czwartek, 11 sierpnia 2022

Płomień: dwa umysły, jedna misja



Ludzkość rozpoczyna największą misję w historii. Misję, nad którą pracowały i pracować będzie kilka pokoleń. W końcu terraformacja najbliższej planety typu ziemskiego spoza Układu Słonecznego to nie lada wyzwanie. Za projektem stoi przede wszystkim utalentowany i charyzmatyczny naukowiec, Albert Townsedem. Na jego drodze szybko staje jednak kobieta, której nie do końca podoba się to, jak twórcy projektu chcą naginać zasady moralne.



Po początkowym lekkim zagubieniu przyszła dobra zabawa – tak mogłabym w wielkim skrócie opisać moją przygodę z „Płomieniem” Magdaleny Salik. To dziennikarka i niezbyt płodna pisarka powieści (5 wydanych pomiędzy 2009 a 2022), ale przecież nie chodzi o ilość, a jakość, a nie da się ukryć, że pisać potrafi.

Zagubienie wynikało przede wszystkim z kilkuwątkowej narracji. Zmiana perspektyw była wyraźna, ale krótkie rozdziały i jednak odrobinę techniczne słownictwo utrudniło mi wejście w świat. Wystarczyła jednak odrobina skupienia i cierpliwości, aby wszystko ułożyło mi się w odpowiedniej kolejności. Niemniej, tu chyba warto nadmienić, że choć Salik stworzyła dość rozrywkowe hard SF to jednak jest to hard SF. Nie jest wyjątkowo trudne, raczej przeciętne/umiarkowane, ale trzeba mieć to na uwadze, sięgając po jej powieść.

Płomień
Magdalena Salik
wyd. Powergraph, 2021

Gdy już zajarzyłam, po prostu dałam się porwać. Salik ma sprawne pióro, które określiłabym jako pozytywnie niezauważalne. Dobrze przedstawia świat, jest klarowne, ale tu nie o piękno czy poetyckość języka chodzi. To przecież konkretne SF i takie też pozostaje w języku.

Nie da się ukryć, że główna fabuła opiera się na relacji dwóch postaci. Relacji wcale nie oczywistej, bo choć opis wydawcy opisuje romans, to w gruncie rzeczy tu nie do końca o niego chodzi. To nie jest młodzieńcza miłość, to nie jest w pełni zdrowa relacja, a dwa dojrzałe umysły, które wchodzą między sobą w pewną grę, tak jak w grę wchodzi autorka z czytelnikiem. I wydaje mi się, że aby dobrze się bawić w trakcie lektury, trzeba trochę złapać tego bakcyla, bo w innym przypadku może okazać się, że czytelnik odbierze tę powieść jako nudną i pozbawioną większej fabuły.

To niezbyt długa powieść, która w całości domyka się na tych 350 stronach i dobrze, bo dziś cierpimy na nadmiar przegadanych książek. Przeskakiwanie pomiędzy narracjami nadaje całości dobrego tempa i w świetny sposób buduje napięcie, a samo zakończenie „Płomienia” przynajmniej dla mnie było naprawdę satysfakcjonujące. Nie zupełnie nadzwyczajne, ja już takie zabiegi widziałam nie raz i nie dwa, ale Salik poprowadziła całość na tyle inteligentnie, że po prostu niczego więcej nie potrzebuje.

Powieść Magdaleny Salik to hard SF, którego potrzebowałam. Które pokazuje, że dalej można z tym gatunkiem zrobić wiele ciekawych rzeczy, nawet jeśli sięga się po teoretycznie dość oklepane motywy. To dobra powieść z lekko rozrywkowym zabarwieniem, która najpewniej będzie satysfakcjonującą lekturą dla wyjadaczy gatunku. Niestety, nie da się ukryć, nieco wyższy punkt wejścia sprawia, że część czytelników, zwłaszcza nieprzyzwyczajonych do lekkiego chaosu narracyjnego i naukowego słownictwa, może się od niej odbić. Ale warto chociaż spróbować!



niedziela, 7 sierpnia 2022

Matka: prosta opowieść o prostej kobiecie

Pierwsze lata życia w małżeństwie, wydają się dla Matki spełnieniem marzeń, mimo że wraz z mężem wcale nie ma wiele. Gdy ten jednak odchodzi, kobieta musi poradzić sobie z samotnym wychowaniem trójki dzieci, a to nie jest wcale łatwe na chińskiej wsi na początku XX wieku.


„Matka” jest już dziesiątą powieścią Pearl S. Buck, która trafiła w moje ręce i właściwie nie mogła mi się trafić lepsza książka podsumowująca tropy najczęściej wykorzystywane przez tę noblistkę. To autorka, która nie tylko lubuje się w przedstawieniu chińskiego i szerzej, azjatyckiego społeczeństwa zachodniemu czytelnikowi, ale też twórczyni, której bliskie jest życie kobiety w przełomowych czasach zmian oraz egzystencja ludzi prostych, którzy jeśli do czegoś w życiu docierają to tylko przez naprawdę ciężką pracę. 

Matka
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2012

W tym przypadku autorka pochyla się nad matką. Bohaterka nie ma nadanego imienia, bo to właściwie nie jest tu potrzebne: to uniwersalna historia, która w tamtych czasach mogła przytrafić się wielu kobietom, z mniejszymi lub większymi zmianami.

Główna bohaterka to osoba prosta, lecz pracowita i kochająca swoje dzieci ponad wszystko. Na swój sposób bystra, ale niewykształcona, co czyni ją w wielu aspektach naiwną, lub nawet ignorantką. Jednak trudno ją za to winić, skoro w gruncie rzeczy nie ma żadnego innego wzorca. 

Buck w swojej powieści wchodzi w życie tej kobiety, przedstawiając czytelnikowi jej codzienne zmagania z niesprzyjającym światem. W subtelny i wyrazisty zarazem sposób przedstawia jej problemy, sposób myślenia, jej zmartwienia o dzieci czy męża. Nie ma tu jakiejś bardzo skonkretyzowanej linii fabularnej. Typowe dla powieści Buck jest właśnie to wrażenie, jakby historia została wyrwana z czyjegoś życia. Poznajemy je od jakiegoś punktu do pewnego punktu, który niby ma jakąś kulminację, ale tak naprawdę jako czytelnik wie się i czuje, że to przecież wcale nie koniec. Że coś było wcześniej i że coś będzie później, tylko tego już nie będzie nam dane poznać. 

Lubię to, jak ta autorka snuje swoją narrację. Pisze w sposób prosty, ale bardzo empatyczny i jednocześnie wnikliwy. Wymusza na zachodnim czytelniku wejście w obcy świat, ale przedstawiony tak, że jego zrozumienie jest po prostu możliwe. Jednocześnie muszę przyznać, że motywy, które wybiera w swoich książkach, są jednak trochę wtórne. To nie pierwsza jej książka o chińskiej wsi, którą poznałam. To nie pierwsze spotkanie z rodzicem, który w ten, a nie inny sposób traktuje swoje dzieci. Wątek komunistyczny również pojawiał się w jej powieściach, które czytałam wcześniej. Jednocześnie w jej przypadku mi ta wtórność nie przeszkadza, zwłaszcza że nie czytam powieści Buck na co dzień.

Nie wiem, czy to najlepsza z powieści Buck. W moim odczuciu te stoją na podobnym poziomie. A że, jak już wspominałam, tematycznie są do siebie zbliżone, to właściwie wszystkim zainteresowanym mogę polecić zarówno tę, jak i właściwie każdą inną jej historie. Po prostu wybierzcie cokolwiek z jej bibliografii i sprawdźcie, bo taką pisarkę po prostu warto chociaż trochę poznać.



wtorek, 2 sierpnia 2022

Wyprawa Skrytobójcy: unikatowa opowieść, zbyt dużo słów


Dzięki magii Rozumienia, Bastard powstaje z martwych. Jeśli chce ocalić królestwo, któremu przysiągł wierność, musi odnaleźć zaginionego księcia będącego następcą tronu. To jednak nie będzie łatwa wyprawa.



Fascynuje mnie trochę przypadek Robin Hobb. To pisarka z niezwykłym darem do pisania ciekawych relacji między postaciami, której historie naprawdę potrafią wzbudzić emocje. Jednocześnie nie zna umiaru i mówiąc prosto, leje wodę jak amator, jednocześnie pisząc kompletnie nie na temat. Dlatego jeśli ktoś jeszcze w ogóle spodziewał się, że zwieńczenie pierwszej trylogii o Bastardzie, czyli „Wyprawa skrytobójcy” będzie faktycznie o skrytobójcy to może się przeliczyć.

    Wyprawa skrytobójcy
Robin Hobb
wyd. Mag, 2014
Skrytobójca, t. III

Tym razem autorka serwuje nam właściwie czystą powieść drogi. Bastard to wprawdzie doświadczony, lecz wciąż młody mężczyzna, który chciałby po prostu wieść zwyczajne życie. Niestety, nie jest mu to dane, a los raz za razem udowadnia, że w jego przypadku spokojne egzystowanie jest po prostu niemożliwe. Nie da się ukryć: to tragiczny bohater, choć skrytobójcy zbyt wiele w nim akurat nie ma. W każdym razie nasz protagonista wybiera się na tytułową wyprawę, gdzie dzieją się typowe dla wyprawy rzeczy: poznaje przyjaciół, napotyka przeszkody, czasem wpada na wrogów. 

Najciekawiej jednak w tym wszystkim wcale nie wypadają elementy związane z podróżą, a z osobistymi dramatami Bastarda. To wymiany zdań z bohaterami znanymi od kilku tomów są tutaj najbardziej emocjonujące. Choć głównym bohaterem jest mężczyzna, to pod tym względem mamy do czynienia z bardzo kobiecą, emocjonalną literaturą. I nie piszę tego jako wadę czy zaletę: to po prostu cecha całej trylogii „Skrytobójca”. A to, czy komuś się będzie ten fakt podobał, czy nie, zależy już właściwie tylko od gustu czytelnika.

Piesek z kwiatkiem dla uwagi, bo jest ładny.
Gorzej, że w tej powieści generalnie zdaje się nie być zbyt dużo treści. To cecha i wielu powieści drogi, które dane było mi poznać, i pozostałych dwóch tomów z cyklu. Ta powieść ma 990 stron i gdyby wyciąć tak z połowę to mogłaby właściwie tylko stać się bardziej dynamiczna i ciekawsza. Choć samo zakończenie to naprawdę interesujący pomysł, całe docieranie do niego było już w pewnym momencie trochę męczące. Poza tym, jak to często powtarzam, gdy mam wrażenie, że mogę nie czytać całego rozdziału i dalej doskonale wiedzieć, o co chodzi, to znaczy, że ten po prostu był zbędny. A tu jest sporo takich rozdziałów. Niestety.

Bez wątpienia to była dla mnie ciekawa przeprawa. Ta trylogia, mimo wad, jest unikatowa. Nie znam dużej ilości powieści fantasy, które w tak prosty, ale tak ładny sposób opowiadałyby o relacjach. No i które dotykałyby tak emocjonalnych, delikatnych strun, przy jednoczesnym zachowaniu ogólnej lekkości w całej opowieści. Z tym że nie przeczę: Hobb przez swoje nieumiarkowanie w stawianiu słów trochę mnie po prostu męczy. I o ile chętnie do niej kiedyś wrócę, o tyle na pewno potrzebuje przynajmniej chwili przerwy. 

 

Nomida zaczarowane-szablony