czwartek, 18 czerwca 2020

Wspominkowo o "Wiedźminie": książka, gra i serial

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Zorientowałam się ostatnio, że właściwie nigdy nie napisałam tu niczego więcej o “Wiedźminie” Sapkowskiego (“Sezonu burz” do tego nie wliczajmy, nie będę go brała pod uwagę w tym tekście w ogóle). Ten cykl czytałam jeszcze przed założeniem Drewnianego Mostu i po prostu nie było ku temu okazji. Jednocześnie czasu na ponowne czytanie całości raczej nie mam, granie w gry zajęło mi więcej czasu, niż przypuszczałam, a choć serial obejrzałam w trakcie premiery to wtedy nie miałam ochoty, aby o nim pisać. Uznałam więc, że skoro całkiem niedawno skończyłam swoją pierwszą rozgrywkę w “Wiedźmina 3: Dziki Gon” to może… po prostu napiszę Wam zbiorowy post? Taki wspominkowy, po trochu i o oryginale, i o adaptacjach. 

UWAGA: TO NIE TYPOWA RECENZJA. Mogą wystąpić spoilery. 



Zacznijmy więc może od oryginału. Czytałam go w całości dwukrotnie, najpierw z dużymi przerwami pomiędzy tomami, a potem hurtem. Pamiętam stosunkowo niewiele, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wracałam jedynie do niektórych opowiadań po premierze serialu Netflixa. I choć nie mogę powiedzieć, jak odebrałabym tę serię teraz, tak wtedy absolutnie te książki uwielbiałam. Wydaje mi się jednak, że wiele by się mimo wszystko nie zmieniło, bo same opowiadania Sapkowksiego są naprawdę bardzo dobrze napisane. 

Pamiętam, że uwielbiałam Cahira. Dziś widzę, że to chyba najbardziej pozbawiona charakteru postać Sapwkoskiego, ale wtedy! Gdy jest się nastoletnią dziewczyną łatwo się zauroczyć w rycerzu, który robi wszystko, aby przynajmniej żyć w otoczeniu swojej ukochanej. Cóż. To wydawało mi się wtedy bardzo romantyczną fantazją. Bardzo lubiłam też Milvę, bo choć elfką nie była, to z elfami miała sporo wspólnego. No i strzelała z łuk. A moja ukochana postać z MMORPG też była elfką strzelającą z łuku. To zawsze było takie moje małe “marzenie”. Milva więc była mi bliska pod tym względem.

Wtedy nie doceniałam Regisa. Wtedy też nie widziałam problemu z podróżą Ciri przez pustynię, choć teraz widzę, że wiele osób to krytykuje. W tym wątku wystąpił przecież jednorożec, a mi to absolutnie wystarczało do tego, aby go uwielbiać. Samo zakończenie też często jest krytykowane, a mi po prostu było smutno, że Cahir umiera, więc nie zwróciłam wtedy na to uwagi. Gdybym dziś czytała to po raz pierwszy i pisała typową recenzję pewnie również bym ten aspekt krytykowała.

Ogólnie więc rzecz ujmując: lubiłam i lubię, a opowiadania uwielbiam. Są doskonale pod względem języka, pomysłów i tempa akcji. 




Przejdźmy więc do gier. Początkowo zaczęłam od “Wiedźmina 2: Zabójców królów”, jako że na jednym z sylwestrów mój kolega po prostu włączył grę na konsoli, a ja jakoś podłapałam i bardzo chciałam sprawdzić, jak trzyma się pada w rękach. Porzuciłam jednak po czasie, bo mój stary laptop nie był w stanie dobrze udźwignąć gry, a pierwszy bos na poziomie łatwym okazał się dla mnie zbyt trudny (i dalej jest zbyt trudny).

Zabrałam się więc potem za pierwszą odsłonę i… o mój Boże, jak mnie ta gra wymęczyła. Widzicie, ja nie jestem typowym graczem. Owszem, gram sobie w gry, ale żaden ze mnie koneser tej sztuki. Nie chcę się więc w trakcie nudzić i męczyć, a ta część nie dość, że ma swoje lata i miała stosunkowo niski budżet (więc nie wyglądała) to jeszcze ma masę zadań pokroju: zbierz dziesięć kwiatków do zupy dla wiedźmy. Czułam się, jakbym krążyła w kółko, często się gubiąc, często irytując… Aż w końcu porzuciłem grę przed ostatnim (ponoć najlepszym) aktem. Pod kątem fabularnym to była całkiem ciekawa historia, ale po prostu nie potrafiłam w nią grać.



Dlatego też nie do końca rozumiem narzekania na “Zabójców królów”. Bo gdy już pokonałam… to znaczy - ktoś pokonał za mnie - tego pierwszego bosa (to ile razy ja słyszałam “złap go w yrden, Geralt!!!” przechodzi ludzkie pojęcie) to po prostu wciągnęłam się w historię. I całkiem dobrze się bawiłam. A potem przeszłam całość całkiem szybko, przynajmniej jak na moje standardy. 

W “Wiedźmina 3: Dziki Gon” zaczęłam grać jakoś w 2016 roku, a dopiero jakieś dwa tygodnie temu skończyłam “Wino i krew”. Nigdy, ale to nigdy nie przechodziłam żadnej gry tak długo, mimo że to naprawdę dobra produkcja, która sprawiła mi sporo frajdy. To miła historia, dobra muzyka, ciekawe postacie, ogromny świat… Nie mam właściwie nic szczególnego tej grze do zarzucenia. Choć moją “grą życia” raczej nie była i nie jest. Mogę jedynie dodać, że takich rzeczy jak "Krew i wino" mogłoby wyjść dużo, dużo więcej. To był dobry dodatek.




No i w końcu parę słów o ekranizacjach! Zacznijmy może od tej polskiej, bo tu będzie krótko. Nie obejrzałam tego nigdy w całości, nie czaiłam do końca o co w ogóle w tym chodzi, ale piosenki Jaskra były przyjemne. Czasem ich słucham. Polecam.

A teraz przejdźmy do netflixowego “Wiedźmina”, którego obejrzałam w całości w dniu premiery. I który ma elementy, które zarówno cenię, jak i takie, które mnie bardzo irytują. Aż kusi, by użyć tu niekoniecznie ładnego słówka.

Zacznijmy od tych udanych elementów. Henry Cavil to mój Geralt. Wygląda w tej roli naprawdę świetnie. Medalion też ma fajny. Jego relacja z Jaskrem wypada bardzo fajnie, choć ta postać jest na mój gust jednak ciut za bardzo “rockowa”, a za mało “bardowa”. Ale tak tylko “ciut”. Po prostu brakowało mi kapelusza z piórami. Ciri gra prześliczna dziewczyna, doskonale pasująca do swojej roli. Yennefer z resztą również wygląda urokliwie, ale o niej będzie mimo wszystko trochę później. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że te elementy, które są zgodne z powieścią, wypadają naprawdę dobrze - i tak jest. Gorzej z tym, co twórcy próbowali zmienić albo dodać od siebie.

Najpierw więc taki “pół-minus”, bo też wiem, że to sprawa bardzo kontrowersyjna. Aktorka grająca Yennefer jest naprawdę śliczna, ale mimo wszystko… ta postać oryginalnie słynęła z tego, jak zimna była, co podkreślało absolutnie wszystko w jej wyglądzie. Kolor skóry, kolor włosów, ubrania, sposób mówienia, ruchów. A w roli obsadzono dziewczynę o indyjskim pochodzeniu, a więc o bardzo ciepłym odcieniu skóry. Niby nic, ale… jednak trochę mnie to razi. Często kolor skóry czy włosów nie ma wpływu na fabułę, ale w tym przypadku to w moim odczuciu jest istotny element. Yennefer powinna być zimną, arogancką i pełną seksapilu kobietą, a Chalotrze i za miło z oczu patrzy, i jednak sprawia zbyt “ciepłe” wrażenie przez sam swój wygląd. 

No to teraz przejdźmy do minusów-minusów. Nie będę mówić tutaj o zmianie linii czasowych, bo akurat ten zabieg rozumiem i nie mam nic przeciwko niemu. Zacznijmy więc może o czymś, co doprowadzało mnie do białej gorączki, mimo że koniec końców nie miało wcale tak dużego znaczenia fabularnie. Mianowicie: CALANTHE. Z książki kojarzę ją jako pewną siebie, władczą, ale rozsądną kobietę. Elegancką. Pełną gracji. A ta serialowa zachowuje się - w moim odczuciu - jak baba ze wsi, która nie potrafi usiedzieć prosto. Albo jak władca ze Skellige, a nie królowa Cintry, najpotężniejszego z imperiów w tamtym czasie. Na Boga, jak ona mnie irytowała! Z resztą, wątek powiązanego z nią Myszowora też poszedł w jakimś dziwnym kierunku… a to przecież tak przyjemna postać/ 

Kolejnym problemem jest wątek Yennefer. Oryginalnie ta postać faktycznie miała problem z zajściem w ciążę. Sapkowski jednak po prostu o tym czasem wspomina, stopniowo buduje tę postać, ale nie ciągnie tego jako głównego wątku. Serial jednak rozbudowuje przeszłość Yen (to samo w sobie nie jest złym pomysłem) i skupia się właśnie na tym aspekcie. Tyle, że tutaj nasza bohaterka ZGADZA SIĘ DOBROWOLNIE na wycięcie macicy w całości (książkowo - nie do końca wiemy, czemu czarodziejki przestają być płodne), a potem przyjmuje postawę ofiary, uznając, że to wina całego świata, że ona dzieci nie może już mieć. Sapkowski pociągnął ten wątek z klasą - serialowi jej zabrakło. I zrobiło z Yennefer niezła hipokrytkę. 

Sama końcowa bitwa wypada jakoś tak… niemrawo? Wątku związanego z Cahirem chyba po prostu nie do końca czaję. Stroje nie zawsze wyglądają tak, jak powinny: brakuje im konkretnego charakteru i skupieniu się na jednej epoce. Raz są niczym z epickiego fantasy, a po chwili Yennefer wygląda, jakby właśnie szła na studniówkę. Ten serial ma naprawdę masę, masę elementów, które wyglądają, jakby nie zostały dopracowane. Nie mówię, że ogląda to się bardzo źle, bo koniec końców to taki przeciętny serialik, który miewa fajne żarty i ciekawe elementy, czasem też po prostu wygląda dobrze. Zakończenie niby ładnie skleja wszystko w całość, ale ten wielki przytulas Ciri i Geralta, który widzą się po raz pierwszy w życiu na oczy jest dla mnie zbyt przerysowany. Widzę tu potencjał na ciekawe wątki w przyszłości, ale ogółem całość wydaje mi się dość nieskładna i niedopracowana. Mimo że ogląda się go nawet miło. 

Niemniej - fajnie, że serial powstał. Bo fantasy nie dostaje zbyt wielu nawet “przeciętnych” produkcji, a przy okazji to w końcu nasze, polskie i miło jest wysłać coś takiego dalej w świat. 


Jeśli macie jakiekolwiek przemyślenia co do któregokolwiek z “Wiedźminów” - piszcie, dzielcie się. Możemy sobie o nim porozmawiać, bo czemu nie. W końcu to nasza największa, polska franczyza, a o takich często po prostu chce się gadać.



wtorek, 16 czerwca 2020

Filmy, które ostatnio obejrzałam | zbiorowe mini-recenzje

Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/

Swego czasu miałam bardzo mocne postanowienie, że wszystko co obejrzę, będzie pojawiało się tu w formie opinii, czy też: kompletnie amatorskich recenzji, jako że za speca filmowego w żadnym razie się nie uznaję. Ostatnio jednak jakoś z tym postanowieniem po prostu nie bardzo mi wychodziło, więc teraz pozwólcie, że po prostu dam Wam znać, z czym się zapoznałam w ostatnim czasie i czemu warto/niewarto po to sięgać. Może to i będzie nawet ciekawsze od jednego wpisu na temat tylko jednej pozycji. 

Ponieważ trochę rzeczy w międzyczasie obejrzałam to zacznijmy może od produkcji filmowych/jednoczęściowych: tak powinno być po prostu łatwiej. 


Strażnicy marzeń (2012)


Tę produkcję włączyłam z ciekawości po obejrzeniu tony fanartów z Elsą z “Krainy Lodu” oraz Jackiem Frostem. Długo nie wiedziałam o co chodzi, bo choć znałam imię jej towarzysza to nawet nie wiedziałam, z jakiego filmu to się wzięło… aż w końcu okazało się, że to właśnie “Strażnicy marzeń”. To animacja stworzona z myślą o tych młodszych widzach, która traktuje o stworzeniach z naszych legend i podań (Mikołaj, króliczek wielkanocny, wróżka-zębuszka itd.), które to tworzą drużynę i chronią dzieci przed złem. Jednak z powodu ataku jednej ze złych, mitologicznych istot, muszą obronić maluchy przed utratą dzieciństwa. 

Nie jestem osobą, która tego typu koncepty lubi. Wydają mi się zbyt… abstrakcyjne? O ile jeszcze film z samym świętym Mikołajem mi nie przeszkadza, to drużyna superbohaterów w takim składzie po prostu mi się ze sobą gryzie. To jednak nie jedyny problem, jaki miałam z tą animacją. Jack Frost jest bowiem postacią z bardzo fajnym potencjałem. To ten radosny typ, który nie zawsze postępuje zgodnie z tym, jak powinien, posiadający jakieś swoje wewnętrzne problemy… ale jednocześnie mający w sobie tyle ciepła, że naprawdę można byłoby go cudownie ograć.

Niemniej - “Strażnicy marzeń” to produkcja bardzo, bardzo schematyczna, której zakończenie nie dało mi ani odrobiny satysfakcji. Cała fabuła skierowana jest raczej w stronę młodszych dzieci. W związku z tym postać Frosta wydaje mi się kompletnie niewykorzystana. I chyba trochę teraz rozumiem, czemu pojawia się tak często na fanartach, choć o filmie chyba niewiele się mówi. Bo postać ma dobrą bazę, ale film jest po prostu bardzo przeciętny i schematyczny.

Jeśli szukacie filmu, który obejrzycie z dziećmi - po ten można sięgnąć. Ale nie oczekujcie, że sami zaczniecie go uwielbiać. 


“Asteriks i Obeliks: Osiedle Bogów” (2014)


Jak ja długo chciałam obejrzeć ten film! O tej francuskiej animacji słyszałam sporo dobrego, ale nie mogłam na nią absolutnie nigdzie trafić. W końcu się udało, bo pojawił się na Netflixie (i tam możecie go znaleźć). Nie zrobił na mnie jednak nadmiernego wrażenia. Ot, miła historia o Asteriksie i Obeliksie. Przyjemna, ale niewiele już z niej pamiętam.

W tej historii o dwójce Galów Cezar postanawia stworzyć nowoczesne miasto w okolicy rodzinnej wioski Asteriksa i Obeliksa, aby jej mieszkańcy mogli zachłysnąć się bogactwem Rzymu. Mamy tu kilku miłych bohaterów, kilka sympatycznych żartów, miłą fabułę i atmosferę… ale chyba po prostu nie jestem wystarczająco dużym fanem tych postaci, by przepaść w całości w trakcie oglądania.


“Miss America” (2020)


Taylor Swift to artystka, do której mam drobną słabość. Ma niezwykle proste utwory, które raczej nie wzbudzają we mnie większych emocji, ale za to niemal zawsze bardzo podobają mi się jej teledyski pod kątem wizualnym. Poza tym po prostu kojarzy mi się z czasami Disney’a i mam do niej pewną nostalgię. Dlatego dokument traktujący właśnie o niej - “Miss America” - po prostu włączyłam sobie “do obiadu” i obejrzałam go na tury. 

W moim odczuciu: to po prostu taka dość miła, lekka rzecz. Nie interesowałam się nigdy zbytnio życiem czy poglądami Taylor Swift, więc kilka elementów faktycznie było dla mnie nowych, jednak generalnie większość tak czy siak wiedziałam. Sympatycznie było zobaczyć, jak wygląda praca koncepcyjna nad piosenkami, a całość była poprowadzona na tyle rytmicznie, by przykuć moją uwagę na dłuższą chwilę. Niemniej, nie sądzę, by ten dokument odkrywał coś niezwykle ciekawego, czy poruszał te ważne i ciężkie tematy. Można więc obejrzeć do kawki/herbatki/obiadu, ale jednocześnie to mimo wszystko coś dla osób, które Swift przynajmniej lubią. Nawet nostalgicznie, tak jak ja.


“Jojo Rabbit” (2019)


Uwielbiam Taikę Waititi od… od dawna właściwie. “Co robimy w ukryciu?” (wersja filmowa) to moja miłość od lat. Oczywistym było więc, że “Jojo Rabbit” był produkcją niezwykle przeze mnie wyczekiwaną. I okazał się w sumie tym, co chciałam obejrzeć. Jego akcja rozgrywa się w trakcie II Wojny Światowej, w Niemczech. Jojo jest bardzo zaangażowany ideologicznie i wpada w niemałą panikę, gdy odkrywa, że w jego domu ukrywa się żydowska dziewczynka. 

To film opowiedziany z perspektywy dziecka. Jest więc kolorowy, często przerysowany, czasem mocno ukierunkowany na jakiś aspekt. Nie koniecznie przekazuje stricte historyczną prawdę, ale jednocześnie jest bardzo ciepłą, zabawną i dramatyczną opowieścią. Bo to w sumie dramat… tylko ukryty pod płaszczykiem żartu. Co z resztą u tego reżysera jest normą. 

Wiele jest w sieci opinii i recenzji tego dzieła, więc chyba nie mam co się powtarzać. Rozumiem, jeśli komuś do gustu nie przypadnie, bo i temat jest drażliwy, i sam żart Waitiego niekoniecznie wszystkim odpowiada, ale… ja lubię. I polecam sprawdzić.


“Świąteczny książę” (2017) i “Zamiana z księżniczką” (2018)

Kojarzycie te wszystkie filmy o zwykłych dziewczynach, które mają nagle coś wspólnego z dworem królewskim? Poznają księcia, okazują się królewnami itd. itp.? To dwa z tych filmów. I są właściwie tak samo głupie i pozbawione głębszego sensu jak wszystkie inne. Tym razem w pierwszym przypadku nasza bohaterka to dziennikarka, która musi przygotować materiał na temat księcia (i zgadnijcie, jak to dalej się potoczy), a w drugim mamy swoistą adaptację “Księżniczki i żebraczki”.

Powtórzę się: to głupie filmy. I nie mają zbyt wiele sensu. Nie jestem zresztą przekonana, czy mają dużo wspólnego ze sztuką filmową. Ale w okolicach świąt zrobiło mi się ciut sentymentalnie i wieczorem nie mogłam zasnąć, więc… na taką okazję tego typu produkcje mogą się sprawdzić. Chyba. Tak trochę, bo wielkiej satysfakcji z oglądania raczej nie miałam. Ale istnieją i obejrzałam - więc informuję.


W tym filmie Vanessa Hudgens gra samą siebie w dwóch rolach. Cóż, los poprowadził byłą gwiazdkę Disney'a w dziwne rejony.


wtorek, 9 czerwca 2020

Wcale nie kupuję książek! A przynajmniej nie specjalnie!


Spotkasz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Cześć! Nie wiem, czy wiecie, ale ja ostatnio wcale nie kupuję książek. A przynajmniej: wcale nie kupuję książek z rozmysłem. Ale przypadki chodzą po ludziach, prawda? I tak jakoś się złożyło, że od ostatniego postu do mojego zbioru dołączyło kilka tytułów. Właściwie niemal wszystkie kupione po kosztach plus dwie nie-do-końca-książki, które trafiły do mnie w ramach prezentu. A że mam chwilę… to po prostu przedstawię Wam, co mam i czego możecie się tu kiedyś ewentualnie spodziewać, a Wy możecie mi mówić, w czym popełniłam błąd bądź też za co mam się brać najpierw. Jasne zasady? Mam nadzieję, że tak!

Nim jednak przejdziemy jeszcze do samych książek, zachęcam po raz kolejny do zaglądania na mój Instagram: tam o wszystkim jest tak na bieżąco, jak tylko dam radę! Włącznie z relacjami z samego czytania na Instastories.



Zacznijmy od stosiku po lewej. To właściwie przesyłki, które dotarły do mnie w tym tygodniu. Jedna od wydawnictwa Zysk, pozostała część: z Allegro, zakupione po kosztach, właściwie przede wszystkim dla jednej książki, ale też trochę po to, by dowiedzieć się, co w ogóle Papierowy Księżyc ma w swojej ofercie.

  • “Dom między chmurami” C. Kloubuch - debiut tegoż pana, który trafił do mnie dzięki uprzejmości wydawnictwa. Poczułam się zainteresowana, bo Zysk raczej nieczęsto wydaje polskich debiutantów z dziedziny fantastyki, więc chcę sobie sprawdzić. Książka ma całkiem ładną okładkę i właściwie tyle mogę o niej na razie powiedzieć.

  • “Sto tysięcy królestw” N. K. Jemisin - jeśli ktoś zna mnie choć trochę, to wie, że znam pięć innych książek tej autorki i wszystkie uwielbiam. Niestety, Papierowy Księżyc na razie wydał jedynie tę część i nic nie zapowiada kolejnych, a sama książka ma dziwnie niskie oceny na Lubimy Czytać, ale sama spodziewam się dobrej lektury. W razie czego spróbuje kolejnych tomów w oryginale.

  • “Plus/Minus” Olgi Gomyłko i Andrieja Ułanow - powieść autorstwa dwoga ukraińskich pisarzy. Nie znam ani jednego z nich; sam opis sugeruje lekki kryminał, choć wydaje mi się, że to jednak kryminalne urban fantasy. Mogę się jednak mylić, bo książki głębiej nie sprawdzałam. Poznam, zobaczę; jak będzie znośne, może sięgnę po inne powieści Gomyłko (bo ta ponoć jest słabsza od jej poprzednich dzieł).

  • “Wieża” Daniela O’Malley’a - debiut australijskiego pisarza. Urban fantasy, które od dawna kusiło mnie okładką. Przeczytam, sprawdzę, zobaczę z czym to się je.

  • “Zmiana” Hugh’a Howey’a - miałam tom pierwszy i trzeci, więc dokupiłam i drugi z trylogii “Silos”. 

 

To teraz książki stojące bardziej po prawej; wszystkie kupiłam na promocji w markecie za jakieś 10zł, więc zakup był co najmniej impulsywny. Ale jest wśród nich przede wszystkim Mag, więc nie żałuje, bo nawet jeśli mi się nie spodobają - to przynajmniej te książki po prostu wyglądają ładnie!

  • Trylogia “Jean le Flambeur” t. 2-3, Hannu Rajaniemi - widziałam już te książki u innych, ale nigdy nie byłam nimi mocniej zainteresowana. Podobno hard SF. Jak bardzo hard i czy dla mnie - nie zbyt “hard” - przekonam się, jak już kupię tom pierwszy.

  • “Kwintet czasu” t. 1-2, Madeleine L'Engle - przepiękne oprawy, które sugerują naprawdę poważną fantastykę… a to twórczość dziecięca, czy dziecięco-młodzieżowa. Niemniej, nie skreślam ich z tego powodu i liczę na ciekawą lekturę. Och, ależ one mi się podobają wizualnie. Dark Crayon tworzy cuda okładkowe!

  • “Marvel: X-men. Saga mrocznej Phoneix”, Stuart Moore - X-men to w tej chwili mój team superbohaterski nr 2 (o nr 1 będzie niżej) i gdy widziałam tą książkę na promocjach zawsze mnie kusiła. Nigdy się nie dałam, wiedząc, że pewnie nic dobrego z lektury nie wyniknie… aż do tej pory. No musiałam.

  • “World of Warcraft. Traveller. Wędrowiec”, Greg Weisman - wzięłam przy okazji, bo jak szaleć, to szaleć. Pewnie będę narzekać. Ale trudno. Z Warcraftem nie mam wiele wspólnego, ale niektóre z ich historii znam z opowieści innych i cóż, najwyżej się trochę doszkolę. I ponarzekam.



Pierwsza z nie-do-końca-książek to mój drugi komiks w życiu, czyli kolejna część “Doom Patrolu”. Jest piękny, jest cudowny i na pewno będę go czytać, gdy tylko wygrzebię się z innych zaległości. Doom Patrol to dalej mój ulubiony superbohaterski team. 


A druga to kolejna z książek “całkiem bezużytecznych”, czyli jednoosobowy scenariusz do “Zewu Cthulhu”. Bardzo chcę w końcu się za to zabrać, zapoznać i z podręcznikiem, i spróbować zabawić się w tą przygodę choćby sama, ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, kiedy mi się to uda.

Jak już pisałam na początku: jeśli znacie cokolwiek z tych książek, dawajcie znać i dzielcie się opiniami. Albo krzyczcie, co najpierw powinno pojawić się na blogu. Spróbuje wziąć to pod uwagę, choć oczywiście pierwszeństwo ma książka od Zysku.


Nomida zaczarowane-szablony