niedziela, 31 maja 2020
czwartek, 28 maja 2020
3 karygodne błędy w trzymaniu PAPUG w domu
![]() |
| Iorweth-czytelnik pozdrawia. W tle kilka moich ostatnich, książkowych zakupów (więcej na Instagramie). |
W ostatnim czasie często w chwilach nudy wchodzę na Instagram i zerkam pod hasztag #papuga. Ot tak, dla zabicia czasu, może drobnej inspiracji? Po prostu mi się to zdarza, tak samo jak zaglądam pod hasztag #książka czy #fantastyka. W końcu papugi mam ponownie od jakiś dziesięciu miesięcy i bądź co bądź, ten temat mnie jak najbardziej interesuje.
Tyle tylko, że tu pojawia się drobny problem. O ile pod #fantastyką czy #książkami raczej nie często widzę treści kontrowersyjne, o tyle przy #papugach… cóż, czasem po prostu trochę boli mnie to, co widzę. Dlatego, że często właściwie przez brak bardzo podstawowej wiedzy ludzie papugi po prostu krzywdzą. A czasem nie trzeba wcale wiele, by te warunki poprawić. Dlatego dziś prezentuję Wam trzy podstawowe błędy/problemy dotyczące trzymania papug w domu. Takich raczej jasnych i klarownych dla każdego, kto przeczytał nieco więcej, choć oczywiście z samą argumentacją możecie się zgadzać, albo nie. Grunt, że te rzeczy, które przedstawiam tutaj są albo wiedzą powszechną wśród eee… ptasiarzy? Papugaży? Albo też są informacjami, które wyciągnęłam gdzieś z jakiś stron/filmów tworzonych przez profesjonalistów, zgadzam się z nimi i w przypadku moich papug po prostu się sprawdzają.
Jeśli nawet Was ten temat nie interesuje, zachęcam, by z tym tekstem choćby pobieżnie się zapoznać: może akurat w Waszym otoczeniu jest ktoś, kto ma papugę i nie ma świadomości, że popełnia któryś z tych błędów, a czasem naprawdę niewiele trzeba, by wydłużyć albo poprawić takiemu zwierzakowi życie.
Problem jest w cenie
![]() |
| Papużka falista to razem z nimfą oraz nierozłączką najbardziej popularna, domowa papuga, którą zwykle znajdziecie w lokalnym sklepie zoologicznym. |
Nim jednak przejdę do błędów/problemów jako takich, muszę zacząć od dwóch podstawowych kwestii, które w dużej mierze je w moim odczuciu powodują. Pierwszym z nich jest właśnie cena.
Bo choć owszem, niektóre papugi kosztują naprawdę worek złota (dobiegły mnie słuchy, że ara hiacyntowa to koszt nawet ok. 60 tys. złotych w górę - nie weryfikowałam) to w Zoologicznym taką papużkę falistą dostaniecie za 30 złotych. Niska cena zaś w oczach wielu kojarzy się z niską odpowiedzialnością. Ot, kupię zwierzaka: najwyżej zdechnie, najwyżej ucieknie, dziecko się ucieszy i będzie miało lekcje życia! A nawet, jeśli jest to bardziej świadomy wybór to taki człowiek tak czy siak może nie mieć świadomości z czym zakup papugi się wiąże. Papuga za 30zł, klatka z tego samego zoologicznego za 90zł, do tego jakaś zabawka z plastiku albo lusterko za 10zł i jedziemy! Zwierzak ma wszystko, czego potrzebuje, prawda?
A no właściwie to gówno prawda. Bo papuga, niezależnie od ceny, dalej jest współczesnym dinozaurem i inteligentnym ptakiem, który potrzebuje ruchu, czasu, towarzystwa i zmęczenia mentalnego. Nie dajcie się nabrać, że ptaszek za 30 złotych to tani i prosty “biznes” - bo wtedy albo będziecie męczyć zwierzaka przez resztę jego marnego życia, albo będziecie musieli wydać niespodziewanie sporo pieniążków.
...i w gadulstwie
![]() |
| Amazonka żółtoszyja: zagrożony w naturze gatunek, który uchodzi za jedną z najlepiej gadających papug (razem z żako czy amazonką żółtogardłą). |
To właściwie podstawowy powód dla których ludzie kupują papugi. Ale jak już ktoś się na to nastawia, to często wpada na pomysł, że lepszą opcją będą te droższe, “gadające”. Żako, może amazonkę? Taki ptak to już koszt kilku tysięcy złotych, choć przecież i falista, i wróbliczka też przecież porozmawia. Ale przecież to nie jest taki prestiż jak żako! Albo kakadu! Chociaż, szczerze mówiąc, kakadu do tych najlepiej nawijających wcale nie należą (za to do tych najbardziej gwiazdorzących już tak, nie dajcie się nabrać na słodkie pióropusze).
Gdy więc przychodzi nam wydać kilka tysięcy złotych już częściej sprawdzamy, co kupujemy. Chociaż, niestety, nie zawsze. Więc choć zwykle widzę te tanie gatunki w złych warunkach, to i żako w zabiedzionej klatce się zdarzy.
Skoro to już wyjaśniłam… przejdźmy do tych trzech podstawowych problemów, czy też błędów, które być może popełniacie, albo popełnia ktoś z Waszego otoczenia: nie bójcie się na to zwracać uwagę, bo o ile walczących o los psów czy kotów jest dużo, o tyle z papugami jest już znacznie gorzej.\
1. Złe żerdzie
![]() |
| Zdjęcie z Zooart.com.pl, przedstawiające papużkę falistą na sztucznie obrobionej żerdzi, przy lusterku, które (na marginesie) nie powinno być papuzią zabawką. |
To sprawa bardzo, bardzo podstawowa, a też: bardzo prosta do naprawienia, bo wcale nie wymaga dużego nakładu finansów. Papuga absolutnie nie powinna mieć żerdzi plastikowych albo sztucznie “obrobionych” - te okrągłe, pozbawione kory patyki zwykle dodawane są do klatek na start, ale powinny być z nich jak najszybciej usuwane.
Powodów jest kilka. Przede wszystkim papuga, która zaciska palce na plastikowej, czy obrobionej sztucznie żerdzi zaczyna mieć problemy z krążeniem krwi. Może dorobić się odcisków i najzwyczajniej w świecie - bolą ją łapki. Oczywiście, jako że papugi raczej ukrywają ból, nie da nam o tym sygnału, ale to naprawdę nie będzie komfortowe. Widzę to po moich ptakach: nad klatką mają zamontowaną właśnie taką żerdź (chwilowo nie mam jak dociąć innej gałęzi na idealną długość). Myślicie, że tam siedzą? Robią to tylko, gdy muszą: gdy lądują albo coś podjadają z misek zamontowanych nad klatką. Spać idą na naturalne żerdzie.
Kolejnym problemem jest przyrost pazurów. Na naturalnych żerdziach pazury przynajmniej częściowo ścierają się samoistnie, a na tych “źle sztucznych” - nie.
Warto więc albo kupić normalne, naturalne żerdzie, albo po prostu wziąć jakąś gałąź z lasu, czy sadu. Tylko tu drobna uwaga: niektóre z drzew są dla papug trujące. Na pewno bezpieczna jest brzoza, czy jabłoń, a spis nietrujących roślin bez problemu znajdziecie w sieci.
Uważajcie też na żerdzie, które dedykowane są ścieraniu pazurów: te zaś mogą działać jak papier ścierny i kaleczyć całą łapę papugi.
I tak: sprawa żerdzi dotyczy na równi ar, amazonek, kakadu, nimf, falistych czy nierozłączek. Wydaje mi się, że można to nawet podciągnąć pod kanarki i inne ptaki ozdobne, choć ich tematu nie zgłębiałam.
2. Zła klatka
![]() |
| Nie podaję źródła, aby nie robić antyreklamy firmie produkującej. W każdym razie: z takiej klatki możecie zrobić sobie domową ozdobę, a nie trzymać w niej na stałe jakiekolwiek zwierzę. |
To już rzecz nieco trudniejsza do naprawienia, bo dobra klatka kosztuje od kilkuset złotych do… no cóż, górnej granicy nie ma. Ale jeśli chcecie kupić coś porządnego nawet dla małego ptaszka to i tak polecałabym, by mieć budżet co najmniej w okolicy ~500zł (nie obchodzi mnie, że ptak kosztował 30zł, to nie ma znaczenia).
Przede wszystkim okrągłe, małe klateczki, w których widuję papużki zwykle do niczego się nie nadają. Wejdzie tam może jedna żerdź (a to ciut za mało), są wyższe niż szersze (a ptak powinien móc się “przelecieć” w klatce) i są okrągłe - a to wzbudza w papudze niepokój. Nie będę tu podawać minimalnych wymiarów (te znajdziecie w sieci), ale zasada jest prosta: im większa, tym lepsza. Należy jedynie brać pod uwagę rozstaw prętów w przypadku małych papug.
I TAK: jeśli masz papużkę falistą to jak najbardziej możesz kupić klatkę zajmującą pół pokoju. A może nawet powinieneś. Ba, jeśli masz wolny pokój, Twój zwierzak nie będzie narzekał, jeśli przerobisz go na wewnętrzną wolierę.
Sama mam klatkę Ceasar z Zooplusa, porządne wydają mi się też klatki Montana (można je zakupić na np. parrotplanet.pl). Pamiętajcie, że dobra jakościowo klatka ułatwia życie i Wam: łatwiej się je sprząta, łatwiej zmienia pokarm. Zwróćcie uwagę, aby klatka posiadała szufladę i kratkę, która oddziela ptasie odchody od reszty klatki. Nie chcemy, aby nasz pupil chodził umorusany we własnej kupie, bo akurat spadł na ziemię, prawda?
Uwaga: warto mieć dwie klatki. Mniejszą i większą. Tak na wypadek kontuzji czy choroby zwierzaka.
3. Zła dieta
Dieta w przypadku papug to coś, w czym mogę grzebać i grzebać, a i tak nie znajdę prostego rozwiązania. Bo ich prosto karmić się po prostu nie da. To nie piesek, dla którego kupimy drogą, dobrej jakości karmę i będziemy zadowoleni. Ze ssakami jest prościej. Mają bardziej wytrzymałe żołądki i wątroby, a na dodatek wybór karm dla czworonogów jest po prostu olbrzymi. Bez problemu da się więc znaleźć suchą karmę, na której zwierzak przeżyje całe swoje życie, a człowiek jedynie będzie sypał te suche granulki do miski. Nie mówię, że to jest najlepsze rozwiązanie, ale generalnie: rozwiązaniem jest. Psy karmione w ten sposób przeżywają swoje życie w całości i jest OK, nie?
Ale papugi…
Przede wszystkim: w markecie/stacjonarmym sieciowym zoologicznym nie znajdziecie dobrej karmy dla papug. Nie spotkałam jeszcze sklepu, który miałby na stanie coś, co mogę z czystym sumieniem podawać swoim zwierzakom. Zwykle (z tego co mogę kupić) widzę firmę Prestige, która sprzedaje mieszanki ziaren z niewielkim dodatkiem granulatu i raz znalazłam karmę bazującą na suszonych owocach. Tyle tylko, że owoce były kandyzowane, więc… cóż, nie bardzo to się do czegokolwiek nadawało.
Jeśli więc macie papugę i karmicie ją tylko tym, co zakupicie w markecie to niemal na pewno Wasz ptak ma złą dietę. Istnieje wprawdzie grupa australijskich ziarnojadów (faliste, nimfy), których podstawą żywienia jest ziarno, ale nawet w ich przypadku urozmaiceniem diety powinny być warzywa, owoce, czy kiełki, które dostarczają niezbędnych składników odżywczych. Na dodatek sklepowe mieszanki często zawierają ziarno słabej jakości, przeleżałe, niekiełkujące i w niezbyt rozmaitych mieszankach: dlatego naprawdę lepiej kupić coś lepszego.
Warto więc sprawdzić, jakie warzywa i owoce są dla papug nieszkodliwe i powoli je do diety wprowadzać. Można kupić dobrej jakości granulat, który sama podaje dla “świętego spokoju” (by wyrównać nierówności w diecie). Można gotować papugom ziemniaki czy bataty, można podawać im gotowany ryż, kaszę, ciecierzycę. Papuga nie jest psem czy kotem: w jej przypadku urozmaicenie zadziała prawdopodobnie na korzyść.
Tu jednak muszę tylko dodać małą uwagę: papugi, które żyły przez dłuższy czas tylko na ziarnie mogą nie chcieć jeść niczego innego, zwłaszcza na początku. Dlatego warto uzbroić się w cierpliwość i szukać sposobów na zachęceniu zwierzaka do jedzenia różnych rzeczy.
UWAGA: papugi gorzej wydalają z organizmu sól, niż ssaki, dlatego ABSOLUTNIE nie należy podawać im niczego solonego. Nie podajemy też CZEKOLADY (mała ilość zabija) i AWOKADO. Pamiętajcie, że ptaki są od nas dużo mniejsze. To, co dla nas oznacza “troszeczkę”, dla nich może być zabójczą dawką.
Na sam koniec muszę jedynie dodać, że ten tekst ma formę bardzo ogólną: chciałam jedynie zwrócić Waszą uwagę na pewne problemy. Żaden z tych punktów nie wyczerpuje tematu. Dlatego jeśli jesteście zainteresowani czymś więcej, sprawdźcie w sieci, albo pytajcie: nie jestem profesjonalistą, ale w miarę możliwości spróbuję na pytania odpowiedzieć.
środa, 27 maja 2020
niedziela, 24 maja 2020
czwartek, 21 maja 2020
Dziś będzie o włosach, bo mogę
Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Ten wpis planowałam od dawna. Tak, tak – robiąc te zdjęcia, które zobaczycie niżej już o tym myślałam. Więc uznałam, że skoro znów wróciłam do tematu to ja może po prostu o tym sobie napiszę. Bo moge, bo chcę i bo czemu nie. Jak pewnie widzicie po tytule, tym razem nie będzie ani o książkach, ani serialach, ani kulturze ani niczym powiązanym. Za to będzie o włosach. Bo to we włosomaniactwo wpadłam w 2014 roku i wytrwałam w nim ok. 2-3 lat, aby następnie powoli o tym zapomnieć… a teraz miałam w końcu czas, by o tym znów pomyśleć i poczytać. Ale może od początku, no nie?
Także, jeśli nie szukacie takiego kontentu… to wróćcie kiedy indziej.
Przed…
Chyba nigdy nie uważałam swoich włosów za coś nadzwyczaj szczególnego. Oczywiście, że jako dziecko marzyłam o włosach do pasa, by wyglądać jak królewna, ale ogółem one po prostu były. Uznawałam je (do niedawna zresztą) za proste, średnio-gęste i średnio-grube. Zwykłe, o przeciętnym kolorze. Nieproblematyczne, ale do dziś nie nauczyłam się żadnej innej fryzury poza warkoczem i kucykiem, więc też niewiele z nimi robiłam. Nie miałam też jakiś wielkich ciągot do farbowania ich i innych takich. Czasem zdarzało mi się mieć na głowie jakieś dziwne cięcia (np. cieniowanie), czasem marzyłam o włosach ściętych w szpic, ale ogółem… nie miałam konkretnej wizji moich włosów, a przynajmniej nie pamiętam, abym takową miała.
Z tamtego okresu mam jedną, drobną anegdotkę. Mianowicie, mama zabrała mnie swego czasu do fryzjera, bo czasem jednak wypada do niego pójść, no nie? No to poszłyśmy. Moja mama zauważyła, że coś ta pani fryzjer jakoś ciągnie te moje włosy i długo jej zajmuje to czesanie. A przecież jeszcze w aucie je sobie czesałam! Tyle tylko, że już jakiś czas wcześniej moje partie włosów od karku trochę się pokołtuniły. Ja nie wiedziałam jak to rozczesać, a nie śmiałam się nikomu przyznać… więc czesałam włosy tylko z wierzchu. I jakoś nie pomyślałam, że to może być problemem u fryzjera.
Jakoś w okolicy oglądania jakże znanego nam wszystkim “Zmierzchu” uznałam jednak, że chce mieć włosy jak Alice. Uznałam, że wygląda przepięknie, jak jakaś cudowna nimfa i byłam przekonana, że ja przy takim cięciu też będę tak wyglądać. Problem polega na tym, że aktorka grająca tę postać ma trójkątną twarzyczkę, do której to po prostu pasowało. Ja takiej nie mam. Nie mówię, że jestem od niej gorsza czy brzydsza: mamy jedynie zupełnie inne typy urody. Więc chyba nie wyglądałam najlepiej… ale przynajmniej cieszyłam się z tego, że muszę się nimi mniej zajmować i jakoś to było.
Ale jakoś tak do drugiego cięcia się zbierałam i zbierałam…
![]() |
| Tak planowałam wyglądać. I tak absolutnie nie wyglądałam. |
... a potem przyszedł TEN wyjazd
Wakacyjny, nieszczególnie szczęśliwy, pomiędzy gimnazjum a szkołą średnią. Włosy sięgały mi już ramion, więc długość wcale nie była jakoś szczególnie zła, niemniej to teraz nie jest istotne! Istotne jest to, że przez dwa tygodnie spałam w jednym pomieszczeniu z kilkoma dziewczynami, z których jedna miała fizia na punkcie włosów. Była tą typową, zajaraną tematem nastolatką, która chyba nawet zaczęła prowadzić bloga o tej tematyce. Nawijała o tym dość często, a przynajmniej mi się to wydawało. Niby zainteresowana nie byłam, ale w końcu coś takiego wchodzi do głowy. Człowiek, mimowolnie, zaczyna się orientować, że hej, te włosy to jednak jest jakaś część mnie o którą można nieco bardziej zadbać no nie?
![]() |
| Nagranie wycięte z kadru filmu, dlatego wybaczcie za jakość. Miny chyba też nie ma co pokazywać. Ale dokładnie takie wtedy były! |
To nie było jednak tak, że zaraz po wyjeździe zaczęłam robić z włosami nie-wiadomo-co. Została mi reszta wakacji, siedziałam w domu… więc sobie powoli czytałam o tych włosach. To zdjęcie z marca 2014, które możecie tu zobaczyć, to efekt dość świadomej decyzji: hej, chce mieć jednak ładne i długie włosy, bo to dbanie o nie wcale nie wydaje się takie trudne. Na tej fotografii są z resztą zaraz po wyjściu od fryzjera, po pierwszym podcięciu końcówek, dzięki któremu miałam zacząć hodować te długie i zdrowe włosy.
| Marzec 2014 |
No i hodowałam. Moim głównym problemem była i jest przetłuszczająca się skóra głowy, więc myłam włosy codziennie. Metody OMO (odżywka-szampon-odżywka w trakcie mycia) nie stosowałam, bo uznałam, że jest głupia, ale za to przynajmniej raz w tygodniu włosy olejowałam bądź nakładałam na nie jakąś maskę. Często domowej roboty: jakieś jajko, mąka, kakao. Działać działało, bo przy niezniszczonych, ale nie odżywionych włosach jest tak, że chętnie przyjmują wszystko. Zwłaszcza w moim przypadku: niewiele jest rzeczy, które po nałożeniu na głowę zrobią mi krzywdę. Serio.
| Wrzesień 2014. Są puchate przez rozczesanie fal, które tworzyły mi się od warkocza. |
Byłam dumna ze swoich hodowanych, niskoporowatych i prostych włosów. Wyrobiłam sobie też parę dobrych nawyków. Zaczęłam je poprawnie myć, zaplatać w warkocz na noc, rozczesywać przed myciem, a nie po itd. itp. To drobnostki, ale naprawdę robią różnice.
Potem zrobiłam grzywkę, którą mam do dziś. A po grzywce, tuż przed moim pierwszym Pyrkonem, rozjaśniłam jedno pasemko do jasnego koloru. Nie chciałam niszczyć całych włosów, ale taki akcent mi się podobał, więc czemu nie? Na włosy i tak chuchałam, więc temu pasemku naprawdę nic takiego się nie działo.
| Październik 2015: znów odgniecenia od warkocza, ale tu już długość zaczynała mi się podobać. |
W końcu studia…
… i mieszkanie na grupowej stancji.
Okazało się, że przy sześciu obcych osobach i jednej łazience regularnie bieganie do toalety mnie przerosło. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu ze współlokatorami, po prostu się ich wstydząc i nie chciałam, aby ktokolwiek widział mnie na korytarzu. Trudniejsze więc stało się cotygodniowe nakładanie masek i olejów (bo jak to tak, chodzić w tłustych włosach przy ludziach). Powoli, powoli ograniczyłam więc pielęgnacje, aż w końcu ta skupiła się tylko na szamponie i odżywce.
Pewna edukacja jednak została, tak samo jak wyrobione nawyki. Przez to moje włosy nie były nigdy w złym stanie. Raczej w zwykłym i bardzo przeciętnym.
Pasemko wciąż rozjaśniałam, ale że nie układałam włosów na ciepło, a moje fryzjerki pilnowały, by nie było zbyt jasne to jakoś się trzymało. Aż to tego feralnego momentu, gdy uznałam, że zamiast mojego “wiejskiego” salonu odwiedzę ten miastowy. I wtedy trochę się podziało.
Sama wizyta była bardzo satysfakcjonująca w pierwszym momencie. Ogółem, chciałam wtedy włosy rozjaśnić na całości, by pozbyć się z nich żółtego pigmentu. Pani fryzjerka przytaknęła i zapewniła, że one po tym nie będą się kruszyć, po prostu usunę biały kolor. Nikt nie zaproponował mi tonera, nikt nie powiedział, że to zły pomysł, mimo że naprawdę starałam się wyjaśnić, że kolor < niespalone włosy. Zapłaciłam fortunę, ale kolor był ładniejszy i zachowanie fryzjera względem mnie jakieś takie budujące, więc uznałam, że jeśli wszystko będzie dobrze to będzie warto.
No i stało się. W kolejnych tygodniach na mojej szczotce zostawały same białe włosy, a ja z tej spalenizny dalej nie wyszłam w pełni. A że nikt mi nie powiedział, jak o takie włosy dbać to szybko tak czy siak znów zżółkły. Świetnie, prawda?
Ale cóż… mimo mieszkania już w bardziej normalnych warunkach jakoś do tego dbania o włosy wrócić mi się nie chciało. I nie chciało mi się niemal do “teraz” z resztą.
Dzięki, algorytmie Youtube’a
No właśnie. Youtube zaczął mi polecać kanały o włosach. A że trwa kwarantanna to jakiś film włączyłam w tle. A potem drugi, trzeci, czwarty… I tak znów mi się zachciało o te włosy zadbać.
Zaczęłam od olejowania, bo to mogłam zrobić natychmiast. Dobrze wiedziałam przecież, że moje włosy kochają każdy olej, więc po prostu go na nie nałożyłam. A potem wybrałam się do drogerii, kupując jakiś lepszy zestaw do pielęgnacji. I jednocześnie… zaczęłam sobie uświadamiać, że trochę myliłam się co do moich włosów.
Po pierwsze, chyba jednak nie mam tzw. niskoporów, a średniopory. Nie wiem, czy to jest kwestia złej pielęgnacji, ale w tej chwili nie wydaje mi się, abym miała mocno domkniętą łuskę włosa. Niemniej, to wyjaśnia też, czemu moje włosy lubią KAŻDY olej: zwykle nisko- i wysokopory lubią konkretne rodzaje, u mnie to naprawdę nie ma większego znaczenia.
Po drugie… one chyba chcą się falować. Nie kręcić, absolutnie nie, ale jednak są podatne na stylizacje. To zdjęcia, które widzicie poniżej dzieli ok. 12h. Po lewej włosy są po olejowaniu i laminowaniu galaretką (niezorientowani - po prostu wygooglujcie) oraz suszeniu suszarką. Po prawej po nocy w warkoczu i po stylizatorze do włosów kręconych.
![]() |
| Maj 2020, 12h różnicy. Po lewej chyba szczególnie dobrze widać, jak mocno wykruszyło mi się jasne pasemko. |
![]() |
| Maj 2020, zdjęcie wykonane dzień przed tym powyżej. Fale po rozczesaniu. |
Włosy były zawsze tym elementem mnie, który jest w miarę ładny sam z siebie, a przy tym niezbyt problemowy. To motywuje, zwłaszcza, że naprawdę łatwo da się zobaczyć efekty we (w miarę) dopasowanej pielęgnacji włosów. W końcu to właściwie pół-martwe twory, które jeśli nie są nadmiernie zniszczone zwykle potrzebują tylko minimum wysiłku, by naprawdę zrobiła się na nich różnica. A przynajmniej to wynika z mojego doświadczenia.
Raczej przeszła mi już faza na młodzieńcze nadmierne zachwyty i próbę robienia z włosami WSZYSTKIEGO, bo tak napisali w sieci. Ale jednocześnie chcę, by ten post był trochę taką moją małą motywacją na teraz i/lub przyszłość, bym mogła sobie przypomnieć, jak nie
wiele czasem trzeba, by te włosy znów wyglądały lepiej. I no cóż, jakoś to będzie, prawda?
A dla tych może nieco bardziej zainteresowanych tematyką pod kątem technicznym, może wypiszę co kupiłam na start z “nowym włosomaniactwem”:
Yope, Mleko Owsiane, szampon do włosów - bo potrzebuje jakiś mocny detergent i ogółem lubię Yope
Natura Siberica Szampon 2w1 dla mężczyzn - bo jestem kobietą lubiąca łamać obyczaje i kupuję rzeczy dla panów. A tak na poważnie, to po prostu delikatniejszy w składzie szampon.
Bielenda, Botanic Spa Rituals, Odżywka do włosów farbowanych, lawenda i zielona herbata - odżywka bez silikonów, na razie po prostu mi się sprawdza.
Garnier, Fructis, Aloe Hair Food - łatwo dostępna maska do włosów, którą z resztą znam i używam jako odżywkę.
Bioelixire, Argan Oil, Serum - po prostu silikonowe serum zabezpieczające końcówki włosów.
Isana, Professional, Styling Cream Pure Locken - najtańszy stylizator kupiony do testów, bo mogłam. :D
Szczotka “Sierp” ze Szczotkarni - jeszcze jej nie mam, ale już do mnie idzie! Mój Tangle Teeazer chyba dawno wymagał wymiany (kupiony w ~2015).
Wiem, że w tym zestawieniu brakuje trochę protein, jeśli chodzi o równowagę PEH, ale z tego powodu laminowanie włosów chyba na stałe po prostu wejdzie do mojej rutyny. Chyba, że znów mi się znudzi. :D
Mam nadzieję, że ta włosowa podróż cokolwiek w Wasze życie wniosła… a jeśli nie to trudno. Raczej prędko taka tematyka tutaj się nie powtórzy tak czy siak.









