środa, 8 grudnia 2021

Cynobrowe pola: tak nie powinno się wydawać (niezłych) debiutów

 

Gdy pewnej długowiecznej kobiecie z niemal wyniszczonej przez ludzi rasy udaje się uciec do rodzimych krain, zostaje wysłany za nią jednooki drwal. Jaka jest przeszłość uciekinierki-samotnej matki i czym jest kieł, który wisi na szyi ścigającego ją mężczyzny?

 

Był sobie taki dzień, w którym postanowiłam, że po prostu kupię kilka książek z serii SQN, w ramach której ukazywały się książki debiutantów. „Fantastycznie nieobliczalni” przynajmniej tymczasowo już się nie ukazują, ale pierwszą książką wydaną w ramach serii była powieść „Cynobrowe pola” Aleksandry Radlak.

Niestety, to że jest to pierwsza powieść z serii jest jak najbardziej widoczne. Cały cykl ma niezbyt ciekawe okładki, które kompletnie nie mówią, co można znaleźć wewnątrz (a seria jest ogólnie FANTASTYCZNA, nie skupia się wokół jednego gatunku, np. high fantasy), ale w przypadku „Cynobrowych pól” to najmniejszy problem. Miękka oprawa bez skrzydełek dodatkowo posiada zbyt gruby papier, co sprawia, że  tej powieści po prostu nie da się czytać bez złamania grzbietu książki. Przyznaję – nie chciałabym, aby moja pierwsza powieść została potraktowana tak, jak ta od Radlak.

Cynobrowe pola
Aleksandra Radlak
wyd. SQN, 2018

Na całe szczęście, to nie wydanie, a książka jest najważniejsza i muszę przyznać, że akurat jej treść kompletnie mnie zaskoczyła. Nie czytałam wcześniej ani opisu wydawcy, ani recenzji, a okładka sprawiała, że odciągałam lekturę, spodziewając się czegoś topornego i męczącego, a dostałam może trochę nieoszlifowaną, ale ambitną powieść.

Michał Cetnarowski, który współtworzył/współtworzy serię „Fantastycznie nieobliczalni” na wstępie do powieści pisze o tym, że Radlak wybrała tę bardziej artystyczną ścieżkę, jeśli chodzi o tworzenie fantastyki. I coś w tym jest. Swoim klimatem ta powieść przypomina mi trochę „Trupokupców” Świerczek-Gryboś, których czytałam jakiś czas temu. Jest znacznie mniej chaotyczna i o wiele bardziej przygodowa, ale jest w tej opowieści skupienie na emocji.

Bez wątpienia świat, który przedstawia autorka, jest ciekawy. Można traktować go albo jako odrębne uniwersum, albo jako daleką, daleką przyszłość Ziemi, w której ludzkość doprowadziła do katastrof, a teraz żyje w skażonym przez siebie świecie. Jednocześnie do historii są wprowadzone inne rasy, w tym takie, które przypominają elfy (piękne i długowieczne, żyjące gdzieś na fiordach w odległych górach). Zresztą, jedna z głównych bohaterek to właśnie członkini tejże nacji. Radlak łączy więc świat typowy dla science fiction ze światem fantasy. Mamy tu maszyny, czołgi i technologie, ale również magię, czy wątki związane z wiarą.

Warto tu zaznaczyć, że w moim odczuciu kreacja świata przedstawionego zdaje się być dla autorki ważniejsza, niż sama opowieść. Jeśli dodamy do tego fakt, że opisywana rzeczywistość do przyjemnych nie należy, a Radlak nie boi się przekleństw to dostajemy opowieść, która nie jest w pełni „moja” – przyznaję, czasem mnie trochę męczył jej styl. A obecny w historii emocjonalny chaos (choć w miarę kontrolowany) tylko to wrażenie potęgował.

Niemniej, to po prostu intrygujący debiut i ciekawa książka, która mimo dość artystycznego i niezbyt komercyjnego podejścia jest stosunkowo rozrywkowa. I aż dziwi mnie, że wydawca nie zainwestował bardziej w promocje tej książki, zwłaszcza, że te opinie, które widziałam, były raczej pozytywne. „Cynobrowe pola” niestety chyba nie sprzedały się za dobrze, a szkoda, bo zakończenie jest na tyle otwarte, że Radlak mogłaby spokojnie napisać kolejny tom (i mam wrażenie, że taki też był jej plan).

Nie wiem, czy polecam tę książkę wszystkim. Na pewno „Cynobrowe pola” są dość specyficzne i to w taki sposób, który trzeba po prostu lubić. Ale przy tym mam wrażenie, że to dość niedoceniony debiut, który po prostu zasługuje na trochę więcej uwagi.


niedziela, 5 grudnia 2021

Pamięć zwana imperium: co dostało nagrodę Hugo w 2020?


Gdy umiera ambasador niewielkiej stacji kosmicznej, Mahit Dzmare zostaje wysłana do stolicy potężnego imperium, aby go zastąpić. Młoda kobieta, wyposażona w pamięć swojego poprzednika, musi odkryć, co tak naprawdę stało się w kraju Teixcalaan i jednocześnie powstrzymać jego rządzących przed odebraniem suwerenności jej rodzinnego domu.

 

Mam wrażenie, że ostatnio cały czas narzekam na książki. Bezustannie coś mi nie pasuje: a to książka jest słaba, a to przegadana, a to kompletnie nie moja… Na całe szczęście „Pamieć zwana imperium” przerwała tę niezbyt szczęśliwą dla mnie serię książek. Ten debiut stworzony przez Arkady Martine jest czymś, czego zdecydowanie potrzebowałam i kompletnie nie dziwię się, że wydana po raz pierwszy w 2019 roku powieść rok później zdobyła Nagrodę Hugo.

Pamięć zwana imperium
Arkady Martine
wyd. Zysk i s-ka, 2021
Teixcalaan, t. 1

Warto chyba zacząć od tego, że to jest dokładnie taki poziom „trudności” w fantastyce, jaki sama lubię. To zdecydowanie nie jest powieść młodzieżowa, ale to też nie jest bardzo trudne hard SF, którego zrozumienie by mnie przerastało. Język ma więc swój ciężar i przeczytanie „Pamięci zwanej imperium” może zająć dłuższą chwilę, ale nie jest w tym absolutnie męczący, a przynajmniej – nie dla mnie.

Zwłaszcza, że w moim odczuciu przez tę opowieść po prostu się płynie. W języku Arkady Martine jest coś, co sprawia, że ją się po prostu dobrze czyta. Co prawda mam wrażenie, że tłumaczenie mogłoby być w niektórych miejscach lepsze, np. Three Seagrass zostało przetłumaczone jako Trzy Trawa-Morska. To specyficzne imię mogłoby brzmieć ładniej, gdyby drugi człon był jakimś gatunkiem rośliny (bo „seagrass” i „trawa morska” nie do końca się pokrywają). Niemniej, nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie.

Kolejną kwestią jest światotworzenie na całkiem wysokim poziomie, okraszone sporą dawką dobrych pomysłów. Były na tyle oryginalne, abym czytając o nich na chwilę przystanęła i zrobiła: „o, to fajna rzecz!”, ale jednocześnie nie na tyle udziwnione, abym nie wiedziała, o co chodzi. A to wcale nie jest takie proste do wyważenia.

Ponadto Arkady Martine robi jeszcze jedną rzecz, którą ja bardzo w powieściach lubię. Wchodzi głębiej w bohatera, przedstawia go i sprawia, że czytelnik chce martwić się jego losami. Wydawca promuje książkę recenzjami oraz opisami mówiącymi o tym, jak bardzo „intymna” jest ta historia i właściwie mogę się z tym do pewnego stopnia zgodzić. Mahit Dzmare jest główną bohaterką i w tym przypadku to naprawdę czuć. To ona jest tu centrum wydarzeń, nie jest jedynie narzędziem do przedstawienia świata. Zresztą, relacje między postaciami też są budowane w naprawdę solidny sposób.

Jeśli chodzi o fabułę to „Pamięć zwana imperium” może być chyba określona jako thriller polityczny. „Może być chyba”, bo jednak ta dziedzina w literaturze realistycznej nie jest czymś, na czym się znam. W każdym razie przy tych wszystkich zaletach i ona nie zawodzi. Historia Arkady Martine ma naprawdę nieźle rozpisaną warstwę fabularną, wciąga i… zamyka się w jednym tomie. Bo choć jest to cykl to główny wątek jak najbardziej znajduje tutaj swoje zakończenie.

Chyba już dawno nie czytałam tak dobrego debiutu, zwłaszcza amerykańskiego. I wydaje mi się, że nie tylko ja z tej powieści będę zadowolona. Choć może nie poleciłabym jej tym, którzy szukają czegoś zupełnie lekkiego to fani dojrzalszej fantastyki być może znajdą w niej kawałek dobrej rozrywki. Ponadto, wydaje mi się, że przez skupienie się na bohaterze (co nie jest takie typowe w fantastyce naukowej) ta historia może też spodobać się także tym, którzy raczej preferują fantasy.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka!


czwartek, 2 grudnia 2021

Zabójcze maszyny: inny świat, ta sama opowieść


Tysiące lat po katastrofie, Ziemię przemierzają potężne ruchome miasta. Tom jest mieszkającym w Londynie sierotą bez grosza przy duszy. Pewnego dnia, gdy spędza czas z naczelnym historykiem, ten zostaje zaatakowany. Tajemnicza dziewczyna zostaje wyrzucona poza miasto na pewną śmierć, a tuż za nią jest wypchnięty Tom. Czy chłopcu uda się przetrwać?

 

Nie wiem czemu, ale kupując „Zabójcze maszyny” Philipa Reeve spodziewałam się raczej fantastyki niższej klasy, trudnej w przyswojeniu i skierowanej raczej dla dorosłego czytelnika. Dlatego pierwsze strony tej powieści niezmiernie mnie zdziwiły, bo… to w gruncie rzeczy młodzieżówka, i to przeznaczona raczej dla tych młodszych nastolatków do 15 roku życia. Moje przeczucia nie myliły mnie jednak co do jednego: to powieść, która nie należy do literatury najwyższych lotów.

Zabójcze maszyny
Philip Reeve
wyd. Amber, 2018
Żywe maszyny, t. 1

Reeve przekazał w ręce czytelników bardzo prostą opowieść. To powieść drogi, w której dwójka bohaterów próbuje dotrzeć do celu. Zarówno Tom, jak i towarzysząca mu Hester zostają wyrzuceni z Londynu i próbują do niego powrócić, choć każdy z nich ma nieco inni powód. To nastolatkowie w podobnym wieku, którzy są raczej dość typowym bohaterem dla tego typu książki. Tom jest przewodnikiem czytelnika, który wprowadza go w świat, ale nie ma zbyt wiele charakteru, zaś Hester to ta skrzywdzona i butna nastolatka.

To, czym ta książka chyba powinna stać to świat przedstawiony. Koncepcja miast, które bezustannie mkną przed siebie i pożerają inne miasta jest szalona, ale może nawet całkiem ciekawa. Tyle, że przy tym nie ma kompletnie sensu. I o ile czytający powieść nastolatek pewnie kupi ją w całości, tak ja po prostu musiałam tu regularnie zawieszać niewiarę. Choć ten świat ma pewien „swój klimat” to naprawdę po prostu nie ma możliwości, aby mógł istnieć i funkcjonować.

Warto też chyba dodać, że to jedna z tych opowieści, w której niemal wszyscy dorośli bohaterowie są tymi złymi, z jednym wyjątkiem. Nie ma ich tu zbyt wiele (to naprawdę prosta w konstrukcji historia), ale jednak – jak już się pojawiają to raczej są tymi knującymi złe plany osobami. Nie przepadam za takim motywem, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że jest typowy w takich powieściach.

Tak naprawdę chyba nie ma tu nawet więcej do dodania. „Zabójcze maszyny” w swojej niszy są książką raczej poprawną. Przeciętną i zwyczajną właściwie pod każdym względem, ze średnio skonstruowanym światem i lekkim językiem. Niby mamy tu nawiązania do fantastyki steampunkowej, ale szczerze mówiąc, ja kompletnie nie czułam tu klimatu wieku pary. Do swojego targetu być może ta historia trafi, być może spodoba się też tym, którzy powieści młodzieżowe po prostu lubią. Dla mnie to było po prostu czytadło na jeden wieczór, do którego raczej więcej nie wrócę.


Nomida zaczarowane-szablony