poniedziałek, 6 lutego 2017

To nie musi być państwowe: Książka, która przyda się każdemu

Ależ się tu ostatnio zrobiło poważnie! A przynajmniej ja mam takie wrażenie :) Wprawdzie staram się przeplatać posty, tak, by te inteligentniejsze treści pojawiały się na przemian z lżejszymi, ale i tak jest tu obecnie zdecydowanie inaczej niż rok temu. W każdym razie dziś znów muszę Was pomęczyć: tym razem na tapet wezmę popularnonaukową, wolnościową pozycję.
  
Tytuł: To nie musi być państwowe
Autor: Jakub Woziński
Liczba stron: 344
Gatunek: literatura popularnonaukowa

Prowokacyjna, pełna przykładów historycznych jak i współczesnych, napisana z bezwzględną logiką a także z wielką pasją. Obok To NIE musi być państwowe nie można przejść obojętnym. Tę książkę trzeba przeczytać, głęboko przemyśleć przykłady, które najpewniej wywrócą do góry nogami nasze wyobrażenie o instytucji państwa i niepodważalnym dogmacie, że niektóre dziedziny życia ex definitione muszą być państwowe.
źródło opisu: http://www.prohibita.pl/p112,ksiazka.html#.U5RubnJ_uS

Idee wolnościowe w naszym kraju z roku na rok przybierają n sile, głównie za sprawą młodych ludzi. Często jednak brakuje im odpowiedzi na pytanie JAK kraj ma funkcjonować bez państwowej służby zdrowia, bibliotek narodowych, czy armii. Jakub Woziński w swojej książce odpowiada na większość tego typu pytań.
To nie musi być państwowe to lektura lekka, ale treściwa i ciekawa. Niemal od razu zwróciła moją uwagę dzięki swojej formie: podzielona jest na krótkie rozdziały, z których każdy dotyczy konkretnego zagadnienia i które autor rozważa, posiłkując się przede wszystkim historią. Nie wchodzi wprawdzie wyjątkowo głęboko, ale... właśnie o to w tej książce chodzi. Ona ma zwrócić uwagę czytelnika na to, czemu niektóre instytucje nie muszą być państwowe i pobieżnie mu to wyjaśnić, nie nudząc go. Jeśli ktoś zechce zgłębić temat, zawsze pod koniec rozdziału ma przypisy z pozycjami, do których w razie chęci może zajrzeć.
Autor odwalił kawał dobrej roboty: stworzył książkę, która będzie nadawała się zarówno dla zapalonego wolnościowca, jak i dla laika. Ba, nawet, jeśli ktoś nie ma nic wspólnego z libertarianizmem może uznać ją za ciekawą lekturę. Dzięki swojej formie każdy może po nią sięgnąć, znaleźć interesujący go temat i w bardzo szybkim tempie mniej więcej wiedzieć o co chodzi, gdy przyjdzie mu rozmawiać na dany temat, albo pisać pracę. To właśnie z tej lektury czyni tak ciekawą pozycję.
Jak zawsze jednak, nie może być doskonale. Woziński dość dobrze oddziela swoje poglądy od faktów, ale chyba nie do końca potrafi zrobić to, jeśli chodzi o kościół. Wydaje mi się, że często wręcz go wybielał na tle historycznym. Niemniej, wystarczy mieć świadomość, że jest osobą wierzącą i po prostu ewentualnie traktować to z przymrużeniem oka.
Na koniec muszę dodać, że jak na książkę tego typu została wydana naprawdę porządnie. Okładka wygląda całkiem ładnie, ma okładkę z zakładkami, a sam układ tekstu jest przystępny dla czytelnika.
Polecam każdemu choć trochę zainteresowanemu tym tematem: to pozycja, którą po prostu warto mieć w razie czego na półce, zwłaszcza, jeśli lubicie o takich rzeczach dyskutować z innymi.

sobota, 4 lutego 2017

Pokłońcie się przed Królami i Królowymi tego świata!


Katarzyna Bonda uznawana jest za polską królową kryminału:  debiut jej pierwszej powieści miał miejsce w 2007 roku.
Aneta Jadowska? Swoją pierwszą książkę wydała w 2012 roku. Uchodzi za królową polskiego urban fantasy.
Colleen Hoover swój debiut miała w tym samym roku co pani Jadowska. Nazywamy ją królową new adult.
Powyższe trzy panie to tylko przykłady, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, ale nie trzeba wcale grzebać, by znaleźć ich więcej. Wiecie, czemu je wymieniłam? Zapewne tak, a jeśli nie to niewątpliwie się domyślacie :)
Gdy słyszę, że Stephen King to król grozy, czy horroru nie mam kompletnie nic przeciwko. Wprawdzie nie przepadam za jego twórczością, ale nie dość, że jego nazwisko do tego nazewnictwa pasuje to jeszcze od lat jest jednym z czołowych twórców swojego gatunku. Nie czepiam się także Michaela Jacksona, który nawet za swojego życia szczególnie mi nie imponował swoją twórczością, a już na pewno nigdy mnie nie zachwycił. Ale ciągle jest o nim głośno, ciągle się o nim mówi – dlatego nie mam kompletnie nic przeciwko, gdy ktoś nazywa go królem popu. To samo będzie tyczyło się chociażby Tolkiena jako mistrza high fantasy, czy Agaty Christie jako królowej kryminału.
Niestety, obecnie życie współczesnego pisarza zdaje się być według czytelników tak krótkie, że wystarczy jeden sukces, jedna rekordowa sprzedaż, czy jedno dobrze wypromowane dzieło, by okrzyknąć kogoś królem, czy królową. Nie trzeba wcale wiele, by taki tytuł osiągnąć: wystarczy chwila, by dany twórca (niekoniecznie pisarz) został uznany za władcę w swojej dziedzinie. Szkoda tylko, że wystarczy chwila, aby tę osobę z piedestału zrzucić: ktoś sprzeda się lepiej i już będzie nową Hoover, czy Bondą, a nazwiska tych pań stopniowo odejdą w zapomnienie.
Doskonale rozumiem, że komuś może się czyjaś twórczość tak podobać, by uznał danego artystę za swojego władcę, czy mistrza.  Rozumiem to i kompletnie nic przeciwko nie mam. Problem pojawia się w chwili, gdy ktoś – w ramach promocji, czy przez przypadek – nazwie kogoś tym tytułem, a czytelnik zacznie to bezmyślnie powtarzać. I oto idzie nam fama: Jadowska królową urban fanasy*. Nie zdziwiłabym się też wcale, gdyby okazało się, że wiele takich tytułów powstało przez wyjęcie z kontekstu jakiegoś zdania z recenzji, czy artykułu.
I co z tego, że król, czy królowa w popkulturze powinien być (przynajmniej według mnie) kimś ponadczasowym; kimś, kto łączy pokolenia przez to, co tworzy; kimś, kto przez lata dochodził do swojej pozycji i przez lata ją utrzymuje. Dziś, zamiast jednego Michaela Jacksona, czy Kinga, mamy tonę władców fantasy, kryminału, new adult i czego tylko zapragniecie. Szkoda tylko, że spora część z nich może dość szybko z rynku wypaść i po parunastu latach kompletnie nikt nie będzie o nich pamiętał...
Dlatego też apeluję: uważajcie, kogo nazywacie najlepszym z najlepszych. Kogo ustawiacie na piedestale i do kogo w swoich tekstach wznosicie modły. Lubisz jakiegoś pisarza? Uważasz, że jest TWOIM  autorytetem? Napisz o tym, jasne, ale przy tym podkreśl, że ta opinia dotyczy CIEBIE, a nie całego wszechświata. Tak samo, jak nie mówisz Kocham Cię do wszystkich i jak nie wszystkich nazywasz przyjaciółmi tak uważaj na używanie mocnych słów względem autorów. Nie wątpię, że niejeden byłby za to wdzięczny: w końcu twórca to też człowiek, który często lepiej niż czytelnik zdaje sobie sprawę ze swoich braków w wiedzy, czy warsztacie i nie wątpię, że nie jeden raz jest mu przy czymś takim po prostu trochę głupio :) Zwłaszcza, jeśli dopiero zaczyna pisać.
Poruszyłam tu głównie nazywanie twórców królem i królową w danej dziedzinie, ale oczywiście to odnosi się do różnorakich innych określeń tego typu. Dlatego też miejcie to na uwadze. Poza tym chętnie poznałabym Wasze zdanie na ten temat: zwłaszcza, jeśli sami piszecie i tak mocne słowa kierowane są pod Waszym adresem. Jak się wtedy czujecie? Albo – jak czulibyście się, gdyby coś takiego się stało?


*To tylko przykład: nie mam pojęcia, kto, kiedy, czemu i jak zaczął panią Anetę Jadowską w ten sposób nazywać. Nie oceniam tutaj także jej twórczości (tak samo, jak nie oceniam tu twórczości Katarzyny Bondy czy Colleen Hoover: przypadki tych pań miały jedynie na celu ułatwienie mi wyjaśnienia Wam o co chodzi w tym wpisie).

czwartek, 2 lutego 2017

Krzywe Zwierciadło. O manipulacji w mediach: Brak przygotowania autora czyni katastrofę

Poniższa pozycja była moją... lekturą szkolną. Ale ponieważ teraz książki tego typu mam nieco ciekawsze, niż te z poprzednich szkół to zdecydowanie chce Wam o nich napisać ;) Nie mylcie jednak słowa ciekawsze ze słowem lepsze, bo niestety, to wcale się nie równoważy XD

Tytuł: Krzywe Zwierciadło. O manipulacji w mediach
Autor: Maciej Iłowiecki
Liczba stron: 280
Gatunek: literatura naukowa/popularnonaukowa

Autor próbuje przedstawić pewne wybrane zjawiska i metody, związane z wpływem klasycznych mediów na świadomość społeczną.
Znany dziennikarz, odkrywa przed czytelnikami tajniki manipulacji, propagandy i narzucania ludziom określonego odbioru świata w środkach masowego przekazu. W sposób ciekawy komentuje między innymi tzw. aferę Rywina.
źródło opisu: Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej, 2009

Manipulacja może być bardzo ciekawym tematem, dlatego za lekturę zabrałam się naprawdę chętnie: nie sądziłam, by odkryła przede mną coś niezwykłego, ale uznałam, że może poznam dzięki niej kilka ciekawych przypadków. Jak się okazało, Krzywe Zwierciadło. O manipulacji w mediach niby spełniała moje założenia, ale przy tym była dla mnie jedną z bardziej irytujących lektur, które poznałam w ostatnim czasie. Spytacie czemu? Zaraz Wam waśnię.
Autor pisze o dziennikarstwie oraz temu, jak działa manipulacja w mediach, czyli miejscu pracy dla osób o tej profesji. Obrał sobie jednak niełatwy temat. Propaganda obejmuje w końcu nie tylko same media, ale również politykę, sam sposób działania państwa, psychologię oraz wiele innych pokrewnych zagadnień. Nie można mówić o manipulacji nie wiedząc, jak te rzeczy działają: a niestety, pan Maciej Iłowiecki zdaje się wiedzieć o tym mniej niż ja, mimo, że przecież żaden ze mnie socjolog, czy ekonomista. Niestety, jeśli autor czegoś takiego uznaje, że państwowe media powinny być najbardziej bezstronne i nawet nie zna starej definicji słowa tolerancja to najzwyczajniej w świecie w ogóle nie powinien za pisanie tego typu książki się zabierać...
Jako dziennikarz, autor takiego tytułu powinien być tak bezstronny jak tylko się da, a biorąc pod uwagę temat książki manipulacji powinien po prostu unikać. Tyle, że jego książka nie dość, że ma w sobie sporo błędów to na dodatek jest wyraźnie stronnicza. Przykładowo, Maciej Iłowiecki często powołuje się na Jana Pawła II pisząc o tym, kim powinien być dziennikarz. Przepraszam, ale z jakiego tytułu przedstawiciel kościoła może być jakimkolwiek autorytetem w takiej sprawie...? Zrozumiałabym, gdyby autor tworzył wykład, albo pisał o moralności jako takiej: ale on pisze o mediach, a nie o czymś związanym z Kościołem...
Skłamałabym jednak mówiąc, że książka zawiera w sobie same wady. Podejście autora do tematu i jego kiepskie przygotowanie, szczególnie pod względem politologicznym niezwykle mnie raziły, ale same przykłady manipulacji przytacza w sposób poprawny. Niektóre historie, które możemy dzięki tej pozycji poznać są naprawdę ciekawe i szokujące, a sam styl Iłowieckiego jest bardzo lekki i przystępny, dzięki czemu niemal każdy jest w stanie przeczytać tę pozycję i w pełni ją zrozumieć.
Muszę jednak przyznać, że lektura jest już dziś nieco przestarzała: wprawdzie większość poruszanych przez autora tematów jest ponadczasowe to jednak skupia się on na mediach, które dziś stopniowo zanikają, a do tych nowych nie odnosi się w sposób bezpośredni praktycznie wcale.

Krzywe Zwierciadło można poznać: wielu Polaków z pewnością zgodzi się z twierdzeniami autora i uzna tę pozycję za kompendium wiedzy o manipulacji. Niestety, dla mnie czytanie tej książki było prawdziwą katorgą... i już wiem, że z Maciejem Iłowieckim nigdy więcej nie chcę mieć nic wspólnego.


* * *

Próbuję przedstawić w tej książce pewne wybrane zjawiska i metody, związane z wpływem klasycznych mediów na świadomość społeczną. Chociaż ów przegląd oparty jest na podstawowej literaturze źródłowej, dokonany został nie przez uczonego, a przez zawodowego dziennikarza, który od czterdziestu lat pracuje w tym dziwnym zawodzie. Najpierw - w warunkach systemu autorytarnego i tzw. realnego socjalizmu (PRL), później w czasach bardzo głębokiej transformacji ustrojowej i społecznej (III Rzeczpospolita; zresztą nie osiągnęliśmy jeszcze stanu, jaki reprezentują stare demokracje zachodnie). Mówiąc to, chcę zaznaczyć, iż moje osobiste doświadczenia wpływały oczywiście na ujęcie opisywanych zjawisk, ich ocenę i dobór przykładów. Tym bardziej, iż poznawanie mediów od strony, jakby można powiedzieć "manipulacyjnej"–  ciągle trwa, zapewne nie dostrzegamy jeszcze wielu uwarunkowań i całej złożoności zjawisk. Ocenianie należy do przywilejów autora, a wnioski - jak zawsze - powinni wyciągać Czytelnicy. Mnie wystarczy, jeśli kogoś nakłonię do zastanowienia się nad tymi sprawami.

Fragment Krzywego Zwierciadła. O manipulacji w mediach. Macieja Iłowieckiego

Nomida zaczarowane-szablony