Gdy Jude ma sześć lat jej rodzice
zostają zamordowani, a ona wraz z dwoma siostrami trafia do królestwa elfów. Dorasta
w dostatku, jednak w świecie, w którym człowiek jest niewolnikiem, nie jest jej
łatwo. Gdy obecny król ma abdykować jeden z jego synów prosi dziewczynę, aby
stała się jego szpiegiem, chcąc wykorzystać jej dar, którego nie posiadają
elfy: umiejętność kłamania.
 |
Tytuł: Okrutny
książę
Tytuł
serii: Okrutny książę
Numer tomu: 1
Autor: Holly
Black
Tłumaczenie: Staniwław
Kroszczyński
Liczba
stron: 400
Gatunek: urban
fantasy
Wydanie: Jaguar,
Warszawa 2018
|
O
ile aktualnie sięgam bezustannie po nowe pozycje i rzadko sięgam po te sprzed
lat, o tyle okres mojej szkoły podstawowej zamyka się w tak naprawdę kilku seriach,
czy książkach. Niewątpliwie wielki wpływ na mnie miał „Harry Potter”, cykl „Dziedzictwo”
Paoliniego i – o dziwo – „Zmierzch” Stephenie Meyer. Wśród nich pojawiła się
jednak też pewna niepozorna książka, kupiona gdzieś, kiedyś, w nadmorskiej „taniej
książce”. Mówię o „Daninie. Nowoczesnej Baśni” Holly Black, czyli moim
pierwszym spotkaniu z urban fantasy i tytule, który po dziś dzień do mnie wraca.
Gdy ukazał się więc „Okrutny książę” tej właśnie autorki z jednej strony
poczułam radość: w końcu mówi się o pisarce, która jest dla mnie w jakiś sposób
istotna! Z drugiej strony zaś bałam się po tę książkę sięgnąć, by nie zniszczyć
sobie obrazu twórczości Black, jaki wytworzyłam sobie w swojej głowie. W końcu
jednak sięgnęłam i… ugh, mogłam jednak tego nie robić.
Zdecydowanie
– ten tekst nie będzie szczególnie obiektywny i na pewno nie mam zamiaru unikać
dygresji, ale… po kolei. Gdy zabrałam się za „Okrutnego księcia” nie miałam
szczególnych oczekiwań: oczywiste jest, że po tylu latach mój gust się zmienił,
że warsztat Black także pewnie uległ zmianie, że i target – młodzież z drugiej,
a nie pierwszej dekady XXI wieku – też ewoluował. Po prostu… chciałam zobaczyć
jak to wyszło i właściwie w trakcie czytania pierwszych rozdziałów moja reakcja
to było po prostu „meh”.
„Okrutny
książę” nie wypada szczególnie kiepsko na tle innych powieści młodzieżowych. Przede
wszystkim autorka zdecydowanie nie skupia się na romansie, za co chyba od razu
zasługuje na pochwałę, a Jude jest… po prostu znośnym charakterem. Nie
chwytającym za serducho, nie irytującym – znośnym. Nie wadziła mi w niczym
szczególnym, a o to w sumie niełatwo w powieściach tego typu. Nie zmienia to
faktu, że mamy tu do czynienia z książką dla ludzi młodych, której świat jest
sklejony trochę na ślinę, że całość niebezpiecznie przypomina „Dwór cieni i róż”
Maas, a główna bohaterka większość czasu spędza… w szkole.
Tak,
dokładnie – w szkole. Takiej… elfickiej. Czy elfowej, jak chciałby tłumacz (co
jest uzasadnione, coś takiego pojawiało się np. w tłumaczeniach książek
Tolkiena). Jude najzwyczajniej w świecie uczy się, jak każda nastolatka.
Jednocześnie z racji swojej inności jest odrzucana przez większość rówieśników.
Szczególnie znęca się nad nią Cardan, czyli jeden z młodszych synów aktualnego
króla. Nim sięgnęłam po „Okrutnego księcia” widziałam dość dużo fanartów z
główną bohaterką oraz tym naszym głównym mężczyzną i muszę Wam przyznać, że nie
mam pojęcia, w jaki sposób twórcy tych grafik zrobili z niego tak bosko
przystojnego eleganta. Książkowy Cardan to po prostu jeden z tych szkolnych
dupków, którzy pastwią się nad innymi i nie są w żadnym razie sympatyczni i
choć ich życie prywatne często też nie jest zbyt kolorowe to w moich oczach nic
nie usprawiedliwia ich czynów. W związku z tym wszystkie te ich sprzeczki po
prostu potrafiły mnie irytować, a w ich relacji nie widziałam absolutnie nic
nowatorskiego czy ciekawego. Wprawdzie rozumiem – nastolatka czytająca „Okrutnego
księcia” pewnie utożsami się i z Jude, i pewnie będzie czuła pewny pociąg do
Cardana, ale… o ile to pierwsze rozumiem, o tyle ta druga kwestia kompletnie do
mnie nie trafia. Dupkom mówię „nie”, ok? Nawet, jeśli są przystojnymi elfowymi
królewiczami.
Poza
tym dość szybko w fabule pojawia się wątek „śledczy”, w którym Jude ma
szpiegować dla jednego z braci Cardana i w moich oczach on także wypada dość
płasko. Niby bohaterka się do tego przygotowuje, niby coś działa, ale w gruncie
rzeczy nie ma to większego znaczenia przy samym finale. Samo zakończenie jest z
resztą stosunkowo przewidywalne i choć faktycznie wtedy akcja „Okrutnego
księcia” w końcu rusza z kopyta (a Black olewa szkolne tematy) to mnie
osobiście po prostu nie ruszyła, biorąc pod uwagę mój brak przywiązania do bohaterów i świata przedstawionego. No… prawie.
 |
Tak nie wygląda relacja Jude i Cardana, OK?
źródło |
[TU
MOGĄ BYĆ SPOILERY z „Okrutnego księcia” i „Daniny. Nowoczesnej baśni”. Przejdź do
podsumowania, jeśli ich sobie nie życzysz.] Bo cóż się okazało? No cóż, to dość
bolesna dla mnie sprawa. Przez lwią część powieści miałam wrażenie, że… no
dobrze, tu są elfy. W „Daninie. Nowoczesnej baśni” były skrzaty, ale nie
przeczę, mam wrażenie, że to słowo zostało po prostu źle przetłumaczone. Stworzenia
z poprzedniej książki Black, którą miałam w rękach może miały różne kolory,
wzrost i umiejętności, ale jednak to były elfy. Tylko nazywały się „skrzatami”.
Niemniej, obydwa światy wydawały mi się kompletnie różne. W „Okrutnym księciu”
mamy jakiś osobny wymiar elfów; w „Daninie” mieliśmy do czynienia ze skrzatami żyjącymi
na obrzeżach ludzkich miast. W nowszej książce dostajemy królestwo elfów; w
starszej mieliśmy dwory sforne i niesforne działające raczej niezależnie od
siebie. W „Okrutnym księciu” kluczowy był fakt, że elfy nie potrafią kłamać. W „Daninie”
liczyła się głównie władza, jaką daje nad skrzatem znajomość jego prawdziwego
imienia. Brzmi jak kompletnie inne światy, no nie?
A
w finale niespodziewanie okazuje się, że Roiben i Kaye, bohaterzy „Daniny”
także w „Okrutnym księciu” występują. Jak? Nie mam pojęcia. Być może autorka
rozwijała to uniwersum w swoich innych książkach, ale bazując tylko na jej
debiucie w życiu nie powiedziałabym, że te dwa światy da się w jakikolwiek
sposób połączyć.
Jednocześnie
uważam, że… „Okrutny książę” wypada dosyć blado na tle „Daniny”. Fakt, nie
potrafię tego tytułu oceniać obiektywnie i na pewno czytając go dziś miałabym
inne odczucia, ale w przypadku debiutu Black przynajmniej sam klimat historii
był mroczniejszy, a główna bohaterka nie spędzała połowy fabuły w szkole
(spoiler: bo do niej po prostu nie chodziła). Mam też wrażenie, że tamto dzieło
było… bardziej „jej”? Uniwersum z „Okrutnego księcia” wydaje się o wiele
bardziej ugłaskane i upiększone, tak, aby wpasować się w trendy, które
wyznaczyła choćby Maas ze swoim (naprawdę kiepskim) „Dworem cierni i róż”.
Przechodząc
do podsumowania… cóż, „Okrutny książę” to nie jest książka zła w swojej
kategorii; rozumiem zachwyty nią, zwłaszcza ze strony nastolatek, bo w końcu
Black mimo wszystko kreuje rzeczywistość, w którą w tym wieku być może sama
chciałabym uwierzyć. Tyle tylko, że… ja nie potrafię tej książki lubić, głównie
przez wmieszanie w to wszystko bohaterów z „Daniny” właśnie. Gdybym mogła
traktować ją jako zupełnie odrębne dzieło (co miałam zamiar zrobić przez
większą część lektury) myślę, że podeszłabym do niej w miarę obiektywnie i być
może szczerze po prostu poleciła, ale w takim przypadku… ja o „Okrutnym księciu”
chcę po prostu zapomnieć. A niestety, nie będzie to łatwe.
Na
szczęście w nieszczęściu to jeden z niewielu przypadków, w którym sięgnęłam po
e-booka, bo po prostu chciałam czytać tę książkę „na już”. I dobrze – bo
prawdopodobnie wylądowałaby w śmietniku, gdy dostrzegłam imię Roibena. Dlatego
wybaczcie, wyjątkowo nie mam dla Was zdjęć książki.
*
* *
Kiedy tu przybyłyśmy, Taryn i ja tuliłyśmy się do Vivi
w jej wielkim łożu, rozmawiałyśmy bez ustanku o tym, co pamiętałyśmy z domu. Gadałyśmy
o tym, jak mama przypaliła zupę, i o tym, jak tatuś przyrządzał prażoną kukurydzę.
Wspominałyśmy sąsiadów i jak pachniał dom,
jak było szkole, wspominałyśmy wakacje, smak lukru na urodzinowym torcie. Rozmawiałyśmy
o oglądanych w telewizji serialach, przypominałyśmy
sobie dzieje ich bohaterów i powtarzałyśmy dialogi, a mimo to wszystkie wspomnienia
zatarły się, a ich miejsce zajęły twory naszych wyobraźni.
Teraz
nie ma już żadnego przytulania się w łóżku ani wspominania. Mamy nowe wspomnienia, które są stąd, a tym Vivi interesuje się tylko
pobieżnie.
Fragment
„Okrutnego księcia” Holly Black