Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thiller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thiller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lipca 2021

Kulawe konie: Sensowna sensacja, średnia książka o szpiegach

Gdy jesteś szpiegiem, wystarczy niewielki błąd, aby skutki były katastrofalne. Dlatego każdy takowy kończy wysłaniem niekompetentnego pracownika do Slough House – budynku, w którym pracują najniżej podstawione osoby, zajmujące się przede wszystkim pracą papierową. River nie ma jeszcze trzydziestu lat, ale przez swoją pomyłkę w trakcie testów, traci szansę na karierę. Ale szpieg przecież dalej pozostaje szpiegiem, nawet jeśli zmienia się w kulawego konia.

 

Mam na swoim koncie setki przeczytanych książek, ale do tej pory nie było wśród nich żadnej, która traktowałaby głównie o szpiegach. Dlatego „Kulawe konie” Micka Herrona wydały mi się co najmniej interesującą propozycją. Nie nazwałabym się może największą fanką Jamesa Bonda, ale jest coś klimatycznego w brytyjskich szpiegach. Poza tym skoro czysty thriller nie do końca mi odpowiada to pomyślałam, że być może książka będąca raczej sensacją będzie czymś dla mnie?

Kulawe konie
Mick Herron
wyd. Insignis, 2021
Slugh House, t. 1
I właściwie – nie ma co kryć – wyszło jak zwykle w takim przypadku, jeśli chodzi o moje odbieranie literatury. „Kulawe konie” są w porządku. Poprawnie napisane, raczej niezbyt problemowe technicznie, ale nie wywołały we mnie większych emocji.

Bez wątpienia nie pomógł tu początek książki. Sam wstęp jest naprawdę niezły. Nie dość, że to właśnie do niego kolorystycznie nawiązuje okładka (świetny pomysł!) to jeszcze ma w sobie prosty, pozornie oczywisty, ale przy tym kreatywny i wiarygodny koncept. Problem robi się zaraz za nim, gdy narrator próbuje przedstawić czytelnikowi wszystkie tytułowe kulawe konie. Co prawda to River pozostaje głównym bohaterem, ale jednak książka bazuje na grupie bohaterów, a Herron wprowadza ich w tak prosty i toporny sposób, jak tylko może.

Jak to robi? Po prostu zmienia perspektywę. W środku rozdziału, bez konkretnego powodu, czy sygnału, że zaraz to zrobi. Ot, najpierw główny bohater opowiada o swojej przeszłości, potem chwilę ma jego koleżanka, następnie kolega… Koniec końców, wszystkie postacie zlewają się ze sobą i nie wywołują większych emocji. Ta ekspozycja nie jest tragicznie przedstawiona i ma sens w kontekście historii, ale bez problemu można byłoby to zrobić ciekawiej, zgrabniej i klarowniej.

Dopiero po liczącym ok. 100 stron wstępie, przechodzimy do głównej akcji. Ta rozplanowana jest po prostu poprawnie. Nie jest to najbardziej skomplikowana czy zaskakująca fabuła, a nieco oczytany czytelnik szybko zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi, ale całokształt jakoś trzyma się kupy i właściwie nie mam mu wiele do zarzucenia.

Problemem, niestety, jest dla mnie styl książki Herrona. A właściwie styl jej tłumaczenia. Jestem rozpieszczonym przez polskich autorów czytelnikiem i uwielbiam, gdy język ma w sobie coś wciągającego i charakterystycznego. Niestety, w przypadku tłumaczeń, zwłaszcza niefantastycznych (w których realizm jednak ogranicza twórcę) ta specyfika po prostu zanika. Być może oryginalny język Herrona jest fascynujący, może jest w nim brytyjski klimat (sugerują to niektóre nawiązania) – ale tłumaczenie po prostu to zabija. Niszczy. Daje kolejną, zwyczajną pod kątem stylu wydmuszkę. Oczywiście to da się czytać i to nawet całkiem sprawnie, a osoby skupiające się tylko na literaturze zagranicznej pewnie nawet nie zwrócą na to uwagi, ale cóż, jestem rozpieszczona i dlatego od książki jednak chcę czegoś więcej.

Wydaje mi się też, że ta książka po prostu trochę rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Pomysł na wykorzystanie „potępionych” szpiegów nie jest zły, ale też daleko mu do oryginalności. Fabuła z kolei, choć poprawnie rozplanowana, jednak bardziej przypomina średniej klasy kryminał/sensacje, niż powieść szpiegowską. Więcej knucia i intryg jest choćby w „Grze o tron” Martina, a to przecież zaledwie początek cyklu, który jest tym naszpikowany. Tutaj to nie wybrzmiało dostatecznie, a historia raczej przypomina gonitwę za uciekinierem, niż coś, co dzieje się w ciszy, poza prawem, w spektakularny sposób dokonując istotnych dla całego kraju zmian.

„Kulawe konie” są porządnie warsztatową książką. Kto wie, być może nawet skuszę się na kolejny tom, aby sobie nieco urozmaicić czytane lektury? Nie zmienia to faktu, że chciałabym czegoś nieco lepszego. Ale to jestem ja – marudny czytelnik (przede wszystkim) polskiej fantastyki, który chce od autorów tylko więcej i lepiej. Osoba, która po prostu chce przeczytać coś rozrywkowego powinna być zadowolona z lektury.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 13 maja 2021

Zapłacisz mi za to: schematyczna eskalacja napięcia

Każda środa zmienia się w koszmar. Stalker Alice zdaje się wiedzieć o niej wszystko. Policja i prywatny detektyw są w kropce. Dziennikarka próbuje zachować spokój, ale sytuacja powoli zaczyna ją przerastać.

 

Moje pierwsze spotkanie z Teresą Driscoll odbyło się w 2018 roku, gdy recenzowałam przedpremierowo jej debiut, czyli „Obserwuje Cię”. Po czasie książka rozmyła się w mojej pamięci dość mocno, ale pamiętałam jedno: czytało się ją naprawdę szybko i lekko. A że lubię mieć na półce niefantastyczną odskocznię postanowiłam, że i kolejną powieść tej pisarki wydaną w Polsce sprawdzę. „Zapłacisz mi za to” łączy z poprzednią pozycją podobne brzmienie tytułu… i właściwie sporo części składowych.

Zapłacisz mi za to
Teresa Driscoll
Wyd. SQN, 2021

Jeśli dobrze pamiętam debiut Driscoll, pisany był głównie w narracji pierwszoosobowej. Wchodził lekko, fabularnie nie dało mu się właściwie nie zarzucić, a główną bohaterką była kobieta. Tak jest też i w tym przypadku. Widać, że „Zapłacisz mi za to” napisał ktoś „z głową”. Autorka była lub wciąż jest dziennikarką i potrafi konstruować tekst tak, by dobrze się go czytało.

Mój problem z tą książką polega jednak na tym, że poza tym… nie widzę w tej książce nic szczególnego. Nie zachwycił mnie styl, nie porwała fabuła, nie zaczęłam kibicować bohaterom. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy może być – paradoksalnie – zbyt duża kontrola Driscoll nad tekstem.

To powieść bardzo konkretnie skonstruowana. Historia skupia się wokół bezustannej eskalacji napięcia, które rośnie, i rośnie, i rośnie… By potem doprowadzić do raczej oczywistego rozwiązania. Autorka oczywiście w odpowiednich miejscach podrzuca inne tropy, ale wydaje mi się, że skoro ja przeczuwałam rozwiązanie to osoba, która tego typu tytuły wciąga na co dzień szybko załapie, o co w tej zagadce chodzi. Jednocześnie sama eskalacja jest poprowadzona w sposób sztampowy, przewidywalny, na dodatek często zapowiadany narracją (w stylu: „Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak źle będzie”).

Tak klarowna i konkretna konstrukcja bez wątpienia będzie odpowiadać wielu czytelnikom. Osoba, która literatury nie analizuje, a jedynie chce po prostu się rozerwać z miłą książką, najpewniej będzie z lektury „Zapłacisz mi za to” zadowolona. W końcu generalnie nie ma się tu do czego przyczepić. Pojawia się wątek psychologiczny, jest trochę o rodzinie. Alice jest postacią, z którą wielu czytelnikom będzie raczej łatwo się utożsamić. Zwroty akcji są tak wycyrklowane, że odbiorca nie zdąży się znudzić. To wręcz przykład książki idealnie przygotowanej pod sprzedaż.

A jednak ja po prostu chciałabym czegoś nieco więcej. Wierze, że Teresa Driscoll włożyła w swoją pracę sporo serca, szanuje ją za warsztat i generalnie: nic przeciwko niej nie mam. Mogę czytać, „nie boli” mnie ten tytuł. Ale jednocześnie przyznaję: trochę jednak zawodzi. Wolałabym, aby w tej powieści było choć trochę bardziej mięsiście. By zainteresowali mnie bohaterowie, bym uwielbiała klimat czy styl. Niestety, w tym przypadku autorce nie udało się na mnie zrobić większego wrażenia.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 22 października 2019

Nomida zaczarowane-szablony