Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2022

Golem: spodziewałam się czegoś innego


Przełom XIX i XX w. Atanazy Pernat, mieszkający w praskim getcie, zajmuje się wycinaniem kamei. Pewnego dnia w jego ręce trafia tajemnicza książka.




To, że jakaś książka jest klasykiem, wcale nie oznacza, że jest literaturą, która będzie mi się szczerze podobać. Na przykład doskonale wiem, że z twórczością takiego Witolda Gombrowicza nie jest mi kompletnie po drodze i nawet nie będę udawać, że mam ochotę po niego sięgać. Jak się okazało, do grona takich klasycznych twórców dołącza również Gustav Meyrink. Jego „Golem” zdecydowanie nie jest czymś dla mnie.

Przyznaję, że o tym twórcy w ogóle dowiedziałam się czystym przypadkiem. Wydawnictwo Vesper oferowało na stronie swojej księgarni paczkę z klasykami grozy, a że trzy na pięć miałam w planach, to po prostu wzięłam, uznając, że mogę taką literaturę sprawdzić. I niestety, po prostu nie trafiłam na coś, co mnie interesuje.

Golem
Gustaw Meyrnik
wyd. Vesper, 2014

Zacznijmy jednak od rzeczy, które w „Golemie” doceniam. Przede wszystkim: styl. W moje ręce trafiło pierwsze polskie tłumaczenie z 1919 roku autorstwa naszego poety, Antoniego Lange. I zdecydowanie widać, że słowa poukładane są zręcznie, a krótkie scenki same w sobie przynajmniej mi czytało się dobrze. To jest ładnie napisana i przetłumaczona powieść.

Drugą rzeczą jest nawiązanie do żydowskiej kabały. Acz nawiązanie samo w sobie, niekoniecznie już wykonanie, bo po prostu powieść w całości była dla mnie męcząca. Trzecią rzeczą są pojedyncze sceny, relacje między postaciami, opisy niektórych wydarzeń: te naprawdę momentami potrafiły mnie zainteresować.

Niestety, jak już wspomniałam, całościowo to nie jest kompletnie coś dla mnie. Być może dlatego, że najzwyczajniej w świecie spodziewałam się czegoś innego? Co prawda o autorze nie wiedziałam wcześniej właściwie nic, ale patrząc na tytuł i inne dzieła z podobnego okresu, miałam chyba nadzieję na opowieść o potworze i obserwację jego drogi. A jednak tego po prostu kompletnie nie dostałam. Za to dostałam opowieść, która docierała do mnie jak przez mgłę, a im bardziej próbowałam się na treści skupić, tym mniej docierał do mnie sens fabuły i po prostu traciłam zainteresowanie. 

Zdecydowanie, nie polubiliśmy się. I w gruncie rzeczy nawet nie jestem w stanie wskazać jakiś bardzo konkretnych powodów. To po prostu nie jest lektura dla mnie.


 

czwartek, 18 lutego 2021

Silver. Trzecia księga snów: To mogła być kreatywna przygoda.


Nikt w szkole, do której chodzi Liv, nie ma pojęcia, jakim cudem anonimowa blogerka wie coraz to więcej i więcej szczegółów na temat uczniów. Na dodatek, Arthur cały czas rośnie w siłę i zachowuje się coraz bardziej

 

Jeśli dobrze pamiętam, „Trylogia czasu” Kerstin Gier zaczynała się całkiem dobrze. Była całkiem kreatywna, nieźle tworzyła świat przedstawiony i mogła być czymś naprawdę całkiem unikatowym. Niestety, ten cykl został niemal dosłownie „zjedzony” przez romans. Fabuła trzech tomów trwała tydzień (!), a bohaterka non stop jedynie schodziła się i rozchodziła z głównym męskim protagonistom. Dlatego liczyłam, że w „Trylogii snów” autorka nauczona już poprzednim tomem stworzy coś lepszego. Może podobnego konstrukcyjnie, ale wykorzystującego w pełni potencjał pomysłu.

Silver. Trzecia księga snów
Kerstin Gier
Wyd. Media Rodzina, 2017
Trylogia snów, t. 3

Po „Silver. Księdze trzeciej snów” stwierdzam jednak, że i tym razem do końca jej to nie wyszło. Owszem, nie zmieniam zdania co do całokształtu: to dalej porządna warsztatowo powieść dla młodzieży, która przedstawia dobre wzorce, jest sympatyczna i ogółem w swojej kategorii naprawdę zasługuje na posiadaną popularność. Nie mam co do tego wątpliwości.

Musze też dodać, że element romantyczny wypada tu odrobinę lepiej. Co prawda główny – nazwijmy to – wątek – który ciągnie się od tomu drugiego, czyli „pierwszy raz”, o którym Liv regularnie myśli, był nieco męczący, ale jej sama relacja z Henrym jest po prostu wiarygodna. Co najważniejsze, trwa dość długo i stopniowo się rozwija, co w przypadku „Trylogii czasu” nie miało miejsca.

Problem niestety leży w samej konstrukcji głównej intrygi (która i tak schodzi na dalszy plan na rzecz szkolno-rodzinnych dramatów) oraz pomysłu autorki na śnienie. W tamtej serii element tworzenia świata był całkiem dobrze uzasadniony i choć wypadał raczej bardziej, niż mniej sztampowo to na tej podstawowej bazie miało to jakiś sens i mogło działać. I gdy w przypadku „Trylogii snów” pierwszy tom nie dał dobrych odpowiedzi, liczyłam, że da je w tomie drugim lub trzecim. Chciałam dowiedzieć się, W JAKI SPOSÓB to działa, kto za tym stoi, chciałam ciekawej intrygi z tym związanej. A dostałam… właściwie nic.

Bo Gier nie wyjaśnia, jakim cudem jej bohaterowie mogą dostawać się do snów. Mogą i już. Opisuje zasady, które w nich obowiązują, ale nie tłumaczy, jak to zjawisko wkrada się do naszego świata. Nie dostajemy też żadnej większej organizacji, czy dorosłej osoby, będącej specjalistą od tego typu działań. Wszystkie czyny i działania należą do nastolatków, którzy – jak na osoby w tym wieku przystało – zachowują się często melodramatycznie, emocjonalnie i irracjonalnie. Z tego powodu śmiem też twierdzić, że główny złoczyńca tej historii jest jednym z najgorzej skonstruowanych i najnudniejszych antagonistów, z jakimi ostatnio się zetknęłam.

Naprawdę im dalej brnęłam w lekturę, tym mniejszą miałam na nią ochotę. Mam poczucie, jakbym przeczytała trzy razy tę samą powieść, zamiast trzech tomów jednego cyklu. Ich schematy są do siebie naprawdę bardzo podobne i nie wprowadzają wcale nic nowego, a przynajmniej: dla mnie tego nie robią. Bo nastoletni czytelnik, do którego będzie bardziej przemawiać typowa „teen drama” pewnie łyknie to wszystko, jak na młodego pelikana przystało. I właściwie dobrze, bo pod tym względem to nie jest najgorsza książka. Niestety, jednak ja szukam na pierwszym miejscu ciekawej historii oraz kreatywnego podejścia do tworzenia fantastycznych światów, a nie powieści dla konkretnej grupy wiekowej.


piątek, 5 lutego 2021

Silver. Druga księga snów: Ciąg dalszy szkolno-rodzinnych dramatów z dodatkiem magii

 

Gdy Anabel trafiła do szpitala psychiatrycznego, Liv oraz jej bliscy w końcu mogli odetchnąć z ulgą. Wszystko w życiu nastolatki wydaje się układać. Jej mama jest szczęśliwie zakochana, wraz z siostrą coraz lepiej odnajdują się w szkole, a Henry zdaje się być chłopakiem marzeń. Na dodatek wciąż mogą spędzać całe noce we wspólnych snach na jawie! Sielanka jednak kończy się, gdy Liv odkrywa, że jej ukochany coś przed nią ukrywa.

 

Silver. Druga księga snów
Kerstin Gier
wyd. Media Rodzina, 2016
Trylogia Snów, t. 2

Bardzo często w sieci widzę „Trylogię snów” Gier ocenianą od razu w całości. Osobiście nie lubię tego robić, bo każdy tom może mieć różny poziom i różne wątki. Rozwijać inne tematy. Jednak odnoszę wrażenie, że w przypadku tego cyklu to jednak mogło być uzasadnione. O „Silver. Drugiej księdze snów” właściwie nie mam bowiem co pisać. To w całości powtórka z rozrywki.

Ponownie główny nacisk położony jest na sytuację szkolno-rodzinną głównej bohaterki. To niesnaski wynikające z połączenia dwóch rodzin są tu najważniejsze. Liv właściwie cały czas myśli o swoich bliskich, o tym co powinni, a czego nie powinni robić. Oczywiście młoda bohaterka wiele czasu spędza również ze swoim nowym chłopakiem, który jest miły, kochany i dobry. Z resztą, tę książkę Gier cechuje spora dawka ciepła. Wszyscy otaczający naszą główną bohaterkę to ludzie mili, którzy są względem siebie dobrzy, wyłączając te wyraźnie czarne charaktery.

A sny? One są tylko pewnym dodatkiem. To trochę jak z serialem „H2O – wystarczy kropla". Niby główne bohaterki zamieniają się w syreny, gdy tylko ich ciała dotknie woda, ale w gruncie rzeczy serial opowiadał raczej o codziennym życiu. Ogony jedynie czasem pomagały im te problemy rozwiązać, lub je powodowały, ale w gruncie rzeczy była to pewna metafora dla zwyczajnych, nastoletnich „dram”. Tu mamy to samo. Liv wykorzystuje sny np. po to, aby spotkać się ze swoim ukochanym, gdy ten w ciągu dnia z jakichś powodów nie może tego zrobić.

Intryga, czy cała zagadka wiążąca główną fabułę jest dość podobna w swoim tempie i klimacie, jak ta z pierwszej części. To znaczy, niby jest, ale ani wiele nie wyjaśnia, ani nie jest szczególnie interesująca, czy kreatywna. Ot, grupa dzieciaków zyskała umiejętność świadomego śnienia oraz odwiedzania się w snach z jakiegoś powodu. Jakiego? Nie wiemy. To z resztą zdaje się nie być zbyt istotne dla fabuły.

Naprawdę chyba nie mam już nic do dodania. „Silver. Druga księga snów” daje czytelnikowi dokładnie to samo, co tom pierwszy. Jest przy tym porządną literaturą młodzieżową, z którą pewnie nieźle utożsami się wiele nastolatek. Ale sny to tak ciekawy motyw, że jednak czuję się nieco zawiedziona. Liczyłam na masę szaleństwa, na feerię barw, na kreatywne wykorzystanie nocnych mar, a tego wewnątrz po prostu nie ma.


niedziela, 24 stycznia 2021

Silver. Pierwsza księga snów: sympatycznie dla młodzieży, choć nie bez wad

 Rodzina Liv od lat regularnie się przeprowadza. Tym razem wraz z szesnastolatką przemieszczają się do Londynu. Wraz z młodszą siostrą dziewczyna trafia do bardzo dobrej szkoły, gdzie poznaje czwórkę starszych chłopców, którzy wyraźnie coś ukrywają.

 

Kerstin Gier to niemiecka pisarka, która do tej pory była mi znana z „Trylogii czasu”. To cykl dla młodzieży z całkiem dobrym pomysłem wyjściowym, ale koniec końców wykonany trochę „na szybko” i ze zbyt dużym skupieniem się na romansie. Niemniej, wspominam ją lepiej niż większość na przykład amerykańskich powieści fantasy dla młodzieży i mimo wszystko byłam trochę ciekawa drugiej trylogii tej autorki. W końcu jestem po pierwszej części, czyli „Silver. Pierwszej księdze snów” i faktycznie moje zdanie zdaje się potwierdzać. Mianowicie, Amerykanie może i piszą najwięcej tego typu książek, ale robią to jednocześnie chyba najgorzej. Bo choć początek tej serii ideałem nie jest to ma w sobie coś naprawdę uroczego.

Ową uroczość widać już na pierwszy rzut oka, bo właściwie cała książka jest wydana w absurdalnie słodki sposób. Twarda oprawa z posrebrzanymi elementami, śliczna wklejka wewnątrz, ilustracje kwiatów co kilka stron… To trochę książka-zabawka, którą aż przyjemnie trzyma się w ręce.

Silver. Pierwsza księga snów
Kerstin Gier
wyd. Media Rodzina
Trylogia snów, t. 1

Jak jednak wypada treść? Na pewno sam język Gier jest przystępny i lekki. Miły, ale nie nadmiernie infantylny. Nie jest przy tym wybitnie kreatywny czy poetycki, ale jak najbardziej: poprawny. Jeśli to jest dla kogoś istotne: w przypadku tego cyklu mamy narracje pierwszoosobową. Nie mamy tu też wulgaryzmów, ale za to treść w pewnym momencie fabuły zaczyna mocno kręcić się wokół seksualności, czy średniego wieku bycia dziewicą. Szczerze mówiąc, zawsze mnie to dziwi w przypadku książek dla młodzieży, zwłaszcza tych wycelowanych w nieco młodsze dziewczyny. Liv ma 16 lat: to naprawdę nie jest aż tak dużo! Niemniej, w tym wypadku do pewnego stopnia ten temat jest uzasadniony fabułą.

Pierwsza część „Silver” i z resztą cały ten cykl zawsze kojarzył mi się z czymś BARDZO mocno skupionym na śnie. Nawiązuje do niego okładka czy tytuł, a czytane przeze mnie recenzje zawsze zachwycały się tym elementem. Dla mnie jednak ta książka właściwie bardziej przypomina obyczaj z dodatkiem fantastyki. Lwia część tej historii to opisy przeprowadzki, problemów życiowych czy szkolnych głównej bohaterki. Te elementy magiczne oczywiście tu występują, ale nie są ani wprowadzone w jakiś wyjątkowo kreatywny sposób, a na to skrycie liczyłam. Niestety, o ile więc targetowi tej książki być może taki podział naprawdę się spodoba, o tyle mnie perypetie szkolno-sercowe już niekoniecznie interesują, a świat przedstawiony mógłby wyglądać znacznie lepiej.

Szczególnie, że przynajmniej w tym tomie nie mamy jakiejś szczególnej ilości akcji pod kątem głównej osi fabularnej. Gier rysuje nam obraz złego, tworzy nawet jakąś intrygę, ale koniec końców to nie ona gra w tej książce pierwsze skrzypce. Naprawdę znacznie istotniejsze są problemy nastolatek i choć wiem, że to ważny element powieści młodzieżowych to ja po tego typu powieści nie sięgam dla nich.

Mam też kilka myśli związanych z tą powieścią ogólnie. Po pierwsze, matka Liv to wykładowczyni literatury, która co rok przenosi się do innego państwa. Wydawało mi się to dość niewiarygodne, choć jednocześnie jestem w stanie przymknąć na to oko w przypadku powieści dla młodzieży. Po drugie, trochę boli mnie to, że w powieściach tego typu główna bohaterka niemal zawsze wpada w środowisko, które samo w sobie jest dość toksyczne. Co prawda autorka powieści nie normalizuje tego faktu (co robi wiele współczesnych powieści… niestety), ale jednak jestem trochę tym trendem zmęczona. Po trzecie, sam wątek romantyczny (który tu oczywiście jest) wypada bardzo uroczo i trzymam kciuki, aby autorka zostawiła go w dalszych tomach w takim statusie, w jakim jest. Liczę, że postawi na dobrą linię fabularną, a element romantyczny będzie jedynie istniejącym w tle dodatkiem, który czasem popycha historię do przodu. Ale to się jeszcze okaże.

Choć uważam, że Gier naprawdę mogła wyciągnąć z konceptu snu znacznie więcej to koniec końców pierwszy tom „Silver” wydaje mi się naprawdę porządną propozycją dla młodzieży. Pięknie wydany, sympatyczny i jednak bardziej kreatywny niż amerykańskie powieści jest po prostu powieścią napisaną przez osobę, która dobrze wiedziała, co robi.


piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


Nomida zaczarowane-szablony