetu, po prostu czasem na nią wpadam, więc trudno mi stwierdzić, jak to jest z postrzeganiem takiego stylu życia przez twórczynie. Niemniej, skoro jakiś ruch istnieje, oczywistym jest, że będą pojawiać się książki w takiej tematyce i ta jest tego doskonałym przykładem.

Księga Eliksirów
Michael Furie
wyd. Kobiece, 2022

Jest wydana naprawdę ładnie: twarda oprawa z wiedźmową grafiką, z kolorową wklejką z ilustracją wewnątrz robi wrażenie. Może nie posiada wielu grafik ani lepszego papieru, ale jako dodatek do prezentu jest jak znalazł. I właśnie wydaje mi się, że jako taką najlepiej ją traktować. Nie jako coś poważnego, co pozwoli Wam rozwinąć się w kuchni czy poprawić swoje zdrowie: po prostu jako ciekawostkę, bonus, drobną inspirację. Już wyjaśniam czemu.

Książka zaczyna się od wstępu, który wyjaśnia, czym są magiczne napoje. Ale już tam nie wszystko jest tak, jak powinno. Z jednej strony mamy niby zastrzeżenie, aby wszystko konsultować z lekarzem, jeśli na coś chorujemy, ale nie jest to odpowiednio wyeksponowane. Ponadto napoje uznane są za ogólnie bezpieczne, a jak dobrze wiemy, nie wszystko jest dla wszystkich i to słowo lepiej używać ostrożnie. Ponadto autor pisze o tym, że alternatywne sposoby uzdrawiania powinny być najwyżej dodatkiem do leczenia, a nie je zastąpić, ale nie wspomina słowem o tym, że np. niektóre substancje mogą wchodzić w reakcje z lekami, więc WSZYSTKO należy najpierw konsultować z lekarzem. Dlatego naprawdę nie zachęcam do traktowania tej pozycji w 100% poważnie: w prosty sposób można po prostu zrobić sobie krzywdę.

Ponadto nie powiem, niektóre przepisy naprawdę sprawiały, że miałam ochotę uderzyć się w czoło. Przykład? Mamy przepis na kawę, który nie różni się od standardowego przygotowywania kasy bez ekspresu. Z tym że w opisie dostajemy informacje o naładowywaniu napoju pozytywnymi emocjami. 

Widzę zastosowanie tej książki. Jak już wspominałam: jako bonus. Może sprawdzić się też jako inspiracja do stworzenia klimatycznych napojów na sesje RPG, przyjęcia Halloween czy Andrzejki. Dopóki będzie traktowana trochę jak zabawka, na którą należy uważać, więc podchodzi się do niej z dystansem, nie widzę problemu w korzystaniu z niej. Ale na pewno nie zaleciłabym jej osobie, która poszukuje faktycznej pomocy, np. z powodów zdrowotnych. Jeśli macie z czymkolwiek problem: idźcie do lekarza. Szukanie magicznych eliksirów nie jest najlepszą drogą.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece!


niedziela, 13 listopada 2022

Skrzydła nocy: liryczna opowieść o świecie pełnym barier

Świat przyszłości. Ludzkość podzielona została na kasty, które muszą ściśle przestrzegać panującej hierarchii i pilnować swoich ról. Strażnik ma jedno zadanie: kilka razy w ciągu dnia sprawdzać nieboskłon, aby odkryć inwazję obcych. Jest jednym z wielu i nie posiada imienia. Wędruje wraz z Lataczką, młodą dziewczyną z umiejętnością latania po zmroku, a także wraz ze zmodyfikowanym człowiekiem, który wyglądem bardziej przypomina potwora.



Robert Silverberg napisał swoje „Skrzydła nocy” w drugiej połowie lat 60. XX wieku. Początkowo było to opowiadanie, do którego dopisał dwa kolejne, a następnie złożył z tego niezbyt długą (bo mającą nieco ponad 200 stron w polskim wydaniu) powieść. Samo opowiadanie zdobyło Nagrodę Hugo i było nominowane do Nebuli, także nie da się ukryć, że już na początku zwróciło na siebie uwagę. I nic dziwnego, bo to kawał naprawdę solidnej fantastyki.

Skrzydła nocy
Robert Silverberg
wyd. Mag, 2017

Styl Silverberga jest naprawdę piękny, dość liryczny. To, w połączeniu ze światem, który niegdyś przetrwał katastrofę, sprawia, że tę historię, podobnie jak „Diunę”, czy „Księgę Nowego Słońca” czyta się jak porządne fantasy. Dlatego wydaje mi się, że choć nie jest to najprostsza lektura pod słońcem, to może się spodobać również tym, którzy niekoniecznie lubią sięgać po fantastykę naukową.

Choć od wydania opowiadania minęło już kilka dobrych dekad, sama treść nie zestarzała się szczególnie i dalej czyta się ją niezwykle płynnie i po prostu dobrze. Jedyną rzeczą, która może świadczyć o wieku tekstu, jest podeście autora do głównej postaci kobiecej z pierwszego opowiadania. Dziewczyna ma lat siedemnaście, a mimo to porusza się nago przy dojrzałych mężczyznach (zrozumiałe fabularnie, bo inaczej nie byłaby w stanie latać), a przy okazji jej rola mimo wszystko jest skupiona na aspektach seksualnych. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że po prostu jest niepełnoletnia. A wystarczyło dać jej nawet i dwa lata więcej, żeby nie było wątpliwości…

Poza tym moim zdaniem faktycznie część pierwsza, będąca pierwszym opowiadaniem Silverberga, jest najmocniejsza. Gdybym znalazła je w jakiejś antologii to jego konstrukcja, jego styl i generalnie: całokształt, na pewno zapadłby mi na dłużej w pamięć. Dalsze części są dalej solidne, ale moim zdaniem odbierają trochę mocy przekazu pierwszej części.

Ta historia sprawiła również, że zaczęłam się trochę zastanawiać nad kwestią kastowości w fantastyce. Zabieg, który w związku z tym wykonał Silverberg, jest wykorzystywany do dziś, często w fantastyce dla młodzieży (zwykle: w historiach o „royalsach”). Z tym że takie historie niezwykle spłaszczają tego typu uniwersa i sprawiają, że te światy są po prostu mało wiarygodne. Silerberg zaś robi to po prostu dobrze.

Ta książka to kawał porządnej rozrywki, która przy okazji jest ładnie napisaną literaturą. Choć wolałabym, by pierwsze opowiadanie pozostało samodzielnym tekstem to jako całość ta książka również naprawdę dobrze się broni, a na dodatek nie jest przecież długa. Dlatego naprawdę warto ją sobie w wolnej chwili sprawdzić.



środa, 9 listopada 2022

Zrodzony: VanderMeer w solidnym post-apo


Świat został zniszczony i zostały po nim jedynie zgliszcza. Miasto pozbawione imienia jest podzielone między kilka sił, a jedną z nich jest upadająca Firma, zajmująca się niegdyś niebezpiecznymi eksperymentami. Rachel to młoda zbieraczka, która mieszka wraz z partnerem w Balkonowych Klifach. Pewnego dnia znajduje stworzenie wyglądające jak ukwiał i nadaje mu imię Zrodzony.



Jeff VanderMeer czasem mnie przytłacza, a czasem zachwyca. Tym razem, na całe szczęście, udało mu się to drugie. Bo choć „Zrodzony” ma w sobie nieco z absurdu (za którym nie przepadam) to przede wszystkim ta powieść jest po prostu naprawdę solidnym i klimatycznym post-apo, które wykorzystuje postać tajemniczej istoty do opowiedzenia historii o zagubionej kobiecie.

Zrodzony
Jeff VanderMeer
wyd. Mag, 2018

To nie jest typowa powieść akcji. Owszem, trochę się tutaj dzieje, ale wszystko skupia się raczej na relacji Rachel ze Zrodzonym oraz jej partnerem. To mała historia, przez większą część czasu zamknięta we wspomnieniach bohaterki, w jej mieszkaniu oraz Mieście, do którego z ostrożnością wychodzi w poszukiwaniu nowych fanów. I o ile finał jest nieco większy i bardziej rozbudowany, to skala powieści jest dość skromna, wręcz kameralna. Ale to właśnie jest jej siłą.

Jest coś wciągającego w stylu VanderMeera. W tym, jak prowadzi relacje, jak powoli odkrywa kolejne karty, jak stopniowo prowadzi czytelnika przez stworzony świat. Należy jednak pamiętać o tym, że to nie jest autor, który odkrywa wszystkie karty. Ta książka zostawia po sobie trochę pytań pozbawionych odpowiedzi. Ale dla mnie to właściwie kolejna zaleta: autor nie musi wykładać mi wszystkiego, jeśli to nie jest konieczne, a w przypadku tej powieści mam wrażenie, że wyjaśnione zostało wystarczająco. Niemniej, osoby czytające głównie dość proste powieści mogą się poczuć nieco zagubione, dlatego warto o tym pamiętać.

Choć widzę tu, jak w każdej powieści VanderMeera, trochę artystycznego podejścia, to w dalszym ciągu uważam, że „Zrodzony” jest dobrą powieścią również pod względem scricte rozrywkowym. Właściwie dla mnie to idealny balans, pomiędzy książką, która wnosi coś nieco więcej, próbuje analizować i stawia trudne pytania, a historią, która ma po prostu bawić. I nie oszukujmy się, to jest właśnie to, czego szukam w fantastyce.

Pod koniec książki wydanej w ramach serii Uczta Wyobraźni możemy znaleźć również krótkie opowiadanie, którego akcja rozgrywa się równolegle do powieści. I choć rozumiem, czemu zostało tam umieszczone, to szczerze mówiąc: osobiście kompletnie go nie potrzebowałam. Było nieco dziwne, a przy okazji odkrywało niepotrzebnie niektóre karty. Niemniej, jak jest, to jest: cóż poradzić.

Jeff VanderMeer to nie jest autor dla każdego i doskonale o tym wiem. Ale ja jego twórczość naprawdę lubię i wydaje mi się, że warto dać mu szansę choćby po to, by poznać jakiegoś ciekawego twórcę.



sobota, 5 listopada 2022

Gniew Tiamat: czy autorom chce się to pisać?

James Holden trafił do niewoli. Załoga Rosynanta odstawiła swój stary statek i ruszyła swoimi drogami. Jednak niedane jest im spokojne życie. Polityczne intrygi wkrótce ponownie wyciągają po nich swoje szpony.



Gdyby to był jakikolwiek inny cykl, już dawno przestałabym go czytać. Niestety, nostalgia i piękne wydania zmuszają mnie do sięgania i czytania kolejnych książek z „Expanse”, chociaż przyznaję, że ja już po prostu mam dosyć. Choć te powieści czyta się lekko, to drażnią mnie coraz bardziej i bardziej, a „Gniew Tiamat”, ósmy tom, nie jest w tym względzie wyjątkiem.

Gniew Tiamat
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2020
Expanse, t. 8

Samo rozpoczęcie sprawiło, że zaczęłam tracić jakąkolwiek nadzieję i cierpliwość do tej historii. Dlaczego? Od poprzedniego tomu minęło trochę czasu, podziało się w tym czasie trochę potencjalnie ciekawych rzeczy, czego oczywiście nie mogliśmy jako czytelnicy obserwować. Za to zostajemy wrzuceni w kilka narracji, w których bohaterowie non stop wspominają dawne czasy, myślą o tym, jak bardzo zmienił się świat i jak wcześniej było lepiej. To miałoby sens, jeśli ten tom był kontynuacją po latach, powrotem do bohaterów po długim czasie oczekiwania itd. Ale nie, przecież wiedzieliśmy od początku, że kolejne tomy będą. Więc coś takiego, gdy jest non stop powtarzane przez 150 stron robi się najzwyczajniej w świecie męczące.

Na szczęście z czasem takich wspominek jest coraz mniej i stają się znośne. Gdyby sytuacja się nie poprawiła, prawdopodobnie nie dotrwałabym do końca.

Co poza tym? Sama fabuła jest skonstruowana dość sprawnie, ale schematycznie (typowo dla tego cyklu), wtórnie. Główna zmiana polega na tym, że rola Holdena zostaje ograniczona do minimum, ale w dalszym ciągu kapitan w książce występuje. I gdyby to była pojedyncza powieść, to może byłoby znośnie, ale w tej chwili czuje się zmęczona materiałem, brakuje mi przywiązania do świata i zaczynam mieć szczere przekonanie, że autorom już na tym etapie po prostu nie chciało się tego cyklu pisać.

Czy ja widzę tu jakiekolwiek większe zalety? Właściwie to nie. Przeczytałam i zapomnę, a przed kolejnym tomem będę pewnie szukać streszczenia. Jasne, ta książka na pewno znajdzie czytelnika, który będzie z lektury zadowolony. Jeśli ktoś po prostu potrzebuje bitew w kosmosie i jakiejś przygody, nie szuka czegokolwiek więcej i chce po prostu się rozluźnić, to jest spora szansa, że po prostu połknie kolejny tom. Ale jednak ja pisząc się na kolekcjonowanie tego cyklu, miałam nadzieję na coś znacznie, znacznie lepszego, zwłaszcza że słyszałam wiele głosów, które mówiły o tym, jak równomierny pod kątem jakości jest w całości. Niestety, moje odczucia są zupełnie inne.



wtorek, 1 listopada 2022

Pi razy oko: matematyczne ciekawostki, które stały się bestsellerem

Niezbyt często sięgam po literaturę faktu, a ostatnio, gdy to się już dzieje to… mam pecha. Kolejna książka okazała się kompletnie nie tym, czego chciałam. W gruncie rzeczy nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie zależało mi na czymś takim. „Pi razy oko” Mattas Parkera, podobno znanego Youtubera (którego osobiście nigdy nie oglądałam), jest książką kompletnie nie dla mnie.

Pi razy oko
Matt Parker
wyd. Insignis, 2021

Dlaczego? Powodem jest jej struktura, znana mi już z innych książek, np. z „Rzeczy o ptakach”. To zbiór ciekawostek podzielonych tematycznie na trzynaście rozdziałów. Każdy fragment to case study. Autor przedstawia nam sytuację, która jest śmieszną lub tragiczną pomyłką, a następnie poddaje ją matematycznej analizie. Wyjaśnia, skąd wziął się błąd i w jaki sposób można próbować go uniknąć. I o ile pisze dość lekko, a same sytuacje bywają cudnie absurdalne, to taka forma mnie niezwykle męczy.

Gdy dostaje wiele rozdziałów, z krótkimi ciekawostkami to po prostu nie umiem się do nich przywiązać. Często książki czytam ciągiem, a w takiej sytuacji tego typu pozycje robią się po prostu nudne i trudne do przyswojenia. Jeśli przeczytam na raz o 10 sytuacjach, to zapamiętam może jeden. A jak dodamy do tego moje ogólne problemy z liczbami i matematyką to okaże się, że zapamiętam wyłącznie anegdotę: nie jestem w stanie faktycznie nauczyć się czegoś matematycznego z tego typu pozycji.

Jednocześnie mój brak wiedzy w temacie pozwala mi jedynie ocenić formę książki jako takiej, a nie faktyczność faktów i założeń. Wierzę, że autor w tym względzie nie popełnił wielu błędów, ale nie mogę mieć takiej pewności.

Wydaje mi się jednak, że to jest książka, która może pasować jednej grupie osób przede wszystkim: amatorom matematyki. Nie znawcom tematu, bo ci niemal na pewno po prostu te zasady matematyczne znają. Ale na przykład uczeń szkoły średniej, który przygotowuje się do matury i intrygują go tego typu ciekawostki, już być może będzie z tej książki naprawdę czerpał. Choćby po to, by zabłysnąć na lekcjach.

Muszę dodać jeszcze tylko kwestię tego, że nie podoba mi się do końca podejście Parkera do tragedii. Jasne, założenie tej książki jest takie, że ta ma być lekka i przyjemna. Po to, by po prostu zainteresować matematyką i to jest jak najbardziej OK. Ale autor nie zmienia tonu nawet jeśli pisze o tragediach, np. wynikających z tworzenia nieprzemyślanej architektury. I przyznaję, trochę mnie to momentami raziło.


piątek, 28 października 2022

Bestia najgorsza: realizm i marazm życiowy


Istnieje pewna grupa polskich pisarzy, głównie mężczyzn, których twórczości nie jestem w stanie przełknąć, bo po prostu nie jest to moja wrażliwość i nie jestem w stanie się w pełni nią rozkoszować, nawet jeśli wiem, że pod względem warsztatu ich twórczość jest naprawdę dobra. Do takich autorów mogę zaliczyć na przykład Łukasza Orbitowskiego, a od niedawna najprawdopodobniej również Michała Cetnarowskiego.

Najprawdopodobniej, bo być może nie powinnam oceniać całokształtu jego twórczości po jednym zbiorze opowiadań, którego na dodatek nie dałam rady przeczytać w całości, ale wiem jedno: generalnie na więcej jego książek w tej chwili ochoty nie mam.

Bestia najgorsza
Michał Cetnarowski
wyd. Powergraph, 2017

Opowiadania ze zbioru „Bestia najgorsza”, które dałam radę przeczytać, mają jeden powtarzający się schemat. Mamy bohatera, który przeżył coś złego i prawdopodobnie robi coś niemoralnego. Następnie dostajemy całą jego historię, dzięki której możemy postać zrozumieć, a na koniec po prostu historia jest zamykana lekkim zwrotem akcji albo jakimś podsumowaniem. Wszystko zaś okraszone jest ogólnym poczuciem marazmu życiowego i brutalności świata. 

Niektóre z historii mają naprawdę interesującą bazę, ale najzwyczajniej w świecie pióro autora po prostu mi nie odpowiada, a na dodatek teksty wydają się czasem na siłę przeintelektualizowane. Przykład? Jedno z opowiadań dotyczy mężczyzny, który stał się aktorem porno. To naprawdę ciekawa tematyka, dość unikalna, bo przyznaję, że wielu takich treści nie znam. Tyle tylko, że narrator, chyba dla podkreślenia obsesji bohatera, w którymś momencie poświęca więcej niż jeden akapit na wymienianie słów określających masturbację w różnych miejscach, np. w domu, na zewnątrz itd. I choć rozumiem celowość zabiegu, to ja naprawdę takiego popisu erudycji w swoim życiu nie potrzebuje.

Warto też dodać, że elementów fantastycznych w tych tekstach nie ma zbyt wiele. Sięgając po książkę wydaną przez Powergraph i stworzoną przez redaktora „Nowej Fantastyki” spodziewałam się czegoś magicznego. A jednak o ile tu jest jakiś element fantastycznego klimatu, o tyle elementy nadnaturalne są raczej w niewielkich ilościach. Nie miałabym nic przeciwko… gdyby te opowiadania po prostu mi się podobały.

Nie mogę nie wspomnieć o moim skojarzeniu z prozą prosto z PRL-u. Czytając, miałam wrażenie, jakbym ponownie sięgnęła do twórców SF z lat 70. i 80., tylko mimo wszystko styl Cetnarowskiego jest bardziej współczesny, a przez to bardziej przystępny. Niestety, dla mnie to nie jest wcale zaleta, bo większości tych historii nie lubię właśnie przez smutny klimat i narracje, która jest prowadzona tak, jakby targetem był dojrzały już mężczyzna, który zmęczył się życiem i właśnie chce posmutać z książką i piwem po ciężkim, dniu pracy. 

Podsumowując, to nie dla mnie. Nie lubię i raczej polecać nie będę, ale jednocześnie rozumiem, jeśli ta historia do kogoś trafi.




poniedziałek, 24 października 2022

Ruchomy Zamek Hauru: uniwersalna baśń nie tylko dla dzieci

Sophie to młoda dziewczyna pracująca w sklepie z kapeluszami. Pewnego dnia zła Wiedźma z Pustkowia zamienia ją w staruszkę. Kapeluszniczka, zamiast się smucić, wyrusza jednak w podróż, która prowadzi ją do Ruchomego Zamku należącego do owianego złą sławą czarnoksiężnika Hauru.



Wiedziałam, że sięgnę po tę książkę zaraz po obejrzeniu ekranizacji, której klimat po prostu mnie urzekł. I nie zawiodłam się, choć dostałam odrobinkę inne dzieło, niż chciałam.

Dlaczego? Bo chciałam powieści skupionej niemal wyłącznie na relacji Hauru i Sophie. Wiedziałam, że adaptacja ma wyraźnie różnice, ale to dla spotkania z tymi postaciami zaopatrzyłam się w tę książkę. A film animowany, jak to filmy mają w zwyczaju, oczywiście wykroił z książki nadmiar treści, skupiając się właśnie na tych postaciach, gdzie w książce tych relacji między bohaterami jest po prostu znacznie więcej. I to jest jak najbardziej OK, po prostu miałam nadzieję na coś nieco innego. Relacja Hauru i Sophie w powieści jest znacznie chłodniejsza, inna, mnie osobiście angażująca sama w sobie nieco mniej, ale to nie oznacza, że jest w jakiś sposób gorsza.

Ruchomy Zamek Hauru
Diana Wynne Jones
wyd. Nowa Baśń, 2020
Zamek, t. 1

Ale poza tym w gruncie rzeczy książka po prostu dostarczyła mi dobrej zabawy. To pięknie napisana, baśniowa powieść, która w moim odczuciu jest dość uniwersalna, jeśli chodzi o wiek czytelników. Jest przy tym dość chaotyczna i dość obyczajowa w swojej formule (autorka często opisuje zwykłe, codzienne błahostki), ale w tym przypadku kompletnie mi to nie przeszkadzało. To doskonała propozycja na odprężenie, która po prostu pozwala cieszyć się magicznym i nieco absurdalnym światem otaczającym Sophie.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, jak, mimo tej całej baśniowej otoczki, autorka świetnie kreuje swoje postacie. Bo być może owszem, sama relacja bohaterów bardziej podobała mi się w animacji (zauroczyły mnie chyba te rzucane ukradkiem spojrzenia, których w książce nie da się w tak cudowny sposób oddać), ale to książka lepiej (i inaczej) rozwija ich charakterologicznie. 

Wystarczy przyjrzeć się na przykład Hauru. Jeśli pozbawimy go magii, dostaniemy bardzo realistycznego bohatera [uwaga, mogą być ogólne SPOILERY]. Nasz czarnoksiężnik to człowiek, który nie mówi zbyt wiele o sobie i o swoich uczuciach. Nawet jeśli kogoś lubi, to nie wyraża tego słowami, co budzi często zmieszanie u bliskich mu osób. Troszczy się o osoby wokół siebie, ale robi to tak, aby nie mogły tego dostrzec. To sprawia, że w moim odczuciu jest niezwykle ludzki, a ponadto dzięki temu ma nad czym pracować, ma jak dojrzewać i się zmieniać, a dzięki temu można go z zainteresowaniem obserwować. 

„Ruchomy Zamek Hauru” to powieść, która jest naprawdę ładnie napisana, przyniosła mi trochę dobrej zabawy i ukojenia, ale jednocześnie muszę przyznać, że nie jest książką kompletnie nadzwyczajną. Nie widzę w niej czegoś, co przecierałoby nowe ścieżki, nie widzę czegoś ponad bycie tą przeciętnie bardzo dobrą książką. Nie chciałam kończyć tej przygody, na pewno będę ją polecać i generalnie teoretycznie nic mi w niej nie brakuje, ale jednocześnie wiem, że nie nazwę jej nigdy wybitnym dziełem sztuki literackiej. 

(Ale serio, było fajnie. Tyle że to ten poziom fajności, który chciałabym widzieć w każdej miłej, rozrywkowej lekturze. Mam poczucie, że to wiele innych rozrywkowych książek jest zbyt słaba, a nie, że ta jest szczególnie dobra, jeśli wiecie, o co mi chodzi).



czwartek, 20 października 2022

Kochali się, że strach: zaskakująca antologia młodych pisarzy


Nie mam pojęcia, dlaczego byłam przekonana, że w zbiorze „Kochali się, że strach”, znajdę raczej horror i mrok, niż w gruncie rzeczy lekkie opowiadania o miłości w fantastycznym wydaniu. A jednak nie tylko takie znalazłam, ale też dość pozytywnie się zaskoczyłam.



Ta antologia to zbiór dwunastu tekstów autorów, którzy brali udział w warsztatach prowadzonych m.in. przez Annę Brzezińską. To dzięki niej debiutowały dwie dość poczytne dzisiaj autorki fantastyki rozrywkowej (i nie tylko): Marta Kisiel i Martyna Raduchowska. Dlatego w mojej małej kolekcji zbiorów opowiadań nie mogło tej pozycji zabraknąć. 

Kochali się, że strach
antologia
wyd. Fabryka Słów, 2007

Przyznaję, że najlepiej bawiłam się mniej więcej do połowy książki. Następnie przyszło zmęczenie materiału albo po prostu pojawiły się słabsze teksty. Niemniej, te opowiadania, które mi się podobały, były naprawdę niezłe.

Przede wszystkim warto zaznaczyć, że choć są to opowiadania o miłości to niekoniecznie są scricte romansami. To po prostu temat przewodni, który przewija się przez prawie wszystkie teksty, ale to nie oznacza, że w każdym tekście dostajemy zakochaną parę. Na przykład zbiór otwiera opowiadanie „Imponderabilia”, który opowiada o impie szukającym partnerki dla swojego mistrza-czarodzieja. Przyznam, że to ta lekka, komediowa i rozrywkowa fantasy, której zawsze mi mało, dlatego przyjęłam ten tekst w całości, z otwartymi ramionami. 

Najlepszym i najbardziej ambitnym tekstem ze zbioru jest opowiadanie „Miód z moich żył” Rafała W. Orkana. To już fantastyka z wyższej półki, która piękne rysuje świat, dobrze prowadzi czytelnika słowem i która porusza bądź co bądź wrażliwe i istotne tematy. Choć nazwisko tego autora już o uszy mi się obiło, to do tej pory bliższej styczności z nim chyba nie miałam i przyznaję, chyba miałabym ochotę pogrzebać w jego twórczości.

Innym tekstem, który pozytywnie zwrócił moją uwagę, jest „Na końcu świata” Sawickiego. To przygoda w kosmosie, opowiadająca o człowieku i pewnym statku. Pozornie lekka space opera, którą dobrze się czyta, jest kolejną rzeczą, której mi w fantastyce wiecznie brakuje, dlatego z chęcią ten tekst polecę dalej.

Oczywiście musiałam zwrócić uwagę na opowiadanie Martyny Raduchowskiej, do której mam jeszcze licealną nostalgię. Jej debiut, „Cała prawda o PPM”, to baśniowe i rozrywkowe fantasy. Podobne klimatem do opowiadania Janusz, acz w moim odczuciu od niego słabsze, ale dalej przyjemne. Tekst Marty Kisiel, czyli „Dożywocie” znam zaś dobrze i od dawna, przepadam, acz dobrze wiem, że nie ma w nim zbyt wiele fabuły, czy jakiejś większej głębi.

To te teksty, które chyba z jakichś powodów (czasem znajomości autora, czasem nie) najbardziej zapadły mi w pamięć. Pozostałe odebrałam jako po prostu OK, bądź nudne/nie dla mnie, niemniej i tak uważam, że to jedna z antologii, w której ostatnio znalazłam najwięcej swoich tekstów. A dla tego Orkana warto byłoby przemęczyć nawet cały zbiór kiepskich opowiadań!



niedziela, 16 października 2022

Tajemnica nawiedzonego lasu: nastolatkowie i komuniści


Po powrocie do domu Nina wciąż zauważa u siebie znaczny wzrost bystrości. Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego zostaje porwana przez komunistów. W ten sposób trafia do ukrytego w lesie ośrodka, pełnego powiązanych z Aniołami dzieci oraz nastolatków.



Przyznaję: „Tajemnica diabelskiego kręgu” jest jedyną książką Anny Kańtoch, która była dla mnie po prostu nieco nudna (mimo m.in. ciekawego settingu Polska w latach 50. to nie jest typowy wybór). Dlatego zwlekałam z zapoznaniem się z kontynuacją i… okazuje się, że niepotrzebnie, bo tom drugi jest znacznie lepszy od pierwszego, mimo że magii jako takiej jest w nim stosunkowo niewiele.

Tajemnica nawiedzonego lasu
Anna Kańtoch
wyd. Uroboros, 2014
Tajemnica diabelskiego kręgu, t. 2

Tak naprawdę lwia część fabuły kręci się wokół porwania Niny przez komunistów. Przetrzymywana razem z innymi dziećmi trzynastolatka dobrze wie, że coś nie gra i ponownie próbuje rozwikłać zagadkę. Ta jednak raczej skupia się na komunistach i ośrodku, w którym bohaterka się znajduje. Magiczne elementy jako takie są zaś przede wszystkim tłem i bardzo klimatycznym dodatkiem… który ostatecznie oczywiście ma spory wpływ na samo rozwiązanie fabuły, bo nie oszuszukujmy się, w takiej opowieści tak po prostu musi być. 

Nie miałam okazji doznać życia w PRL-u. Znam ten okres dziejów Polski jedynie z opowieści, lekcji, czy książek. Ale jeśli miałabym wyobrażać sobie wierzących w ustrój komunistów, to w głowie pojawiłby mi się bardzo podobny obraz do tego, który kreuje w swojej książce Kańtoch. Choć teoretycznie to książka napisana z myślą o młodzieży to jest momentami tak jednocześnie realistyczna, mroczna i brutalna, że ta 13-letnia bohaterka i narracja kierowana do nastolatka po prostu mi się ze sobą gryzły. 

Z jednej strony styl sugeruje mi, że mam rozwiązywać zagadkę i przeżywać przygodę, a z drugiej strony mam ludzi, którzy robią krzywdę nieletnim. Mam wrażenie, że ta książka, mimo wszystko, lepiej by działała, gdyby była po prostu horrorem o dzieciach, ale kierowanym do dorosłego czytelnika. Anna Kańtoch ma w sobie potężną dawkę umiejętności, wrażliwości artystycznej i wiedzy, ale odnoszę wrażenie, jakby właśnie to przeszkadzało jej napisać scricte powieść dla dzieci. Ona jest po prostu w tym zbyt dobra, aby dostarczyć lekką i miłą lekturę. Z tego powodu to dla mnie powieść, która sprawdzi się jako lektura tylko w przypadku dość wąskiej grupy nastolatków, którzy szukają tego mroku i realizmu, a nie tylko przyjemnej przygodówki.

Naprawdę nie sądziłam, że tak wsiąknę w kolejną opowieść z tej serii, biorąc pod uwagę, że tom pierwszy naprawdę jakoś szczególnie mi się nie spodobał. To unikatowa książka, nie tylko w kontekście książek dla młodzieży: niewiele mamy fantastyki w Polsce, której akcja rozgrywa się w tym wczesnym PRL-u i jednocześnie faktycznie skupia się na tym aspekcie. I choć są historie z bohaterami, których bardziej lubię i takie, które fabularnie są bardziej rozbudowane, ale naprawdę w pewnym momencie dałam się po prostu „Tajemnicy nawiedzonego lasu” wciągnąć.



środa, 12 października 2022

Niezwyciężony: podstawowa space opera Stanisława Lema

Niezwyciężony ląduje na planecie Regis III, aby odnaleźć statek, z którym kilka lat wcześniej utracono kontakt. Badając teren, załoga stopniowo odkrywa tajemnicę związaną z jego zaginięciem.



„Niezwyciężony” jest moim trzecim pełnoprawnym spotkaniem ze Stanisławem Lemem. Czwartym, jeśli zaliczyć do tego „Bajki robotów”, przez które przebrnąć po prostu nie potrafię. I przyznaję, mam wrażenie, że jego książki są jednocześnie różnorodne, jak i dość… nierówne, przynajmniej jeśli chodzi o tę niewielką część, po którą dotychczas sięgnęłam. Poprzednio czytany przeze mnie „Kongres futurologiczny” był na przykład tytułem niezwykle dla mnie męczącym, na wielu płaszczyznach absurdalnym (a tego nie lubię) i z niezbyt przyjemną, smutną atmosferą. Z kolei „Niezwyciężony” to… typowo rozrywkowa space opera, która wprawdzie wpisuje się w ramy hard science-fiction, ale pozostaje po prostu niezłą rozrywką.

Niezwyciężony
Stanisław Lem
wyd. Literackie, 2015

Przyznaję, trochę mnie to bawi w kontekście autora, który odciął się od fandomu, chcąc by fantastyka, była czymś więcej, a jednocześnie stworzył coś, co jest totalną rozrywkową sztampą… i nie wydaje mi się, aby pisząc tę powieść w latach 60. XX wieku, chciał, aby była postrzegana jako coś kompletnie unikatowego. A może jednak tak? Niemniej, główny schemat tej powieści wydaje mi się czymś eksploatowanym w gruncie rzeczy od dawna.

Widać już trochę, że czas odcisnął na tej powieści swoje piętno. Dziś zwykle pisze się jednak inaczej. Lem traktuje bohaterów po macoszemu, a klimat, choć jak najbardziej tutaj jest, buduje dość szczątkowo. Autor nie skupia się na większych opisach i trzyma liczbę znaków w ryzach „Nieśmiertelny” kojarzy mi się trochę z kryminałem Aghaty Christie, w którym to właśnie zagadka jest najważniejsza. Osobiście preferuje zaś skupienie się na bohaterach, relacjach między nimi, czy pięknym słowie, ale to nie oznacza, że taki wybór jest czymś złym sam w sobie.

Poza tym tę historię czytało mi się po prostu dobrze. Zagadka, mimo że dla mnie już dość wtórna, trzymała mnie w napięciu i choć im bliżej było końca, tym mniejsze zainteresowanie czułam, to było to przyjemne spotkanie z niezbyt długą, jednotomową powieścią. Nieprzegadaną, realizującą swoje tropy w wystarczający sposób, która była miłym wypełnieniem dnia. 

O ile „Solaris” był dla mnie swego czasu trochę objawieniem, o tyle „Nieśmiertelny” jest dla mnie, jak już wspominałam, solidną rozrywką. Taką, przez którą nie będę wychwalać mistrzostwa Lema, ale którą będę miło wspominać. W takich chwilach zadaje też sobie czasem pytanie, czy twórczość takich autorów nie jest wywyższana ponadto, czym są w praktyce właśnie przez samo nazwisko? Sama próbuje w Lemie się zakochać, ale choć rozumiem jego wpływ na polską fantastykę, to jakoś mi to po prostu nie do końca wychodzi.


sobota, 8 października 2022

Iluzja: debiut z potencjałem, ale...



W jednym z digoryjskich więzień swoją karę odbywa Ren, wyszkolony niegdyś na Przewodnika, którego rolą jest towarzyszenie widzącym przyszłość kobietom w wizjach. Gdy jedna z takowych trafia w ręce króla, ten wymusza na mężczyźnie posłuszeństwo i próbuje wykorzystać jej umiejętności do swoich własnych celów.

Iluzja
Marta Malinowska
wyd. SQN, 2019


Poprzednie książki z serii wydawniczej „Fantastycznie nieobliczalni”, które poznałam, były, cóż, nieobliczalne, ale przy tym też niedopracowane i koniec końców stosunkowo przeciętne oraz dość męczące dla czytelnika. To sprawiło, że po „Iluzję” Marty Malinowskiej sięgnęłam z pewnym oporem, zwłaszcza że i ona nie ma szczególnie dobrych opinii. Nikt nie piał w zachwytach nad literackim objawieniem, więc co by nie mówić, spodziewałam się najgorszego. A okazało się, że… to chyba jedna z lepszych książek wydanych w ramach tej serii.

Oczywiście nie jest idealnie. To debiut powieściowy, co najzwyczajniej w świecie widać. Autorka nie przedstawia najlepiej świata przedstawionego. Nie wiadomo do końca, o co chodzi. Dlaczego główna bohaterka ma poplątany umysł? Z jakiego powodu Widzące są wykorzystywane przez Digorię, skąd wziął się konflikt i w ogóle z kim on przebiega? Być może część odpowiedzi znalazłabym w opowiadaniu autorki osadzonym w tym świecie, ale jeśli jego znajomość jest potrzebna to albo powinna znaleźć się gdzieś odpowiednia adnotacja, albo tekst po prostu powinien pojawić się w tym wydaniu. 

Co gorsza, im dalej w las, tym bardziej jest chaotycznie, tym mniej wszystko zdaje się składać i spinać. Być może autorce zabrakło cierpliwości, by tę część książki dopracować? Albo dostała zbyt mały limit znaków? Albo, najzwyczajniej w świecie, brakło warsztatu? Nie wiem, wiem jednak, że po prostu pojawiają się w przypadku „Iluzji” pewne problemy.

Niemniej, autorka ma dość lekki i przyjemny styl – nie ma w nim nic artystycznego, jest raczej prosty i mało stylizowany, ale dobrze czytało mi się jej słowa, tak po prostu. Jest też niezła w pisaniu relacji między bohaterami. Bądź co bądź to powieść, która stoi relacją Ren oraz jego widzącej, Very. I gdyby tylko cała otoczka związana z tworzeniem świata była lepsza, to mogłaby być naprawdę niezła książka fantasy. Niestety, wyszła rzecz przeciętna, acz stosunkowo przyjemna i z niewykorzystanym potencjałem.

Naprawdę chciałabym zobaczyć coś jeszcze od Marty Malinowskiej. Książkę, w której pokaże, że pisanie „Iluzji” czegoś ją nauczyło i że potrafi dać w ręce czytelnika coś bardziej składnego i lepszego, bo naprawdę wierzę w jej potencjał. A czytelnikom ciekawych polskich debiutów i szukających rozrywkowego fantasy mogę „Iluzję” z odrobiną wahania polecić. To mimo wszystko jest coś, co warto sprawdzić w wolnej chwili.



Nomida zaczarowane-szablony