wtorek, 12 lutego 2019
niedziela, 10 lutego 2019
piątek, 8 lutego 2019
3 książki, których nie dałam rady przeczytać
Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Jestem
bardzo wytrwałym czytelnikiem. Robię wszystko, aby mój czas spędzonych z książką
nie był zmarnowany nawet, jeśli ta jest dla mnie bardzo męcząca. W związku z
tym każdy tytuł staram się przeczytać od deski do deski, a potem napisać o nim
swoją opinię, tak, aby posegregować swoje myśli i dać znać innym, co znajdą we
wnętrzu konkretnej pozycji.
Czasem
jednak nie daję rady. Książka mnie z jakiegoś powodu przerasta – wtedy odkładam
ją i czekam, aż dojrzeję, by po nią sięgnąć. Bywa też, że czytana przeze mnie
rzecz jest tak męcząca i jednocześnie wcale nie wydaje się dobra, że uznaje ją
za „przeczytaną”, mimo że nie doczytałam jej do końca. Wtedy oczywiście nie
tworzę pełnej opinii, ewentualnie pisząc o tym na moim profilu na Instagramie.
Dziś
jednak przedstawię Wam trzy książki, które w taki sposób „porzuciłam” i do
których wracać nie zamierzam.
Tomasz Lis, „Polska, głupcze!”
Jak
część z Was wie, studiuję dziennikarstwo. W związku z tym gdy widzę na dużej
promocji jakąś książkę związaną z tematem po prostu po nią sięgam. Tak było w
przypadku tego tytułu Tomasza Lisa: trafiłam na nią w wielkim koszu z książkami
za 2 złote. Grzechem byłoby takiej książki nie wziąć, prawda?
No…
właśnie nie. Grzechem był zakup tego… czegoś. To książka, którą właściwie tylko
przejrzałam, nie czując potrzeby, aby czytać ją w całości. Już po kilku
stronach zorientowałam się, że po pierwsze, to rzecz bardzo przestarzała.
Realia Polski w 2006 były nieco inne, niż obecnie, więc wszystkie kwestie
polityczne (a to bardzo polityczna książka) już dawno przeszły do historii. Nie
uważam się za specjalistę od tego tematu, a w roku wydania tej pozycji miałam 9 lat – w związku z tym nie
do końca orientuje się, co wtedy w naszym kraju się działo i już samo to
skreśliło tę książkę w moim przypadku.
Drugą
kwestią jest samo podejście Lisa. Wprawdzie miałam tę książkę w rękach już
jakiś czas temu, ale dalej pamiętam jak wielkim krzykaczem wydał mi się autor.
Oczywiście kojarzę go z mediów i niby wiedziałam, po kogo sięgam, ale jednak spodziewałam
się, że jednak dostanę merytoryczną treść. Niestety, nie odczułam tego.
W
związku z powyższymi: „Polska, głupcze!” została przeze mnie przejrzana i
uznana za przeczytaną, po czym trafiła na półkę. Nie widziałam najmniejszego
sensu w poznawaniu czegoś takiego od deski do deski.
Rafał A. Ziemkieiwcz, „Śpiąca królewna. Pieprzony los Kataryniarza”
Na
Pyrkonie 2018 udało mi się dorwać kilka książek od Fabryki Słów w cenie 10zł. Wśród
tych tytułów była pierwsza „Dora Wilk”, był Ćwiek i jego „Dreszcz”, a także to
dzieło Ziemkiewicza. Byłam naprawdę szczęśliwa, że udało mi się ją dorwać: uważam,
że warto znać książki nagrodzone Zajdlem, a ten tytuł zawiera aż dwie takie
pozycje! Ponadto lubię poznawać kolejnych polskich autorów, a o Ziemkiewiczu
jednak słyszałam już nie raz. No więc kupiłam. I nic ciekawego z tego faktu nie
wniknęło.
Miałam
do tej książki dwa podejścia. Pierwsze podczas mojego wyjazdy do pracy za granicę
latem 2018. Wtedy tekst wydał mi się raczej ciężki i nieprzystępny, ale byłam
też przemęczona, więc uznałam, że zapoznam się z Ziemkieiwczem po powrocie. Po
paru miesiącach faktycznie otwarłam książkę ponownie i przetrwałam tylko przez „Śpiącą
królewnę” oraz kawałek „Pieprzonego losu Kataryniarza”.
Obydwa
teksty zawierały pomysły, które teoretycznie naprawdę mogły mi się spodobać,
ale w sposobie pisania Ziemkieiwcza jest coś, co niezwykle mnie nużyło i
odrzucało. Robiłam wszystko, by tej książki nie czytać, co wywoływało u mnie
wyrzuty sumienia, bo naprawdę chciałam przebrnąć przez całość. Po ponad
tygodniu męczenia się z tym tytułem powiedziałam sobie: „dosyć”. Nie czytam
dalej, to nie ma sensu – lepiej skupić się na ciekawszych (dla mnie) książkach
z mojego stosiku.
Sławek Michorzewski, „Urzędnik”
Lubię
kryminały. Nie w nadmiarze, ale chętnie po nie sięgam. Nigdy jednak nie
czytałam komedii kryminalnej, dlatego gdy na portalu Czytam Pierwszy pojawił
się „Urzędnik” od razu zaczął mnie kusić. Nie wzięłam go jednak od razu, myśląc
nad tym, czy ja faktycznie tę książkę chcę u siebie mieć. W końcu jednak się
zdecydowałam. „A co mi tam” – pomyślałam i uznałam, że przecież mogę dać jej
szansę.
I
to był błąd.
Z
recenzji innych wiem, że „Urzędnik” może się w jakiś sposób podobać, ale mnie
ta kwestia kompletnie nie dotyczy. Nie wiem dokładnie, co tu nie zagrało, ale
ta książka po prostu niezwykle mnie odrzuca. Nie interesowała mnie ta historia,
nie widziałam tu jakiejkolwiek komedii. W tydzień przeczytałam ledwo sto stron
(gdzie u mnie to nie jest nawet norma dzienna przy ciekawej lekturze!), a za
każdym razem gdy wracałam do powieści czułam, że nie mam pojęcia, co się działo
w tej historii wcześniej.
Mimo
tego… próbowałam brnąć dalej. Całą sobotę spędziłam co chwilę zmuszając się do
przeczytania chociaż jednej strony. Liczyłam, że jeszcze się wciągnę, że
jeszcze mnie ta opowieść „kupi”. Niestety, nic takiego nie miało miejsca i w
niedzielne popołudnie po prostu zdecydowałam, że chyba jednak wolę zabrać się
za jedną z kuszących mnie pozycji z mojego stosiku nieprzeczytanych.
Znacie którąś z tych książek? Jakie macie o nich zdanie? A może sami znacie jakieś tytuły, przez które nie czuliście się na siłę przebrnąć… z takiego, czy innego powodu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
