środa, 29 września 2021

Harda Horda: zjednoczone talenty oznaczają... przeciętne opowiadania?


Grupy literackie wśród polskich fantastów nie wydają mi się obecnie czymś szczególnie głośnym, czy nadmiernie popularnym. Jednak jakiś czas temu polscy czytelnicy mogli poznać Hardą Hordę. W jej składzie znaleźć można 12 kobiet, zarówno tych bardzo popularnych, jak i tych przynajmniej dziś nieco mniej znanych. Łączy je to, że piszą fantastykę (i nie tylko ją). Każda jednak ma swój własny głos, wiele z nich zaś tworzy zupełnie inne treści.

Harda Horda
antologia
wyd. SQN, 2019

I tak też w 2019 roku grupa nakładem wydawnictwa SQN wydała swoją pierwszą antologię. „Harda Horda” to pięknie wydana książka. Jest co prawda w związku z tym trochę „napompowana” i jej 390 stron jest nieco na wyrost, ale to idealny przykład prezentowej pozycji. Ma twardą oprawę, ilustracje, wyjęte z tekstu cytaty (akurat co do nich przekonana nie jestem), jakieś ozdobniki. Ponadto po każdym opowiadaniu można zapoznać się z krótkim biogramem autorki, która napisała dane opowiadanie.

Jeśli dobrze się orientuje, to w tym zbiorze opowiadań nie ma żadnej konkretnej myśli przewodniej. Ot, teksty autorek z grupy literackiej – ale bez konkretnego pomysłu. Zakładałam więc, że w ramach pierwszej antologii, która powinna trochę przedstawić ich twórczość, przedstawią teksty, z których naprawdę są zadowolone. Ciekawe koncepcyjnie i interesujące. A jeśli nie to chociaż takie, które pojawią się w tym zbiorze po raz pierwszy.

Rzeczywistość okazała się trochę inna. Opowiadania z „Hadrej Hordy” są stosunkowo równe poziomem (oczywiście odchyły się pojawiają), ale większość z nich to lekkie i raczej „komercyjne” teksty. Takie, które dobrze się czyta, ale nie wnoszą nic szczególnego. Część z autorek znam i dobrze wiem, że przynajmniej niektóre stać na o wiele, wiele więcej. Może to właśnie był pomysł na antologię – by zrobić ją bardziej komercyjną, niż artystyczną – ale przyznaję, że trochę się zawiodłam. Bo naprawdę ani jedno opowiadanie mnie „nie chwyciło”.

Jest tu kilka tekstów, które uderzają w bardziej delikatne struny. Na przykład Aleksandra Janusz prezentuje opowiadanie o przemijaniu, o starości, o utracie dawnego życia. Z kolei Aleksandra Zielińska, w bardzo mało fantastycznym tekście, opowiada o traumie dziecka. Po podobną emocjonalność sięga też Agnieszka Hałas. One wszystkie były całkiem dobre, ale być może trafiły na zły czas, a być może ja zbyt wiele podobnych opowiadań już czytałam i mimo wszystko nieszczególnie mnie zainteresowały – ale nie zdziwię się, jeśli kogoś poruszą.

Oczywiście chyba nikogo nie zdziwi, że najlepiej bawiłam się przy opowiadaniu Anny Kańtoch, na którą w tej chwili „mam fazę” i najwyraźniej nie przestaje jej mieć. O dziwo, to wcale nie jest tekst fantastyczny, choć to wyraźnie opowiadanie gatunkowe. Przypomina mi trochę to z „Innych światów”, nie jest wyżyną, na którą Kańtoch wzbijać się potrafi, ale po prostu dobrze mi się ją czytało.

Marta Kisiel w „Jaworze” jest dość lekka i młodzieżowa, ale bardziej poważna, niż zwykle. Aneta Jadowska wrzuciła do zbioru opowiadanie o swojej Malinie, czyli magicznej Magdzie Garstce. Choć wiem, że tej autorce opowiadania potrafią wychodzić lepiej, niż powieści, to ta słodko-obyczajowa wersja, w której niewiele się dzieje, nie bardzo mnie zainteresowała.

Trochę zaskoczyła mnie trochę nieznana mi wcześniej Magdalena Kubasiewicz, bo jej tekst o nekromancie Noah jest z tych, które mogą okazać się niezłym komercyjnym sukcesem. To opowiadanie nie było w żadnym razie wybitne, ale wygląda mi to na ten typ opowieści, który po prostu może się spodobać, jeśli zostałby zebrany w większym zbiorze z jednym bohaterem. Mamy tutaj „detektywa”, dość lekki, ale lekko mroczny klimat i zagadkę. To ten typ historii który pisze (a raczej próbuje i czasem jej odrobinkę wychodzi) Jadowska, czy też który w „Szamance od umarlaków” zafundowała Raduchowska.

Poczułam się rozczarowana tekstem Ewy Białołęckiej. Znam ją raczej z „Kronik drugiego kręgu”, więc spodziewałam się ładnego stylu i ciekawej narracji. Dostałam zaś dość potoczny język i proste opowiadanie osadzone w trakcie apokalipsy zombie. No i bohaterkę, która nie wiedzieć czemu wygląda mi trochę jak alter-ego samej autorki.

Największy zawód przyniosła mi jednak Martyna Raduchowska. Jej opowiadanie właściwie opowiadaniem nie jest. To fragment ze wspomnianego już cyklu („Szamanka od umarlaków”), który został jedynie nieco rozpisany – tak, by uzupełnić luki, gdy historia była opowiadana z innej perspektywy. W związku z tym, osoby, które czytały cykl nie odkryją tu niczego nowego, zaś czytelnicy, którzy dopiero mogliby się nią zainteresować, dostają solidny spoiler, psujący całą zabawę. I po co?

Cieszę się, że taka antologia dostała szansę i miała okazję pojawić się na rynku. To ładnie wydany zbiór, który dobrze nada się na prezent, bądź świetnie sprawdzi się, jeśli szukacie lekkich, ale dość solidnych tekstów. Jednocześnie żałuję, że to wnętrze przedstawia się tak, jak się przedstawia – oczekiwałam więcej, bo dobrze wiem, że te autorki na więcej stać.

Opowiadania/autorki niewspominane nie zrobiły na mnie wrażenia i/lub uleciały z pamięci zaraz po lekturze, co też nie świadczy najlepiej.


Ilustracja do opowiadania Anny Kańtoch.

niedziela, 26 września 2021

Ludzie i zwierzęta: zoo staje się Arką

 

Jan i Antonina Żabińscy prowadzili warszawskie zoo, gdy wybuchła II wojna światowa. Próbując ratować i zwierzęta, i ludzi, ryzykowali własnym życiem. W latach 60. Antonina, na bazie swoich wcześniejszych zapisków, stworzyła pamiętnik, w którym opisuje, co działo się wówczas w zoo.

 

Zazwyczaj pamiętniki nie są gatunkiem, który by mnie jakkolwiek interesował. Jednak „Ludzie i zwierzęta” śledzili mnie od dawna, a to za sprawą reportażu radiowego o bardzo podobnym tytule („Ludziom i zwierzętom”). Bez wątpienia te zapiski Antoniny Żabińskiej są opowieścią niezwykle unikatową i naprawdę cenną pod kątem historycznym. W końcu mało kto nie tylko zajmował się pomocą innym w trakcie II wojny światowej, ale był też zamieszany w sprawę warszawskiego zoo w tamtym czasie.

Ludzie i zwierzęta
Antonina Żabińska
wyd. Literackie, 2010

Gdy myśli się o tamtym okresie w historii, człowiek raczej nie zastanawia się nad tym, co stało się ze zwierzętami. Czy to tymi domowymi, czy to właśnie tymi, które można znaleźć w zoo i które przez swoją egzotyczność są o wiele bardziej zależne od człowieka. I chociaż oczywiste jest, że w trakcie wojny to człowiek jest ważniejszy to percepcja osoby, która była z tymi stworzeniami związana, martwiła się o nie jest po prostu czymś niezwykle intrygującym. Dlatego sam początek pamiętnika Żabińskiej naprawdę mnie zafascynował. Z czasem jednak moja relacja z nim zaczęła się trochę psuć.

„Ludzie i zwierzęta” są napisani jednym ciągiem. Brakuje tu podziału na rozdziały i właściwie jedyne, czego można się spodziewać, to światło pomiędzy akapitami, które oznacza, że autorka zmienia myśl na inną. Jednak to nie przeszkadza w samej lekturze. Wydaje mi się, że moje stopniowe znużenie wynikało z tego, w jaki sposób autorka opisuje rzeczywistość.

Przyznaję, sięgając po ten tytuł, oczekiwałam „mięsa”. Dokładnych detali, szczegółów związanych z ratowaniem Żydów z warszawskiego getta, opisów akcji w trakcie bombardowań. Żabińska jest jednak w tym dość ogólna, delikatna. Te informacje się tu pojawiają, ale nie są szczególnie dokładne. Jednocześnie książka jest mocno zorientowana na dzieci oraz relacje domowników ze zwierzętami, które do nich docierały.

Oczywiście perspektywa matki, która opiekuje się malutkimi dziećmi w trakcie wojny jest ciekawa, a w narracji Żabińskiej jest masa, masa ciepła i takiego szacunku zarówno do zwierzęcych, jak i ludzkich przyjaciół, ale po prostu naprawdę nie tego od tej książki chciałam. W pewnym momencie zaczęło mnie to delikatnie irytować, bo „Ludzie i zwierzęta” wyglądają trochę tak, jakby fragmenty ze zwierzętami-domownikami w domu Żabińskich przeplatały te historycznie ważniejsze, ale poważniejsze treści. Rozumiem to, ale jako po-prostu-czytelnik, nie specjalista, czy recenzent, czułam się nieco znużona. To wszystko zdaje się zbyt mocno wygładzone, choć podejrzewam, z czego może to wynikać.

Jednocześnie jestem absolutnie przekonana, że ta książka będzie doskonała do studium przypadku bądź też dobrze nada się do wszystkich prac licencjackich/magisterskich, które analizują kwestię Żydów czy życia zwierząt w trakcie II wojny światowej. Przyznaję, nie znam się na temacie, ale wydaje mi się, że osoba, która wie, co dokładnie działo się wówczas w Warszawie będzie miała szerszy obraz i wyciągnie z tej książki ogrom rzeczy, których ja po prostu nie zauważyłam.

„Ludziom i zwierzętom” to opowieść fascynującej kobiety, której przyszło żyć w strasznym, ale w pewnym stopniu nie mniej intrygującym czasie. Bez wątpienia sięgnąć po tę książkę i przeczytać ją warto. Jednak niekoniecznie dla samej warstwy rozrywkowej.


czwartek, 23 września 2021

Nowi ludzie: świat z początku lat 2000

 


Po tym, jak z ledwością doczytałam „Vertical”, książki Rafała Kosika wzbudzają we mnie pewien dystans. I choć podobał mi się zarówno czytany później „Różaniec”, czy jedna z jego książek dla dzieci to tak czy siak, zawsze boję się, że będzie ciężko, że będę się nudzić i męczyć w trakcie lektury. Dlatego „Nowi ludzie” przeleżeli mi chwilę na półce, nim po tę książkę sięgnęłam. Moje lęki jednak okazały się całkiem irracjonalne.

Głównie dlatego, że ten zbiór opowiadań składający się z dziesięciu tekstów po prostu dobrze się czyta. Styl Kosika jest po prostu przystępny, ale z odpowiednim ciężarem. Ma też w sobie pewną klasę, której brakuje niektórym autorom. I to dotoczy wszystkich opowiadań – także tych, które podobały mi się nieco mniej.

Nowi ludzie
Rafał Kosik
wyd. Powergraph, 2013

Na dziesięć tekstów, jeden to fantasy, a pozostałe są dość klasycznym SF z akcją osadzoną (zwykle) w Polsce. Mamy tu trochę dystopii, sporo post-apokalipsy, jest odrobina kryminału. Opowiadania Kosik pisał w latach 2000-2002 i właściwie lwia część z nich wydaje się wyrażać lęki autora związane z tym, w którą stronę zmierza świat sprzed dwudziestu lat. Czytanie ich po takim czasie jest dość ciekawe samo w sobie, bo pozwala zweryfikować wyobrażenia twórcy z tym, co dzieje się dzisiaj. Dla przykładu, mamy na przykład tekst napisany po ataku na WTC, czy też opowiadanie w karykaturalny sposób przedstawiające dążenie do równości wszystkich i wszystkiego.

Tu chyba warto zaznaczyć, że Rafał Kosik, jako twórca, jest raczej po tej „prawej” stronie barykady, a przynajmniej był, gdy te opowiadania pisał. Jednak należy też zauważyć, że nie jest on rzucającym przekleństwami i wyzwiskami Jackiem Piekarą. Jego twórczość jest stonowana, napisana – jak już wspominałam – z pewną klasą. Dlatego raczej odbieram przedstawione przez niego historie właśnie jako wyraz pewnych lęków. I choć oczywiście krytykuje on pewne postawy, to np. robi to moim zdaniem znacznie lepiej, niż Jarosław Grzędowicz w swoim „Hel-3”.

Jednym z opowiadań, które jest chyba najbardziej karykaturalne i dotyczy właśnie tematyki równościowej są tytułowi „Nowi ludzie”. Ten tekst jest wyraźnie przerysowany i wyraźnie żartobliwy, a przez to jest jednym z tych, który najbardziej się w tym zbiorze wybija. Jednak muszę przyznać, że i tak moim ulubionym jest „Partyline”. Być może to dlatego, że mimo wszystko zwykle wolę fantasy, a może przez to, że akurat potrzebowałam trzymającego w napięciu kryminału fantastycznego, ale to zdecydowanie mój ulubiony tekst z tego zbioru.

Pozostałe były raczej po prostu w porządku. Czytało mi się je całkiem płynnie, choć były momenty, że potrafiły mnie lekko znudzić. Nie okazały się szczególnie wyjątkowe, ale też nie widzę większych powodów do narzekań.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś szuka takich dość porządnych i raczej klasycznych opowiadań science-fiction to po „Nowych ludzi” Kosika powinien sięgnąć. To przyjemna lektura, choć ogólnie rzecz biorąc, niebędąca czymś szczególnie wyjątkowym. Dlatego też nie odbieram jej jako „must read”, chociaż do „Partyline” pewnie jeszcze kiedyś sobie wrócę.


poniedziałek, 20 września 2021

Zanim się pojawiłeś: likantropia i wampiryzm są już niemodne, więc...

Choć ma już 26 lat, Lou dalej nie wie, co chce robić w swoim życiu. Gdy traci prace w swojej ukochanej kawiarni, musi prędko znaleźć nową, ponieważ jest głównym żywicielem rodziny. W ten sposób zostaje opiekunką 35-letniego Willa, sparaliżowanego w wyniku wypadku.

 

Ostatnio współczesny romans realistyczny czytałam w kwietniu 2020 roku i nie udało mi się go skończyć. Wcześniej miało to miejsce w listopadzie 2019 roku. A że ja raz na jakiś czas miewam potrzebę sięgnięcia po coś takiego to tym razem zabrałam się za „Zanim się pojawiłeś”. Historia zawarta w książce Jojo Moyes jest mi znana od lat przez wzgląd na film, ale że przypadkiem go sobie powtórzyłam to postanowiłam sprawdzić, jak to się ma w wersji oryginalnej. No dobrze, prawie oryginalnej, bo czytałam w końcu tłumaczenie.

Zanim się pojawiłeś
Jojo Moyes
wyd. Świat książki, 2016
Lou Clark, t. 1

Pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy to… styl. Być może jest to kwestia tłumaczenia, ale przyznaję, że sam prolog mnie po prostu trochę rozśmieszył. Kilka pierwszych zdań wygląda mniej więcej tak: „Ona idzie do łazienki. On na nią czeka. Ona włącza prysznic. On przegląda telefon”. Później już tak źle nie jest (bo to pewnie był tylko „zabieg artystyczny”, książkę trzeba dobrze zacząć!), ale nie ma co ukrywać. „Zanim się pojawiłeś” to książka napisana bardzo prościutko i lekko.

Ponadto, mimo trudnej tematyki jej klimat jest raczej słodko-baśniowy. Bo choć Will jest niepełnosprawny to dalej inteligentny, ironiczny i bogaty rycerz. Tyle, że po prostu zamiast konia ma wózek inwalidzki. Cóż, tak to z tymi romansami bywa. Czasem przeszkodą w miłości jest wampiryzm, innym razem na przykład wilkołactwo. Tym razem, zamiast bazować na wymyślonych i fantastycznych konceptach, Moyes postanowiła być bardziej oryginalna i realistyczna. Problem polega na tym, że mimo wszystko to znacznie delikatniejszy problem, niż bycie przystojnym wampirem i lekkomyślne wykorzystywanie takich postaci może wiele osób po prostu zranić. Ale co ja tam wiem, to Moyes pewnie zarobiła na „Zanim się pojawiłeś” grube pieniądze. Nie ja.

„Zanim się pojawiłeś” jest jednak jednym z tych przypadków, w których oryginał wypada lepiej, niż ekranizacja. Twórcy filmu usunęli z niego kilka kluczowych elementów, które pomagają zbudować postać Lou i które sprawiają, że jej relacja z Willem nie jest aż tak jednostronna.

Dobrze jednak wiem, że i książka nie została dobrze odebrana przez osoby niepełnosprawne i w moim odczuciu mimo wszystko w dalszym ciągu to toksyczna i odrealniona opowieść. W tej historii na przykład mający olbrzymie fundusze Will nie ma zapewnionej ani opieki psychologa, ani sprzętu ułatwiającego mu komunikowanie się ze światem. Niby mówi się o tym, że jego rodzice wyszukują kuracji i innych takich, ale żadne z nich nie myśli o tym, jak faktycznie i skutecznie poprawić jakość życia swojego syna. Nic dziwnego, że jest wiecznie rozdrażniony.

Nie powiem – potrzebowałam lekkiej książki, która pomoże mi się na chwilę oderwać. Dlatego „Zanim się pojawiłeś” spełniło swoją rolę całkiem dobrze. Jednak czy to jest obiektywnie dobra książka? Nie, nie wydaje mi się. Mimo wszystko to kolejna opowieść o tym, że do miłości trzeba poświęceń i cierpienia, a to jest najzwyczajniej w świecie nieprawdą.

piątek, 17 września 2021

Diabeł urubu: co piszą Jamajczycy?


Do niewielkiej wsi na Jamajce przybywa Apostoł. Szybko rości swoje miejsce w kościele, wyrzucając poprzedniego duchownego na bruk. Między mężczyznami rozpoczyna się walka o wpływy. Pastor Hector Blight, uznawany przez mieszkańców za rozpustnego alkoholika, zdaje się być jednak na przegranej pozycji.

 

Są takie książki, które chodzą za mną miesiącami. I choć wiedziałam, że „Diabeł urubu” Marlona Jamesa może być złym wyborem lektury to od kiedy dowiedziałam się o jej premierze, cały czas miałam ją z tyłu głowy. W końcu autor tej książki pochodzi z Jamajki i chociaż pisał powieść w języku angielskim to ciekawiło mnie, co fantastycznego może zrobić osoba z takim pochodzeniem (które pozwala na czerpanie unikatowych inspiracji ze swojej kultury). Ale nie ma co się oszukiwać – nie pomyliłam się. Wymęczyła mnie ta książka i okazała się, że jest lekturą kompletnie nie dla mnie.

Diabeł urubu
Marlon James
wyd. Literackie, 2019

W pewnym sensie klimatem kojarzy mi się z „Baśnią o wężowym sercu” Raka. Akcja także rozgrywa się na wiejskim terenie i też uznałabym, że jednak bliżej jej do realizmu magicznego niż fantasy (choć w przypadku Raka byłam pouczana, że to jednak fantasy… ale przyznaję po czasie: nie czuję tego). Z tym że nie ma go tutaj jakoś szczególnie wiele. Ot, mamy trochę dziwności, trochę dziwnego klimatu, ale w moim odczuciu bez jakiegoś większego wpływu na fabułę.

Styl autora łączy poetyckość z wulgarnością. To pierwsze lubię, jeśli jest stosowane odpowiednio, to drugie raczej mnie odrzuca. To połączenie w tym przypadku mogłoby wyjść i jest właściwie całkiem ciekawe samo w sobie, gdyby nie to, że sama fabuła i ogólny temat „Diabła utubu” w ogóle do mnie nie przemawia.

W trakcie fabuły obserwujemy głównie Apostoła i pastora, którzy regularnie ścierają się ze sobą. Walczą o władzę, mówiąc o swojej wierze, Biblii, obowiązujących zasadach itd. Obydwoje są mętami, trudnymi do polubienia dla czytelnika, acz ten pierwszy po prostu ma w sobie charyzmę, która przyciąga prostych, wiejskich ludzi. Samo starcie duchownych mogłoby wyjść, gdyby dało się ich w jakikolwiek sposób polubić, bądź gdyby same ich dyskusje były w jakiś sposób błyskotliwe, ale to się tu po prostu nie dzieje. W tej formie to po prostu dość obleśne puszenie się dwóch nieprzyjemnych kolesiów.

Na drugim planie mamy dwie kobiece postacie, dość mocno różniące się od siebie. Każda z nich orbituje wokół jednego z głównych bohaterów, każda ma jakąś swoją przeszłość, traumy. Łączą je też wspólne wspomnienia. Ich historie wydają mi się ciekawsze, bardziej ludzkie i łatwiejsze do zrozumienia, ale trzeba czegoś więcej, abym mogła uznać, że książka po prostu mi się podobała.

Bohaterowie nieszczególnie więc działają… ale co z fabułą traktowaną w oderwaniu od nich? Właściwie to… nic. Nie ma tu żadnej ciekawej tajemnicy, niczego, co by mnie w jakiś sposób chwyciło, czy zafascynowało. „Diabeł urubu” próbuje być powieścią pięknie napisaną, ale w gruncie rzeczy nie ma w nim ciekawej treści. Gdyby był chociaż jakąś filozoficzną analizą! Ale nie. Niestety.

Warto poznawać książki z różnych stron świata, więc przeczytania powieści Marlona Jamesa nie żałuję. Jednak gdyby „Diabeł urubu” był choć odrobinę dłuższy (ma ok. 250 stron) to prawdopodobnie po prostu nie skończyłabym tej lektury. Nawet trudno mi powiedzieć, komu tego typu powieść mogłaby na pewno się spodobać. Komuś zafascynowanemu kulturą Karaibów? Może tym, którzy za realizmem magicznym po prostu przepadają? Naprawdę nie wiem, bo nawet w tych dwóch ewentualnych przypadkach widzę sporo powodów, dla których powieść Jamesa mogłaby jedynie nudzić i irytować.


wtorek, 14 września 2021

Tajemnica diabelskiego kręgu: mogło być lepiej, ale nie jest źle

 

Kilka lat po II wojnie światowej. Na świecie pojawiły się anioły, które są tępione przez komunistów. Trzynastoletnia Nina została wybrana przez jednego z nich. Ma wyruszyć do starego klasztoru w małej wiosce, w którym dowie się, czemu to właśnie ona jest inna i lepsza od innych dzieci. Na miejscu czekają na nią jednak inni rówieśnicy, obecny tam anioł nie chce zdradzić, o co dokładnie chodzi, a wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

 

Dobrych powieści dla młodzieży zawsze jest mało. Nie znam wielu takich, a jak już na takie trafiam to zwykle jest to twórczość rodzimych autorów, a nie tych z Ameryki. Tak też jest w tym przypadku. „Tajemnica diabelskiego kręgu” Anny Kańtoch jest jedną z niewielu naprawdę dobrych, znanych mi młodzieżówek. Jednocześnie mimo tego, że nic jej w gruncie rzeczy nie brakuje to… nie udało jej się mnie zaczarować.

Kańtoch doskonale radzi sobie z budowaniem klimatu. To udowodniła mi przez swoje inne książki. Nic więc dziwnego, że i w tym przypadku dostajemy dobry ogólny nastrój powieści, połączony z ciekawym settingiem. Okres powojenny dla współczesnej młodzieży jest odległym i tajemniczym czasem, dlatego osadzenie w nim dość mrocznej historii to jak najbardziej świetny pomysł. Wrzucenie do tego świata aniołów z kolei dodaje całości po prostu magii.

Tajemnica diabelskiego kręgu
Anna Kańtoch
wyd. Uroboros, 2013
Tajemnica diabelskiego kręgu, t. 1

„Tajemnica diabelskiego kręgu” nie jest książką skomplikowaną fabularnie, ale ma wystarczająco ciekawych rozwiązań, aby nawet bardziej „zaawansowany” czytelnik nie męczył się w trakcie lektury. Nie powiem, spodziewałam się takiego rozwiązania (może to trochę przez dukajowy „Lód”) i właściwie niewiele tu było dla mnie zaskoczeń, ale w końcu powieść dla młodzieży raczej nie ma być tą najbardziej nowatorską. A że Kańtoch i tak dobrze buduje świat przedstawiony, poprawnie prowadzi całą zagadkę i dobrze trzyma czytelnika w niepewności to nastoletni czytelnik nie powinien na to narzekać.

Mój osobisty problem z tą powieścią wziął się chyba właśnie z powodu jej młodzieżowej bazy. Nina jest dobrze wykreowaną bohaterką i zachowuje się jak na 13-latkę przystało, czyli… bywa irytująca. Dodajmy do tego fakt, że wokół roi się od dzieciaków, a spora część książki mocno bazuje na ich dialogach. Przez to przynajmniej mi powieść wydawała się trochę przegadana, a skoro i tak wiedziałam, do czego to zmierza to musiałam się zmuszać, aby nie zmieniać stron bez czytania treści. Jednak o ile jest to wadą dla mnie, o tyle nie będzie to wadą dla osoby, która jest przecież targetem tej powieści.

Gdy myślę o „Tajemnicy diabelskiego kręgu” na myśl przychodzą mi dwa inne tytuły dla młodzieży. Pierwszym jest „Trylogia mgły” Zafona. Choć jego styl diametralnie różni się od tego, jak pisze Kańtoch, to obydwie te książki mają w sobie trochę horrorowego klimatu. W inny sposób owszem, ale jednak. Właściwie gdybym miała zakwalifikować tę powieść gatunkowo to powiedziałabym, że stoi ona gdzieś między grozą a urban/rural fantasy.

Drugą powieścią jest… „Banda szalonych obozowiczów” Marii Krasowskiej. Właściwie te książki mają bardzo podobną strukturę. I tu, i tu pojawiają się wyjątkowe dzieci. W obydwu przypadkach akcja ma miejsce w wakacje, w trakcie czegoś na kształt „obozu”. U Krasowskiej też było trochę dziecięcych rozmów, które nieszczególnie mnie interesowały. Ba, nawet w przypadku pierwszych stron rozdziałów jest przyjęta ta sama zasada (tj. coś w stylu: rozdział 4, w którym bohaterka odkrywa, że prawda nie była prawdą). Z tą różnicą, że Kańtoch po prostu wszystko robi lepiej. Postacie są ciekawsze i bardziej wiarygodne, mniej jest tu błędów logicznych, styl autorki jest na znacznie wyższym poziomie. Dlatego jeśli komuś podobała się książka Krasowskiej, albo szuka czegoś w tych klimatach (ale dobrego) to „Tajemnica diabelskiego kręgu” musi na jego półce się znaleźć.

Gdybym miała w tej chwili poszeregować książki Kańtoch to „Tajemnica diabelskiego kręgu” byłaby dla mnie na miejscu przedostatnim (to miejsce wciąż zajmuje „Diabeł na wieży”). Mimo tego lektura mnie w gruncie rzeczy nie nudziła i była przyjemna, a obiektywnie rzecz biorąc, to po prostu bardzo solidna i ciekawa konceptualnie powieść dla młodzieży.


sobota, 11 września 2021

Rzecz o ptakach: ciekawostkowa książka autobusowo-toaletowa

 

Jakie cechy łączą ludzi i ptaki? Czy mamy podobne zachowania? I jaką naukę możemy wyciągnąć z obcowania z tymi stworzeniami? Noah Strycker, przyrodnik i podróżnik obserwuje świat zwierząt, aby następnie zestawić go z ludzkim.

 

Właściwie nie wiem, czego spodziewałam się po tej książce. „Rzecz o ptakach” trafiła do mnie z wyprzedaży, głównie dlatego, że sama mam papugi, a książek na ich temat po prostu brakuje. Liczyłam przede wszystkim na jakieś ciekawe analizy, które powiedzą mi o tych zwierzętach coś więcej. Aspekt książki, który miał porównywać je do naszych ludzkich zachowań interesował mnie już znacznie mniej.

I niestety, dostałam pozycję kompletnie mnie nieinteresującą. „Rzecz o ptakach” składa się z krótkich rozdziałów. Każdy z nich obejmuje specyficzne zachowanie jednego ptasiego gatunku. Strycker omawia je, często porównując do innych podobnych zachowań zwierząt w przyrodzie (np. ssaków), a następnie przytacza sytuacje, w których ludzie są zbliżeni do ptaków bądź też wyciąga „głębokie” wnioski.

Rzecz o ptakach
Noah Strycker
wyd. Muza, 2017

Na przykład, Strycker zauważa, że śpieszące się kolibry żyją krótko. Wniosek? Ludzie powinni żyć wolniej, bo robimy wszystko zbyt szybko. Z kolei gdy pisze o ptakach mających niezwykłą umiejętność zapamiętywania, przytacza ludzkich geniuszów. Innym razem na podstawie srok tłumaczy, czemu człowiek rozróżnia siebie w lustrze itd., itp. Nie są to żadne daleko idące odkrycia, które mogą faktycznie zmienić coś w życiu dorosłego, dojrzałego człowieka.

„Rzecz o ptakach” przypomina mi więc raczej zbiór ciekawostek. Coś, co czyta się nawet przyjemnie, ale dla mnie jest wtórne, bo… większość z tych rzeczy wiedziałam, domyślałam się lub w razie potrzeby mogłabym informacje na ten temat znaleźć w ciągu kilku sekund w sieci. Nie była to więc książka, która spełniłaby jakiekolwiek moje oczekiwania względem tego typu lektury.

Rozumiem jednak, że jak najbardziej znajdzie swojego czytelnika. Osoby, które niewiele czytają, ale interesują się zwierzętami bądź podstawami psychologii i chciałyby sięgnąć po coś naprawdę lekkiego być może polubią się z tym tytułem. To też może być po prostu dobra książka na „po pracy” bądź też na przejazd autobusem. Rozdziały są krótkie, dlatego można po prostu traktować ją jako odskocznie. Nic nie stoi na przeszkodzie również, aby to był przerywnik dla czytanej aktualnie powieści. Ot, jak masz ochotę, czytasz ciekawostkę o jednym ptaku i czujesz, że urozmaicasz trochę swoje czytelnicze życie, skupiające się wokół kryminałów/romansów/horroru/czegokolwiek innego.

Poza tym jednak nie widzę w tej książce znacznej wartości. Zwłaszcza, że znajdujące się w niej informację naprawdę nie są czymś naprawdę unikatowym. Strycker mówi raczej o dość powszechnie znanych kwestiach, a nie czymś, co dopiero zostało zbadane przez ornitologów. Rozumiem pomysł na tę książkę, ale sama raczej do niej nie wrócę. Stety-niestety na mojej półce stoi jeszcze jedna książka tego pisarza. Na pewno będę więc miała okazję, aby sprawdzić, czy wypada lepiej od „Rzeczy o ptakach”.


środa, 8 września 2021

Kwiaty dla Algernona: kolejna dobra klasyka

 

Charlie idzie przez życie z jednym marzeniem. Chce być mądry, taki jak inni ludzie. Ma już trzydzieści dwa lata, a i tak ledwo potrafi pisać, zaś w pracy powierzane są mu jedynie najprostsze zadania. Grupa naukowców jest jednak przekonana, że za pomocą zabiegu będzie w stanie podwyższyć iloraz inteligencji mężczyzny, tak samo jak udało im się to z myszą o imieniu Algernon.

 

„Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa powstały w 1958 roku jako opowiadanie, a gdy tekst wygrał nagrodę Hugo, autor rozciągnął trochę historię, przerabiając ją na powieść. I tak w 1966 roku pojawiła się na rynku książka, której udało się zdobyć Nagrodę Nebula. To klasyka fantastyki naukowej. Aktualny wydawca – Dom Wydawniczy Rebis – pisze o tej książce jako powieści ponadczasowej. Co prawda sama z takimi stwierdzeniami nie zawsze się zgadzam, ale… w tym przypadku jak najbardziej tak.

Kwiaty dla Algernona
Daniel Keyes
wyd. Rebis, 2019

Gdybym była w nastoletnim wieku, oprawa graficzna tej książki bez wątpienia by mnie odstraszyła. Może i słusznie, bo choć nie jest to powieść trudna w przyswojeniu to porusza dość trudny temat. Mimo tego warto chyba zaznaczyć, że w tym przypadku „fantastyka naukowa” nie oznacza ogromnej ilości wynalazków, tez naukowych czy czegoś podobnego. „Kwiaty dla Algernona” to doskonały przykład soft science fiction. Poza eksperymentami mającymi na celu zwiększenie inteligencji obiektu nie ma tu żadnych innych zmian w stosunku do współczesnego dla autora świata.

Chyba między innymi to sprawia, że ta powieść tak dobrze się starzeje. Bo tak naprawdę… w niej nie ma co się zestarzeć. Szczególnie, że kwestia tego, w jaki sposób doszło do zwiększenia inteligencji bohatera nie ma znaczenia. W przypadku tej powieści kluczowe jest raczej to, co dzieje się z Charlim. To, jak on odbiera zmiany, jak analizuje podejście ludzi do niego, w jaki sposób sam się zmienia. Fantastyka naukowa jest w tym przypadku jedynie drobną pomocą dla autora, dzięki której ten może opowiedzieć dramat psychologiczny, rozgrywający się w hipotetycznie możliwej sytuacji.

Odbieram „Kwiaty dla Algernona” jako książkę niezwykle wrażliwą. Tak, tak, ponownie – okładka najnowszego polskiego wydania wcale tego nie sugeruje. Ale bez wątpienia ta powieść jest opowieścią z pewnym morałem, nauką. Zmusza do zastanowienia się nad tym, jak traktujemy osoby słabsze od nas samych, pozornie głupie, jak i tych, którzy są od nas znacznie inteligentniejsze. Jak patrzymy na takich ludzi, co o nich myślimy? Czy są dla nas ludźmi, bogami, a może niewartymi uwagi zwierzętami? Do tego ostatniego trudno się przed sobą przyznać, ale czy tak czasem nie jest? Powieść Keyesa to też analiza tego, co będzie z nami „potem” – czy gdy się zestarzejemy, albo ciężko zachorujemy to czy inni będą traktować nas z wystarczającym szacunkiem? To nie są łatwe tematy, ale właśnie dzięki takim książkom, jak „Kwiaty dla Algernona” czytelnik dostaje szansę, aby we (w miarę) bezbolesny sposób zastanowić się nad sobą i swoim życiem.

Bo nie da się ukryć, że ta książka mimo wszystko pozostaje też dobra po prostu pod kątem „czytelniczym”. Mimo mijających lat jest intrygująca, ciekawi i sprawia, że po prostu chce się czytać ją dalej. Nie warto się jednak w jej przypadku spodziewać niezwykłych zwrotów akcji. Nie o nie w tej opowieści chodzi i choć dzieje się tu wiele, a tekst ma dobre tempo, to jednak „Kwiaty dla Algernona” mają tylko jedno możliwe zakończenie.

Niektórych ta książka wzrusza albo porusza w szczególnie gwałtowny sposób. W moim przypadku tak nie było: w trakcie lektury zachowałam stoicki spokój. To jednak nie oznacza, że uważam tę książkę za kiepską. Przeciwnie. „Kwiaty dla Algernona” to kawał świetnego science fiction. Na dodatek, przez to jak mało fantastyki w tej fantastyce jest, może nadać się świetnie także jako lektura dla osób niekoniecznie związanych z tym gatunkiem, ceniącym sobie wrażliwe społeczne treści.


niedziela, 5 września 2021

Uczeń skrytobójcy: sympatyczny, ale nie rewolucyjny


Bastard wychowuje się na dworze królewskim jako bękart księcia Rycerskiego. Jego pochodzenie oznacza, że musi być w pełni posłuszny swojemu władcy. Ten postanawia wyszkolić chłopca na skrytobójcę. Bastard początkowo nie jest tym zachwycony, jednak życie nie pozostawia mu wyboru. Opiekujący się nim stajenny szybko zauważa, że chłopiec przejawia magiczne zdolności.

 

Uczeń skrytobójcy
Robin Hobb
wyd. Mag, 2014
Skrytobójca, t. 1

Nie znam dobrze twórczości Robin Hobb, ale mam do niej pewną słabość. Jeszcze w gimnazjum udało mi się kupić kilka losowych tomów jej serii o żywostatkach i choć wiele z tego wówczas nie zrozumiałam to sama autorka cały czas mnie prześladowała. Dlatego w końcu „Uczeń skrytobójcy”, pierwszy tom chyba jej najbardziej znanego cyklu, pojawił się na mojej półce. To popularna książka, na dodatek z założenia nieco młodzieżowa (z powodu wieku bohatera), dlatego miałam przed jej lekturą drobny lęk. Jak się jednak okazało, kompletnie niepotrzebnie.

Może i „Uczeń skrytobójcy” nie jest czymś szczególnie przełomowym, ale na pewno jest po prostu sympatyczną lekturą. To fantasy, które ma w sobie – przynajmniej w moim odczuciu – sporo baśniowego klimatu. Nadają go między innymi imiona bohaterów, które odnoszą się zwykle do ich cech charakterów, albo pewne ogólne uproszczenia. Mimo wszystko to opowieść z dość jasnym podziałem na dobro i zło, a samo szkolenie skrytobójcy nie poraża swoim realizmem.

Mimo tego tę książkę po prostu dobrze się czyta. Szczególnie, że przecież „Uczeń skrytobójcy” jest napisany z perspektywy dorastającego chłopca. Może więc on po prostu pewnych zachowań dorosłych nie rozumieć i na swój sposób wszystko upraszczać. Mam podejrzenie, że owej „baśniowości” w kolejnych częściach właśnie z tego powodu może być mniej (bo Bastard stopniowo dorasta), ale o tym będę się musiała jeszcze przekonać.

Robin Hobb bez wątpienia ma naprawdę niezły warsztat. Bohaterowie drugoplanowi pojawiają się na kartach książki cyklicznie. Każdy z nich ma przypisane konkretne cechy charakteru i rolę do odegrania. Z jednej strony może to sprawiać nieco sztuczne wrażenie, ale z drugiej pasuje do tej nieco „baśniowej” konwencji, którą przyjęła autorka w trakcie pisania. Ponadto dzięki temu po prostu łatwiej śledzi się wszystkie wydarzenia, a postacie sprawiają wrażenie dobrze przemyślanych. Trochę tak, jak dzieje się to w „Opowieściach z meekhańskiego pogranicza” Wegnera.

Ciekawie wypadają relacje Bastarda z innymi postaciami, a magia polegająca na kontakcie umysłowym z psami jest w moim odczuciu czymś niezwykle sympatycznym. Lubię zwierzaki, a te czworonogi są dla mnie dość szczególne, dlatego po prostu czytanie o nich było czymś miłym.

Przyznaję, że to, co może trochę rozczarowywać, to samo zakończenie. Jest tak zwyczajne, jak tylko może być. Z drugiej jednak strony i ono jakoś wpasowuje się w klimat powieści, chociaż miałam nadzieję, że Hobb czymś mnie chociaż trochę zaskoczy.

„Uczeń skrytobójcy” był dla mnie miłym oderwaniem się od rzeczywistości. Nie uznałabym go w żadnym razie za książkę przełomową, ale przy tym nie dziwi mnie jego popularność. W końcu sympatycznego, ale porządnie zrobionego fantasy nie ma zbyt wiele i przynajmniej ja w poszukiwaniu właśnie tego typu pozycji najpierw muszę przyswoić całkiem sporo raczej kiepskich pozycji.


czwartek, 2 września 2021

Piast: jak nudna może być słowiańska powieść historyczna?

Piast nie zawsze nosił to imię. Dawniej mówiono na jego Olech. Gdy wraz z bratem dokonuje bardzo złego czynu, ucieka, aby trafić w niewolę do Normanów. W jaki sposób życiowa droga zaprowadzi przyszłego Piasta do pokonania Popiela?


Opis wydawcy „Piasta” sugeruje powieść nie do końca historyczną. W końcu na samej okładce można znaleźć informację, że jest to „epicka opowieść o człowieku, którego śladem kroczyli bogowie”. Sugerowało mi to, że być może dostanę powieść z elementami fantastycznymi. Ale nie – ta książka jak najbardziej może być określona mianem realistycznej. To jednak nie jest przecież wadą. Historia Piasta (z tego co mi wiadomo) nie jest wyjątkowo dobrze poznana, więc autor tak naprawdę mógł opowiedzieć jakąkolwiek historie. W końcu obalenie innego władcy to całkiem ciekawy temat na powieść czyż nie?

Piast
Grzegorz Gajek
wyd. SQN, 2021

Owszem, tylko… mam wrażenie, że Grzegorz Gajek, autor tej książki, trochę zmarnował potencjał na dobrą historię. Dlatego że zamiast skupić się na opowiedzeniu pewnej przygody, opowiada życie bohaterów: od okresu dziecięcego aż do dorosłości. Wybór takiej formy może być czasem strzałem w dziesiątkę, ale w moim odczuciu, nie w tym przypadku. Czemu?
„Piasta” można wyraźnie podzielić na dwa segmenty. Pierwszym są sceny walk – tych jest tu naprawdę dość dużo. Ale przyznaję, że mnie osobiście nijak porywały. Raczej nie interesują mnie militaria, więc to po prostu nie było dla mnie, zwłaszcza że sam styl Gajeka czy jego postacie nie były dla mnie czymś wystarczająco intrygującym. Drugim są scenki obyczajowe, często romansowe, z męskiej perspektywy. Te się niby w coś łączą, ale w gruncie rzeczy nie powaliły mnie ani sposobem prowadzenia, ani ciekawą opowieścią.
Bohaterowie też mnie do siebie nie przekonują. Pobocznych jest dużo i z paroma wyjątkami – mieszają się między sobą. Z kolei Olech oraz jego brat to nie są charaktery, które mnie jakkolwiek interesują. Jak najbardziej rozumiem ich sposób kreacji i wydaje mi się stosunkowo realistyczny, ale cóż poradzę – nie przepadam zwykle za raczej prostackimi mężczyznami, którzy po prostu się biją.

Poza samą fabułą ta powieść ma do zaoferowania czytelnikowi także OLBRZYMIE ilości ciekawostek z życia Słowian i Wikingów. Z tym że w moim odczuciu ekspozycje pojawiające się w treści były często dość toporne i niekoniecznie potrzebne. Jakby pojawiły się bardziej dla „szpanu”, niż były potrzebne samej historii. „Piast” ma 660 stron, a mam wrażenie, że gdyby go skrócić o połowę, mógłby być dużo lepszą książką.

Sam styl Gajka raczej lekko wchodzi, mimo dość mocnej językowej stylizacji, ale jednocześnie – przynajmniej mnie raczej nie powala. Ot, da się go czytać bez bólu, ale nie mam poczucia, że jego pióro jest w jakiś sposób wyjątkowe. Nie rozumiem jednak zabiegów związanych ze zmianą narracji. Niektóre rozdziały pisane są z perspektywy pierwszej osoby, inne – trzeciej. Tyle, że bardzo często zmieniają się dość losowo (np. Olech opowiada o wydarzeniu, a w następnym rozdziale mamy konsekwencje wydarzenia w trzeciej osobie, z nim w roli głównej). Ponadto narracja pierwszoosobowa wygląda jak monolog/list do syna, przez co zawiera niekoniecznie budujące nastrój wstawki (w stylu: zobaczysz synu, jakim wielkim wodzem zostałem!). Warto dodać, że rozdziały tej książki są wręcz absurdalnie krótkie. Często mają po 3-4 strony, co nie wpływa najlepiej na rytm czytania.

Wiem, że „Piast” swojego czytelnika znajdzie. Osoby szukające ciekawostek na temat życia dawnych Słowian czy Wikingów na pewno będą zadowoleni. Miłośnicy militariów z tamtego okresu być może również znajdą w lekturze sporą dawkę rozrywki. Ale o ile ja nie żałuje lektury tej powieści, o tyle wiem, że po prostu jest nie do końca dla mnie. „Piast” po prostu niczym szczególnym mnie nie zainteresował.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Nomida zaczarowane-szablony