piątek, 8 lutego 2019

3 książki, których nie dałam rady przeczytać


Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


 
Jestem bardzo wytrwałym czytelnikiem. Robię wszystko, aby mój czas spędzonych z książką nie był zmarnowany nawet, jeśli ta jest dla mnie bardzo męcząca. W związku z tym każdy tytuł staram się przeczytać od deski do deski, a potem napisać o nim swoją opinię, tak, aby posegregować swoje myśli i dać znać innym, co znajdą we wnętrzu konkretnej pozycji.
Czasem jednak nie daję rady. Książka mnie z jakiegoś powodu przerasta – wtedy odkładam ją i czekam, aż dojrzeję, by po nią sięgnąć. Bywa też, że czytana przeze mnie rzecz jest tak męcząca i jednocześnie wcale nie wydaje się dobra, że uznaje ją za „przeczytaną”, mimo że nie doczytałam jej do końca. Wtedy oczywiście nie tworzę pełnej opinii, ewentualnie pisząc o tym na moim profilu na Instagramie.
Dziś jednak przedstawię Wam trzy książki, które w taki sposób „porzuciłam” i do których wracać nie zamierzam.

Tomasz Lis, „Polska, głupcze!”
Jak część z Was wie, studiuję dziennikarstwo. W związku z tym gdy widzę na dużej promocji jakąś książkę związaną z tematem po prostu po nią sięgam. Tak było w przypadku tego tytułu Tomasza Lisa: trafiłam na nią w wielkim koszu z książkami za 2 złote. Grzechem byłoby takiej książki nie wziąć, prawda?
No… właśnie nie. Grzechem był zakup tego… czegoś. To książka, którą właściwie tylko przejrzałam, nie czując potrzeby, aby czytać ją w całości. Już po kilku stronach zorientowałam się, że po pierwsze, to rzecz bardzo przestarzała. Realia Polski w 2006 były nieco inne, niż obecnie, więc wszystkie kwestie polityczne (a to bardzo polityczna książka) już dawno przeszły do historii. Nie uważam się za specjalistę od tego tematu, a w roku wydania  tej pozycji miałam 9 lat – w związku z tym nie do końca orientuje się, co wtedy w naszym kraju się działo i już samo to skreśliło tę książkę w moim przypadku.
Drugą kwestią jest samo podejście Lisa. Wprawdzie miałam tę książkę w rękach już jakiś czas temu, ale dalej pamiętam jak wielkim krzykaczem wydał mi się autor. Oczywiście kojarzę go z mediów i niby wiedziałam, po kogo sięgam, ale jednak spodziewałam się, że jednak dostanę merytoryczną treść. Niestety, nie odczułam tego.
W związku z powyższymi: „Polska, głupcze!” została przeze mnie przejrzana i uznana za przeczytaną, po czym trafiła na półkę. Nie widziałam najmniejszego sensu w poznawaniu czegoś takiego od deski do deski.

Rafał A. Ziemkieiwcz, „Śpiąca królewna. Pieprzony los Kataryniarza”
Na Pyrkonie 2018 udało mi się dorwać kilka książek od Fabryki Słów w cenie 10zł. Wśród tych tytułów była pierwsza „Dora Wilk”, był Ćwiek i jego „Dreszcz”, a także to dzieło Ziemkiewicza. Byłam naprawdę szczęśliwa, że udało mi się ją dorwać: uważam, że warto znać książki nagrodzone Zajdlem, a ten tytuł zawiera aż dwie takie pozycje! Ponadto lubię poznawać kolejnych polskich autorów, a o Ziemkiewiczu jednak słyszałam już nie raz. No więc kupiłam. I nic ciekawego z tego faktu nie wniknęło.
Miałam do tej książki dwa podejścia. Pierwsze podczas mojego wyjazdy do pracy za granicę latem 2018. Wtedy tekst wydał mi się raczej ciężki i nieprzystępny, ale byłam też przemęczona, więc uznałam, że zapoznam się z Ziemkieiwczem po powrocie. Po paru miesiącach faktycznie otwarłam książkę ponownie i przetrwałam tylko przez „Śpiącą królewnę” oraz kawałek „Pieprzonego losu Kataryniarza”.
Obydwa teksty zawierały pomysły, które teoretycznie naprawdę mogły mi się spodobać, ale w sposobie pisania Ziemkieiwcza jest coś, co niezwykle mnie nużyło i odrzucało. Robiłam wszystko, by tej książki nie czytać, co wywoływało u mnie wyrzuty sumienia, bo naprawdę chciałam przebrnąć przez całość. Po ponad tygodniu męczenia się z tym tytułem powiedziałam sobie: „dosyć”. Nie czytam dalej, to nie ma sensu – lepiej skupić się na ciekawszych (dla mnie) książkach z mojego stosiku.

Sławek Michorzewski, „Urzędnik”
Lubię kryminały. Nie w nadmiarze, ale chętnie po nie sięgam. Nigdy jednak nie czytałam komedii kryminalnej, dlatego gdy na portalu Czytam Pierwszy pojawił się „Urzędnik” od razu zaczął mnie kusić. Nie wzięłam go jednak od razu, myśląc nad tym, czy ja faktycznie tę książkę chcę u siebie mieć. W końcu jednak się zdecydowałam. „A co mi tam” – pomyślałam i uznałam, że przecież mogę dać jej szansę.
I to był błąd.
Z recenzji innych wiem, że „Urzędnik” może się w jakiś sposób podobać, ale mnie ta kwestia kompletnie nie dotyczy. Nie wiem dokładnie, co tu nie zagrało, ale ta książka po prostu niezwykle mnie odrzuca. Nie interesowała mnie ta historia, nie widziałam tu jakiejkolwiek komedii. W tydzień przeczytałam ledwo sto stron (gdzie u mnie to nie jest nawet norma dzienna przy ciekawej lekturze!), a za każdym razem gdy wracałam do powieści czułam, że nie mam pojęcia, co się działo w tej historii wcześniej.
Mimo tego… próbowałam brnąć dalej. Całą sobotę spędziłam co chwilę zmuszając się do przeczytania chociaż jednej strony. Liczyłam, że jeszcze się wciągnę, że jeszcze mnie ta opowieść „kupi”. Niestety, nic takiego nie miało miejsca i w niedzielne popołudnie po prostu zdecydowałam, że chyba jednak wolę zabrać się za jedną z kuszących mnie pozycji z mojego stosiku nieprzeczytanych.


Znacie którąś z tych książek? Jakie macie o nich zdanie? A może sami znacie jakieś tytuły, przez które nie czuliście się na siłę przebrnąć… z takiego, czy innego powodu?

Nomida zaczarowane-szablony