Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 stycznia 2024

The Inheritance Games: chyba spodziewałam się, że będzie ciekawiej


Avery na siedemnaście lat i ani grosza przy duszy. Wyróżnia ją inteligencja, jednak w szkole jest zwyczajną, szarą myszką. Aż do dnia, kiedy okazuje się, że pewien miliarder zapisał jej w spadku cały swój majątek. Zasada jest jedna: ma przez rok mieszkać pod jego dachem.

The Inheritance Games
Cykl The Inheritance Games, t. 1
Jennifer Lynn Barnes
wyd. Must Reed, 2022


Nim za tę książkę się zabrałam, przewijała mi się co jakiś czas w książkowych mediach społecznościowych. Nie słuchałam raczej pełnych opinii, ale, tak czy siak, wytworzyła mi się pewna wizja tej książki. I dlatego też sięgając po „The Inheritance Games” wydawało mi się, że będzie to jakaś historia z zagadkami, które będę mogła rozwiązywać wraz z bohaterką. Przy okazji wydawało mi się, że całość będzie miała motyw podobny do krwawych igrzysk i że będzie po prostu czymś, co trzyma w napięciu przez cały czas. Dostałam jednak coś trochę innego.

Faktycznie Avery trafia do domu milionera, który kochał zagadki. Jego wnukowie, będący w zbliżonym wieku do protagonistki, powtarzają to wielokrotnie. Historia zaś polega głównie na rozwiązywaniu zagadki dotyczącej tego, czemu akurat ona dostała spadek, a nie krewni mężczyzny. Jednakże nie jest to zagadka, którą można śledzić i próbować na bieżąco rozwiązywać. Ona jest zrozumiała dla bohaterów, ale nie dla czytelnika, w związku z czym nie ma tutaj możliwości, aby krok po kroku samodzielnie dochodzić do prawdy.

Rozczarowałam się pod tym względem i przyznam, że dla mnie, dorosłego czytelnika, lektura była po prostu dość nudnawa. Niby sporo się tu działo, ale postacie często powtarzały dokładnie to samo. Nie był to romans, a Avery regularnie musiała komentować piękne klaty chłopców, nawet jeśli pomiędzy nimi nie dochodziło do większych bliższych interakcji (chociaż wątek romantyczny się pojawia). Sporo jest tu też obyczajowych, szkolnych scenek, które nie były napisane wystarczająco ciekawie, by utrzymać moje zainteresowanie, a nie jestem już w wieku, w którym po prostu czytanie o chodzeniu do szkoły jest wystarczające.

Ponadto autorka książki chyba sama nie do końca rozumie, ile tak naprawdę funduszy odziedziczyła jej bohaterka. Avery z dnia na dzień stała się jedną z kilku najbogatszych osób w USA i tym samym raczej nie uczęszczałaby do zwykłej szkoły z internatem o podwyższonym standardzie, bo to byłoby po prostu dla niej dość niebezpieczne. Niemniej, rozumiem, że jest to część konwencji.

Sam styl tej książki jest bardzo lekki, wchodzący bez większego problemu, więc w tym względzie „The Inheritance Games” spełniają swoją funkcję.

Nie jest to najgorsza książka, jaką czytałam w ostatnim czasie i rozumiem, skąd wzięła się jej popularność. Niemniej, chyba miałam jednak nadzieję, że będę się w trakcie lepiej bawić. Rozumiem, jeśli dla kogoś taka opowieść daje wystarczającą satysfakcję i też nie mam zamiaru odradzać osobom, które czują, że to lektura dla nich, ale warto chyba wziąć pod uwagę swoje oczekiwania do lektury.


poniedziałek, 15 marca 2021

Toń: trzy panny Stern w magicznym Wrocławiu

Justyna wraca do rodzinnego mieszkania we Wrocławiu, gdzie żyje jej siostra, Eleonora oraz zdziwaczała ciotka, Klara. Od razu przypomina sobie, czemu stąd uciekła: ach, te głupie zasady! Przecież nie ma sensu to, że nie może nikogo zapraszać do siebie ani nikogo wpuszczać. Gdy więc pod drzwiami pojawia się tajemniczy mężczyzna, dziewczyna po prostu go wpuszcza, otwierając drzwi do poznania rodzinnej przeszłości.

 

Po kilku cięższych pozycjach, których czytanie najzwyczajniej w świecie było dla mnie nieco męczące, po prostu musiałam zabrać się za coś, co będzie lżejsze i przyjemniejsze – tak, aby „nie zwariować”. A że twórczość Marty Kisiel zawsze jest gwarantem takiej lektury, sięgnęłam po „Toń” – niezbyt długą książkę, przynależącą do cyklu, od którego zaczynałam przygodę z powieściami autorki.

I na samym początku chyba warto nadmienić, jak to w ogóle z kolejnością tego cyklu jest. Na Lubimy Czytać „Nomen omen” figuruje jako tom drugi, „Toń” jest zaś pierwsza. Jednocześnie jednak pod względem dat wydania kolejność jest odwrotna i w takiej też te książki miałam okazję poznać. Przyznam, że cieszę się z tego i takie czytanie bym zalecała. Co prawda, treść nie jest bezpośrednią kontynuacją, ale czytając najpierw „Toń” można pozbawić się kilku zaskoczeń z „Nomen omen”.

Toń
Marta Kisiel
wyd. Uroboros, 2018
Cykl wrocławski, t. 1

Przy tym muszę wyraźnie zaznaczyć, że „Toń” jest książką zdecydowanie lepszą. Poważniejszą i bardziej skupioną na przedstawieniu bardzo ludzkiej historii, choć odzianej w fantastyczny płaszczyk i okraszony humorem Marty Kisiel. Nie jest książką bez zgrzytów, bo kilka tu jednak zauważyłam. Na przykład, rozmowy bohaterów są czasem aż nadto potoczne, co potrafiło mnie wytrącać z rytmu. Poza tym narracja czasem jest dość mocno rwana. Autorka przerywa akcję, aby wrócić do niej po kilku stronach, stopniowo budując napięcie. To zwykle działa, ale nie zawsze: w kilku przypadkach na chwilę zgubiłam się w lekturze. 

Jednak poza tym… czuje się zaskoczona, jak na nieco ponad 300 stronach autorka dobrze zbudowała swoje postacie. Owszem, bazują na pewnych stereotypach (które zresztą Kisiel momentami przełamuje), ale każdy z bohaterów ma konkretne wady i zalety, przez co są naprawdę bardzo ludzcy i sprawiają, że pomiędzy nimi po prostu się „dzieje”. Szalona Justyna, poukładana Eleonora i próbująca sprawować nad nimi pieczę Klara dobrze się uzupełniają, choć przyznam, że drugoplanowe postacie wypadają chyba jeszcze ciekawiej.

Na dodatek, mimo bardzo lekkiego tonu całości, Kisiel wzięła na tapet naprawdę trudną tematykę. Historia rodziny Stern nie należy wcale do prostych i w gruncie rzeczy dostajemy tutaj dość dużą ilość rozgrzebywania i analizowania przeszłości. Oczywiście nie jest to wprawdzie poziom jakiś bardzo skomplikowanych psychoanaliz, ale wydaje mi się, że „Toń” po prostu robi to zaskakująco dobrze. Przyznaję: nie spodziewałam się tego.

Jedyne, czego mi trochę brakowało, to być może mocniejszego rozbudowania niektórych z relacji. Choć generalnie te napisane są po prostu poprawnie, to zwłaszcza w stosunku do postaci drugoplanowych aż prosiłoby się czasem, by tego było nieco więcej. Ale z drugiej strony, jak na taką objętość i tak naprawdę dość dużą ilość wątków, całość wypada naprawdę nieźle.

Jeśli chodzi o świat przedstawiony w „Toni”, to czytanie tej książki nasunęło mi pewną myśl: polscy autorzy urban fantasy kochają Wrocław i zdają się myśleć w bardzo podobny sposób. Świat przedstawiony przez Kisiel nie jest szczególnie skomplikowany i bazuje raczej na dość prostych i popularnych motywach. Nie odkrywa wielkiej świeżości w gatunku, zdaje się być tylko pewną kalką. Nie mam jednak tej książce tego za złe – swoją funkcję rozrywkowej książki pełni po prostu wystarczająco dobrze, a sama historia głównych bohaterek wystarcza za główny temat.

W trakcie czytania przyszła mi do głowy jedna myśl. „Toń” jest taką powieścią fantastyczną z kategorii „akurat”. Akurat na start z gatunkiem. Akurat na odprężenie po ciężkim dniu. Akurat na poprawę humoru, akurat by w głowie pojawiła się myśl na temat własnej rodziny i relacji w niej. Nie jest w żadnym razie książką wybitną, która odkrywa coś nowego, ale… czasem to po prostu wystarcza. Wbrew pozorom, na rynku nie ma wcale aż tak wielu lekkich książek, które przy okazji jednak trzymają poziom literatury zdatnej do czytania.


czwartek, 18 lutego 2021

Silver. Trzecia księga snów: To mogła być kreatywna przygoda.


Nikt w szkole, do której chodzi Liv, nie ma pojęcia, jakim cudem anonimowa blogerka wie coraz to więcej i więcej szczegółów na temat uczniów. Na dodatek, Arthur cały czas rośnie w siłę i zachowuje się coraz bardziej

 

Jeśli dobrze pamiętam, „Trylogia czasu” Kerstin Gier zaczynała się całkiem dobrze. Była całkiem kreatywna, nieźle tworzyła świat przedstawiony i mogła być czymś naprawdę całkiem unikatowym. Niestety, ten cykl został niemal dosłownie „zjedzony” przez romans. Fabuła trzech tomów trwała tydzień (!), a bohaterka non stop jedynie schodziła się i rozchodziła z głównym męskim protagonistom. Dlatego liczyłam, że w „Trylogii snów” autorka nauczona już poprzednim tomem stworzy coś lepszego. Może podobnego konstrukcyjnie, ale wykorzystującego w pełni potencjał pomysłu.

Silver. Trzecia księga snów
Kerstin Gier
Wyd. Media Rodzina, 2017
Trylogia snów, t. 3

Po „Silver. Księdze trzeciej snów” stwierdzam jednak, że i tym razem do końca jej to nie wyszło. Owszem, nie zmieniam zdania co do całokształtu: to dalej porządna warsztatowo powieść dla młodzieży, która przedstawia dobre wzorce, jest sympatyczna i ogółem w swojej kategorii naprawdę zasługuje na posiadaną popularność. Nie mam co do tego wątpliwości.

Musze też dodać, że element romantyczny wypada tu odrobinę lepiej. Co prawda główny – nazwijmy to – wątek – który ciągnie się od tomu drugiego, czyli „pierwszy raz”, o którym Liv regularnie myśli, był nieco męczący, ale jej sama relacja z Henrym jest po prostu wiarygodna. Co najważniejsze, trwa dość długo i stopniowo się rozwija, co w przypadku „Trylogii czasu” nie miało miejsca.

Problem niestety leży w samej konstrukcji głównej intrygi (która i tak schodzi na dalszy plan na rzecz szkolno-rodzinnych dramatów) oraz pomysłu autorki na śnienie. W tamtej serii element tworzenia świata był całkiem dobrze uzasadniony i choć wypadał raczej bardziej, niż mniej sztampowo to na tej podstawowej bazie miało to jakiś sens i mogło działać. I gdy w przypadku „Trylogii snów” pierwszy tom nie dał dobrych odpowiedzi, liczyłam, że da je w tomie drugim lub trzecim. Chciałam dowiedzieć się, W JAKI SPOSÓB to działa, kto za tym stoi, chciałam ciekawej intrygi z tym związanej. A dostałam… właściwie nic.

Bo Gier nie wyjaśnia, jakim cudem jej bohaterowie mogą dostawać się do snów. Mogą i już. Opisuje zasady, które w nich obowiązują, ale nie tłumaczy, jak to zjawisko wkrada się do naszego świata. Nie dostajemy też żadnej większej organizacji, czy dorosłej osoby, będącej specjalistą od tego typu działań. Wszystkie czyny i działania należą do nastolatków, którzy – jak na osoby w tym wieku przystało – zachowują się często melodramatycznie, emocjonalnie i irracjonalnie. Z tego powodu śmiem też twierdzić, że główny złoczyńca tej historii jest jednym z najgorzej skonstruowanych i najnudniejszych antagonistów, z jakimi ostatnio się zetknęłam.

Naprawdę im dalej brnęłam w lekturę, tym mniejszą miałam na nią ochotę. Mam poczucie, jakbym przeczytała trzy razy tę samą powieść, zamiast trzech tomów jednego cyklu. Ich schematy są do siebie naprawdę bardzo podobne i nie wprowadzają wcale nic nowego, a przynajmniej: dla mnie tego nie robią. Bo nastoletni czytelnik, do którego będzie bardziej przemawiać typowa „teen drama” pewnie łyknie to wszystko, jak na młodego pelikana przystało. I właściwie dobrze, bo pod tym względem to nie jest najgorsza książka. Niestety, jednak ja szukam na pierwszym miejscu ciekawej historii oraz kreatywnego podejścia do tworzenia fantastycznych światów, a nie powieści dla konkretnej grupy wiekowej.


Nomida zaczarowane-szablony