sobota, 7 maja 2016

Czemu w ogóle fantastyka?


Był już post dotyczący fantastycznych gatunków, wyjaśniałam też, czemu tak bardzo lubię tworzących ją Polaków. Zorientowałam się jednak, że... nie wyjaśniłam, czemu w ogóle ten gatunek? Dlaczego nie kryminał (który, bądź co bądź lubię), czy literatura kobieca? Albo może podróżnicza? Dziś nadrabiam zaległości, szczególnie, że znów wymęczyłam Was recenzjami ;D

Szczerze mówiąc, sama nie wiem, od czego to wszystko się u mnie zaczęło. Zawsze karmiona byłam baśniami, które uwielbiałam i znałam, niekoniecznie tylko w wersjach filmowych. Z nauką czytania miałam mały problem - nudziło mnie to nieco i gdy dzieci czytały płynnie, ja robiłam wszystko, aby się za to nie zabierać. W końcu jednak mama postanowiła ze mną przysiąść... i się zaczęło. Moja pierwsza książka fantastyczna? Trudno mi nawet ją wymienić. Na pewno lubiłam Karolcie Kruger, która ma w sobie nadprzyrodzone, baśniowe elementy... Poza tym szybko wzięłam się też za Pottera, jako wielka fanka filmów o młodym czarodzieju. Jednak było to tak dawno i przyszło mi tak naturalnie, że cóż... sama nie wiem, jak dokładnie wyglądał ten początek ;)
Wiem jednak, jaki to miało wpływ na inne czytane przeze mnie książki. Skoro pierwsze co, zaczęłam uwielbiać niestworzone historie, przepełnione kreatywnością, magią, oryginalnością, to gdy próbowałam sięgać po coś codziennego, obyczajowego miałam wrażenie, że w rękach trzymam coś zwykłego. Bez polotu. Często co najmniej nieco nudnego. Nie raz miałam i mam wrażenie, jakbym po prostu cofała się w rozwoju, gdy próbuję przeczytać coś z działu literatury kobiecej, albo romansu. Oczywiście, nie mówię, że zawsze! W każdym gatunku znajdą się perełki. Ale generalnie, tak to właśnie u mnie wygląda ;)

źródło
Fantastyka to słowo, które mieści w sobie na prawdę bardzo wiele i pozwala na ogrom konwencji literackich. Poza tym, ma jedną ogromną zaletę. Mianowicie, gdy poruszamy jakiś problem w obyczajówce, zwykle jest on widoczny wyraźnie na pierwszym planie. Często aż czuć, że autor chce wzbudzić w nas współczucie, czy zrozumienie dla jakiegoś problemu, czego bardzo, bardzo nie lubię. A fantastyka? Tutaj, za pomocą kilku prostych zabiegów możemy poruszyć ten sam temat, ale zdecydowanie subtelniej, delikatniej... i barwniej. Rzadko kiedy, czytając tą literaturę, mam wrażenie, że autor chce nam coś sprzedać, czy wcisnąć na siłę, bo tak trzeba i tak powinno się myśleć

Poza tym odnoszę wrażenie, że do pisania fantastyki potrzeba nieco więcej oleju w głowie, niż do zwykłej, typowej obyczajówki. Trzeba znać się trochę na mechanice, albo na wierzeniach; trzeba umieć myśleć abstrakcyjnie i łączyć ze sobą absurdalne sytuacje. Przydaje się również znajomość historii, kultury... sztuki. Swojego i innych narodów. Wszystko to sprawia, że ufam tym ludziom i fascynują mnie bardziej, niż twórcy wspominanych już obyczajówek. A sam ten fakt sprawia, że chce poznać ich umysły, poprzez czytanie wytworów ich wyobraźni :)

Dość często pytam sama siebie, dlaczego tak stosunkowo niewiele osób sięga po takie dzieła? Czemu zostają przy nudnych obyczajówkach, które tak niewiele nowego wnoszą w życie? Przecież fantastyka jest tak różnorodna, że nie ma szans, aby coś z niej się danej osobie nie spodobało. Oczywiście, znam odpowiedź, ale ta czasem po prostu nie potrafi do mnie dotrzeć :) Powody są właściwie dwa. Pierwszy: człowiek sięga po to, co zna, a skoro zna historie o codzienności, to do nich będzie zaglądał. I drugi, który często łączy się z pierwszym: dana osoba nie trafiła na dobrą książkę fantastyczną, która by jej się spodobała. 
Z fantastyką jest tak, przynajmniej moim zdaniem, że początkowo, jeśli trafimy na złą historie, może nas bardzo mocno zrazić. Nie każda pozycja nada się dla zupełnego laika, bo taka osoba może po prostu nie zrozumieć o co autorowi chodziło. Bez podstawowej wiedzy czasem na prawdę trudno wgryźć się w temat. Dlatego też wydaje mi się, że jeśli ktoś z Was chce zacząć swoją przygodę z tym gatunkiem, warto podyskutować z osobą już w temacie siedzącą ;) Pomoże Wam dobrać coś, co będzie miało szanse się Wam spodobać, tak po prostu.

Mimo, że czasem trudno jest wgryźć się w ten gatunek, na prawdę polecam spróbowanie tego. Bo każda tego typu powieść, czy opowiadanie do podróż do wnętrza wyobraźni i psychiki autora, a uwierzcie mi, że te w przypadku pisarzy fantastycznych historii potrafią być na prawdę wielopoziomowe.


czwartek, 5 maja 2016

Kłamca 4. Kill'em all: Ciąg dalszy zabawy z popkulturą


Poprzednie części czytałam w dzień-dwa. Za ten tom jednak nie potrafiłam jakoś się zabrać, skupiając się na nieco innych dziedzinach niż czytanie ;D Na całe szczęście przebrnęłam już przez Kill''em all i mogę się z Wami podzielić tą lekturą ;D
Recenzja jest trochę spóźniona - nie zrobiłam porządku w zaplanowanych postach, a niestety, obecnie nie mam za bardzo czasu ani siły na pilnowanie bloga i odwiedzanie Was. Muszę chwilę odpocząć ;)


Tytuł: Kłamca 4. Kill'em all
Tytuł serii: Kłamca
Numer tomu: 4
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 320
Gatunek: fantasy

Apokalipsa trwa w najlepsze.
Loki snuje plan aby zabić Antychrysta przyjmując rolę króla elfów. Anioły i demony toczą bitwę na australijskiej pustyni. Janny, wraz z Erosem utknęli w obrazie. Na Biegunie u Mikołaja również nie jest spokojnie. Wrota Piekieł stoją otworem. 
W międzyczasie jeszcze żywi ludzie próbują jakoś przetrwać całe to szaleństwo...

Kill'em all... ponoć dobra książka ze złym zakończeniem, o którym słyszałam sporo negatywnych opinii.
źródło
Z tym, że o ile odczucia co do tej części miałam podobne, jak przy częsci trzeciej - że jest OK, daje radę, ale czegoś mi w niej brakuje, autor za bardzo skacze po wszystkich wątkach - to za takim zakończeniem zdecydowanie jestem! Oczywiście, nie będę go zdradzać, ale idealnie wpisuje się w zabawę z popkulturą, jaką Ćwiek nam przygotował ;) Jest dość... iracjonalne, owszem. Ale czy cała seria, opowiadająca o aniołach, demonach, Lucyferze w ciele dziecka, wróżkach porywających Antychrysta i Erosie rozkochującym wszystkich za pomocą psyknięcia palcem nie jest właśnie taka? Mam wrażenie, że w przypadku tej serii sama fabuła jest na drugim miejscu: istotniejsze właśnie są te liczne nawiązania do mitów, znanych twórców i schematów myślowych, jakimi się posługujemy. 
By nie było, nie śmiałam się przy tej lekturze w głos. Ale ja po prostu tego zwykle nie robię :) Mogę jednak spokojnie powiedzieć, że Kill'em all to lekka historia, która może bawić i zapewnić niezłą rozrywkę, pod warunkiem, że czytelnik lubi tego typu klimaty i potrafi się w nie wczuć.
Najmocniejszy punkt w tej powieści, poza zakończeniem? Dla mnie osobiście było to nawiązanie do serii książek Kossakowskiej, Zastępy Anielskie, której tom trzeci czytałam i właśnie zabieram się za pierwszy. Nie powiem, fajnie było spotkać jednego z bohaterów tej pani w uniwersum Ćwieka ;)
Mogłabym opisywać bohaterów i styl, jednak.. jeśli czytaliście poprzednie tomy, wiecie, jak autor pisze, a jeśli nie - oczywiście najpierw zachęcam do przeczytania części poprzednich, bo nie ma po co sięgać po zakończenie nie znając ich. Ale tak, uważam, że to na prawdę niezłe zakończenie głównej historii Ćwieka z tytułem, który świetnie oddaje treść powieści. Jeśli podobały Wam się poprzednie części historii o Lokim, zachęcam do sięgnięcia po ostatni tom. W przypadku zaś, w którym pierwszy raz o serii słyszycie, ale w jakiś sposób Was zainteresowała zachęcam do poczytania trochę o częsci pierwszej, szczególnie, jeśli jesteście fanami popkultury i macie ochotę na historie, która od nich wręcz kipi.

źródło

niedziela, 1 maja 2016

Maegot: Naczynie w rękach magii

źródło
Maegot... książka, która trafiła do mnie dzięki wyprzedaży, właściwie szczęśliwym trafem, jak sporo z tych, które posiadam na półkach. Ktokolwiek słyszał? Ktokolwiek wie o czym mowa? Podejrzewam, że większość z Was nie, bo książka zbyt znana nie jest. Pytanie na dziś brzmi jednak: czy słusznie?
Niestety, o zdjęciach mi się trochę zapomniało... Mam jednak nadzieję, że Wasza majówka jest na tyle wyjazdowa, że w szybkości przymkniecie na to oko ;P

Tytuł: Mageot
Autor: Krzysztof Kochański
Liczba stron: 287
Gatunek: fantasy

Wielcy magowie, czy więźniowie swojej mocy? Takie pytanie stawia przed nami Kochański w swojej powieści opowiadającej o tytułowych maegotach - przenoszących magię, potężnych i budzących strach osobach. Kim jednak są? Czego pragną i do czego zmierzają? I czy ludzka ręka jest w stanie ich pokonać? A może trzeba do tego czegoś więcej...?

Już na wstępie muszę się Wam przyznać, że z ledwością przebrnęłam przez tą książkę. Już okładka i drobniutki druczek wewnątrz odstrasza, a to, co można znaleźć wewnątrz wcale nie zmieniło moich pierwszych odczuć związanych z tą powieścią. Ale dlaczego? Za chwilę wyjaśnię.
Kochański wykreował stworzenia... czy raczej ludzi o dość ciekawej mocy. Nie są magami, nie władają nad magią, ale przenoszą ją, nie wiedząc, kiedy i jak zadziała. To główny motyw całej historii, który ciągnie się przez wszystkie strony. Niestety, choć moim zdaniem to świetny pomysł na ciekawą, wartką fabułę, z samą treścią powieści jest zdecydowanie gorzej.
źródło
Kartki książki zawierają treść napisaną bardzo zwyczajnym, ale przy tym niezbyt przystępnym językiem. Już wyjaśniam o co mi chodzi! Zwykle w przypadku lekkich historii styl autora jest niezbyt poważny, albo przynajmniej po prostu przyjemnie się go śledzi. Tu, mimo średniego w moim mniemaniu warsztatu, mamy dość toporny, niekoniecznie przyjemny język, przez który da się przebrnąć, ale nie jest to koniecznie przyjemne. Szczególnie, gdy pojawiają nam się powtórzenia co raz na jakiś czas w Maegocie da się wypatrzeć. 
Styl, stylem, ale co z bohaterami i samą historią? Ech, trudno mi to cokolwiek więcej powiedzieć z dość prostej przyczyny - sama do końca nie wiem, co Kochański chciał nam swoją historią pokazać. Pierwsza połowa jest tak abstrakcyjna, że trudno połapać się o co w tym wszystkim chodzi, a gdy powoli coś niby zaczyna nabierać kształtów i się wyjaśniać, następuje dość szybki koniec. I by nie było, lubię książki z zaskakującym zakończeniem, mieszające czasy i różne inne takie. W tym przypadku jednak, gdy dostajemy książkę napisaną niekoniecznie przystępnym językiem, takie zabiegi są po prostu irytujące.
Bohaterowie zaś po prostu są i już. Sztampowi, niezbyt dobrze rozwinięci i za nic w świecie nie wpadający w pamięć.
Zdecydowanie nie polecam. Autor wprawdzie może i miał ciekawy pomysł, ale tej tekst, napisany surową polszczyzną pozostawia bardzo wiele do życzenia. Sięganie po niego może po prostu okazać się stratą czasu, nie ważne, czy lubicie fantasy, czy nie.

źródło
Nomida zaczarowane-szablony