piątek, 7 stycznia 2022

Thrawn: jak wielki admirał Imperium doszedł do władzy?



Thrawn zostaje znaleziony przez statki Imperium. Jako przedstawiciel nietypowej rasy o wojskowej przeszłości, trafia wraz ze swoim tłumaczem do szkoły wojskowej, gdzie szybko zaczyna piąć się po szczeblach kariery. W tym czasie młoda, ale ambitna dziewczyna dostaje szansę, by odzyskać utracone kopalnie należące do jej rodziny.


„Thrawn” to książka, która swoje u mnie przeleżała. Trafiła do mnie przypadkiem i choć już stosunkowo dawno miałam zamiar ją czytać to po pierwszej próbie po prostu się poddałam. Miałam wrażenie, że język jest bardzo męczący i toporny, przez co odbiłam się od niej i po prostu ją odłożyłam.

Okazało się jednak, że problem tkwił we mnie i moim nastroju, bo po powrocie to, co mnie zaskoczyło, to właśnie styl. Nie jestem wprawdzie wielką fanką  „Gwiezdnych wojen” (znam filmy i szanuję, ale nie mam nostalgii), ale już kilka starszych książek z akcją osadzoną w uniwersum czytałam, poza tym znam też pojedyncze tytuły z innych franczyz. I te pisane przed laty często faktycznie były dość toporne w stylu. Tu zaś dostajemy narrację lekką, bardzo młodzieżową, poprawną i zaskakująco plastyczną. Styl Timothy’ego Zahna nie jest może wybitny, ale biorąc pod uwagę, jakie rzeczy dane było mi czytać wcześniej: to sprawiło, że kamień spadł mi z serca.

Thrawn
Timothy Zahn
wyd. Uroboros, 2019
Thrawn, t. 1

Szczególnie, że początkowo ta opowieść miała naprawdę spory potencjał i czułam się całkiem nią zainteresowana. Tuż przed tym tytułem czytałam inną space operę, w której żaden bohater nie rzucił mi się w oczy i której fabuła kompletnie się rozpływała. Tu zaś autor przedstawia czytelnikowi trzy konkretne postacie, zarysowując je w sposób wystarczający, abym chciała śledzić ich losy i naprawdę miałam nadzieję, że wyjdzie z tego coś angażującego i po prostu przyjemnego.

Okazało się jednak, że tak się nie stało. „Thrawn” to książka bardzo bezpieczna, która niby ma w sobie sporo wątków politycznych i trochę działań w kosmosie, ale jej akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu lat. To właściwie orgin story głównego bohatera, który prowadzi od jego początkowej edukacji, aż do osiągnięcia przez niego sukcesu. I choć niby to wszystko ma jakąś tam intrygę, która ciągnie się przez lata to dla mnie była po prostu zbyt wątła, aby Zahnowi udało się utrzymać moją uwagę przez cały czas. 

Ostatecznie wyszło z tego mniej więcej to, co z nowych filmów z serii. Ot, to bezpieczna historia, która nie porusza żadnych ciekawych tematów, niewiele wprowadza od siebie i właściwie ma być głównie pożywką dla fanów. Problem z tym, że jak już wspominałam, do takowych się nie zaliczam. I o ile nie mam nic przeciwko samemu uniwersum to mnie sam fakt, że akcja powieści rozgrywa się właśnie w nim, po prostu nie kupuje.

Niemniej, jako taki książkowy fast-food, który jest szybki do połknięcia, ta książka sprawdziła mi się w gruncie rzeczy całkiem nieźle. Z tym, że mam na półkach tyle pozycji, które potencjalnie i będą bawić mnie bardziej, i więcej wnosić, że mimo wszystko trochę żałuje czasu na nią poświęconego. Z drugiej strony: przynajmniej sprawdziłam i po prostu kolejny raz kusić mnie nie będzie. Nawet jeśli książka trafi do mnie przypadkiem.



wtorek, 4 stycznia 2022

Czarna kolonia: terraformacja Marsa i powiew nudy


Postęp technologii sprawił, że Mars został zamieszkany przez ludzi. Terraformacja nie przebiegła jednak w pełni pomyślnie – niektóre rejony wciąż pozostają suchą, jałową pustynią. Jednak czerwona planeta nie stała się drugą Ziemią. Mars to czarna strefa, strzeżona przez najemników.


Arkadu Saulski stał się ostatnio dość popularny. Regularnie widuje jego książki w social mediach, dlatego „Czarna kolonia”, jego debiut, pojawiła się na mojej półce. I o ile chętnie sprawdzę, jak ten autor się rozwinął to po kontynuację tej powieści nie mam zamiaru sięgać.

Czarna kolonia
Arkady Saulski 
wyd. Drageus Publishing House
Kroniki Czerwonej Kompanii, t. 1

Teoretycznie ta powieść jest napisana całkiem poprawnie. Język jest przystępny, a świat jest zaskakująco ciekawie nakreślony. Zupełnie szczerze przyznam, że zaczynając tę lekturę byłam przekonana, że po prostu mi się spodoba. Jednak o ile opisy terraformacji Marsa były ciekawe, o tyle Saulskiemu właściwie… nic innego nie wyszło najlepiej.

Choć autor buduje tu konflikt i jakąś tajemnicę to aktualne wydarzenia na Marsie po prostu kompletnie mnie nie interesowały. Ot, ktoś się bije na powierzchni planety, ktoś w kosmosie, dzieją się rzeczy… ale dla mnie w sposób zupełnie bezpłciowy i po prostu nudny. Kilka dni po lekturze nie pamiętam ani imion głównych bohaterów, ani ich konkretnych cech. 

Częściowo pewnie wynika to z faktu, że najzwyczajniej w świecie nie przepadam za SF w militarnym wydaniu (za fantasy i innymi gatunkami z dodatkiem słowa militarny też zresztą nie). Ta książka to właściwie jedna wielka bitwa, a ja się od takich rzeczy niemal zawsze odbijam (choćby od trylogii Lindy Nagaty czy od steampunkowej wizji Roberta Szmidta). Jestem więc pewna, że ktoś, kto przeciwnie niż ja – lubi takie fabuły, prędzej odnajdzie się w debiucie Saulskiego. 

Zastanawia mnie tylko, czy przypadkiem autor nie nawiązywał tutaj do świata z serii „Mass Effect”. Występują tu i co najmniej dwa imiona/nazwiska z nią związane (Liara, Shephard), ludzkość również rozwinęła się mocno po terraformacji planety, a pewne wydarzenia fabularne sugerują mi, że historia mogłaby pójść w podobnym kierunku.

Niemniej, moje zastanawianie się będzie musiało zastanawianiem zostać, bo na kontynuacje po prostu trochę szkoda mi czasu. Wolę sprawdzić, czy autor obecnie tworzy coś ciekawszego. Bo tu jakiś potencjał w końcu jest.


sobota, 1 stycznia 2022

Niepełnia: opowiem Ci historię o...


W białym domu znajdującym się na odludziu dochodzi do tragedii. Zginęła kobieta. Policja odnajduje na miejscu bladego jak ściana mężczyznę, który jest wyraźnie w szoku. Niestety, z powodu śnieżycy nie trafia od razu na przesłuchanie. Dlatego też zaczyna snuć policjantce opowieść o pewnej zaginionej dziewczynie, która podobno ma jakiś związek z wydarzeniami z tego dnia.


 

Anna Kańtoch to utalentowana pisarka i tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Dlatego w moje ręce wpadła kolejna jej powieść. Tym razem to „Niepełnia” – rzecz z 2017 roku, będąca gdzieś na pograniczu kryminału i horroru, raczej dość trudna do jednoznacznego zdefiniowania.

Niepełnia
Anna Kańtoch
wyd. Powergrah

Przyznaję, że sięgając po nią nie miałam pojęcia, co tak naprawdę trafia w moje ręce i gdy otwarłam książkę, trochę się zdziwiłam. Nie dość, że dostajemy ok. 230 stron treści (czyli niewiele) to jeszcze z naprawdę dużą czcionką, dlatego to dosłownie książka na pół wieczoru. Szybko jednak okazało się, dlaczego – „Niepełnia” to głównie zabawa formą, a takie rzeczy często po prostu są dość krótkie.

W każdym razie ta zabawa wciąga. Autorka tworzy pewną pętlę wydarzeń, bawiąc się chronologią i połączeniami pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Sieć zależności aż kusi, by to wszystko sobie elegancko rozpisać i na własną rękę dojść do tego, co w jaki sposób się tu w ogóle wydarzyło. Jeśli zaś połączymy to z dobrym stylem Kańtoch, który jest po prostu świetny warsztatowo, a jednocześnie całkiem rozrywkowy to dostajemy coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

Cały ten koncept kojarzy mi się mocno z tym, co autorka zrobił w swoich „Przedksiężycowych”. Oczywiście różnice są, chodzi tu zresztą o coś innego, ale po prostu jestem w stanie wyzuć, że te pomysły pochodzą od jednej osoby. Różnica jest taka, że mimo wszystko jej starsze dzieło jest lepsze i bardziej dopracowane i daje lepszy efekt, jeśli chodzi o zakończenie.

Dlaczego? Bo „Przedksiężycowi” kończą się tak, że wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce. Ta dziwaczność i zabawy ze słowem i czasem mają sens. „Niepełnia” zaś pozostawia tylko właśnie – niepełni. Niepełnie w zrozumieniu tej historii, niepełnie, jeśli chodzi o jej interpretację. Z jednej strony szanuję za pewną otwartość, z drugiej – spodziewałam się po prostu lepszego podsumowania tej zabawy.

Niemniej, to ciekawa powieść pod kątem formy, którą można na różnorodne sposoby analizować. Która jednocześnie porusza ciekawe tematy społeczne i pozostaje dobrą rozrywką. A że nie jest długa i na pewno nie zajmie dużo czasu to wydaje mi się, że naprawdę warto dać jej szansę.


Nomida zaczarowane-szablony