niedziela, 9 października 2016

Tworzenie recenzji - jak to u mnie wygląda?

źródło

Hej :) Dzisiejszy post może Was choć trochę zainteresuje, bo mam zamiar podzielić się z Wami tym, jak wygląda u mnie samo pisanie recenzji, ich publikacja etc., także nie przedłużając - zapraszam!


Przygotowanie
Chcąc nie chcąc do recenzji muszę się choć trochę przygotować i nie mówię tu o przeczytaniu książki. Chodzi mi raczej o kwestie... techniczne, które muszę ogarnąć. Przede wszystkim staram się, aby w recenzjach było co najmniej jedno moje zdjęcie okładki, a zrobienie go i obróbka trwa przez chwilę. Nie zawsze ma to miejsce przed napisaniem recenzji, bardzo często już po - po prostu raz na jakiś czas zbieram wszystkie książki do przeczytania i robię im zdjęcia.
Przy okazji dość istotne jest zrobienie metryczki, jednak to zajmuje mi zwykle tylko chwilkę. To akurat zawsze robię przed :)

Pisanie
źródło
Być może powinnam pisać w Wordzie, ale... chyba jestem na to ciut za leniwa, dlatego wszystkie moje teksty powstają na samym blogu :) Nie jestem osobą, która kiedykolwiek planowała z dużą dokładnością, co ma napisać, dlatego zwykle recenzje powstają dość spontanicznie. Mam w głowie mniej więcej obraz tekstu, ale nie notuje tego. Po prostu siadam i próbuję ułożyć to w sensowną całość. Pisanie zajmuje mi do 30 minut, zależnie od tego, jak długi jest tekst. Później jest przeze mnie jeszcze raz czytany, całość jest przygotowywana pod względem graficznym i trafia na bloga, lub czeka w kolejce na swoją kolej.

Publikacja
Post pisany jest na blogu, jednak zwykle recenzja musi chwilę zaczekać, aby tu się pojawiła. Wcześniej jednak publikuje ją praktycznie zawsze w księgarniach (jeśli mają książkę w ofercie), takich jak Tania Książka, Matras, Dobra Książka, czy Platon. Następnie post zwykle pojawia się na blogu, a dopiero na końcu na portalu lubimyczytać.pl.
Skąd taka kolejność? Cóż, księgarnie mają najkrótszą datę ważności - kto wie, czy książka, która dziś na niej jest jutro nie zniknie z półki? A tak, publikując ją tam mam szansę kogoś zachęcić, lub zniechęcić do zakupu :) A portal lubimyczytać.pl jest ogólnodostępny, Wy macie do niego wgląd.... i po prostu nie chciałabym, byście czytali coś tam, nim wpadniecie na bloga :D


Cóż, to tyle miałam dziś dla Was! Post nie jest zbyt długi, ale czasem i takie muszą się pojawić, prawda? Na koniec, jestem ciekawa - jak Wy piszcie posty i jak u Was to wygląda?

czwartek, 6 października 2016

Moja kolorowa kolekcja! cz. I

Hej :) Dzisiejszy post będzie zdecydowanie inny niż wszystkie, które były do tej pory. Czemu? Bo pokaże Wam w nim moją aktualną kolekcje kosmetyków do makijażu. No, przynajmniej jej część. Wiem, że większość czytających mnie osób to dziewczyny, także liczę, że przynajmniej część z Was się tym zainteresuje. Piszę ten post głównie po to, by po prostu powiedzieć Wam co się u mnie sprawdza, a co nie - może akurat podpatrzycie tutaj coś dla siebie :) Od razu mówię, że jest to pierwszy post z kilku - bo dziś zaprezentuje Wam tylko pędzle oraz cienie do powiek. W przyszłości pokaże Wam kolejną część mojej kolekcji oraz wyjaśnię moje podejście do makijażu samego w sobie.
Oczywiście, nie jestem profesjonalistką, także traktujcie moje opinie z przymrożeniem oka. 
Co istotne przy recenzji kosmetyków, to mój typ skóry. Moja twarz ma raczej skłonności do przetłuszczania się i do wyprysków, przy okazji mam bardzo trudną powiekę (opadającą i tłustą), przez co mam problem z doborem jakichkolwiek cieni. No, skoro to sobie już wyjaśniłyśmy, idźmy po kolei! Mam nadzieję, że Was nie zanudzę.

Pędzle

Zestaw 9 pędzli z Sunshade Minerals
Kupiłam ten zestaw chcąc mieć bazę pędzli, by móc na czymkolwiek pracować z myślą, że powoli będę dokupywać kolejne. I co tu dużo kryć - to nie są pędzle najlepszej jakości, ale... masakry też nie ma, da się z nimi coś zrobić. Najbardziej lubię pędzel-kuleczkę do blendowania cieni. Nie mam też nic do zarzucenia pędzelkowi do ust oraz szczoteczce do brwi, ale poza tym... jest bardzo średnio. Pędzel do pudru ma trochę za twarde włosie, a podczas mycia kojarzy mi się z pędzlem do golenia, pędzle do oczu są niezbyt dokładnie wykonane, a skośny pędzel do brwi/kreski jest trochę twardy. Pędzel do różu/bronzera daje radę, ale chyba to nie jest mój ulubiony kształt pędzla. Polecam na początek, jeśli nie macie za dużej ilości funduszy, ale jeśli już macie jakieś inne pędzle lepiej odłóżcie na lepszy komplet.

Pędzle z Elite + losowa pacynka
Pędzle Elite - czyli te, które możecie kupić w Rossmannie - to moje najstarsze pędzelki i bądź co bądź, są całkiem OK. Pędzel do pudru może nieco się rozczapierza, ale jest wystarczająco miękki. Pędzel do różu/bronzera trzyma się bardzo dobrze swojego kształtu, choć jak pisałam już wyżej, nie jestem wielką fanką akurat takich pędzli. Używam go, ale nie do końca mi pasuje ;) Jak widzicie obydwa nie mają już ozdobnych koralików, ale pędzla mają prawie 2 lata, także nie dziwię się, że ozdóbki się odkleiły.
Sama pacynka po prostu była przy jakiś cieniach. Używam jej tylko do nakładania czegoś w wewnętrzny kącik i... w tym jest całkiem dobra.

Pędzle z Hakuro: H13 i H69
H13 to mój najnowszy nabytek i... uwielbiam go za wszystko. Jest miękki i ma doskonały kształt do konturowania, czego mi w kolekcji brakowało. Używam go też czasem do rozświetlacza ;) H69 służy mi znacznie dłużej (bo ponad rok) i jak na  razie świetnie sprawdza się do modelowania oka: nakładam nim zwykle najpierw bazowy cień, a potem ciemniejszy cień w załamanie powieki. Działa, dobrze się trzyma i nie mam po co na niego narzekać.


Puszek do pudru z Inglota oraz gąbeczka For Your Beauty
Puszek jest po prostu dobry jakościowo i nie mam co na niego narzekać. Sama zaś gąbeczka... cóż, używam jej czasem do podkładu, jeśli nie mam ochoty brudzić sobie palców, ale nie do końca podoba mi się wykończenie, jakie zostawia. Poza tym wchłania sporo produktu. Jest tania, także jeśli ktoś chce można sobie w Rossmannie kupić cały komplet, poza tym dobrze sprawdzi się do np. malowania twarzy dzieciom, niemniej, nie jest to strzał w 10.


Cienie do powiek

Paletki z Make up Revolution - Iconic 3 oraz Mermaids vs unicorns
Te dwie sztuki to moje dwie pierwsze duże paletki. Kupiłam je po to, by sprawdzić, czy w ogóle będę ich używać. Prędko okazało się, że Iconic 3 używam codziennie i przez dłuższy czas ją uwielbiałam, zaś Mermaids vs unicorns po prostu sprawiała mi radochę. Nie używam jej często, ale... po prostu lubię mieć coś tak kolorowego w szafie. Nie będę jednak ukrywać, że pigmentacja jest dość średnia, a przy mojej trudnej powiece często wchodzą mi w załamania, aczkolwiek... jako paletki w tak niskich cenach są naprawdę OK.
Jak część z Was wie, Iconic 3 to zamiennik Naked 3. Czy mając przez ponad rok zamiennik zdecydowałabym się na oryginał? Nie. Choć ta paletka sprawdziła mi się całkiem nieźle to z połowy cieni po prostu nie korzystałam, a obecnie kolory wydają mi się dość mdłe i nijakie.

The Balm - Nude Dude
Ta paletka to moja nowa miłość. Uwielbiam pracować z tymi cieniami, kocham ich pigmentacje i uwielbiam jej opakowanie. Jest warta każdej złotówki, którą na nią poszła :) Nie miałam jeszcze u siebie ceni tak wysokiej jakości. Niestety, i te cienie nie utrzymują się na mojej powiece przez cały dzień, nie zmienia to jednak faktu, że trzymają się znacznie dłużej niż cienie z Make up Revolution.



Różne cienie
Moje pojedyncze cienie i jedna mała paletka :) Jako, że są naprawdę różne, pozwólcie, że ocenie je po kolei, od myślników.
  • Kobo Professional Fashion Eyeshadow nr 201 - mój strzał w dziesiatkę. Trzyma się prawie tak długo, jak cienie z The Balm i jest baardzo przyjemny w dotyku. Używam go albo na całej powiece, albo do rozjaśniania kąciku oka.
  • Pierre Rene Professional no 40 nude - używany tylko jako baza do blendowania, albo na całą powiekę, by wyrównać jej koloryt. Wydaje się być OK, nie zauważyłam różnicy między nim, a beżowym cieniem z Iconic 3, aczkolwiek jako że na mojej powiece jest niewidoczny trudno mi powiedzieć coś wiecej.
  • Pierre Rene Professional no 130 white metallic - miał mi służyć do rozjaśniania kącika i... niby się w tym sprawdza. Niestety, odstaje jakością od innych cieni, często np. nieładnie odklejając się od reszty. Reszta oka dalej się trzyma, a z nim coś jest już nie tak. Nie polecam.
  • Smart girls get more eyeshadow no 105 - kupiony na próbę, okazał się być totalną porażką. Wygląda i zachowuje się jak cień dla dziewczynek, taki zabawkowy. Pigmentacja bardzo słaba, na mojej powiece jest praktycznie niewidoczny. 
  • Bell 4 matt eyeshadow - matowe cienie, z którymi niestety praktycznie nie pracowałam. Ich pigmentacja nie jest zła, ale po prostu nie mam pojęcia, kiedy mam ich użyć ;) Boje się zwłaszcza fioletów, po bo nich moje oko wygląda, jakby było podbite.

Paese Kashmir cienie do powiek odcień 669
Ten cień jest osobno, bo zapomniałam o nim przy robieniu zdjęć ;)  To cień, któremu chciałabym dać jeszcze szanse, ale jak na razie na moim oku wyglądał masakrycznie, zmieniając się w jedną, wielką plamę. Jeszcze go wypróbuje, ale... chyba się nie polubimy.

No, i to byłoby tyle na dziś :) Post i tak wyżedł nieco przydługi. Mam jednak nadzieję, że w czymś Wam pomógł, a przynajmniej Was czymś zaciekawił, czy zainteresował. Wiem, że nijak ma się do dotychczasowej tematyki bloga, ale... naprawdę, po prostu chce się tym z Wami podzielić. 

poniedziałek, 3 października 2016

Prawo Mojżesza: Mój Boże, KUCYKI!

Tej książki teoretycznie nie powinnam nigdy mieć w swoich rękach. W końcu to New Adult, no nie? Po co byłaby mi w formie papierowej? Na własność? Los jednak zadecydował, że do mnie trafi - dzięki konkursowi u Aredhel do którego się zgłosiłam bo czemu nie jeden egzemplarz trafił prosto do mnie. 
Właściwie, recenzje wrzucam nie w takiej kolejności jak powinnam - wynika to z tego, że Prawo Mojżesza jest dość świeżą książką na rynku i cóż... uznałam, że chyba lepiej będzie, gdy ten post się pojawi w trakcie, w którym pozycja gdzieś tam się pojawia. Skoro i tak bardzo rzadko pojawiają się u mnie nowości... No ale dość już gadania...


Tytuł: Prawo Mojżesza
Tytuł serii:  Prawo Mojżesza
Numer tomu: 1
Autor: Amy Harmon
Liczba stron: 360
Gatunek: new adult, romans

Mojżesz został zostawiony przez swoją matkę w koszyczku w pralni jako niemowlak. Nic więc dziwnego, że jako dorastający, młody mężczyzna ma problemu ze sobą i nie potrafi poradzić sobie z otaczającym go światem. Dzięki pomocy swojej babci w wakacje zostaje zatrudniony na farmie rodziców Georgii, aby móc zająć czymś myśli.
Nastolatka zdaje się być nim zafascynowana - nim, tajemniczym i zamkniętym sobie człowieku, który odpycha i przyciąga ją zarazem.


W fotografii, czy malarstwie istnieje coś takiego, jak mocne punkty - zdjęcie dzielimy na dziewięć kwadratów, a w miejscach, w których się łączą powinno znajdować się to, co najbardziej chcemy przedstawić odbiorcy. Nie jest to jednak jedyny sposób, aby je wyznaczyć. Mocnym punktem może być plama czerwieni, albo okrąg, czy trójkąt. Zdarza się też, że odbiorca sam wybiera sobie to, co najbardziej zwróci uwagę - jego dziecko w grupie, koszulkę, którą też ma w szafie, albo motylka w tle, zależnie od swojego charakteru i przeżyć, a nie od umiejscowienia przedmiotu na pracy. Podobnie miałam z Prawem Mojżesza: prawdopodobnie nie poczułabym się w ogóle zainteresowana tą historią, gdyby nie realia, w których autorka osadziła powieść. Kto mnie zna, ten dobrze wie, że konie i Dziki Zachód to coś, do czego mam olbrzymią słabość, a to właśnie w takich klimatach rozgrywa się akcja powieści. Ale... może przejdę do początku, zamiast zaczynać od środka.
Z Amy Harmon nie miałam wcześniej do czynienia. Nie czytuje zwykle młodzieżowych obyczajówek, dlatego nie ma w tym zupełnie nic dziwnego. Zaczynając, nie spodziewałam się więc kompletnie niczego i podchodziłam do powieści zupełnie neutralnie. Szybko okazało się, że powieść jak najbardziej, wciągnęła mnie i przyniosła mi chwilę dobrej rozrywki, ale przy tym mając w sobie kilka problemów, które sprawiły, że mina prędko nieco mi zrzedła. 
Styl autorki jest lekki i przyjemny, nie dłuży się i naprawdę wciąga. Kompletnie nie mogę się do niego przyczepić. Niestety, powieść cierpi na kilka problemów związanych z tłumaczeniem... już pomijam imię Mojżesza, które zostało przetłumaczone jako jedyne, co przez tytuł i nawiązania do biblijnej postaci mogę zrozumieć, ale... przez język polski czytelnik traci gry słowne, które autorka niewątpliwie zastosowała (co wiemy po przypisach tłumacza), a jak zwykle w przypadku końskiego słownictwa mogłam znaleźć parę błędów. Może nie były karygodne, ale jednak były... Cóż, dlatego niby lubię motywy zwierzęce w książkach, ale z drugiej strony zawsze się ich obawiam. Nigdy nie trafiłam na książkę o koniach, która po tłumaczeniu nie zawierałaby w sobie ani jednego błędu. Historia też nie jest najgorsza. Akcja idzie płynnie, bohaterowie dają radę i jako czytadło jest naprawdę w porządku, zwłaszcza, że mamy tu i wątek miłosny, i wątek kryminalny, i wątek paranormalny... dlatego właściwie każdy może tu coś dla siebie znaleźć. Obiektywnie - to jest dobra historia i tyle. 
Ale... ja zawsze muszę mieć jakieś ale...
Okej, okej, wątek paranormalny jest w porządku, nie mam zamiaru się go czepiać samego w sobie, ale... tego jak autorka go przedstawiła... już trochę tak. To znaczy, wiecie, tytułowy Mojżesz to chłopak, który odczuwa potrzebę malowania. Gdy go najdzie - po prostu maluje. Wszędzie, gdzie tylko się da. I choć ma już osiemnaście lat wszyscy wokół niego nie dość, że to bagatelizują, to jeszcze olewają, tylko wzywając policje, zamiast naprawdę coś z tym zrobić. Poza tym... nie mam pojęcia, w jaki sposób tak naprawdę chłopak został połączony z byciem członkiem gangu. Do licha, co mają malowidła ścienne, i to ponoć całkiem dobre, do losowego graffiti i młodych zabójców...? 
Wprawdzie relacja Georgii z Mojżeszem na początku jest bardzo przesłodzona, ale przymknęłam na to oko. I wszystko byłoby OK, gdyby nie zakończenie części pierwszej książki i rozpoczęcie drugiej - nie będę Wam mówić, o co dokładnie chodzi, by nikomu nic nie spoilerować, ale wiedźcie, że autorka, mając naprawdę olbrzymi wachlarz możliwości, by opisać pewne wydarzenie wybrała chyba najgorszą możliwą opcje, która w moim odczuciu była tak naciągana, jak śmierć Hanki Mostowiak. Naprawdę...? Nie dało się tego inaczej obmyślić? Dało się, wiem, że się dało. Ale niestety autorka nie pozwoliła sobie na rozwinięcie w tym temacie skrzydeł.
Mam też mały problem co do zakończenia. Mianowicie, na wstępie powieść próbuje wzbudzić w nas bardzo intensywne, smutne odczucia. Na okładce widzimy informacje, że ta historia nie kończy się dobrze, a w prologu bohaterka wyjaśnia nam, jak bardzo jest jej źle i smutno... i jak bardzo zraniła ją historia, którą zaraz poznamy. Nie lubię takiego naciągania na emocje, ale przymknęłam na to oko. Pod koniec zaś nieźle się rozczarowałam, gdy okazało się, że albo czegoś nie zrozumiałam, albo zapewniania twórcy okładki są po prostu kłamstwem. Dobrze, być może to odnosi się do całego cyklu, a nie tylko do tego tomu, ale... czułam tu dość duży zgrzyt. Na początku wymusza się na nas płacz, by później zrobić wredny plot twist i uznać, że jednak wszyscy będą szczęśliwi. No przepraszam, ale tak się nie robi. I być może nie powinnam tego tu pisać, ale... myślę, że taka wtopa wydawnictwa jest istotna i należałoby o tym wspomnieć. 
Nim zakończę, pozwólcie jeszcze, że powiem słówko o bohaterach. Mojżesz i Georgia przedstawieni są w miarę porządnie. Mają swoje charaktery i problemy. Obserwuje się ich bardzo przyjemnie. Stary, czy niestety tylko oni są tu porządnie zarysowani. Wszystkie postacie w tle są bardzo nijakie i większość z nich można określić jako porządni ludzie ze wsi. A to nie jest opowiadanie, dlatego mimo wszystko życzyłabym sobie, aby inni bohaterowie też dostali jakieś konkretne cechy... i nie byli opisywani jako Babcia Mojżesza, Wybitna Pianistka, albo Idealni Rodzicie Georgii...
Mimo wad, książka nie była zła, miała fajny klimat Dzikiego Zachodu, a przy tym potrafiła rozczulić i zainteresować. Jeśli szukacie porządnego new adult - sięgajcie po nią, bo naprawdę nie ma się czego bać. Cieszę się z tego, że ją mam i że mogłam ją poznać. Niemniej... zwłaszcza zakończenie historii sprawia, że mam co do niej mieszane uczucia.

* * *

— Georgia myśli, że mnie kocha. —  Skrzywiłem się przy tym wyznaniu. Oczy doktor June nieznacznie się powiększyły. Właśnie zaoferowałem jej ociekającą treścią łyżkę psychologicznego gulaszu i zaczęła się ślinić.
A ty jej nie kochasz? —  spytała, próbując opanować zadowolenie.
 Ja nikogo nie kocham —  odparłem bez namysłu.

Fragment Prawa Mojżesza Amy Harmon


Nomida zaczarowane-szablony