czwartek, 12 stycznia 2023

Przyszłość ludzkości: wracam do Kaku po latach


Michio Kaku tworzy doskonałe książki dla fanów fantastyki naukowej, którzy jednocześnie nie mają zbyt dużej wiedzy na tematy związane z fizyką, astronomią i innymi ścisłymi dziedzinami. Jego „Przyszłość ludzkości” nie jest wyjątkiem. 

To moje drugie spotkanie z twórczością tego autora i drugie raczej udane. Autor w książce bierze na tapet albo najbliższe plany związane z kolonizacją kosmosu, albo teorie pochodzące z różnorodnych dzieł popkultury, które rozkłada na części pierwsze. Całość książki jest dobrze posegregowana: od tego, co jest nam czasowo najbliższe, do tego, co może czekać nas później. Dzięki temu prowadzi czytelnika przez naszą potencjalną przyszłość w logiczny sposób, który nie pozwala się w lekturze zgubić.

Przyszłość ludzkości
Michio Kaku
wyd. Prószyński i s-ka, 2018

Kaku ma dar do pisania o rzeczach trudnych w prosty sposób. Dzięki temu nawet ja, mając naprawdę niewielką wiedzę w poruszanych przez niego dziedzinach, byłam w stanie podążać za przedstawianymi pomysłami. Jednak to też sprawia, że nie jestem w stanie merytorycznie ocenić samych treści jako takich. Wydaje mi się jednak, że taki styl opowiadania może prowadzić do wielu uproszczeń, dlatego raczej nie traktuje tej pozycji jako zbiór scricte naukowych faktów. To dla mnie raczej ciekawostki przedstawiające, jakby coś potencjalnie mogło działać, a jeśli kiedykolwiek będę potrzebowała rozwinąć któryś z poruszanych przez niego tematów, sięgnę po coś bardziej skupionego na aspektach naukowych.

Niemniej, mimo tej (potencjalnej) wady to moim zdaniem w dalszym ciągu naprawdę solidna, przyjemna w przyswojeniu lektura. Sprawdzi się dobrze szczególnie w przypadku tych czytelników, którzy nie mają (jak ja) zbyt dużej wiedzy tematycznej, ale jednocześnie zastanawiają się, czy wizje przedstawione w ich ulubionych światach fantastycznych faktycznie mogą się ziścić. Tego typu książki są też dla mnie doskonałe jako źródło inspiracji, czy po prostu kotwica dla tych, którzy chcieliby napisać coś fantastycznonaukowego, a nie wiedzą, o jaki koncept i w jaki sposób warto się zaczepić.

Sama pewnie prędko do Kaku nie wrócę. Przeczytałam ten tytuł głównie dlatego, że trochę z przypadku trafił na moją półkę i raczej szybko taka okazja się nie powtórzy. Ale jeśli kiedyś znów przypadkiem wpadnie mi w ręce, z przyjemnością sprawdzę inne przedstawione przez niego teorie.


niedziela, 8 stycznia 2023

Opowieści niesamowite: dlaczego nie lubię klasycznych opowiadań grozy?


W końcu wpadł mi w ręce zbiór opowiadań Edgara Allana Poe. „Opowieści niesamowite” w wydaniu Zielonej Sowy wyglądają jak niewielka książeczka dla uczniów, choć zawierają klasyczne dzieła literatury grozy. I właśnie ta pozycja pomogła mi dobitnie zrozumieć, na czym polega mój problem ze starszymi opowiadaniami tego typu. 

Schemat każdego z tych tekstów wygląda właściwie tak samo. Na początku dostajemy gęsty opis lokacji i ludzi, którzy ją zamieszkują. Niestety, w przypadku twórczości Poe nie wzbudza on we mnie poczucia grozy, ale raczej poczucie znudzenia: wygląda na to, że po prostu styl tego pisarza nie jest dla mnie. Następnie w narracje wkradają się drobne sugestie, że dzieje się coś złego, np. ruszające się kotary. Na samym końcu dostajemy mroczny plot twist (narrator zabił/ktoś wstał z martwych/ktoś umiera/itd.) i koniec. Bez większego rozwinięcia.

Opowieści niesamowite
Edgar Allan Poe
wyd. Zielona Sowa, 2002

Teksty są też raczej krótkie, na dosłownie kilka, czy kilkanaście stron, prawdopodobnie (bo tego nie weryfikowałam) przez to, że były pisane po prostu do gazet i musiały się zmieścić na limicie stron. 

Ten schemat i kwestia długości tekstów jest typowa nie tylko dla  Poe, ale w jego wydaniu szczególnie mnie te elementy męczyły. Jestem w stanie przeczytać jeden taki tekst na raz, ale gdy dostaje cały zbiorek kilku podobnych, to po prostu szybko zaczynam czuć się znudzona. Dodajmy do tego to, o czym wspomniałam wcześniej: mi styl tego pisarza po prostu nie odpowiada na osobistym poziomie i okazuje się, że choć książeczka ma 160 stron, ja po nieco ponad 100 postanowiłam ją odłożyć.

Wydaje mi się też, że być może wybór tych tekstów po prostu nie jest najlepszy. Niemniej, twórczości Poe nie znam na tyle, by to ocenić, a po tych opowiadaniach raczej szybko do niego nie wrócę. Niemniej, takie klasyki warto poznawać, choćby po to, by się rozczarować: w końcu to na nich wyrosła współczesna literatura.



środa, 4 stycznia 2023

Zgromadzenie cieni: przyjemna rozrywka, ale...


Lila rozstaje się w Kellem i tak trafia na statek dowodzony przez charyzmatycznego kapitana, Alucarda. W tym czasie jej przyjaciel wraz z bratem szykują się do magicznego turnieju, który rozegra się w stolicy ich królestwa.



Po „Zgromadzenie cieni” Schwab sięgnęłam zaraz po zbiorze opowiadań „Światy Dantego” Anny Kańtoch. Początkowo czułam, jakbym wpadła w przepaść. Chwilę wcześniej czytałam coś tak dobrze napisanego, że kilka słów wystarczało, abym miała ciarki, a tu nagle dostaje książkę napisaną prostym (jeśli nie prostackim) językiem, która wchodzi jak czytadło bez najmniejszych emocji, która sięga po najbardziej typowe schematy i ogółem ma wiele problemów typowych dla literatury młodzieżowej, którą się obecnie wydaje.

Zgromadzenie cieni
V. E. Schwab
wyd. Zysk i S-ka
Cykl Odcienie magii, t. 2

Ostatecznie jednak udało mi się wciągnąć i koniec końców, była to całkiem przyjemna przygoda, niemniej w dalszym ciągu traktowana raczej jak czytadło, niż fantastyka wyższych lotów. V. E. Schwab ma parę dobrych pomysłów, ale mimo wszystko daleko jej do tej najlepszej fantastyki. Niestety.

Zacznijmy więc może od problemów tej książki, aby zakończyć na bardziej pozytywnej nucie. Po pierwsze Lila. Jak w tomie pierwszym nieszczególnie mnie drażniła, tak w tej części jej wady jakoś bardziej mnie kuły. To jest ta bohaterka, która MUSI się bić, pokazywać, że jest bardziej męska od mężczyzn, która musi się wplątywać w kłopoty, nawet jeśli to jest zupełnie irracjonalne. I tego po prostu jest zbyt dużo. Nie wierzę do końca w nią jako w charakter, bo po prostu jest zbyt przerysowana. Pomijam, że jej niechęć do gorsetów i kobiecych ubrań jest już po prostu nudnym i również nierealistycznym tropem.

Po drugie główna linia fabularna związana z prestiżowym turniejem. Oczywiście, że w powieści młodzieżowej musiała pojawić się tego typu rywalizacja i oczywiście, że jest nie od końca wiarygodna, a jeśli dodamy do tego [SPOILER?] Lilę, która w gruncie rzeczy bezkarnie przejmuje tożsamość jednego z magów, aby do owego turnieju dołączyć… no cóż, nie jestem w stanie w to uwierzyć. [KONIEC] Zresztą, całe opisy polityki u Schwab są dość naiwne i wyraźnie świadczą o targecie tej książki: ona po prostu jest napisana dla młodzieży i już. 

Nie wiem czemu, ale nie przepadam również za relacją Kella z jego bratem. Coś mi w tym nie pasuje, wydaje się nienaturalne, jakoś tak mnie kuje w oczy. Acz nie znalazłam konkretnego powodu. Po prostu tak mam i to akurat może być wyłącznie moja preferencja.

Ale mimo wszystko ostatecznie się w tę opowieść wciągnęłam. Dlaczego? Może właśnie przez jej prostotę. Ostatnio czytałam, mimo wszystko, trochę trudniejszych książek, więc coś takiego było jak znalazł na rozluźnienie się. Poza tym zawsze bardzo kusi mnie wątek dwóch postaci, które krążą wokół siebie, choć z jakichś powodów nie do końca chcą/mogą się spotkać, a taki motyw się tu również pojawia. Coś jest też po prostu w tych relacjach stworzonych przez Schwab (poza Kellem i Rhysem), że w pewnym momencie po prostu przyłapałam się na tym, że chce je dalej śledzić. A mimo wszystko jestem czytelnikiem, który woli relacje od innych elementów powieści. Co ciekawe, mimo chęci obserwowania samych relacji, dalej nie jestem fanką większości charakterów. Ot, są. Te postacie nie ruszają mnie same w sobie. Emocje pojawiają się, dopiero gdy myślę o nich w kontekście wzajemnych interakcji.

Mam wrażenie, że ten tom był mniej kreatywny, niż pierwszy. Ale jednocześnie trochę czuję, że właśnie takiej powieści potrzebowałam, choć nie narzekałabym, gdyby Schwab bardziej swoje dzieło dopracowała, robiąc po prostu lepszy risercz i mniej bazując na znanych schematach i stereotypach.


Nie dawajcie szczeniakom książek do czytania, to kończy się źle


Nomida zaczarowane-szablony