czwartek, 4 listopada 2021

Nawia: szeptuchy opanowują polskie słowiańskie fantasy

 

Gdy myślę o tym, w jaki sposób można byłoby zorganizować konkurs artystyczny przychodzi mi na myśl, aby kazać twórcom stworzyć treści związane z bardzo konkretnymi wytycznymi. Tak, aby można było zobaczyć, co w ramach bardzo konkretnej konwencji, czy fabuły potrafią wyciągnąć i aby porównanie ich warsztatu było po prostu łatwiejsze. Z tym że tego typu forma dla zwyczajnego odbiorcy byłaby po prostu nudna – no bo ileż można czytać o tym samym, jeśli wgłębiasz się w kulturę po to, by naprawdę przeżyć przygodę?

    Nawia.  Szamanki. Septuchy. Demony
antologia (wielu autorów)
wyd. Uroboros, 2021

„Nawia. Szamanki. Septuchy. Demony” to przykład antologii stworzonej jakby właśnie w ten sposób. Jakby właśnie, bo nie wiem, jakie wytyczne dostali autorzy. Być może po prostu ogólny zamysł zainspirował ich do stworzenia bardzo podobnych tekstów, ale szczerze mówiąc… o ile pojedyncze opowiadania były raczej rozrywkowe i dość przeciętne, o tyle jako całość, ta antologia jest chyba jedną z najmniej kreatywnych, jaką miałam w rękach.

Na osiem opowiadań sześć to teksty o wiedźmie/zielarce/uzdrowicielce (w gruncie rzeczy to bardzo zbliżone motywy), które mają do rozwiązania jakiś problem i to po prostu robią. Niektórzy z twórców podeszli do tematu bardziej kreatywnie, inni mniej, ale żaden z tekstów w „Nawii” nie zrobił na mnie nadzwyczajnego wrażenia (a opowiadania potrafię naprawdę uwielbiać!) i moim zdaniem żaden nie wniósł do polskiego nurtu literatury okołosłowiańskiego fantasy niczego nowatorskiego. Koniec końców przy lekturze zaczęłam więc się po prostu nudzić.

Ale może po kolei! Antologię otwiera „Płacz cichą nocą się niesie” Katarzyny Bereniki Miszczuk – autorki, której twórczości raczej nie znam, ale słyszałam o niej na tyle dużo, że naprawdę byłam ciekawa, co pokaże w „Nawii”. I pokazała… cóż, niewiele. Jej opowiadanie jest raczej poprawne i bardzo proste w konstrukcji. Główną bohaterką jest szeptucha, która musi poradzić sobie z porońcem. Podchodzi przy tym do tematu bardzo klasycznie i przynajmniej mnie niczym ten tekst nie zaskoczył. Sam warsztat zaprezentowany w tym opowiadaniu nie należy do najlepszych. Narracja jest dość współczesna, słabo stylizowana i czasem w języku coś mi nie grało, a z kolei dialogi to sepleniący, „wiejski” polski – nie dość, że nieprzyjemny w odbiorze, to jeszcze niepasujący do warstwy opisowej.

Pozytywnie zaskoczyła mnie Marta Krajewska ze swoim tekstem „Jezioro cię kocha”, bo o samej autorce słyszałam bardzo mieszane opinie. Ponownie mamy tu tekst o wioskowej wiedźmie, która ma do rozwiązania problem, ale w porównaniu do Miszczuk, Krajewska ma dużo lepszy warsztat, a tekst miał nostalgiczno-romantyczno-gorzki klimat. Przyznaję, lubię takie. Niemniej, opowiadanie kojarzy mi się z „Pożeraczem szarości” Tadeusza Meszki, ale moim zdaniem wypada jednak słabiej od niego.

„Dziewanna i księżyc” Anny Szumacher to jeden z dwóch tekstów, który trochę od schematu typowego dla „Nawii” odchodzi. Traktuje o studentach archeologii. Ci dobrze się bawią i przeżywają słowiańską przygodę w trakcie. Nie było to nic ani zaskakującego, ani w jakikolwiek sposób zapadającego w pamięć, ale przynajmniej autorka sięgnęła po trochę inny koncept, dlatego z całego serca dziękuję za podjęcie próby zrobienia z  tematem czegoś innego.

„Szeptucha” Jagny Rolskiej pojonowanie jest tekstem osadzonym w czasach współczesnych i w naszej rzeczywistości. Jednocześnie to dalej opowiadanie trzymające się szeptuchowego klimatu. Jest lżejsze w tonie, niż Krajewska i Miszczuk, skupia się raczej na relacjach między mieszkańcami okolicy, ale właściwie to tyle, co je wyróżnia. Na pewno go nie zapamiętam na dłużej.

Kolejnym tekstem, który pozytywnie się wybija, jest „Ostatnia noc” Rafała Dębskiego. Ponownie nie znam za dobrze tego autora (jak właściwie wszystkich pozostałych), ale jego warsztat wyróżnia się na tle pozostałych tekstów i chętnie coś kiedyś od tego pisarza sprawdzę. To opowiadanie jest podobne do tekstu Krajewskiej. Ponownie dostajemy więc opowiadanie o tej, która wie, ale jego nostalgiczny, smutny klimat, a także całkiem przyjemne zakończenie sprawiają, że po prostu wyróżnia się na tle innych.

I tu dochodzimy do właściwie jedynej autorki, której opowiadanie znajduje się w tym zbiorze i którą znam nieco lepiej. Martyna Raduchowska i jej „Śmierć wody” była dla mnie niestety dość dużym zawodem. Co prawda, nie tak dużym, jak w antologii „Harda horda”, gdzie po prostu zostały przepisane fragmenty z „Szamanki od umarlaków”, ale… na Merlina, to było po prostu pójście po najmniejszej linii oporu. To tekst opisujący jedną z akcji Idy i Kruchego (bohaterzy wspomnianej już „Szamanki…”). Osobiście tych bohaterów naprawdę bardzo, bardzo lubię i z jednej strony cieszę się, że mogłam z nimi ponownie poobcować. Z drugiej niestety tekst ponownie wpisuje się w schemat szeptuchowy, a samo w sobie podane w jakiś szczególnie kreatywny sposób, zaś bohaterowie wydawali mi się pisani odrobinę na siłę. Wolałabym, aby Raduchowska zostawiła te postacie na książki z cyklu (nawet w formie luźnego zbioru opowiadań), a do „Nawii” napisała coś unikalnego, albo chociaż aby podeszła do tematu bardziej kreatywnie, np. zmieniła perspektywę, nie trzymając się tylko Idy i Kruchego.

Drugim opowiadaniem, które wybija się pod względem nawiowego schematu jest „Konsultantka” Marcina Podlewskiego. Tekst raczej lekki, bawiący się trochę konwencją, nie w pełni poważny. Z jednej strony w związku z tym jest trochę lepszy od innych, z drugiej – jakoś nie do końca potrafię ten koncept „kupić”. Ale ponownie: dziękuję autorowi za wprowadzenie, choć odrobiny kreatywności do tej ogólnie rzecz biorąc poprawnej, ale nudnej antologii.

Ostatni tekst to „Wichura” Marcina Mortki. On też wyróżnia się pozytywnie, jeśli chodzi o jego styl, ale przyznaję, że byłam już tak zmęczona tekstami o szeptuchach, że po prostu nie miałam siły, by się z tego opowiadania cieszyć.

Koniec końców, jak cieszę, się, że powstają kolejne antologie, tak mam raczej mieszane uczucia w stosunku do „Nawii”. Jest poprawna i pewnie spodoba się tym, którzy szukają lekkich tekstów w tematyce słowiańsko-szeptuchowej, ale ja chciałabym, by choćby jeden z tekstów zrobił na mnie duże wrażenie. A nie zrobił. No trudno – przynajmniej sprawdziłam nowych dla mnie polskich autorów i kilku z nich na pewno będę miała na oku w przyszłości.


Za wykonanie zdjęć odpowiedzialna jest Kinga z profilu Fantykk. Obróbką zajęłam się sama.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Uroboros!

poniedziałek, 1 listopada 2021

Impuls: alternatywna wojna w latach 30. XX w.


Co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej i gdyby w latach 30. XX wieku wciąż trwała wojna? W 1932 roku Polacy wciąż toczą bój z Niemcami i Moskalami. Andrzej Winnicki, wybitny inżynier, zostaje poproszony o sprawdzenie, co stało się z zepsutą kapsułą transportową. Mężczyzna zostaje wciągnięty w państwowej wagi spisek.

 

„Impuls” Tomasza Duszyńskiego kupiłam nieco na oślep: w księgarni SQN nie było tego, czego akurat chciałam, więc uznałam, że OK – sprawdźmy to! Nie był to wcale taki zły wybór, bo to właśnie dzięki niemu w końcu uświadomiłam sobie, że jeśli za czymś nie przepadam to zdecydowanie za połączeniem dwudziestolecia międzywojennego, z wyjątkowymi wynalazkami i wojną. Jeśli już mam czytać o militariach, szczerze mówiąc wolę jakieś średniowiecze, bądź inne czasy, w których broń palna była używana w ograniczonym stopniu.

Impuls
Tomasz Duszyński
wyd. SQN, 2017

Piszę te słowa z pełnym szacunkiem do tej powieści. Dlaczego? Bo „Impuls” tak właściwie jest książką napisaną całkiem sprawnie. Duszyński prowadzi wątki w konkretny sposób, a w jego języku jest pewna klasa. Być może nie jest to najpiękniej napisana powieść, jaką znam (bo gdyby tak było, to jej temat raczej nie robiłby mi różnicy), ale widzę w tym twórcy potencjał i chętnie sprawdzę inne jego dzieło, które może dotyczy po prostu trochę innego tematu.

Ta powieść po prostu najzwyczajniej w świecie nie poruszała jednak tematyki, która by mnie jakkolwiek bardziej interesowała. Właściwie podobny problem miałam choćby ze „Szponami smoka” Szmidta – obiektywnie to nie była zła powieść, jeśli chodzi o rozrywkową alternatywną historie, ale czasy Polski za Piłsudzkiego jakoś nijak mnie nie potrafią zainteresować. Mam też wrażenie, że sporo podobnych historii jest już u nas na rynku i po prostu czuje, że już to kiedyś gdzieś widziałam, że to po prostu jest dla mnie wtórne.

„Impuls” jest powieścią sięgającą do steampunku (choć pary jako takiej tu nie ma, chodzi mi raczej o bardziej ogólny koncept). Olbrzymią rolę w jej przypadku stanowią techniczne wynalazki, a to też jest motyw, który niekoniecznie w powieściach szukam. Ponadto ogólnie rzecz biorąc to rozrywkowa, sensacyjno-wojenna powieść, dość „męska” i co tu kryć – nie moja. Ale osoby, które właśnie czegoś w takich klimatach poszukują, mogą się jej przyjrzeć.

Wydaje mi się też, że ta historia jest po prostu… koniec końców, dość przeciętna na wielu płaszczyznach. Bo nawet nieinteresujący mnie temat mógłby mnie chwycić, gdyby np. same postacie bardziej mnie interesowały. Niestety, tak się nie stało. Potrzebowałam dłuższej chwili, by zorientować się, kto jest kim, postacie wydawały mi się napisane trochę na jedno kopyto, styl autora i klimat pomiędzy poszczególnymi wątkami również był dość monotonny. Nie widzę w „Impulsie” nic, co mogłoby mi na dłużej pozostać w pamięci, ale ponownie – tu wiele robi też mój brak zainteresowania tym tematem.

Dodać muszę na pewno, że podoba mi się samo wydanie. Nie jest może jakoś szczególnie wybitne, ale SQN zadbało, by każdy początek rozdziału miał jakiś ozdobnik, a to zawsze miły bonus. Poza tym dostajemy klasyczna miękką oprawę ze skrzydełkami – nie jest to nic nadzwyczajnego, ale książki tego wydawcy zawsze wydają mi się dość porządne.

Podsumowując, jeśli wojna i dwudziestolecie to jest coś, czego szukacie i jeśli ogólnie wolicie bardziej stereotypowo męską literaturę, która przy tym będzie napisana z klasą i zostawi kobiece wdzięki w spokoju (bo Duszyński, na szczęście, nie na tym się skupia w narracji – i dobrze) to „Impuls” może być ciekawą propozycją jako lektura na wieczór. Ja sama do niej wracać raczej nie będę, ale chyba kiedyś samym Duszyńskim się jeszcze zainteresuje, bo naprawdę mam wrażenie, że on potrafi. Po prostu w przypadku tej powieści się „nie dogadaliśmy”. Bywa czasem i tak.


wtorek, 26 października 2021

Poczet dziwów miejskich: co nocą kryje się we Wrocławiu?

 

Co dzieje się we Wrocławiu, pod osłoną nocy, z dala od oczu zwyczajnych ludzi? Ożywają dziwy i zaczyna się dziać! Stwory zrodzone z legend i ludzkich lęków zaczynają przejmować kontrolę nad stolicą Dolnego Śląska.

 

Miałam nadzieję, że nim przeczytam wszystkie napisane przez Krzysztofa Piskorskiego książki, on jakąś jeszcze napisze. Niestety nie – „Poczet dziwów miejskich” jest już za mną, a żadnych zapowiedzi autora nie widać. A szkoda, bo po tej lekturze miałabym ochotę na coś stworzonego przez nieco dojrzalsze „wcielenie” pisarza.

Ta książka to nic innego jak zbiór opowiadań, jednak zakotwiczonych w tej samej rzeczywistości. Piskorski przedstawia nam całą gamę bohaterów, którzy przewijają się – w mniejszym lub większym stopniu – przez kolejne historie. Mamy więc magicznego i gadającego kruka Rraxa, Baba Jagę, dziennikarza piszącego do tabloidów na niekoniecznie wiarygodne tematy (Witka), czy też Janka – niegdyś studenta, obecnie alkoholika, który widzi magiczne istoty, rozwiązując ich problemy.

Poczet dziwów miejskich
Krzysztof Piskorski
wyd. Fabryka Słów, 2007

Mam wrażenie, że gdyby te opowiadania wyszły dziś bądź zostały wznowione w nieco odświeżonej wersji to szturmem podbiłyby rynek. Są lekkie, są całkiem przyjemne, choć niekoniecznie wybitne, przedstawiają sporo bohaterów i kładą też spory nacisk na ich relacje. Jednocześnie brakuje im wyjątkowości, którą często widziałam w powieściach czy historiach Piskorskiego.

Dlaczego? Autor zasłynął przede wszystkim jako twórca magicznych światów. Jego wizje są często bardzo dopracowane i po prostu ciekawe. W tym przypadku zaś dostajemy typowe urban fantasy. Mówiąc zaś „typowe” mam na myśli: tworzone na bieżąco. Piskorski zdaje się domyślać kolejne elementy i kolejne postacie na potrzeby opowiadań, a zasady świata nie zawsze trzymają się kupy, np. czasem zwykli ludzie widzą magiczne istoty, a innym razem nie. Tak jak pasowało do konkretnej fabuły.

Z jednej strony trochę to rozumiem. Te opowieści nie tylko mają być lekkie, ale już sam tytuł zbioru sugeruje, że są to jakieś dziwy, baśnie, rzeczy niekoniecznie „konkretne”. Tylko dlatego moim zdaniem taka formuła w tym przypadku się broni. Szczególnie, że to chyba najbardziej żartobliwa powieść autora i jego celem nie było raczej stworzenie czegoś bardzo rozbudowanego. Rozumiem, szanuję – ale przecież rok później wyszła znacznie lepsza technicznie „Zadra”, a i „Opowieści piasków” (debiut) wydawały się nieco bardziej przemyślane.

Mówiąc o braku przemyślenia mam też na myśli pewien chaos i zmienność samych opowiadań. Niektóre teksty skaczą między narracjami i ciężko jest wciągnąć się w opowieść, a przynajmniej – mi było ciężko. Jednocześnie autor sięga do różnorodnych wierzeń, różnorodnych istot i ilość magicznych stworzeń trochę mnie przytłoczyła. Mamy tu i anioły, i diabły, i bazyliszki, wiedźmy, utopce, stwory udające anteny telewizyjne… Zdaje sobie sprawę, że gdy ta powieść została wydana (2007 rok) urban fantasy nie było w Polsce aż tak popularne, jak teraz, ale podobnych uniwersów poznałam już za dużo, by bawiło mnie takie nagromadzenie charakterów. Jednocześnie jednak po prostu wolałabym, by autor przystopował i albo ograniczył ich ilość, albo nieco więcej czasu poświęcił na rozpisanie systemów magicznych i na nadanie konkretnych, ciekawych cech danym gatunkom.

„Poczet dziwów miejskich” był całkiem miłym spotkaniem z twórczością Piskorskiego, bo najzwyczajniej w świecie lubię jego sposób narracji. Ale najzwyczajniej w świecie przywykłam do jego nowszych i lepiej napisanych powieści. Wiem, że się rozwinął i że teraz tworzy na wyższym poziomie, niż dawniej – i dobrze, o to chodzi. Tylko żałuję, że moim zdaniem najsłabszą powieść tego pisarza postanowiłam zostawić sobie na koniec. Niemniej, każdemu, kto szuka słowiańskich klimatów, czy odrobiny kryminału w fantasy, połączonego z lekką narracją – polecam, bo wtedy „Poczet dziwów miejskich” warto sprawdzić.  


Nomida zaczarowane-szablony