Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja (film/serial). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja (film/serial). Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2020

Filmy, które ostatnio obejrzałam | zbiorowe mini-recenzje


Swego czasu miałam bardzo mocne postanowienie, że wszystko co obejrzę, będzie pojawiało się tu w formie opinii, czy też: kompletnie amatorskich recenzji, jako że za speca filmowego w żadnym razie się nie uznaję. Ostatnio jednak jakoś z tym postanowieniem po prostu nie bardzo mi wychodziło, więc teraz pozwólcie, że po prostu dam Wam znać, z czym się zapoznałam w ostatnim czasie i czemu warto/niewarto po to sięgać. Może to i będzie nawet ciekawsze od jednego wpisu na temat tylko jednej pozycji. 

Ponieważ trochę rzeczy w międzyczasie obejrzałam to zacznijmy może od produkcji filmowych/jednoczęściowych: tak powinno być po prostu łatwiej. 


Strażnicy marzeń (2012)


Tę produkcję włączyłam z ciekawości po obejrzeniu tony fanartów z Elsą z “Krainy Lodu” oraz Jackiem Frostem. Długo nie wiedziałam o co chodzi, bo choć znałam imię jej towarzysza to nawet nie wiedziałam, z jakiego filmu to się wzięło… aż w końcu okazało się, że to właśnie “Strażnicy marzeń”. To animacja stworzona z myślą o tych młodszych widzach, która traktuje o stworzeniach z naszych legend i podań (Mikołaj, króliczek wielkanocny, wróżka-zębuszka itd.), które to tworzą drużynę i chronią dzieci przed złem. Jednak z powodu ataku jednej ze złych, mitologicznych istot, muszą obronić maluchy przed utratą dzieciństwa. 

Nie jestem osobą, która tego typu koncepty lubi. Wydają mi się zbyt… abstrakcyjne? O ile jeszcze film z samym świętym Mikołajem mi nie przeszkadza, to drużyna superbohaterów w takim składzie po prostu mi się ze sobą gryzie. To jednak nie jedyny problem, jaki miałam z tą animacją. Jack Frost jest bowiem postacią z bardzo fajnym potencjałem. To ten radosny typ, który nie zawsze postępuje zgodnie z tym, jak powinien, posiadający jakieś swoje wewnętrzne problemy… ale jednocześnie mający w sobie tyle ciepła, że naprawdę można byłoby go cudownie ograć.

Niemniej - “Strażnicy marzeń” to produkcja bardzo, bardzo schematyczna, której zakończenie nie dało mi ani odrobiny satysfakcji. Cała fabuła skierowana jest raczej w stronę młodszych dzieci. W związku z tym postać Frosta wydaje mi się kompletnie niewykorzystana. I chyba trochę teraz rozumiem, czemu pojawia się tak często na fanartach, choć o filmie chyba niewiele się mówi. Bo postać ma dobrą bazę, ale film jest po prostu bardzo przeciętny i schematyczny.

Jeśli szukacie filmu, który obejrzycie z dziećmi - po ten można sięgnąć. Ale nie oczekujcie, że sami zaczniecie go uwielbiać. 


“Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów” (2014)


Jak ja długo chciałam obejrzeć ten film! O tej francuskiej animacji słyszałam sporo dobrego, ale nie mogłam na nią absolutnie nigdzie trafić. W końcu się udało, bo pojawił się na Netflixie (i tam możecie go znaleźć). Nie zrobił na mnie jednak nadmiernego wrażenia. Ot, miła historia o Asteriksie i Obeliksie. Przyjemna, ale niewiele już z niej pamiętam.

W tej historii o dwójce Galów Cezar postanawia stworzyć nowoczesne miasto w okolicy rodzinnej wioski Asteriksa i Obeliksa, aby jej mieszkańcy mogli zachłysnąć się bogactwem Rzymu. Mamy tu kilku miłych bohaterów, kilka sympatycznych żartów, miłą fabułę i atmosferę… ale chyba po prostu nie jestem wystarczająco dużym fanem tych postaci, by przepaść w całości w trakcie oglądania.


“Miss America” (2020)


Taylor Swift to artystka, do której mam drobną słabość. Ma niezwykle proste utwory, które raczej nie wzbudzają we mnie większych emocji, ale za to niemal zawsze bardzo podobają mi się jej teledyski pod kątem wizualnym. Poza tym po prostu kojarzy mi się z czasami Disney’a i mam do niej pewną nostalgię. Dlatego dokument traktujący właśnie o niej - “Miss America” - po prostu włączyłam sobie “do obiadu” i obejrzałam go na tury. 

W moim odczuciu: to po prostu taka dość miła, lekka rzecz. Nie interesowałam się nigdy zbytnio życiem czy poglądami Taylor Swift, więc kilka elementów faktycznie było dla mnie nowych, jednak generalnie większość tak czy siak wiedziałam. Sympatycznie było zobaczyć, jak wygląda praca koncepcyjna nad piosenkami, a całość była poprowadzona na tyle rytmicznie, by przykuć moją uwagę na dłuższą chwilę. Niemniej, nie sądzę, by ten dokument odkrywał coś niezwykle ciekawego, czy poruszał te ważne i ciężkie tematy. Można więc obejrzeć do kawki/herbatki/obiadu, ale jednocześnie to mimo wszystko coś dla osób, które Swift przynajmniej lubią. Nawet nostalgicznie, tak jak ja.


“Jojo Rabbit” (2019)


Uwielbiam Taikę Waititi od… od dawna właściwie. “Co robimy w ukryciu?” (wersja filmowa) to moja miłość od lat. Oczywistym było więc, że “Jojo Rabbit” był produkcją niezwykle przeze mnie wyczekiwaną. I okazał się w sumie tym, co chciałam obejrzeć. Jego akcja rozgrywa się w trakcie II Wojny Światowej, w Niemczech. Jojo jest bardzo zaangażowany ideologicznie i wpada w niemałą panikę, gdy odkrywa, że w jego domu ukrywa się żydowska dziewczynka. 

To film opowiedziany z perspektywy dziecka. Jest więc kolorowy, często przerysowany, czasem mocno ukierunkowany na jakiś aspekt. Nie koniecznie przekazuje stricte historyczną prawdę, ale jednocześnie jest bardzo ciepłą, zabawną i dramatyczną opowieścią. Bo to w sumie dramat… tylko ukryty pod płaszczykiem żartu. Co z resztą u tego reżysera jest normą. 

Wiele jest w sieci opinii i recenzji tego dzieła, więc chyba nie mam co się powtarzać. Rozumiem, jeśli komuś do gustu nie przypadnie, bo i temat jest drażliwy, i sam żart Waitiego niekoniecznie wszystkim odpowiada, ale… ja lubię. I polecam sprawdzić.


“Świąteczny książę” (2017) i “Zamiana z księżniczką” (2018)

Kojarzycie te wszystkie filmy o zwykłych dziewczynach, które mają nagle coś wspólnego z dworem królewskim? Poznają księcia, okazują się królewnami itd. itp.? To dwa z tych filmów. I są właściwie tak samo głupie i pozbawione głębszego sensu jak wszystkie inne. Tym razem w pierwszym przypadku nasza bohaterka to dziennikarka, która musi przygotować materiał na temat księcia (i zgadnijcie, jak to dalej się potoczy), a w drugim mamy swoistą adaptację “Księżniczki i żebraczki”.

Powtórzę się: to głupie filmy. I nie mają zbyt wiele sensu. Nie jestem zresztą przekonana, czy mają dużo wspólnego ze sztuką filmową. Ale w okolicach świąt zrobiło mi się ciut sentymentalnie i wieczorem nie mogłam zasnąć, więc… na taką okazję tego typu produkcje mogą się sprawdzić. Chyba. Tak trochę, bo wielkiej satysfakcji z oglądania raczej nie miałam. Ale istnieją i obejrzałam - więc informuję.


W tym filmie Vanessa Hudgens gra samą siebie w dwóch rolach. Cóż, los poprowadził byłą gwiazdkę Disney'a w dziwne rejony.


poniedziałek, 28 października 2019

Fantastyka na ekranie - „Carnival Row” i „Alita: Battle Angel” to nie są dobre dzieła

Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/



 Fantastyka na ekranie niekoniecznie wypada dobrze. Nie dość, że jest po prostu stosunkowo trudnym gatunkiem to na dodatek jest po prostu kosztowna. Efekty specjalne muszą w końcu dobrze wyglądać, a w takich dziełach ich nie brakuje. Niemniej, każde dobre dzieło tego typu przyjmę z otwartymi ramionami.
Niestety, dwa tytuły, o których dziś Wam powiem moich oczekiwań po prostu nie spełniły. I to do tego stopnia, że najzwyczajniej w świecie ich nie skończyłam. Czemu? O tym niżej!


Carnival Row (sezon 1)
Znalezione obrazy dla zapytania: carnival row poster"Orlando Bloom (jako Rycroft) i Cara Delevingne (jako Vignette) w obsadzie sugerowali, że trochę pieniędzy na ten serial jednak poszło. „Carnival Row” to produkcja Amazona. Przenosi nas do świata, w którym ludzie żyją razem z innymi rasami. Konflikt polega na tym, że do niedawna dwa światy – ludzki i magiczny – były rozdzielone. Z powodu wojny inne rasy szukają schronienia pod ludzkim dachem, co wywołuje powszechny sprzeciw. Akcja rozgrywa się głównie w mieście przypominającym Londyn z okresu rewolucji parowej. Motyw wprawdzie wyświechtany, jednak osobiście lubię samą steampunkową estetykę, do której produkcja nieco nawiązuje, więc to akurat problemem dla mnie nie jest.
W moim odczuciu ten serial był po prostu niemożliwie wtórny już od pierwszych chwil. Konflikt ludzie kontra inne rasy, jakieś nawiązania do Lovcrafta w związku ze śledztwem, ten XVIII-wieczny Londyn… to motywy, które w fantasy były wałkowane już setki razy. Być może dla osób, które nie czytają książek coś takiego będzie nowością, bo jak wspominałam na wstępie, fantastyka jest droga w produkcji i wiele w serialach tego nie ma. Dla mnie jednak, jako starego wyjadacza gatunku, nie ma w świecie przedstawionym „Carnival Row” nic ciekawego.
Ponadto główna bohaterka była dla mnie najzwyczajniej w świecie nie do zniesienia. To ten typ „silnej babki”, która nieustannie ma się za ofiarę. Bezustannie podejmuje złe decyzje i obwinia za to cały świat. Próbuje być ostra, próbuje pokazać swoją feministyczną moc i siłę… ale ugh, jak ja bardzo nie lubię takich postaci. Pisanych jakby na siłę, wiecznie niezadowolonych z życia, które nie potrafią sensownie spojrzeć na sytuacje. Rycroft nie jest może doskonały, ale przynajmniej nie irytował mnie do tego stopnia. Poza tym chociaż aktorka ją grająca, Cara, jest naprawdę piękną kobietą, to coś w jej spojrzeniu najzwyczajniej w świecie mnie odrzuca.
Linia fabularnia zdecydowanie nie dawała czadu. Całość zdaje się być sklejona na siłę. Tak byle wcisnąć tu wojnę, byle był konflikt, byle było śledztwo i tajna organizacja. Bez szczególnej głębi, czy kreatywności albo pomysłu na siebie.
Chyba jedynym pozytywnym aspektem tej historii był dla mnie wątek Imogen Spurnrose (Tamzin Merchant), szlachcianki, pozornie pustej i głupiutkiej, która jednak próbuje samodzielnie ratować rodzinny majątek. Być może nie była to historia idealna, ale przynajmniej miała nieco przyjemniejszy ton.
Nie polecam, jeśli choć odrobinę „siedzicie” w fantasy, nawet mimo tego, że serial wizualnie nie wygląda źle. Sama odłożyłam ostatnie 2-3 odcinki na później i po prostu do niego nie wróciłam.



Alita: Battle Angel
Znalezione obrazy dla zapytania: alita battle angel poster"
Gdybym była młodsza, istnieje spora szansa, że uwielbiałabym tę produkcję. Wysokobudżetowy film, młodociani bohaterowie i akcja – podejrzewam, że wielu nastolatków tę historię po prostu kupi. Ja najzwyczajniej w świecie chyba jestem na tę produkcję za stara.
Historia opowiada o Alicie (Rosa Salazar), cybernetycznej nastolatce, której części zostały znalezione przez dr Ido (Christoph Waltz) na olbrzymim wysypisku. Dziewczyna nie pamięta swojej przeszłości i stopniowo stara się ją odkryć.
Być może sam ogólny pomysł na historię nie byłby zły gdyby nie bardzo młodzieżowe motywy. Ten film naprawdę wygląda dobrze, ale przez ilość młodzieżowego romansu, łamania zasad wyznaczonych przez rodziców i stosunkowo toporne światotworzenie najzwyczajniej w świecie nie byłam w stanie przez ten film na spokojnie przebrnąć. Nawet paczka Pringelsów oraz gorąca czekolada nie uratowały seansu. Udało mi się dobrnąć może do 1/3. Być może „Alita” sprawdzi się w trakcie spotkania ze znajomymi oraz jako seans dla młodzieży (i/lub osób, które takie klimaty po prostu lubią). Ja się po prostu znudziłam.

sobota, 1 grudnia 2018

Anihilacja (2018): Baśniowa metafora science-fiction


Recenzja: https://fantastykacodzienna.pl/2018/12/01/anihilacja-2018-recenzja/

poniedziałek, 19 listopada 2018

Duma i uprzedzenie: Oryginał, a film z 2005 roku

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
 
Książka i film – odwieczni rywale, wrogowie wręcz, zwłaszcza, jeśli spojrzymy na to, jak na to drugie dzieło patrzą często książkoholicy. Ja jednak od tej walki staram się odcinać, a o powodach dlaczego pisałam już w TYM miejscu. Dziś jednak uznałam, że ze zestawie ze sobą dwa dzieła: „Dumę i uprzedzenie” Jane Austen z ekranizacją, czy też adaptacją tej powieści z 2005 roku. Dlaczego?
Po pierwsze, obydwa dzieła poznałam praktycznie w tym samym czasie, a co za tym idzie: mam na obydwa bardzo świeże spojrzenie. Po drugie, na temat dzieła Austen powstało już tyle oficjalnych recenzji, że po prostu nie czuję potrzeby, aby tworzyć na jego temat coś osobnego. Mam przy tym wrażenie, że z pomieszania recenzji z porównaniem może wyjść coś nowego.



O czym w ogóle jest ta historia?
XIX wiek. Rodzina Bennetów nie należy do najbogatszych. Nie łatwo jest wydać za mąż pięć córek, w chwili, gdy cały majątek po śmierci głowy rodziny przejdzie na odległego kuzyna. W związku z tym gdy do okolicy przeprowadza się bogaty młodzieniec, pan Bingley,  pani Bennet robi wszystko, aby wydać za niego jedną ze swoich córek. W tym czasie Elizabeth Bennet poznaje przyjaciela pana Bingley’a, pana Darcy’ego. Mężczyzna jest względem niej niezwykle nieprzyjemny. Elizabeth nawet nie domyśla się, że pan Darcy zaczyna darzyć ją uczuciem.



Film
To film w reżyserii Joe Wright’a był pierwszą „wersją” historii Jane Austen jaką poznałam. W związku z czym moje spojrzenie na historie było wtedy po prostu zupełnie świeże. Wprawdzie o „Dumie i uprzedzeniu” słyszałam już wiele, ale poza kilkoma głównymi faktami (jak to, że w tej historii występuje „super-łamacz-serc-od-pokoleń”, czyli pan Darcy) nie znałam treści tego dzieła. Dlatego sama fabuła była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem: choć obyczajowa to miała w sobie bardzo wiele uroku i drobnych zwrotów akcji, o których istnieniu nie posądzałabym tak klasycznej historii.
Jednocześnie „Duma i uprzedzenie” z 2005 roku to przepiękna muzyka i zdjęcia. Na ten film po prostu patrzy się niezwykle przyjemnie, zwłaszcza jeśli do wszystkiego dodamy przepiękną Keirę Knightley w roli głównej.
Pozytywnym zaskoczeniem była też chemia między głównymi bohaterami. Knightley i Matthew Macfadyen grający pana Darcy’ego zostali naprawdę dobrze do siebie dopasowani. Nawet, jeśli widzimy, jak bardzo się sprzeczają to po prostu nie da się nie zauważyć uczucia między nimi. Co z tego, że w tej chwili się wyzywają, skoro oglądając ich na ekranie razem i tak ma się wrażenie, że za chwilę dojdzie do pocałunku?
Z tym, że… do pocałunku w gruncie rzeczy nie dochodzi. To właśnie jest chyba najbardziej „nietypowe”, jeśli chodzi o filmy będące adaptacjami XIX-wiecznej twórczości. W zupełnie współczesnych historiach wręcz nie do pomyślenia jest, aby główni bohaterowie nie wylądowali po chwili razem w łóżku, a tutaj… ich pocałunek obserwujemy aż, uwaga! Raz. To kolejna rzecz, która – moim zdaniem – tej historii po prostu dodaje uroku.

Książka
Z prozą Jane Austen miałam już styczność – poznałam już „Rozważną i romantyczną” (pełna opinia TUTAJ) oraz „Mansfield Park (pełna opinia TUTAJ). Nim sięgnęłam po „Dumę i uprzedzenie” słyszałam jednak, że to konkretne dzieło autorki jest tym najlepszym pod każdym względem. Z tym, że… o ile uważam, że na pewno jest to książka lepsza od wcześniej przeze mnie poznanych to raczej daleka jestem od nadmiernych zachwytów.
By nie było wątpliwości: bardzo cenię sobie Jane Austen. Jej książki z „Dumą i uprzedzeniem” włącznie są niezwykle brytyjskie. Powolne i piękne, pozwalają rozkoszować się językiem, spokojnym tonem i ironicznymi szpileczkami, które autorka zgrabnie wbija swoim bohaterom, dzięki czemu jej proza nie jest sztuczna i sztywna. Z tym, że przez ostatnie dwieście lat jednak zmienił się nieco sposób przedstawiania historii i przez to osobiście nie potrafię w pełni wejść w emocje bohaterów.
Czemu? Bo Jane Austen zarówno w tej, jak i w innych swoich książkach stoi z boku bohaterów. Nie przytacza nam wszystkich szczegółów, często te istotne rozmowy podając w formie narracji (pisząc coś w stylu: … i powiedział jej o tym, jak bardzo ją kocha, mówiąc o pięknie jej oczu). Pozwala im na sporą dawkę intymności, unikając nadmiernego wchodzenia w ich głowy, czy pokazywania pikantnych szczegółów. Nie przeczę: to zdecydowanie ma swój urok. Jednak jednocześnie sprawia, że nie potrafię wgryźć się w historię tak bardzo, jakbym chciała.

Książka a film
Gdybym miała wybrać historie do której być może wrócę w tym przypadku na pewno byłby to film. Przede wszystkim przez to, że po prostu łatwiej jest spędzić dwie godziny na seansie, niż kilka-kilkanaście godzin na przeczytanie książki. Ponadto, pewnie częściowo przez kolejność, w jaką poznałam obydwa dzieła, czuje się bardziej związana emocjonalnie z ekranizacją.
Czy jednak książka, albo film jest gorsza albo lepsza? Nie wydaje mi się. To dwie różne formy przekazu i po prostu trudno jest tak dokładnie je porównać. Gdybym miała jednak wskazać kilka konkretnych „różnic” to właściwie… podałabym dwie główne rzeczy dzielące te dwa dzieła.
„Duma i uprzedzenie” w wersji filmowej to współczesny twór, który po prostu może sobie pozwolić, aby wpasować się w emocje dziś żyjącego widza. Z tego powodu Elizabeth jest bardziej wygadana, w związku z tym akcja jest szybsza i bardziej dynamiczna. Ponadto tam, gdzie Austen opisuje piękne widoki, tam film po prostu je pokaże i leci dalej. Tam, gdzie Austen opisuje drobne niuanse społeczne, tam film może nie zwrócić na to uwagi. Z tego względu z jednej strony książkowa „Duma i uprzedzenie” jest niezwykle cenna jeśli chodzi o piękny tekst i opisy ówczesnych zwyczajów, a z drugiej – gra na delikatniejszych nutach. Moim zdaniem przez to dopiero w o wiele bardziej współczesnym filmie charakterek Elizabeth może naprawdę wybrzmieć; w książce jest przytłumiony, tak, aby nie zrazić czytelnika.
Drugą kwestią jest coś, o czym z resztą już wcześniej pisałam – film ma tę niezwykłą zaletę, że do ról głównych bohaterów zostali dopasowani aktorzy, pomiędzy którymi po prostu czuć chemię. Oryginał, który raczej unika bezpośredniości, mi osobiście nie dał tyle satysfakcji z obserwacji starć tych dwóch postaci, co wersja z 2005 roku głównie dzięki nim.


Co jednak jest w tej historii niezwykłe to jej aktualność. „Duma i uprzedzenie” – niezależnie, czy mówimy o książce, czy jej kinowej wersji – to cały czas historia Kopciuszka, który poznaje swojego księcia. Wprawdzie w tym przypadku mamy do czynienia z bardzo charakternymi głównymi bohaterami (co jest tylko zaletą tej historii), ale jak najbardziej rozumiem zachwyty odbiorców (a właściwie odbiorczyń) nad panem Darcy’m. W końcu to po prostu bogaty, tajemniczy i inteligentny mężczyzna, zakochujący się w biednej młodej damie, z którą chciałaby utożsamiać się większość kobiet. Mimo że od powstania tej historii minęło ponad dwieście lat to dalej jest baśnią, pokazującą, że ludzkie pragnienie chęci posiadania drugiej osoby, z którą spędzi się całe życie w zgodzie i szczęściu dalej pozostanie niezmienne.
Nomida zaczarowane-szablony