Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cyberpunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cyberpunk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

Cyberpunk girls: czy wychodzi ponad przeciętność?

Jako że w ostatnim czasie stałam się małym zbieraczem antologii, „Cyberpunk girls” również musiały wpaść w moje ręce. Przyznaję, stało się tak głównie przez Martynę Raduchowską, która napisała do tego zbioru dwa teksty, a którą po prostu bardzo lubię jako pisarkę. Niestety, muszę z przykrością stwierdzić, że docierające do mnie mieszane opinie były jak najbardziej uzasadnione.

Cyberpunk girls
antologia wielu autorów
wyd. Uroboros, 2020

Poza Raduchowską w tym zborze znajdują się opowiadania Magdaleny Kucenty (nieznana mi autorka), Jagny Rolskiej (znana mi z jednego opowiadania), Krystyny Chodorowskiej (znana mi ze słyszenia), Gabrieli Palniki (nieznana dla mnie) i Agaty Suchockiej. Nie ma tu więc żadnego szczególnie dużego nazwiska ani pod względem popularności, ani jakości potwierdzonej nagrodami. Oczywiście to nie może skreślać antologii: o to w nich chodzi, aby móc poznać nowych autorów. Niestety, ten brak choćby jednego wybitnego jakościowo nazwiska był tu dość mocno widoczny.

Martyna Raduchowska dostarczyła dwa opowiadania: dłuższe i krótsze. „Heartbyte” jest solidnym, rozrywkowym tekstem, który czytało mi się naprawdę nieźle. Niemniej, nie wychodzi poza ten pułap, podobnie jak krótszy „Mindblow”. Lubię pomysły tej autorki, lubię jej styl, mam do niej ogólną słabość, ale to nie są teksty na tym najwyższym fantastycznym poziomie (choć solidną rozrywkę zawsze chętnie przyjmuje, coby nie było wątpliwości).

Tekstem z dobrym potencjałem było „Dotknąć ciemności” autorstwa Chodorowskiej i Paniki. To opowiadanie kryminalne, ze światem, który ma potencjalnie ciekawy background. Z tym że wydało mi się zbyt chaotyczne. Miało dobre i wciągające sceny bądź pomniejsze sekwencje, nie brakowało w nim interesujących pomysłów, ale sprawiało wrażenie niedopracowanego.

Poza tymi właściwie dwoma tekstami (krótszy tekst Raduchowskiej traktuje trochę jak bonus) żadne z opowiadań nie rzuciło mi się pozytywnie w oczy. Były albo przeciętne, albo poniżej i wręcz szkoda tracić czasu na rozpisywanie się o nich. Niestety. 

Cieszy mnie każda antologia, która ukazuje się na polskim rynku. Takie zbiory pozwalają oddać głos pisarzom, pozwalają porównać różnorodne koncepcje i cieszyć się wspólnie dobrymi historiami. Niemniej, stworzenie dobrego zbioru nie jest też proste, z czego w pełni zdaje sobie sprawę. Tu niestety nie do końca się to udało.



sobota, 9 października 2021

Underground: czeski sensacyjny cyberpunk


Praga w roku 2107 jest zniszczona katastrofami i przypomina anarchiczne miasto-państwo. Zamieszkujący ją Vachten jest byłym policjantem, który obecnie pracuje jako najemnik od brudnej roboty. Tym razem zlecenie wydaje się proste: ma chronić cybernetyczną czarodziejkę, Fairy Fay. Szybko jednak odkrywa, że tutaj chodzi o coś więcej.

 

Choć Czechy odwiedzałam wielokrotnie i choć niby nam – Polakom – do nich całkiem blisko to chyba jeszcze nigdy wcześniej nie miałam w rękach książki napisanej przez autora pochodzącego z tego właśnie kraju. „Underground” jest więc pierwszą taką książką, która wpadła mi w ręce. Jej autorem jest Frantisek Kotleta, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Według opisu przygotowanego przez wydawcę powieści jest to jednak dość poczytny twórca z tego kraju, a sama przetłumaczona na polski powieść była bestsellerem w 2020 roku. Biorąc pod uwagę zarówno to, jak i wygląd samej okładki zakładałam, że trafi w moje ręce raczej komercyjne, rozrywkowe science-fiction.

Underground
Frantisek Kotleta
wyd. Silesia Progress, 2021

I tak też jest w istocie. Mamy tu do czynienia z cyberpunkiem, osadzonym w post-katastroficznym świecie. Nie istnieją już państwa jako takie, a jedynie mniejsze obszary, rządzone przez tego, kto akurat przejmie władzę. Sama Praga jest podzielona na trzy poziomy (biedotę, klasę średnią i bogaczy) i im ktoś mieszka wyżej, tym więcej ma pieniędzy i tym więcej może. Klimat tej książki jest do pewnego stopnia zbliżony do „Hel-3” Grzędowicza i zresztą do wielu innych tego typu dzieł.

Jak to w cyberpunku już bywa, świat bogaczy jest hedonistyczny, ma przedziwne (wręcz komiksowe) zachcianki, jest do gruntu zły. Świat biedoty zaś to osoby, które ledwo wiążą koniec z końcem, żywiąc się ludzkim mięsem, które udaje wieprzowinę. Właściwie „Underground” to dwie równie niebezpieczne dla przeciętnej jednostki skrajności: nie ważne, w której części tego świata żyjesz, i tak możesz szybko stracić życie.

W tym całym chaosie główny bohater, Vachten, ma do wykonania zadanie. Pod jego opiekę trafia cybernetyczna czarodziejka, która w tym przypadku jest po prostu naszpikowaną elektroniką kobietą do towarzystwa.

I tak – Kotleta wykorzystuje to tak bardzo, jak tylko może, przynajmniej do pierwszej połowy książki. Choć po obecnie wydawane książki Fabryki Słów raczej nie sięgam to przynajmniej te kilka lat temu bez problemu mogliby „Underground” wydać, bo to, jak lekka jest ta powieść, w połączeniu z ilością takich typowo męskich opisów kobiecego ciała sprawia, że to wygląda na ten sam target. Choć mamy tu do czynienia z narracją pierwszoosobową, a więc możemy zakładać, że po prostu bohater uwielbia komentować kobiece ciało, to miałam po prostu wrażenie, że Kotleta, jako pisarz, po prostu chciał tym trochę szokować, bądź też realizował jakieś swoje własne fantazje. Nie przeszkadzało mi to za bardzo, ale nie zawsze było smaczne i czasem niektóre fragmenty wyglądały tak, jakby zostały wciśnięte do tekstu na siłę.

Poza tym mam wrażenie, że „Underground”… kompletnie niczym się nie wyróżnia. Ot, mamy tego silnego faceta z zasadami, choć zniszczonego przez życie, który musi rozwikłać zagadkę, uratować kobietę i ogólnie rzecz biorąc – postąpić słusznie. To bardziej sensacja, niż kryminał, toteż nie brakuje strzelanin, prób mordowania się nawzajem, akcji ratunkowych i tym podobnych. Czytałam już taką ilość tego typu powieści, że szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to zainteresowało. Ja już to wszystko widziałam – Koleta w swojej powieści nie zrobił nic nowatorskiego. Dlatego gdzieś po połowie książki stopniowo coraz bardziej traciłam nią zainteresowanie.

Styl autora jest prosty, raczej klarowny, komercyjny i typowo akcyjny. Trudno się w tym zgubić, ale też nie ma w jego języku czegoś, co sprawiałoby, że miałabym ochotę czytać Kotletę dla samego chłonięcia jego słów, co czasem się zdarza. Warto też nadmienić, ze mimo posiadania poprawionego dodruku zauważyłam kilka błędów, ale z drugiej strony: wiem, jak trudna jest praca redaktora i korektora, więc nie mam zamiaru szczególnie się do tego czepiać.

To, co mnie jedynie zaskoczyło to fakt, ze tutaj dźwięki broni są zapisywane… jako dialog. Przyznaję, wygląda to nieco dziwnie i przynajmniej mnie wybijało nieco z rytmu. Ale być może Czesi tak zapisują dźwięki? Nie wiem, ale jeśli tak – to całkiem ciekawa różnica.

Jestem przekonana, że Czesi mają w swoim fantastycznym dorobku mniej komercyjne i mniej zwyczajne powieści. Ta jest przykładem bardzo typowego cyberpunku, jakiego można u nas znaleźć mimo wszystko dość sporo, dlatego mnie osobiście niczym szczególnym nie zainteresowała. Niemniej, cieszę się, że „Underground” pojawiło się na polskim rynku i to nakładem nieco bardziej niszowego wydawnictwa, które fantastyką ogólnie się nie zajmuje. I jak najbardziej rozumiem, że tłumaczenie musi się sprzedać, a tego typu książka ma do tego największe predyspozycję. Tylko najzwyczajniej w świecie – nie pogardziłabym serią jakiś czeskich klasyków fantastyki, zamiast zeszłorocznym i typowo „strzelankowym” bestsellerem. Ale to jestem ja, a ze mnie raczej dość wybredny czytelnik. Z kolei bardziej „zwyczajna” osoba, która szuka lekkiej, dość męskiej i przy okazji sensacyjnej książki, a nie wyjątkowych konceptów w fantastyce, jak najbardziej może z lektury „Undergroundu” być zadowolona.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Silesia Progress!




czwartek, 31 grudnia 2020

Kwantowy Złodziej: Pozorne "hard SF"

Więzienie przyszłości to wcale nie przelewki i Jean le Flambeur został sobą tylko dlatego, że udaje mu się z niego uciec. Wybitny złodziej, niezrównany w swoim fachu, ma do spłacenia dług. Dopiero gdy to zrobi, będzie mógł być prawdziwie wolny.

 

Nim sięgnęłam po „Kwantowego złodzieja” byłam wielokrotnie ostrzegana, że to „NAPRAWDĘ hard SF”. Że kolejne tomy są lepsze i że po prostu mam przez pierwszy przebrnąć. Przyjmując te informacje do wiadomości zabrałam się za lekturę, dość prędko orientując się, o co w tym wszystkim chodzi i skąd ta cała trudność w przyswojeniu tej książki.

Warto jednak zaznaczyć, że Hannu Rajaniemi jest fińskim pisarzem dla którego ta wydana po raz pierwszy w 2010 roku powieść była debiutem. Mamy tu więc doczynienia z quasi-amatorem, który pisania się tak naprawdę dopiero uczy. I mam wrażenie, że problemy tej książki (a one jak najbardziej są… w sporej ilości) wynikają w dużej mierze właśnie z tego.

Kwantowy Złodziej
Hannu Rajaniemi
wyd. Mag, 2018
Jean le Flambeur, t. 1

Przejdźmy więc może do tej najważniejszej kwestii, czyli tej mitycznej twardości „Kwantowego złodzieja”. Opis wydawcy wyraźnie bowiem sugeruje fantastykę rozrywkową, a nie problemową i fabuła jako taka też to potwierdza. Debiut Rajaniemi NIE JEST książką, która próbuje analizować trudne społecznie tematy, która zajmuje się filozofią czy nauką. Jednocześnie jednak autor zdecydował się dość irytujący zabieg językowy, polegający na wciskaniu takiej ilości dziwnych, futurystycznych słów do tekstu, ile mu tylko wpadnie do głowy. Część z nich wyjaśnia, część nie, ale koniec końców dostajemy powieść napisaną językiem raczej prostym i rozrywkowym… pod warunkiem, że usuniemy te wszystkie „scenografie umysłowe”, „panoptikumy”, plastomaterie” czy „gevuloty”.

Specyficzne słownictwo jest bowiem dobre, ale wtedy, gdy nie ma go nadmiernie i gdy dodane jest dla klimatu lub ekspozycji, a nie po to, by czytelnika zadziwić i zgubić, a mam wrażenie, że właśnie to się tu autorowi wkradło. Przedobrzył – po prostu.

Przez całą tą otoczkę właściwie trudno czasem skupić się na linii fabularnej. Ta jest pozornie prosta, ale czasem po prostu trudno zrozumieć, o co pisarzowi chodzi. Gdy bohater robi [dziwne słowo] i autor nie wyjaśnia nam, czym to jest, możemy się czasem domyślać jedynie z kontekstu. Ja, jako czytelnik fantastyki, byłam w stanie przez to przebrnąć, ale jestem jednak w mniejszości. Przeciętny czytelnik pewnie po prostu by się zirytował i odstawił „Kwantowego złodzieja” na półkę. Nie dziwię się, że ta powieść w ostatnim czasie nie sprzedawała się najlepiej.

To wszystko właściwie psuje efekt, jaki miałaby ta powieść, gdyby była pisana zwyczajnym, niezbyt udziwnionym stylem. Gdyby tylko Jean oraz towarzysząca mu Mieli dostali nieco więcej charyzmy, mogliby stanowić naprawdę ciekawy duet, a sama historia mogłaby dobrze płynąć i świetnie działać. W takiej sytuacji działa jedynie przeciętnie, zwyczajnie. Nie wpada w pamięć na dłużej.

I w takiej chwili warto sobie przypomnieć, że to naprawdę jest… debiut. Mam wrażenie, że pod tą warstwą „hard SF” skrywa się po prostu jeszcze niezbyt doświadczony pisarz, o czym łatwo zapomnieć, gdy regularnie dostajemy zlepkiem trudnych słów, które zdają się brzmieć profesjonalnie. Niestety, to „hard” jest tu właściwie „mową-watą”, która nie wnosi wiele ani do fabuły ani do klimatu. Przeciwnie, wręcz jej przeszkadza.

Nie mogę się też powstrzymać i nie porównać „Kwantowego złodzieja” do „Modyfikowanego węgla” Morgana. W obydwu tych historiach mamy motyw ludzi, których ciało nie zawsze należy do nich, choć w inny sposób. Ponadto całość trochę kojarzyła mi się stylem i takim „męskim” podejściem do tematu, choć tu muszę zaznaczyć, że Rajaniemi przynajmniej na razie wypada lepiej. Nie mamy tutaj dokładnie rozpisanych scen erotycznych (panie Morgan, to było naprawdę kiepskie!), a całość, mimo wszystko, wypada sympatyczniej niż drugi i trzeci tom cyklu o Takeshim Kovacs.

Jako, że kolejne tomy czekają na mojej półce i że podobno mają być lepsze na pewno będę je sprawdzać. Na ten moment wolę się jednak wstrzymać od konkretnego sądu. Mam jedynie nadzieję, że ta przeprawa była tego warta i w kolejnym tomie Rajaniemi pokaże, o co mu z tym całym futuryzmem chodziło.


sobota, 19 grudnia 2020

Fantastyczne opowieści wigilijne: antologia dobra nie tylko na święta

Po co pewnej rodzinie ochroniarz w trakcie poszukiwań choinki? W jaki sposób dziadek do orzechów może wzbudzić rewolucje? A co byłoby gdyby Trzej Królowie tak naprawdę okazali się zbirami, a nie szlachetnymi mężami podążającymi za proroctwem? Trzynaście świątecznych i fantastycznych opowiadań na wyjątkowe święta – to jest coś, co każdy czytelnik powinien mieć w rękach.


Sposobów na tworzenie antologii jest co najmniej kilka. Może to być antologia konkursowa. Może to być zbiór jednego, często całkiem znanego autora. Zdarzają się też zbiory tematyczne, w których wydawca czy redaktor zarzuca temat, a pisarze tworzą teksty na zamówienie. Ale są też zbiory takie jak ten: „Fantastyczne opowieści wigilijne” to wybór najlepszych opowiadań świąteczno-fantastycznych, na jakie Piotr Gociek trafił kiedykolwiek. I takie antologie, moim zdaniem, mają szansę zawierać naprawdę dobre teksty. Z tym zbiorem tak właśnie jest.

Fantastyczne opowieści wigilijne
antologia, wybór Piotr Gociek
wyd. Zysk i s-ka, 2020

Zacznijmy od tego, że cieszę się, że ta książka w ogóle wyszła. Ze świątecznych książek fantastycznych z lat poprzednich kojarzę jedynie „Dynię i jemiołę” Jadowskiej. Co roku wychodzi wiele książek obyczajowych czy kryminalnych o takiej tematyce, a osoby lubiące nierealistyczny nurt zwykle nie mają po co sięgać. W tym roku, na szczęście, wydawnictwo Zysk po prostu nam to umożliwiło, mimo że antologie raczej nie są tymi najbardziej dochodowymi. Takie inicjatywy naprawdę warto wspierać.

Przechodząc do samego zbiorku: Gociek przekazuje nam zbiór z twórcami zarówno polskimi, jak i zagranicznymi. Mamy tu pisarzy bardziej znanych, takich jak Orson Scott Card, mamy sporo twórców z polskiej „starej gwardii” – dobrej, choć dziś już częsciwo zapomnianej przez młodsze pokolenie (Kochański, Oramus, Sędzikowska). Jest popularny dziś Łukasz Orbitowski, jak i twórcy w ogóle lub prawie w ogóle na polski nie tłumaczeni, choćby dlatego, że piszą głownie opowiadania. A jak już wspominałam, antologie nie są czymś, co na naszym rynku dobrze się sprzedaje. Jeśli miałabym wszystkie te teksty krótko podsumować, powiedziałabym po prostu, że Gociek wykonał naprawdę kawał dobrej roboty i opowiadania po prostu trzymają wysoki poziom. Ale może omówię chociaż kilka z nich, aby nie zostawać gołosłownym.

Uwagę czytelników w przypadku tego zbioru zwraca często uwagę „Dziecko z Marsa” Davida Gerrolda. Tekst pozornie najmniej świąteczny i zdecydowanie najmniej fantastyczny, ale przy tym poruszający temat ważny, bo wciąż dość „zakazany”. Gerrold opowiada nam o samotnym ojcu adopcyjnym i robi to w sposób niezwykle wrażliwy i ciepły. Nie dziw: sam takowym jest. To dobry tekst i jak zauważa sam Gociek – uniwersalny, bo autor choć mógł to przynajmniej w tej wersji uniknął nawiązań wychodzących poza ojcowską miłość.

Opowiadanie „Po choinką” Kochańskiego to przewrotna opowieść o Świętym Mikołaju. „Wigilijne psy” Orbitowskiego podobno są już całkiem kultowym tekstem, a ich klimat przynajmniej odrobinkę zmierza w stronę horroru. „Opowieść wigilijna” Oramusa jest baśnią o typach z ulicy, którzy jednak też czują magię świąt. Nie brakuje tu też świątecznej inwazji obcych, którą przedstawia nam Connie Willis w „Gazetce”. Najlepszy z tych tekstów to jednak moim zdaniem – ten ostatni.

„ Mistrzowskie posunięcie dziadka do orzechów” Janet Kagan nie bez powodu w 1993 roku zdobyło Nagrodę Hugo. Choć to świąteczne opowiadanie i jako takie sprawdza się doskonale to mamy tu też całkiem niezły pokaz światotworzenia. Mamy barwne postacie, między którymi naprawdę pojawia się chemia oraz – a właściwie przede wszystkim – mamy tu poruszenie tematu polityki i tego, jak ta działa. Także w naszym świecie.

Pod koniec zbiorku możemy znaleźć notkę o każdym autorze, napisaną osobiście przez Gocieka. Nie są to więc zupełnie puste, encyklopedyczne wpisy. Twórca zbioru informuje, czemu wybrał właśnie tego pisarza i ten tekst, czasem dodając jakąś ciekawostkę czy anegdotkę, dzięki czemu nawet ci nieznani nam twórcy mogą stać się dla nas kimś nieco bliższym.

Tak jak i autor, tak i ja mam zamiar nawoływać do rozmawiania i kupowania „Fantastycznych opowieści wigilijnych”. Naprawdę brakuje nam takich zbiorów w Polsce i nie miałabym nic przeciwko, gdyby w przyszłym roku pojawiła się swoista kontynuacja tego. Do tego jednak potrzeba czytelnika, który takie autorskie „widzimisię” opłaci. A więc kupujcie i czytajcie, albo wręczajcie innym na prezenty, bo to naprawdę kawał dobrych opowiadań, nie tylko w kategorii „świątecznych”.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!

niedziela, 6 grudnia 2020

Człowiek do przeróbki: jak dokonać morderstwa, gdy wszyscy czytają Ci w myślach?


Gdy wśród zwykłych ludzi krążą telepaci, trudno popełnić przemyślane przestępstwo. Taka jednostka zostanie złapana, nim do niego dojdzie. Ben Reich doskonale o tym wie. Planuje więc zbrodnie doskonałą, która pomoże mu przechytrzyć prawo i dokonać pierwszego od siedemdziesięciu lat morderstwa. Lincoln Powell, wybitny telepata i detektyw, prowadzi w jego sprawie śledztwo.

 

Premiera „Cyberpunku 2077” sprawiła, że w tym roku polski rynek związany właśnie z cyberpunkiem nieco odżył. Pojawiły się związane z nim teksty, zarówno nowsze, jak i te starsze w nowych wydaniach. Przykładem tego jest „Człowiek do przeróbki” Alfreda Bestera. To powieść z 1953 roku , która według wydawcy zapoczątkowała ten nurt, choć nazwany został dopiero jakieś trzydzieści lat później, a za jego ojca uznaje się Williama Gibsona, który zadebiutował dopiero w 1984 roku. Mimo tego „Człowieka do przeróbki” spokojnie mogę do tego nurtu zaliczyć – ba, nawet nie zestarzała się ta książka szczególnie, nawet w kontekście współczesnych powieści cyberpunkowych.

Człowiek do przeróbki
Alfred Bester
wyd. Dom wydawniczy Rebis, 2020

No, nie że tak w ogóle. Te siedemdziesiąt lat w kilku elementach w niej widać. Na szczęście, raczej nie w samym nazewnictwie. Właściwie jeśli chodzi o technologię to jedynie słowo „rakieta” rzuciło mi się w oczy jako powiew starych czasów w fantastyce naukowej. Poza tym wszystkie wynalazki istnieją w świecie przedstawionym zupełnie naturalnie i nawet, jeśli ich współczesne odpowiedniki nie zgadzają się z nazwami z naszymi to nie zwróciło to mojej uwagi.

Zwłaszcza, że ta warstwa związana z tworzeniem świata jest w tej powieści wręcz świetna. Co prawda dziś sam koncept nie jest może nadzwyczaj unikatowy, ale fragmenty, w których występują telepaci i robią swoje „telepatyczne” rzeczy są jednymi z moich ulubionych. Na przykład, autor wpadł na pomysł, aby jego uzdolnieni nadnaturalnie ludzie rozmawiali myśląc… przeplatankami. Niby prosta sprawa a jak cieszy!

Z resztą, sam styl Bestera zdaje się być bardzo inteligentny. Nie zachwyca poetyckością, jest dość zwięzły, ale przy okazji czytając miałam wrażenie, że wchodzę w pewien dialog z naprawdę mądrym człowiekiem, który ma mi do przekazania coś ciekawego, a to zawsze jest dobre poczucie w przypadku lektury takiej jak ta. Autor zręcznie nakreśla nam też głównych bohaterów, POKAZUJE, a nie MÓWI o tym, że są zdolni i utalentowani, dobrze nakreśla ich charakter, ale…

No i tu pojawia się niestety kwestia związana z mijającym czasem. Zarówno Reich i Powell to konkretnie wykreowane postacie, każda ze swoim szkieletem i cechami. Tyle, że z powodu niewielkiej objętości tej powieści czegoś mi zabrakło. Dosłownie kilku scenek, które pozwoliłyby mi się zżyć z tymi postaciami lepiej. Bo gdy zamierzamy stworzyć kryminał, w którym Genialny Zły i Genialny Dobry mają zamiar się ganiać i wzajemnie próbować oszukać to warto chyba pozwolić czytelnikowi spędzić z postaciami trochę więcej czasu. Reich dostaje go zaś za mało na początku (jego postać opiera się jedynie na koncepcie morderstwa), a Powellowi brakuje odrobiny rozwinięcia później. Przynajmniej w moim odczuciu.

Poza tym o ile pierwsza połowa powieści jest naprawdę dobra, o tyle w drugiej połowie wdziera się nam trochę chaosu, tak jakby autor nie do końca wiedział, jak tą sprawę rozwiązać. Tak, jakby jego własne postacie trochę przerosły go inteligencją i jakby Bester nie wiedział już, co powinny zrobić, aby ten pościg w kotka i myszkę trwał dalej.

Niemniej, te dwie wady nie przeszkadzają mi w tym, aby „Człowieka do przeróbki” bardzo lubić. To porządnie napisana fantastyka naukowa, która przy okazji jest niezłym kryminałem. Co prawda moim zdaniem ten nadprzyrodzony element wypada tu koniec końców nieco lepiej, bo śledztwo w pewnej chwili po prostu zaczyna się nieco sypać, ale tak czy siak to po prostu lektura na wysokim poziomie.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!
Nomida zaczarowane-szablony