wtorek, 30 października 2018

Królowie Wyldu: Saga znów rusza do boju!


Saga była niegdyś najsławniejszą grupą najemników. Rozpadła się jednak lata temu. Jeden z jej członków, Clay Cooper, wiedzie spokojne życie strażnika. Gdy odwiedza do przyjaciel z dawnej drużyny, Gabriel i prosi o pomoc w odnalezieniu jego córki, Rose, mężczyźni zaczynają zbierać dawnych kompanów, aby pomóc nastolatce.

Tytuł: Królowie Wyldu
Tytuł serii: Saga
Numer tomu: 1
Autor: Nichales Eames
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 528
Gatunek: epic fantasy
Wydanie: Rebis, Poznań 2018

Ostatnio rzadko zdarza mi się czytać generyczne, przygodowe fantasy. Często wprawdzie pojawiają się u mnie różnego typu wariacje na ten temat, jednak naprawdę dawno nie miałam w rękach współczesnego tekstu z wielką podróżą, toną przygód i grupą przyjaciół, kierowanego raczej do dorosłego czytelnika. Sięgnięcie po „Królów Wyldu”, czyli debiutu Nicholasa Eamesa było więc czymś, co naprawdę chciałam zrobić. Liczyłam, że przy tej kanadyjskiej powieści będę się po prostu dobrze bawić. I przyznaję – bawiłam się dobrze, choć mimo wszystko w trakcie lektury czasem ogarniało mnie poczucie zażenowania.
Na pewno należy zaznaczyć jedno: po książce Eamesa nie należy spodziewać się poważnej lektury. „Królowie Wyldu” to zdecydowanie nie jest popis światotwórczy. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że autor jest po prostu ogromnym fanem fantasy, który chciałby wykorzystać każdy z istniejących w tym gatunku motywów. W związku z tym to, co znajduje się w jego uniwersum wygląda trochę tak, jakby autor wypisał sobie je na kartce, wrzucił do kapelusza i wyjmował, po kolei umieszczając dane elementy w swoim świecie. Mamy więc i zaczarowane kapelusze z których można wyciągać upieczone kurczaki, i sowomisie, i zarażający jakąś chorobą las, i rzygający róg, i  potężne miecze z wielką przeszłością, i kanibali, i zombie… a to przecież jeszcze nie wszystko! Jednak jak już wspominałam: Eames wygląda na wielkiego fana gatunku, który po prostu cieszy się z tego, że może pisać… w związku z czym całość po prostu wypada lekko i bezpretensjonalnie. To po prostu miała być i jest lekka, przyjemna przygodowa powieść.
I przyznaję, że jak na debiut autor poradził sobie całkiem nieźle. Mamy bohaterów, których da się lubić. Mamy też przygody i kłopoty, w które nasze postacie często pakują się z premedytacją. Mamy też konkretny cel wędrówki i o dziwo, nie jest to ratowanie świata. Wydaje mi się, że to właśnie on sprawia, że historia Esmesa naprawdę działa. Nie idziemy na pomoc całemu społeczeństwu, a po prostu jednej, konkretnej dziewczynie, której ojciec naprawdę się zamartwia. Takie cele zwykle zdecydowanie lepiej wypadają w jakichkolwiek historiach.
Jak już jednak wspominałam na początku – nie obyło się bez elementów, które wywoływały u mnie zażenowanie. Eames wprawdzie przez cały czas próbuje rzucać żartami, ale te przynajmniej w wersji polskiej niekoniecznie działają. Widząc takie teksty jak: „Od zera do bohatera, jak w reklamie!” albo „Zatem czeka was iście epicki koniec!” po prostu nie potrafiłam przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza, że z jednej strony autor próbuje archaizować tekst, a z drugiej używa zupełnie współczesnych słów. I tak, mam wrażenie, że to kwestia Eamesa, a nie tłumacza (którym z resztą jest nasz polski pisarz, Robert J. Szmidt) – ten początkujący pisarz po prostu czasem za bardzo chce rozbawić czytelnika.
Mimo pewnych wad historia jednak potrafi wciągnąć, a przygody bohaterów śledzi się po prostu z przyjemnością. Kartki przewraca się szybko, powieść w żadnym razie się nie dłuży i może po prostu zapewnić trochę hdobrej rozrywki. Wydaje mi się, że „Królowie Wyldu” to dobry pomysł, jeśli człowiek chce odpocząć od poważniejszej fantastyki. Może też nadać się jako pierwsza powieść z półki dla dorosłych, czy jako pierwsza książka fantasy w ogóle – grunt, to podejść do niej jako dzieła typowo rozrywkowego, które ma bawić, a nie uczyć i poszerzać horyzonty.


* * *

– Nie o to mi chodziło – poinformował ich mag. – Sami zobaczcie! – Zdjął kapelusz i zanurzył w nim rękę po łokieć. – Jest jak moja torba, tylko działa na innej zasadzie. Wypełnia go czar! Nie można niczego do niego schować, ale za to da się wiele z niego wyjąć. Ale nie wszystko, jak leci… O, tak. Proszę.
Clay spoglądał z niedowierzaniem na kurczaka wyjętego z kapelusza – nie żywego, tylko już upieczonego, z brązową skórką spieczoną na krucho. Na sam widok zaczął się ślinić.
– Jak?
Fragment „Królów Wyldu” Nicholasa Eamesa


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!

13 komentarzy:

  1. Tym razem odpuszczę :)
    http://whothatgirl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Może za jakiś czas sięgnę, ale w tej chwili nie mam ochoty na taką książkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. W wolnej chwili może i ja dam się namówić? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakoś nigdy nie ciaglo mnie w stronę fantasy a może zwyczajnie nie miałam okazji zacząć od dobrej książki. Dawno temu przeczytałam Tolkiena Drużynę Pierścienia i Hobbita ale to była wymagająca lektura a ja byłam zbyt młoda żeby się nią zachwycić. Może powinnam dostać jakąś wskazówkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zachwyciłem się Władcą Pierścieni w podstawówce. Do czasu Silmarillionu, był moją ulubioną książką ;)

      Usuń
    2. Przy Tolkienie bardzo istotną kwestią jest tłumaczenie - może trafiłaś na złe? Ja osobiście tego autora szanuje, ale nie potrafię uwielbiać, z tym, że u mnie to prawdopodobnie wynika właśnie ze złych tłumaczeń. W każdym razie... trudno o konkretne wskazówki w ciemno. To tak pojemny gatunek, że... tak się po prostu nie da. Chyba najlepiej obserwować różne opinie o fantasy i jak coś Cię chwyci, uznasz że "to jest to" - warto po książkę sięgnąć. ;)

      Usuń
    3. Tak, z ciekawości,Skibniewska Ci nie podpasowała, czy miałaś to nieszczęście, trafić na Łozińskiego?

      Usuń
    4. "Bractwo Pierścienia" mam na pewno w tłumaczeniu Łozińskiego, bo mam to wydanie: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/5168/bractwo-pierscienia - kupione za 10zł w Tesco. XD Dwie kolejne części i "Silmarillion" mam w tym wydaniu, jeśli się nie mylę (widzę kilka podobnych): http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4815739/dwie-wieze-wersja-ilustrowana więc to też Łoziński.

      Usuń
  5. Nie mój gatunek, ale wydaje się ciekawa, u mnie mąż jest od fantastyki ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hmmm... fantastykę lubię, a ta tutaj zapowiada się całkiem nie źle. Chyba nawet byłabym skłonna przymknąć oko na te żarty, o których wspominasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno warto ją sprawdzić, zwłaszcza, że to debiut - autor na pewno jeszcze się rozwinie. ;)

      Usuń
  7. ja chyba poczekam na to rozwinięcie się autora, bo jakoś podskórnie czuję, że zmęczyłaby mnie ta książka. Debiutanci powinni mieć zakaz pisania powieści o objętości powyżej 300 stron :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się po prostu w pewnym momencie robi nieco powtarzalnie, ale... to naprawdę jest tak lekka książka, że tej objętości się w sumie nie czuje. ;P

      Usuń

Nie, nie zaobserwuje Twojego bloga w zamian za obserwację mojego - wolę mieć garstkę zainteresowanych blogiem czytelników, niż tysiąc zapychaczy.
Usuwam spam.

Nomida zaczarowane-szablony