niedziela, 22 maja 2022

Pies musi wystrzelić: największy grafoman polskiej fantastyki?

Adam Hollanek to niezwykle ważna dla polskiej fantastyki postać. Gdy w latach 80. powstawało pierwsze pismo o tej literaturze, pojawił się problem z wyborem naczelnego. Propozycji było kilka, jednak ekipa zakładająca gazetę wciąż słyszała odmowy. Dopiero na Adama Hollanka – pochodzącego ze Lwowa weterana II wojny światowej – zgodził się ówczesny rząd. Uchodził on za człowieka bojącego się władzy i cenzury. Był starszy od pozostałych członków redakcji, ale szczerze kochał fantastykę i bardzo chciał ją tworzyć. Niestety, brakowało mu talentu, a przynajmniej tak do tej pory słyszałam i czytałam, badając temat. W końcu postanowiłam sprawdzić: czy ten bądź co bądź ważny dla polskiej kultury redaktor naprawdę nie był najlepszy w pisaniu?

Pies musi wystrzelić
Adam Hollanek
wyd. Świat Książki, 2009 

Sięgnęłam więc po wybór opowiadań, zebrany przez jego córkę i okazało się, że… jest gorzej, niż przypuszczałam.

„Pies musi wystrzelić” to dwadzieścia tekstów, z których zaledwie pojedyncze są fantastyką. Większość z nich zawiera bardzo zbliżone do siebie elementy. Narracja jest pierwszoosobowa. Główny bohater to mężczyzna, który ma coś wspólnego z wojną. Wiele tekstów rozpoczyna się od zbliżenia seksualnego z kobietą, bądź jej opiewania, a jeśli nie to bohaterka i tak się pojawia. Teksty pisane są językiem niezbyt przystępnym, chyba stylizowanym na połączenie mowy potocznej z poetyckością. Ponadto autor nie szczędzi prób górnolotnego wodolejstwa, z którego generalnie nic nie wynika.

Tak, to zdecydowanie nie są dobre teksty. Jeśli miałabym wskazać przykład grafomaństwa, to ten zbiór jest w moim odczuciu jego idealnym przykładem.

Najsmutniejsze jest chyba to, że z tych tekstów wyłania mi się obraz autora. Człowieka romantycznego i właściwie na oko dobrego, tylko po prostu mającego sporo nieprzepracowanych problemów. Podejrzewam, że wojna i wygnanie z ukochanego, rodzinnego miasta nie były dla niego łatwe i to odbija się w jego opowiadaniach. Wyglądają one tak, jakby były po prostu jakąś formą terapii. Dziś Hollanek mógłby wybrać się do psychologa albo psychiatry, wówczas na pewno takie opcje były znacznie bardziej ograniczone. Kto wie, może cierpiał na PTSD? Nie zdziwiłabym się, chociaż wiem i o nim, i o samej psychologii zbyt mało, by nawet głębiej snuć takie tezy.

Czuję, że nie mam nawet do końca po co głębiej analizować tekstów Hollanka. Dla mnie, jako czytelnika, były po prostu przeraźliwie nudne, a przy okazji niezbyt smaczne. Zawsze zaskakuje mnie to, jak dużo bardziej przyjemne w odbiorze potrafią być współczesne opisy seksualności, niż te królujące w starszej fantastyce. Coś w tamtych czasach było takiego, że nasi rodzimi twórcy po prostu MUSIELI opisać jakąś nagą, piękną panią, która na przykład zostawia swojego ukochanego, a następnie powraca po dwudziestu latach i chce z nim znów być.

„Pies musi wystrzelić” traktuje raczej jako książkę, którą chciałam/musiałam poznać. By poznać lepiej Hollanka, by zrozumieć, o kim ci wszyscy polscy fantaści mówili. I jeśli będę musiała, na pewno jeszcze jakąś jego książkę sobie sprawdzę. Ale nie powiem, abym pisała to z przyjemnością. To nie były dobre teksty, tak po prostu. Dlatego polecam tylko osobom, które z jakichś powodów chcą poznać bliżej autora, czy to w ramach jakiejś pracy naukowej, badań albo eksperymentu. To jednak nie jest ani dobra rozrywka, ani dobra literatura.




wtorek, 8 marca 2022

Małe Licho i babskie sprawki: cykl dla dzieci traci rozpęd?


Kolejny rok szkolny właśnie się rozpoczyna. Bożek idzie do czwartej klasy, co oznacza wiele ZMIAN! To jednak nie tylko nowy wychowawca i nowe przedmioty, ale również… nowa dziewczyna w klasie. Co ukrywa znielubiony przez Bożka nauczyciel i czy Szczęsny ma racje, śpiewając poematy o bolesnej miłości do bladolicych niewiast?



Seriale telewizyjne dla dzieci zazwyczaj mają bardzo prostą konstrukcję. Każda historia, nawet ta fantastyczna, w gruncie rzeczy dotyka prostych, dość przyziemnych problemów. Sympatyczni bohaterowie sprawiają, że dzieciaki w trakcie oglądania dobrze się bawią, a wtórna formuła sprawia, że nikt nie czuje się w trakcie oglądania zagubiony. Właściwie książki dla dzieci są w tym bardzo podobne. I o ile pierwszy tom „Małego Licha” był czymś dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czymś całkiem wyjątkowym, o tyle im dalej w las, tym bardziej robi się wtórnie.

Małe Licho i babskie sprawki
Marta Kisiel
wyd. Wilga, 2021
Małe Licho, t. 4

To właściwie nie wada, a pewna cecha tego typu książek. One takie po prostu są. W końcu to lektura, która ma pomóc 8-11 latkowi czegoś się nauczyć, zrozumieć, że nie tylko on/a ma takie problemy i przy okazji przeżyć jakąś przygodę w magicznym świecie i nie ma w tym kompletnie nic złego. Tyle tylko, że mnie po prostu to chyba powoli przestaje bawić. Nawiązania Marty Kisiel do kultury w pierwszych tomach były czymś świeżym i unikalnym, a teraz zaczynają mnie trochę nudzić. Mam wrażenie, że powtarzają się motywy, tak samo jak morały i to, czego bohaterowie się uczą. Nawet jeśli nie w pełni to po prostu są do siebie zbliżone duchem.

Przy okazji sama przygoda jest… jak przygoda. Ponownie, jak w poprzedniej części, to raczej obyczaj z elementami fantastycznymi, które dałoby się ograć w dużej mierze bez udziału nadnaturalnych elementów. Z nimi jest po prostu fajniej i ciekawiej, bo dzieją się jakieś rzeczy, różowe króliki latają, macki gotują, krasnoludki harcują i wszystko wybucha. 

Przyznaję, mam dylemat co do tej książki. Bo w swojej kategorii po prostu powinna się sprawdzić i jestem gotowa ją uznać za poprawną, miłą, ale dość neutralną pozycję. Ale czy mnie w jakimkolwiek stopniu emocjonalne ruszyła? Nie. Chociaż chciałabym wrócić do świata stworzonego przez Kisiel i dobrze się bawić z bohaterami, których w gruncie rzeczy lubię, to tego nie jestem w stanie zrobić w przypadku tej powieści, po prostu. Jednocześnie nie da się ukryć, że to najzwyczajniej w świecie nie jest historia napisana dla mnie.

W ogóle samego Licha w tym tomie właściwie nie ma. I rozumiem, że to fajnie brzmi, ale o ile w części pierwszej ten bohater faktycznie się gdzieś tam pojawiał to im dalej w las, tym mniej jest zakatarzonego aniołka. Nie powiem, jest to trochę przykre, biorąc pod uwagę, jak sympatyczna jest ta postać.

Tak podsumowując całość: dla dzieci ta książka to na pewno jest coś fajnego i sympatycznego. Dla mnie, jako dorosłego czytelnika, czwarty tom z tego cyklu jest zbyt prosty i wtórny, by mnie w pełni bawił.  Ale nie da się ukryć, że nie ja jestem w tym przypadku targetem.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Wilga!


sobota, 5 marca 2022

Wiedźma z Wilczyńskiej Doliny: krok w tył?


W oddalonej od świata Wilżyńskiej Dolinie życie zdaje się wracać powoli do normy. Jednak to nie oznacza, że na jej mieszkańców nie czekają przygody. Na szczęście w nieszczęściu, ich dobrobytu pilnuje wiedźma, babunia Jagódka. 



Nigdy nie spodziewałam się, że na takiej pisarce, jak Anna Brzezińska, trochę się zawiodę. A jednak. Choć „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” były jej debiutem, to kontynuacja, czyli „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” okazała się dla mnie znacznie bardziej męczącą lekturą.

Już pierwszy tom miał pewne drobne problemy. Niektóre opowiadania nie miały najlepszego tempa i chwilami historie po prostu odrobinę mnie nudziły. Ale same w sobie miały dobre puenty i ogólnie jako całość stanowiły naprawdę bardzo solidną rozrywkę. Tu jest nieco inaczej. Miałam wrażenie, że ten tekst nie do końca sprawdza się ani jako powieść, ani jako opowiadania. Na to pierwsze był zbyt poszatkowany, na to drugie – teksty był od siebie zbyt słabo oddzielone. I to sprawiało, że po prostu nie do końca mogłam się w historiach o babuni Jagódce z drugiego tomu odnaleźć.

Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny
Anna Brzezińska
wyd. Runa, 2010
Wilżyńska Dolina, t. 1

Szczerze przyznam, że gdyby nawet istniał drugi tom, to po tej części zastanawiałabym się, czy ja w ogóle chcę po niego sięgnąć. Jak pierwsza część, teoretycznie starsza, mnie oczarowała, tak druga kompletnie nie. Najzwyczajniej w świecie trochę się od tych tekstów odbijałam.

I właściwie nie do końca potrafię powiedzieć dlaczego. Prawdopodobnie właśnie przez fabułę i pewne jej niedopracowanie, bo język Brzezińskiej dalej pozostaje bardzo dobry. Jej świat jest naprawdę unikatowy. Z jednej strony baśniowy, z drugiej bardzo realistyczny i wiarygodny. Widać wiedzę autorki na temat średniowiecza i chyba nie znam lepszych polskich historii fantasy z lepszą stylizacją językową i lepszym przedstawieniem realiów. Bo w dalszym ciągu, mimo magii, sytuacje zdarzające się w Wilżyńskiej Dolinie potrafią być przerażająco realistyczne i ujmująco smutne. Jednocześnie przypominające mi, że co jak co, ale w średniowieczu to żyć bym nie chciała. 

Czuję się trochę zasmucona. Bo to nie jest tak, że te teksty są kompletnie złe. Brzezińska naprawdę pisać potrafi. Tylko czegoś w tym drugim zbiorze zabrakło. Konkretniejszej fabuły, mniejszej dawki obyczajowości, odrobiny więcej jakiś konkretnych wydarzeń. Autorka wprawdzie nawiązuje do baśni, ale w przypadku tej historii nawet przerabianie ich wypada jej jakoś słabiej i mam wrażenie, że za kilka tygodni ja po prostu z tej historii nie będę pamiętać właściwie nic, poza samym jej klimatem.


środa, 2 marca 2022

Czy to sen?: paranormal, jak sprzed 10 lat



Łucja ma 18 lat i od zawsze cierpi na bardzo realistyczne sny, które powodują u niej ataki paniki. Choć jest w szczęśliwym związku z Kubą, pewnej nocy, po zamknięciu oczu, spotyka przystojnego Nikodema. Szybko orientuje się, że zaczyna coś do chłopaka czuć.



Gdy byłam w gimnazjum, czyli jakieś 10 lat temu, szukałam szczęścia w paranormalnych romansach. Zazwyczaj sięgałam po bardziej popularne tytuły, które oczywiście były kiepskie, ale miały w sobie pewną lekkość stylu i widać było, że autor/ka jakąś tam wprawę ma. Ale czasem trafiały się toporne perełki, pisane jak tanie harlequiny, które były nie tylko wtórne, ale też nawet na tamtym etapie nie były dla mnie żadną rozrywką. Przyznaję, myślałam, że takich książek już się nie wydaje. A jednak jak się okazało, nie tylko się myliłam, ale takie rzeczy wciąż piszą polscy twórcy.

Czy to sen?
Natalia Klewicz
wyd. YA!, 2022

„Czy to sen?” to debiut Natali Klewicz. Przyznaję, gdy dotarła do mnie informacja na temat tej powieści, byłam przekonana, że to po prostu nowa książka nowego autora, a polskim twórcom lubię dawać szansę, tak po prostu. Dopiero gdy powieść do mnie trafiła, zorientowałam się, że Klewicz ma dość duże zasięgi w mediach społecznościowych. Nie mam pojęcia, czym się zajmuje, ale przyznaję, to wzmogło moją czujność… i słusznie. Bo to naprawdę nie jest dobra powieść.

Już kilka pierwszych zdań pełnych topornej ekspozycji pokazało, z czym będę miała do czynienia i dalej wcale nie było lepiej. Styl pisania Klewicz wygląda tak, jakby to było fanfiction, stworzone przez kompletnie nierozpisaną osobę, która w życiu przeczytała kilka najbardziej znanych, anglosaskich powieści typu „Zmierzch”, ale którą szkoła nauczyła w miarę poprawnego pisania. Zdania są więc dobrze złożone, ale brakuje tu jakiegokolwiek polotu. Wszystko jest sztywne, sztuczne, wyraźnie widać, że to debiut.

[SPOILERY bez konkretów] Sam pomysł na książkę jest… ech, chciałabym powiedzieć, że to miało jakiś potencjał, ale nie, nie miało. To trochę wygląda tak, jakby autorka umyśliła sobie wielki plot twist na końcu, jakby SPECJALNIE chciała się wyróżnić, ale nijak jej to wyszło. Bo widzę to trochę tak, jakby „Czy to sen?” z założenia miało udawać fantasy i być romantyczną opowieścią, ale przez otwarte zakończenie miało pozostawiać czytelnika w niepewności: gdzie leżała prawda? Która rzeczywistość była/jest prawdziwa?

Tyle że Klewicz zbyt kiepsko pisze, aby to w ogóle mogło być. Ani nie robi porządnego worldbuildingu, jeśli chodzi o fantastyczne elementy, ani nie prowadzi w realistyczny sposób problemów psychicznych Łucji i to wypada po prostu mdło i nijak. Wyobrażam sobie, że ten tekst mógłby działać, gdyby jakiś wybitny autor, tworzący w realizmie magicznym, przerobił go na opowiadanie. Ale nie w tej formie, absolutnie nie. [Koniec SPOILERÓW]

Autorka próbuje być realistyczna i do pewnego stopnia same dialogi bohaterów działają, a sytuacja w świecie rzeczywistym jest, jak na tego typu dzieło, stosunkowo dobrze osadzona, ale właściwie mnie co najwyżej męczyła. Szczególnie że nastoletnie dramy, które przeżywają bohaterowie, po prostu kompletnie do mnie już nie przemawiają. Pewnie nastolatek poczułby się bardziej w nie wciągnięty, ja kompletnie nie.

Z zalet mogę wymienić to, że „Czy to sen?” jest książką krótką, którą szybko się czyta. Tu w gruncie rzeczy nie ma zbyt wiele treści, więc po prostu trudno w tej książce utknąć, a nie ma nawet 300 stron, więc sprawny czytelnik bez problemu przyswoi wszystko w jeden wieczór. Ach, no i nie wydaje się szczególnie szkodliwa, to też zawsze zaleta, biorąc pod uwagę, co czasem w młodzieżówkach się dzieje.

Byłam, widziałam, oceniłam i więcej do tej książki wracać nie będę. Gratuluje autorce spełnienia marzeń w postaci wydanej książki, ale jednocześnie przestrzegam czytelników: nawet jeśli szukacie lekkiego romansu z nadnaturalnym wątkiem, to na rynku naprawdę znajdziecie masę lepszych. Nawet wśród tych, które sama krytykowałam. „Czy to sen?” jest po prostu czymś naprawdę nudnym i kiepsko napisanym.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu YA!


niedziela, 27 lutego 2022

Straszliwe Młode Damy: nostalgicznie, poetycko i... nie do końca dla mnie



Niekoniecznie typowa fantastyka, na dodatek stworzona przez nieznaną mi autorkę to coś, co po prostu musiałam sprawdzić. Zwłaszcza że o opowiadaniach ze zbioru „Straszliwe młode damy i inne osobliwe historie” słyszałam same pozytywne opinie. Nie przewidziałam jednego: to realizm magiczny.

Teksty stworzone przez Kelly Barnhill są jednocześnie bardzo od siebie różne i bardzo do siebie podobne. Autorka z jednej strony eksperymentuje z formą, ale z drugiej właściwie wszystkie opowiadania stawiają właśnie raczej na ową formę, a nie na samą opowieść, są ślicznie poetyckie i mają nostalgiczno-baśnowy klimat. To sprawia, że przynajmniej teoretycznie powinny mi się spodobać. Bo o ile nie lubię książek smutnych w ponury sposób, to nostalgia jest już czymś, co po prostu zazwyczaj mi się podoba.

Straszliwe Młode Damy
Kelly Barnhill
wyd. Literackie, 2022

Z tym że taka ilość realizmu magicznego już mnie po prostu przerasta. Czytając te opowiadania, miałam wrażenie, że rozmijam się z wrażliwością Barnhill o jeden krok. Że czasem kilka drobnych zmian sprawiłoby, że te opowieści byłyby czymś naprawdę dla mnie. Niestety, muszę się chyba pogodzić z tym, że w tym przypadku po prostu pomiędzy mną a autorem nie do końca zagrało. Zdarza się – w końcu nie wszystko jest dla wszystkich. 

Ten zbiór zawiera dziewięć tekstów, w tym jedną mikropowieść. I przyznaję, że większość z nich, włącznie z ostatnim, trochę zlewają mi się w jedno. Tak naprawdę moją uwagę zwróciły trzy i te teksty uważam za naprawdę dobre. 

Pierwszym jest tekst otwierający zbiór, czyli „Pani Sorensen i Sasquatch”. To opowieść traktująca o pewnej młodej wdowie, która była dotychczas w szczęśliwym związku, z człowiekiem, którego naprawdę kochała. I która dla swojego męża przytłumiła część ze swoich umiejętności. Brakowało mi w tym tekście mocniejszego zakończenia, ale jest smutne i urokliwe, dlatego dla samego klimatu warto się z nim zapoznać.

Następne w kolei, „Otwórz drzwi, a wleje się światło” jest definitywnie moim ulubionym opowiadaniem ze zbioru. Ma ciekawą formę: dwójka zakochanych w sobie ludzi pisze do siebie nawzajem listy, a po każdym z nich narrator dopisuje to, czego bohaterowie w nich nie zawarli. W nim nie brakuje mi niczego i choć nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie poznałam w życiu, to na pewno przynajmniej na jakiś czas zostanie mi w pamięci.

Ostatnie z tych, które mnie zainteresowały, nazywa się „Elegia dla Gabrielle, patronki uzdrowicieli, dziewek nierządnych i szlachetnych złodziei”. To opowiadanie o dość pirackim klimacie, co po prostu wybija je na tle innych, choć mam poczucie, że mimo wszystko podobało mi się trochę mniej, niż dwa pozostałe. 

Warto tu dodać, że Wydawnictwo Literackie właściwie zawsze ma piękne wydania ksiażek i tak jest w tym przypadku. Okładka jest naprawdę śliczna i wiem, że zwróciła nie tylko moją uwagę, twarda oprawa gwarantuje, że książka swoje wytrzyma, a wewnątrz strona tytułowa każdego tekstu posiada dodatkowe drobne zdobienia. Tylko jakichś ilustracji mi tu brakuje, ale to już tylko marzonki rozpieszczonego czytelnika fantastyki.

Cieszę się, że z twórczością Kelly Barnhill mogłam się zapoznać, bo to bez wątpienia po prostu ciekawa pisarka. To dość nietypowe i bardzo magiczne teksty, które na pewno spodobają się tym, którzy poszukują poetyckości, pięknego stylu i odrobiny absurdu w literaturze. Nie są to wprawdzie w pełni moje teksty, ale jak już napisałam: tak po prostu bywa.



Za możliwość zapoznania się z książką dziękują Wydawnictwu Literackiemu!


czwartek, 24 lutego 2022

Endymion: przygodówka czy jednak coś więcej?

Trzysta lat po upadku Hegemonii, na Hyperionie rządzi kościół katolicki. Dzięki podróżom w czasie na planecie pojawia się dwunastolatka, która ma stać się nowym mesjaszem ludzkości. Raul Endymion zostaje zaś wyznaczony, aby ją chronić. Są jednak ścigani przez Pax, zbrojną organizację kościoła.


„Upadek Hyperiona”, czyli poprzednią część cyklu Dana Simmonsa, czytałam we wrześniu 2018. I choć chciałam kontynuować ją dość szybko, to ponieważ ostatni tom nie był dostępny, cały czas zwlekałam z lekturą. Na szczęście w końcu udało mi się go zakupić, więc nie miałam już wymówek: trzeba było czytać „Endymiona”. Po takim czasie nie pamiętam jednak na tyle detalicznie dwóch poprzednich tomów, aczkolwiek przyznaję – ci, którzy uważają, że poprzednie części są lepsze, mają rację.

Endymion
Dan Simmons
wyd. Mag, 2018

Absolutnie nie oznacza to jednak, że ta powieść jest książką złą. Co to, to nie. „Endymion” to kawał dobrego, rozrywkowego SF. Tylko właśnie – rozrywkowego. Nie odbieram tej powieści jako czegoś więcej, a tak miałam w przypadku poprzednich tomów. To najzwyczajniej w świecie space opera, podróż drogi, w której bohaterowie muszą uciec tym złym, przeżyć i zrealizować swoje cele. 

Simmons przy tym nieźle buduje relacje między postaciami i ma bardzo przystępny styl, w związku z czym przynajmniej mi tę historię po prostu dobrze się czytało. Ponadto to ten typ fantastyki naukowej, który skupia się raczej na aspektach kulturowych, a nie naukowych. A sama preferuje takie podejście, mało tego – to takie powieści polecałabym na początek przygody z gatunkiem np. czytelnikom powieści fantasy. Dlatego uważam, że to naprawdę porządna, rozrywkowa pozycja. Ale! Bo zawsze musi być „ale”, prawda?

Mam ostatnio uczulenie na powieści, które są przegadane. Które bez problemu dałoby się skrócić i nie stracić nic na fabule. I niestety, ta historia właśnie do takowych się zalicza. W gruncie rzeczy tu niewiele się dzieje. Po prawdzie nic się tu nie rozwiązuje. To pewnie zdarzy się dopiero w kolejnym tomie. Dlatego te ponad sześćset stron lektury to tak naprawdę podróż bohaterów. Interesująca przez ich wzajemne relacje, rozmowy i przemyślenia, ale nie fascynująca sama w sobie. A jednak lepiej byłoby, gdyby te wydarzenia po prostu bardziej chwytały.

Poza tym to historia bardzo prosta w konstrukcji. Tak naprawdę mamy tu dwie perspektywy. Jedna należy do Raula, druga do jednego z członków Kościoła. Jeden ucieka, drugi go goni, dlatego wątki wzajemnie się przenikają. I tyle – żadnych wielkich przeskoków w czasie, żadnej wielowątkowości. W tym po prostu nie da się zagubić. 

Gdyby Dan Simmons najpierw stworzył „Endymiona” jako wstęp do swojej historii, a potem dopisał „Hyperiona”, pewnie byłabym całym cyklem absolutnie zachwycona. W takiej sytuacji jednak trzeci tom z cyklu po prostu lubię. To porządna książka, którą dobrze się czyta. Naprawdę, bawiłam się na niej dobrze. Ale nie jest to coś, co będę polecała jako najlepsze SF, które dane było mi poznać, bo do takiego jest mu po prostu bardzo daleko.



poniedziałek, 21 lutego 2022

Pies, który nas odnalazł: nie kupuj zwierzaka przez tę książkę!


Anka jest mamą 12-letniej Poli i 4-letniego Kaja. Ponieważ jej młodszy syn znajduje się w spektrum autyzmu, zaniedbuje starszą córkę, a jej relacja z mężem nie wygląda już tak, jak dawniej. Gdy Pola do domu przyprowadza psa, życie rodziny stopniowo zaczyna się zmieniać.



Nieczęsto sięgam po obyczaj. Takie książki zwykle nawet nie kuszą mnie swoim opisem fabuły. Ale czasem warto zrobić wyjątek, by wiedzieć, a że zbieram wszystko, co ma na sobie wizerunek cocker spaniela angielskiego to „Pies, który nas odnalazł” musiał do mnie trafić. Ta powieść to przykład książki, której twórca miał bardzo szlachetne intencje, ale… trochę nie wyszło.

Zacznijmy od tego, że Jagna Kaczorowska ukończyła psychologię i to w tej książce jak najbardziej widać. Jednocześnie, choć debiutantką nie jest, popełnia błędy warsztatowe typowe właśnie dla takowych. Rozłóżmy więc tę powieść na części pierwsze.

Pies, który nas odnalazł
Jagna Kaczanowska
wyd. W.A.B., 2022

Same relacje rodzinne są pod względem psychologicznym rozpisane bardzo wiarygodnie. Mamy Polę, która bardzo chce być kochana i doceniona, a nie jest, w związku z czym bezustannie się buntuje, jak na 12-latkę przystało. Jej mama jest osobą wiecznie sfrustrowaną i krzyczącą na wszystkich i wszystko, która chce dobrze, ale po prostu jej nie wychodzi (przez co w sumie jest dość antypatyczna, ale jak najbardziej, to wiarygodne). Ojciec Poli odciął się od rodziny, skupił na pracy, a z Kajem, najmłodszym dzieckiem, kontakt jest bardzo mocno ograniczony. Nie jestem żadnym specjalistą, ale tak rozpisana rodzina wydaje mi się naprawdę wiarygodna.

Problem jest właściwie… we wszystkim innym. Zacznijmy od bardzo topornej ekspozycji, jaką stosuje Kaczorowska. Mam wrażenie, że autorka chciała nauczyć czytelnika trochę o spektrum autyzmu i o tym, jak powinno się pracować nad relacjami w rodzinie. W związku z tym co chwilę na drugim, trzecim i piątym planie pojawiają się specjaliści, którzy mówią Ance, czy Poli jak mają się zachowywać. Same bohaterki (bo narracja prowadzona jest z obydwu perspektyw) też mają tak poprowadzone rozumowanie, aby czytelnika naprowadzić na tę dobrą drogę. Ten sposób prowadzenia narracji mocno kojarzy mi się z „Martwym sezonem” Jadowskiej, który cierpiał na bardzo podobne problemy. Efekt? Ekspozycja w tej powieści jest niezwykle toporna i w gruncie rzeczy męcząca. Jako czytelnik fantastyki – nie wiem, jak można to aż tak zawalić w powieści obyczajowej, w której wyjaśniać trzeba o wiele mniej, niż w przypadku wymyślonych światów.

W przypadku tej powieści, jak jej tytuł wskazuje, bardzo ważny jest wątek z psem. I tu też rodzi się nam problem. Ten wątek jest najbardziej baśniowy i – przepraszam za określenie, ale inne mi nie pasuje aż tak – „słodko-pierdzący”. Anka wielokrotnie pokazuje, jak nieodpowiedzialnym dorosłym człowiekiem jest, biorąc pod swój dach psa z ulicy i dopuszczając obce zwierzę do 4-latka  (oczami wyobraźni już widziałam, jak pies to dziecko atakuje, rodzice – nie róbcie tak, błagam). I niby bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, jak nieodpowiedzialna jest, ale gdy dodamy do tego zakończenie i ogólną konkluzję książki to w sumie dostajemy kolejną historię, która czytelnika może zachęcić do impulsywnego zakupu/adopcji psa.

Szanowny potencjalny czytelniku tej książki: nie popełniaj błędu Anki, nie zapraszaj jakiegokolwiek zwierzaka do swojego domu w ten sposób. Jako osoba siedząca w temacie mogę Ci obiecać, że na 80% taka sytuacja skończy się szukaniem mu nowego domu w ciągu najbliższego roku.

A co z samą fabułą? Jeśli oglądaliście jakikolwiek film, czy czytaliście jakąkolwiek powieść traktującą o problemach rodzinnych związanych z dziećm, to znacie tę opowieść. Może była trochę inaczej opakowana, ale Kaczanowska odhacza wszystko, co odhaczyć należy w takiej historii i nawet się z tym nie kryje. W związku z czym „Pies, który nas odnalazł” jest też przy okazji tytułem robiącym za wyciskacz wzruszków na siłę, a ja osobiście nie lubię, gdy twórcy po ten zabieg sięgają. 

Próbując to wszystko zebrać do kupy… nie uważam, aby ta powieść była najgorszą książką roku. Mimo wszystko relacje rodzinne to naprawdę mocna strona tej powieści i na pewno znajdzie ona swojego czytelnika. Jeśli interesuje Was temat autyzmu, czy jesteście w podobnej sytuacji, albo może po prostu lubicie się wzruszać na rodzinnych książkach, to pewnie ta lektura po prostu się Wam spodoba. Nie jest długa, jest napisana w sposób stosunkowo lekki i jak najbardziej rozumiem, że swoją rolę jako rozrywkowej i ciepłej powieści obyczajowej spełnia.

Przy okazji nie da się zaprzeczyć, że nie jest to książka dla mnie. Warsztat Kaczanowskiej mi nie odpowiada, same fabuły tego typu niezbyt mnie osobiście interesują. Nie wyciągnęłam z tej historii niczego nowego dla siebie, a przecież nie znam szczególnie wielu powieści obyczajowych. Cóż, chyba ta fantastyka dla dzieci o elfach, smokach i statkach kosmicznych zbyt dobrze daje sobie radę z trudną tematyką, aby taka książka, jak „Pies, który nas odnalazł” była dla mnie wystarczająca. Naprawdę: powieść nierealistyczna w większości przypadków lepiej radzi sobie z takimi problemami, a pozornie nie jest nawet o ludziach i dalej nie jest traktowana na poważnie. Ech.



Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.!

Premiery Wydawnictwa W.A.B. - zazyjkultury



piątek, 18 lutego 2022

Pierścień: klasyczna kosmiczna przygoda, która dalej jest dobra!


Louis Wu w dniu swoich dwusetnych urodzin dostaje niezwykłą propozycję. Wraz z lalecznikiem, przedstawicielem niewidzianej od dawna rasy, ma wybrać się w odległą podróż, której cel jest nieznany. Wraz z nim ma podróżować również Mówiący-do-zwierząt, przedstawiciel agresywnej rasy kzinów oraz ludzka kobieta, Teela Brown.


Gdy słyszę o fantastyce naukowej z lat 70. to zwykle mam chwilę wahania. Polskie dzieła z tamtego okresu często są po prostu przestarzałe i trudne w przyswojeniu. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że dobra powieść próbę czasu powinna bez problemu przetrwać, dlatego i tak, i tak zwykle te książki sprawdzam. Nie zmienia to faktu, że sięgając po „Pierścień” spodziewałam się raczej poważnej, nieco cięższej książki. Zwłaszcza że polska oprawa sugeruje intelektualną klasykę SF. I na Merlina, nie mogłam się bardziej mylić.

Pierścień
Larry Niven
wyd. Zysk i s-ka, 2019
Known Space, t. 1

„Pierścień” Larry’ego Nivena to rozrywkowa i niezbyt militarna space opera, będąca przy okazji powieścią drogi. Napisana w inteligentny i błyskotliwy sposób, ale w żadnym razie nie cieżki i męczący. Autor wyraźnie chciał napisać coś, co będzie po prostu bawić i mimo tego, że od premiery minęło 50 lat, ta książka dalej robi to całkiem nieźle.

Grupa bohaterów jest ciekawa, wyrazista i sympatyczna zarazem. Początkowo miałam wrażenie, że znów weszłam do świata „Mass Effecta”, tylko w formie książki, a nie gry. Zbieranie drużyny nie trwa długo, ale już samo to było po prostu wciągające i zabawne, a to nie zdarza się często. Niven tworzy świetne dialogi i ma po prostu dobre pomysły, np. zastanawia się nad tym, czy… szczęście może być przekazywane genetycznie. Znam sporo powieści, i SF, i fantasy, i z czymś takim jeszcze się nie zetknęłam.

Nie muszę chyba nawet wspominać, że tytułowy Pierścień wszedł do popkultury na stałe. Ba, ma nawet swoją stronę na Wikipedii w trzech językach. To ciekawy koncept, o którym słyszałam wielokrotnie, ale dopóki nie dostałam na skrzynkę e-mail wiadomości o wydaniu kolejnej części cyklu przez wydawnictwo Zysk, nie miałam pojęcia, że ten pomysł stworzył bądź rozpopularyzował właśnie Larry Niven.

Ostatnio narzekałam często na powieści drogi, bo sporo się ich u mnie przewijało. Wydawało mi się, że nie, już nic dobrego w tej kategorii chyba nie znajdę… a tu proszę! Ta space opera dała sobie radę i w tym względzie. Przygody bohaterów wciągają, nie są przedłużane na siłę, a jednocześnie ich droga nie wydaje się być nienaturalnie skrócona. Czyli da się na 420 stronach stworzyć pełną opowieść. Och, współcześni autorzy, uczcie się od takich twórców. Naprawdę, zwykle 800-900 stron nie jest Wam potrzebne.

Oczywiście mijające lata trochę wpłynęły na tę powieść. Na przykład, współcześnie Teela Brown niemal na pewno nie zostałaby skonstruowana w taki sposób, w jaki jest (nie chce zdradzać więcej przez wzgląd na spoilery), aczkolwiek jej kreacja pasuje mi do samego tonu książki. Ponadto autor sięga po nieaktualne dziś hipotezy naukowe, np. dotyczące tego, co znajduje się w centrum galaktyki. Ale to akurat naprawdę nie przeszkadza w czytaniu i w gruncie rzeczy nie ma większego wpływu na fabułę. Po prostu czytelnik musi zawiesić trochę niewiarę i uznać, że w galaktyce Nivena obowiązują takie, a nie inne prawa.

Lata mijają, a „Pierścień” dalej bawi. Jeśli szukacie dobrej, rozrywkowej fantastyki to jest ta książka, po którą musicie sięgnąć. Nawet gdy nie przepadacie za SF to warto dać tej powieści szansę. Bo opisów technologii raczej zbyt wiele tu nie ma, a nawet jeśli są, to w tej książce chodzi o przygodę i drużynę, a nie o dokładne metody działania wynalazków. 




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!



wtorek, 15 lutego 2022

Kongres Futurologiczny: groteskowa dystopia mistrza SF


Ijon Tichy został wysłany na Kongres Futurologiczny, mimo że w gruncie rzeczy nie ma pojęcia, czym ten jest. Tam jest świadkiem rozpoczynającego się konfliktu zbrojnego.



Po latach wracam do Stanisława Lema. Wcześniej miałam dwa podejścia do jego twórczości. Pierwsze – nieudane – było próbą przeczytania jego „Bajek robotów”. Sześć lat temu udało mi się zaś przeczytać „Solaris” i choć ta powieść po prostu mi się spodobała, to jakoś z twórczością tego wielkiego pisarza nie było mi po drodze. Ale w końcu trzeba to zmienić! „Kongres futurologiczny” to mikropowieść (ok. 180 stron drobnym drukiem), którą postanowiłam przerwać tę przerwę.

Kongres futurologiczny
Stanisław Lem
wyd. Literackie, 2012

O Lemie mówili i mówić będą mądrzejsi ode mnie, toteż właściwie mogę podzielić się co najwyżej wrażeniami, a nie głęboką analizą tekstu. „Kongres futurologiczny” zaczęłam czytać o później, nocnej godzinie i wówczas zauważyłam dwie rzeczy. Po pierwsze, jakie to żartobliwe! I to w ten inteligentny sposób, typowy dla najlepszych, którzy sięgają po komedię/groteskę. Po drugie – jakie to trudne w przyswojeniu dla zmęczonych oczu.

Dlaczego? A no dlatego, że ta historia zaczyna się niczym jeden długi potok myśli. Akapitów jest niewiele, a tekst ciągnie się i ciągnie przez długie strony, co nie ułatwia szybkiego czytania. W końcu tekst nie jest podzielony na kategorie tematyczne i trudno samym wzrokiem wychwycić najważniejsze słowa, a potem tylko doczytać, by wszystko złożyć w całość. Właściwie tylko dlatego nie skończyłam tej powieści w jeden wieczór. Po prostu sam początek nie nadaje się do czytania, gdy człowiek jest zmęczony.

Początek, bo potem robi się już normalniej. Akapity mają przyzwoitą długość, a skoro świat jest już czytelnikowi w miarę znany, to przyswojenie tekstu przychodzi łatwiej. Nie uważam przy tym, aby ta powieść Lema była szczególnie trudna. Występuje to sporo słowotwórstwa, świat jest absurdalny, a tę historię można analizować na wiele sposobów, ale jednocześnie to może być rozrywkowa fantastyka.

Może, choć nie do końca dla mnie. Przyznaję, do pewnego stopnia nawet się z „Kongresem Futurologicznym” polubiłam, ale najzwyczajniej w świecie to nie jest ten mój sposób pisania. Nie przepadam za historiami, które właściwie piętnują wszystkich i wszystko, które obrzydzają rzeczywistość i trochę obdzierają człowieka z nadziei – a ta powieść trochę taka jest. A żart tylko to podkreśla.

To, w połączeniu z absurdem sprawia, że na pewno nie zostanę wielką fanką Lema. Jestem dzieckiem innych czasów. Chce innej literatury, rozkochuje się w innych rzeczach, niż wcześniejsze pokolenia. Nie czuje do końca estetyki polskiej fantastyki naukowej z lat 70. czy 80. 

Nie oznacza to, że po kolejne powieści Lema nie sięgnę i że uważam, że nie warto go czytać. Bo takiego pisarza zawsze warto. Ponadto, wydaje mi się, że jest to powieść na tyle krótka i na tyle lekka, że nawet osoby uprzedzone mogą dać jej szansę. Chociaż akurat mi zdecydowanie bardziej podobał się „Solaris” – tamta powieść naprawdę zrobiła na mnie duże wrażenie, a w tym przypadku mam trochę poczucie, że już to gdzieś, kiedyś czytałam. Dlatego że Lem porusza temat dystopii/utopii, a chociaż być może wtedy był on dość nowatorski to ja, dziś, współcześnie mam za sobą tak wiele powieści o podobnej tematyce, że nieczęsto robi ona na mnie wielkie wrażenie (i raczej nigdy w groteskowo-absurdalnym świecie). Niemniej, to po prostu kwestia moich własnych preferencji. 



sobota, 12 lutego 2022

Miasto mosiądzu: dżiny, dewy i masterplan z kreskówki


Nahri jest młodą złodziejką o niezwykłym talencie uzdrawiania. Żyje na ulicach zatłoczonego, XVII-wiecznego Kairu. Nie zna swojej rodziny, ani pochodzenia. Pewnego dnia, w trakcie magicznego rytuału, przywołuje tajemniczego mężczyznę. Wraz z nim, dżinem o imieniu Dara, musi uciekać z miasta, w którym się wychowała.



„Miasto miedzi” regularnie pojawia się w książkowych mediach społecznościowych. Nie zwróciło jednak uwagi mojej, a mojego świątecznego Mikołaja i tak też trafiło do mnie. Nie wiedzieć czemu z góry założyłam, że to typowe high fantasy i gdy zaczęłam lekturę, trochę się zdziwiłam. Kair, czasy Napoleona, jakaś magia i kultura Bliskiego Wschodu? Oho, to wydawał się bardzo interesujący setting!

Miasto mosiądzu
S. A. Chakraborty
wyd. We need YA, 2021
Dewabad, t. 1

I choć książka – głównie przez wydawcę oraz opis – miała być młodzieżówką, początkowo uznałam, że to być może lekkie, ale jednak chyba dość neutralne targetowo fantasy. W końcu główna bohaterka ma około 20 lat. Nie jest więc dzieckiem. I kilka pierwszych rozdziałów naprawdę zrobiło mi nadzieję na coś więcej, niż zwykłą młodzieżówkę.

Przyznaję, że owszem, ostatecznie coś nieco więcej niż zwykle dostałam to tak czy siak – to jest po prostu młodzieżówka. Niezła, ale w której widać problemy, które mogą sugerować, że to powieściowy debiut.

Setting tej powieści naprawdę jest ciekawy. Autorka miesza mitologię arabską z indyjską, co wydaje mi się dobrym zabiegiem: w praktyce przecież systemy tego typu faktycznie się przenikają. Nie jest to idealny świat, ale sam jego klimat i umiejscowienie historii to ciekawy wybór. Niestety, S. A. Chakraborty nie jest zbyt doświadczona w pisaniu i to trochę wychodzi. Być może częściowo to kwestia tłumaczenia, ale np. mieszanie słów „dewa” i „dżin” nie wychodzi książce na dobrze (czasem są używane zamiennie, a czasem w odniesieniu do konkretnych grup społecznych). Ponadto autorka w toporny sposób podaje ekspozycje. Przykładowo, Nahri początkowo po prostu przychodzi do Dary, mówiąc „opowiedz mi o…”, a on spełnia jej prośbę.

Poza tym trochę jednak ubolewam nad tym, że to niby historyczne fantasy, ale w praktyce klimatem przypomina high fantasy. Z Kairu szybko uciekamy, a sam historyczny setting w moim odczuciu został podany dość pobieżnie.

Kolejną sprawą jest młodzieżowość cyklu. To samo w sobie nie jest oczywiście złe, ale to sprawia, że nie jestem w stanie traktować tej historii w pełni poważnie. Intrygi polityczne przypominają czasem masterplan złoli z kreskówek dla dzieci (pokroju: idź zaprzyjaźnić się z więźniarką, by ta mogła zostać żoną twojego kuzyna), a główna bohaterka potrafi rzucać się o coś, co było jasne od początku dla wszystkich, tylko eeee… nie dla niej? Z jakiegoś tajemniczego powodu, mimo że wszyscy jej o tym przecież mówili.

Młodzieżowość widać też w konstrukcji świata. Chakraborty tworzy struktury społeczne oparte na prostym motywie złych złoli oraz biednych dobrych, którzy chcą po prostu przeżyć. Niby to trochę komplikuje, ale w praktyce po prostu o to chodzi.

Ale jak pominiemy te problemy – które szczerze mówiąc, aż tak bardzo mnie w oczy nie kuły – to dostajemy całkiem przyjemne, rozrywkowe fantasy. Z lekkim romansem, ale zdecydowanie nie gra on pierwszych skrzypiec, z przyjemną relacją pomiędzy Nahri i Darą, wcale nie słodkim i właściwie dość poważnym zakończeniem. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jako rozrywka, zwłaszcza dla osób nieco mniej oczytanych powinna sprawdzić się nieźle.

Jednocześnie przy lekturze tej książki po raz kolejny dotarł do mnie smutny fakt. Większość powieści fantasy dla nastolatek jest po prostu kiepska, ale to nie jest żadna tajemnica. Ale gdy już pojawi się dzieło, które właściwie jest przeciętną, ale przyjemną rozrywką i w miarę solidnym debiutem, nagle okazuje się wielkim odkryciem. Dlaczego? Dlatego, że osoby działające w mediach społecznościowych to często osoby młode, które bardzo często czytają głównie te kiepskie warsztatowo powieści. Więc gdy pojawi się coś ciut lepszego, to okazuje się odkryciem życia. A naprawdę dobre fantasy często przechodzi bez większego echa. 

W ostatnim czasie czytałam książkę kierowaną do podobnego targetu – „Wampirze Cesarstwo” Jaya Kristoffa. Przy tamtej powieści po prostu się nudziłam: to przegadana i mocno schematyczna historia, która trochę mnie wymęczyła. Za to „Miasto Mosiądzu” dostarczyło mi mniej-wiecej tego, co chciałam od tamtego tytułu: przyjemnej rozrywki. Gdyby tylko tę książkę trochę dopracować!



Nomida zaczarowane-szablony