czwartek, 7 maja 2020

Przedksiężycowi. Tom I: Miasto artystów czeka na Przebudzenie



Ci, którzy doczekają Przebudzenia doznają niewyobrażalnych szczęśliwości. Wszyscy inni w trakcie Skoku zostaną w przeszłości, gdzie czeka ich niechybna śmierć. Dlatego też każdy z mieszkańców Lunapolis stara się z całych sił, aby być mistrzem w swojej dziedzinie sztuki. Gdy Finnen w dniu Skoku traci swoją ukochaną zauważa Kairę. Ich spotkanie rozpoczyna niemożliwą do zahamowania lawinę wydarzeń.

Tytuł: Przedksiężycowi. Tom I
Tytuł serii: Przedksiężycowi
Numer tomu: 1
Autor:  Anna Kańtoch
Liczba stron: 420
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Powergraph, Warszawa 2017
Zupełnie szczerze mówiąc – nie wiem, co mam o „Przedksiężycowych” Kańtoch napisać. Mam wrażenie, że to jedna z tych książek, o której wystarczy powiedzieć: jest dobra, idźcie i czytajcie. Po i po co coś więcej, skoro zdradzenie czegokolwiek może umniejszyć przyjemność z czytania dzieła polskiej pisarki? Ta książka zdobyła swego czasu i Zajdla, i Żurawia. I naprawdę nie stało się to bez powodu.
„Przedksiężycowi” to jedna z tych nieoczywistych powieści fantastycznych. Autorka nie od razu odsłania przed nami wszystkie karty, kreując rzeczywistość, która początkowo może kojarzyć się z jakąś senną wizją. Jej świat przedstawiony pod względem wizualnym bardzo mocno nawiązuje do steampunku (wszechobecne koła zębate, rury, zdobne mechaniczne zwierzęta i ludzie), ale w gruncie rzeczy świata pary tu raczej nie uświadczymy. „Przedksiężycowi” to fantastyka naukowa, którą chyba z czystym sumieniem mogę zakwalifikować do dystopii. Tylko takiej trochę nie do końca sztamowej i oczywistej, co rzecz jasna – działa raczej na korzyść dzieła.
Styl Kańtoch kojarzy mi się trochę ze stylem Robert M. Wegnera. Zdecydowanie ma swój ciężar. Jest wystarczająco klimatyczny, ale nie nazbyt poetycko-artystyczny. Płynny w czytaniu i stosunkowo łatwy w przyswojeniu, jednak to zdecydowanie nie jest literatura masowo-rozrywkowa. Bo w Kańtoch jest po prostu coś więcej. Charakterystyczne dla tej książki są też krótkie rozdziały. Mają zwykle po kilka stron, czasem mniej. Dlatego te czterysta stron wydania Powergrphu jest trochę na wyrost, bo w gruncie rzeczy sporo stron jest po prostu pustych. Niemniej, to już kwestia samego wydania.
„Przedksiężycowi” opierają się na dwóch głównych wątkach (choć narracji mamy tu więcej). Historia Finnena i Kairy jest tą wiodącą. Młody, biedny artysta, żyjący życiem bohemy oraz dziewczyna pozbawiona zdolności, za to wręcz hodowana pod kloszem bogatego ojca. Takie duety, oparte na przeciwieństwach, w literaturze działają i ta historia nie jest wyjątkowa. Nasi bohaterowie są naprawdę ciekawymi postaciami, które dobrze razem współgrają, chociaż to nie relacją, a światem przedstawionym stoi ta powieść.
Drugi z wątków dotyczy Daniela – Ziemianina, który zupełnym przypadkiem utknął w przeszłości i obserwuje otaczający go świat, próbując zrozumieć o co w ogóle chodzi. Wątek w tym tomie raczej poboczny, choć łączący się z historią Finnena i Kairy, więc zgaduje, że w kolejnej części będzie po prostu istotniejszy.
„Przedksiężycowi” to książka dość niepokojąca. Na dodatek – bardzo mocno gatunkowa. To znaczy, to nie jest lekkie, młodzieżowe i może trochę przaśnie fantasy, które nawet osoba niezaznajomiona z gatunkiem przeczyta i od razu zrozumie. Tego typu powieści raczej wymagają pewnej znajomości gatunku i świadomości, na co człowiek się pisze. To oczywiście nie jest jakieś weird fiction, w którym autor kompletnie odlatuje, ale wydaje mi się, że od powieści Kańtoch osoba z „zewnątrz” mogłaby się po prostu odbić. Nie zmienia to jednak faktu, że to po prostu bardzo dobra historia, która ma w sobie i dobrą stronę rozrywkową, i dobry warsztat, i ciekawy świat przedstawiony. Dlatego: po prostu warto po nią sięgnąć, jeśli interesuje Was ten gatunek literacki. I najlepiej od razu zaopatrzyć się we wszytkie tomy. Szczerze stwierdzam: zakup jednego był błędem.

* * *

– Myślisz o dziewczynie, która była z tobą, prawda?
Skinął głową.
– Kochałeś ją?
Chciał potwierdzić, ale zawahał się, bo owo szczególne poczucie zauroczenia Alik już zaczynało się rozmywać.
– Nie wiem – powiedział wreszcie, przytłoczony własną bezradnością, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić  – była piękna
Fragment „Przedksiężycowych” Anny Kańtoch

poniedziałek, 4 maja 2020

Najemnik: Kashim w podróży ku zielonym krainom


Wygnany ze swojej krainy Kashim wędruje wraz z rycerzem do krajów zielonego środka. Tam poznaje obcą kulturę i musi zmierzyć się z prawdą, która go czeka. W tym czasie jego rodzinne miasto, Tel’Halik, zaczyna chylić się ku upadkowi.

Tytuł: Najemnik
Tytuł serii: Opowieści piasków
Numer tomu: 2
Autor: Krzysztof Piskorski
Liczba stron: 430
Gatunek: high fantasy
Wydanie: Runa, Warszawa 2006
„Wygnaniec”, czyli tom pierwszy z trylogii „Opowieści piasków” był książką, do której właściwie nie byłam w stanie się jakkolwiek bardziej przyczepić. Choć może nieco toporny, był po prostu porządnym, bardzo klasycznym high fantasy. Kontynuacja, czyli „Najemnik” jest w moim odczuciu częścią nieco słabszą od poprzedniej… jednak wciąż trzymającą stosunkowo wysoki poziom, jak na bardzo rozrywkową fantastykę.
Zaczynając może od wad, odniosłam wrażenie, że ekspozycja w tej części jest jeszcze bardziej toporna niż w poprzedniej. Już tam bywało różnie, ale w tym przypadku jest po prostu jeszcze gorzej. Już wyjaśniam o co mi chodzi! W tym tomie nasz główny bohater podróżuje do nieznanej sobie krainy. Pisrkoski więc, zamiast czasem posłużyć się opisem w narracji albo ekspozycje gdzieś elegancko wplatać, serwuje nam długie rozmowy z towarzyszącym mu Brenvanem i innymi postaciami, w których Kashim zadaje non stop pytania: po co, jak, dlaczego. O ile jedna taka scena może działać, o tyle jeśli się powtarzają: zaczyna się robić sztuczne i nieco nudno. Naprawdę wolałabym, by świat był przed nami odkrywany w bardziej naturalny sposób.
Jednocześnie zaczęłam odnosić wrażenie, że całokształt książki nie ma bardzo konkretnego celu. To znaczy, oczywiście: wszystko szykuje się wyraźnie pod wielki finał. To część mocno przejściowa, w której niektóre wątki muszą po prostu wybrzmieć. Niemniej, jeśli treść dzielimy już na trzy tomy to dobrze byłoby, gdyby w każdej kolejnej części działo się coś konkretnego. Bo wątek Kashima to po prostu podróż, w trakcie której dzieją się rzeczy. Nieco ciekawiej jest w samym Tel’Halik, w którym obserwujemy polityczne spiski i okropieństwa dziejące się w rodzimej ojczyźnie naszego głównego bohatera. Mimo to przecież znajdujące się tam postacie są poboczne; to Kashim powinien ciągnąć całą powieść.
W tej części mamy nieco więcej skakania pomiędzy różnymi perspektywami. W końcu więcej miejsca dostaje kilka postaci kobiecych, co trochę książkę urozmaica. Z resztą, wątek Jayli, z którą Kashim miał się ożenić, jest – powiedziałabym – „mocny”. Nieczęsto widuje takie wątki w literaturze wyraźnie rozrywkowej. Więcej jednak w temacie zdradzać nie chce.
Jeśli jednak jesteśmy w temacie kobiet (i ogółem – relacji) Kashima mam z tą kwestią drobny problem. „Opowieści piasków” absolutnie nie są romansem. Relacje między postaciami budują zaś w sposób po prostu wystarczający. Tu raczej nie ma miejsca na głęboką psychoanalizę. Jeśli jednak nasza postać zakochuje się, dzieje się to kompletnie na drugim planie. Autor nie opisuje nam jakiś wewnętrznych rozterek głównego bohatera, a raczej skupia się na „przyszedł do niej i spędzali razem czas”. To wprawdzie lepsze, niż nieumiejętne rozpisywanie zalotów, ale z drugiej strony osobiście naprawdę cenię sobie, gdy autor mimo wszystko próbuje zbudować przywiązanie między postaciami. A w tej trylogii nie dostaje ani szczególnie chwytającej za serce męskiej przyjaźni (mimo że Kashim przyjaciół przecież ma!), ani jakiejś ciekawej damsko-męskiej relacji związanej z główną postacią cyklu. A szkoda, bo takie elementy naprawdę potrafią porządnie pociągnąć fabułę do przodu.
Koniec końców – „Najemnik” to po prostu porządna kontynuacja całkiem porządnej powieści. Nie jest pozbawiona wad, ma w sobie trochę takiej toporności pisarza, który w gruncie rzeczy wtedy dopiero uczył się pisać. Ale myślę, że niejedna osoba będzie w pełni zadowolona z lektury. Szczególnie, jeśli lubi takie stosunkowo męskie powieści drogi z mieczem w roli głównej.  

piątek, 1 maja 2020

Seryjni Mordercy: FAQ na temat zbrodniarzy



 Wstrząsające mordy seryjnych morderców od lat na równi przerażają i fascynują. Kim są ci zbrodniarze? W jaki sposób dobierają swoje ofiary i dlaczego to robią? Czy w ogóle istnieje możliwość, aby się przed nimi uchronić?

Tytuł: Seryjni mordercy
Autor: Michelle Kaminsky
Tłumaczenie: Stanisław Bończyk
Liczba stron: 370
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: Muza, Warszawa 2020
Gdy zaczynałam myśleć o tym, co napiszę o „Seryjnych mordercach” pierwsze, co przychodziło mi do głowy to uznanie, że tej książki za „klozetowe czytadło”. Zupełnie na poważnie: jeśli czytacie w toalecie to ten tytuł może się Wam całkiem nieźle sprawdzić, bo forma książki pani Kaminsky wydaje się być ku temu idealna. Czy jednak jest to dobry tytuł? Wydaje mi się, że tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, czego akurat szukacie.
Zacznijmy więc może od tego, czego się spodziewałam. Biorąc w ręce „Seryjnych morderców” liczyłam na pewne kompendium wiedzy. Na analizy konkretnych spraw, przypadków, statystyk. Na konkretną wiedzę, która będzie stosunkowo unikatowa, której nie znajdę ot tak, wchodząc do sieci.
Dostałam jednak coś zgoła innego. To książka, która ma formę pytań na tematy powiązane z seryjnymi mordercami oraz odpowiedzi na nie. Te zaś nie są szczególnie długie: mają zwykle po 2-3 strony, jeśli nie mniej. Dzięki temu „Seryjni mordercy” to książka, która może nadać się dla osoby nieco zainteresowanej tematem, ale nieszczególnie mającej czas na długie posiedzenia przy lekturze. To swoisty zbiór ciekawostek, nie pogłębiający szczególnie problemu.
Zwłaszcza, że autorka często zakłada, że czytelnik dobrze zna te najpopularniejsze sprawy związane z tytułowymi zbrodniarzami. Nie wyjaśnia więc np. detali sprawy Teda Bundy’ego, uznając je za oczywiste. Przyznam, że sama musiałam sobie więc po prostu przypomnieć, kim ten pan był, bo choć swego czasu o nim czytałam to po czasie wiedza z pamięci najzwyczajniej w świecie mi umknęła. Przyznam, że było to nieco przykre odkrycie, zwłaszcza, że „Seryjni mordercy” zaczynali się całkiem dobrze. Autorka zaczęła od wyjaśniania definicji tego zjawiska i podania pewnych statystyk oraz danych, kluczowych by temat dobrze omówić. Tyle tylko, że w kolejnej części książki skupiła się za bardzo na ciekawostkach, a za mało na omówieniu spraw.


Kolejna z rzeczy, która zwróciła moją uwagę to brak przypisów. Co prawda w tekście często mamy odwołania do jakiś filmów, seriali, czy książek, ale wolałabym jednak, aby autorka w przypisach oznaczyła, od kogo czy skąd czerpie daną wiedzę. Gdy zaś zerkniemy do bibliografii zaatakuje nas ogrom linków. Oczywiście pozycje książkowe również się tam znajdują, jednak wydaje mi się, że są znaczną mniejszością.
Jeśli liczycie też na zdjęcia, ilustracje, wykresy – to tego w „Seryjnych mordercach” po prostu nie ma. Ta książka to pytania i odpowiedzi pozbawione jakiejkolwiek ilustracji. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, bo takie dodatki zwiększyłyby cenę druku. Osobiście jednak, gdy słucham o sprawach kryminalnych, wolę móc przy okazji zobaczyć zdjęcie sprawcy, czy miejsc, w których do tego doszło. Dlatego też, mając do wyboru tego typu książkę, a artykuł w sieci prędzej wybiorę to drugie.
Samo czytanie „Seryjnych morderców” jest raczej szybkie. Autorka napisała książkę lekki językiem, prostym do przyswojenia. Czasem odnosiłam wrażenie, ze jest zbyt bezosobowy; że brakuje mi jakiegoś odautorskiego komentarza, czy też większej empatii. Jednocześnie wyraźnie widać, że ten tekst ma interesować i być może nawet szokować. Te dwa elementy, połączone ze sobą, potrafiły wzbudzić we mnie dysonans, chociaż też nie na tyle mocny, abym porzuciła czytanie.
Poza tym muszę dodać, że… nie mam pojęcia, kim jest sama autorka. Nie znalazłam takiej informacji wewnątrz książki, mam też trudność z wygrzebaniem tego z sieci. Dlatego też trudno mi w ogóle powiedzieć, do jakiego stopnia mogę w ogóle ufać przedstawionym przez nią informacjom. Wydaje mi się, że w przypadku takich pozycji dobrze jednak wiedzieć, za czyj tekst się bierzemy. To zbyt wrażliwy temat, by przed lekturą nie wiedzieć, jaką wiedzę i jakie podejście do takich spraw ma sam autor.           
Jeśli chcecie po tę książkę sięgnąć, zastanówcie się, czego szukacie. Jeśli jesteście zainteresowani tą tematyką i jeśli przy tym szukacie czegoś lekkiego oraz mocno rozrywkowego – ta książka może się sprawdzić. Sprawdzi się także jako lektura do komunikacji miejskiej na krótkich dystansach czy przerywnik pomiędzy innymi pozycjami. Jeśli jednak zależy Wam na głębszej analizie tego, kim jest seryjny morderca, czy na dokładnym omówieniu spraw – to tu tego raczej nie znajdziecie.


* * *

Gdy linią obrony jest niepoczytalność oskarżonego, ten przyznaje się do zarzucanych mu czynów, twierdząc jednak zarazem, że nie może być uznany za winnego z uwagi na chorobę psychiczną. W wielu systemach prawnych, by uniknąć odpowiedzialności karnej, zasłaniając się niepoczytalnością, oskarżony musi wykazać, że nie mógłwiedzieć, czego się dopuszcza ani że było złe to, co robił. Jest to wymóg bardzo trudny do spełnienia nawet wtedy, gdy oskarżony cierpi na klinicznie zdiagnozowaną chorobę psychiczną. Tym samym taka linia obrony rzadko okazuje się skuteczna.
Fragment „Seryjnych morderców” Michelle Kaminsky


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza!
Premiera już 6 maja 2020 roku!


Nomida zaczarowane-szablony