sobota, 27 lutego 2021

Marilyn na Mantattanie: powieść czy biografia?

 


Pomiędzy 1954 a 1955 Marilyn Monroe opuściła Hollywood, aby spędzić czas na Manhattanie. Planując własne projekty, rozwijając swoje umiejętności i próbując odnaleźć samą siebie, zawarła przyjaźnie, które miały na zawsze odmienić jej sposób spoglądania na rzeczywistość.

 

Nie sięgam raczej po książki biograficzne. Właściwie na swoim kącie mam chyba tylko trzy takie pozycje i jeśli dobrze pamiętam, ostatnią czytałam jakieś trzy lata temu. A jednak „Marilyn na Mantattanie” kusiła mnie od swojej premiery w 2017 roku. Nawet mimo mojego braku zainteresowania kinem lat 50., czy samą postacią Monroe, po prostu gdzieś tam tkwiła w mojej świadomości i w końcu uznałam, że co mi tam: nie zaszkodzi mi drobna odskocznia, a przynajmniej może czegoś ciekawego się dowiem!

Marilyn na Mantattanie
Elizabeth Winder
wyd. Literackie, 2017

Z tym że książkę Elizabeth Winder trudno mi nazwać porządną dziennikarską robotą. Niestety. Bardzo szybko zorientowałam się, że nie mam do czynienia z czymś takim. Autorka postawiła na nieco… dziwną formę. „Marilyn na Mantattanie” próbuje bowiem narracyjnie udawać powieść. Autorka co prawda regularnie cytuje wypowiedzi znajomych Monroe, ale dodaje też od siebie wiele zdań, które po prostu nie mogą być obiektywną prawdą. Na przykład, informuje nas, jak pachniały czyjeś ręce podczas pożegnania z Marilyn: niestety, ale nie sądzę, aby coś takiego znajdywało się w jakichkolwiek źródłach.

Winder poczyniła też inny grzech, niedopuszczalny dla dzieła dziennikarskiego: zdaje się, że zupełnie zapomniała o obiektywizmie. Osiągnięcie takiego stanu w 100% jest wprawdzie niemożliwe, ale to, co dzieje się w „Marilyn na Mantattanie” przekracza granicę dobrego smaku. Nie wiem wiele o pani Monroe, ale jestem absolutnie przekonana, że nie była takim ideałem, jak w tej pozycji.

Autorka na siłę próbuje przekonać czytelnika, że Marilyn była osobą niebywale inteligentną i wrażliwą, utalentowaną ponad miarę. Podkreśla to w swoich wypowiedziach bardzo regularnie, nawet nie udając, że próbuje się powstrzymywać. Idealizuje Monroe, a mimo to między wierszami da się dostrzec w aktorce istotę nieszczególnie stabilną. Kokietkę, która uwielbia spędzać czas z mężczyznami, która nie potrafi powstrzymać się od flirtu. Z jednej więc strony Winder stara się zburzyć obraz aktorki jako stereotypowej blondynki, jednak robi to w sposób absolutnie niewprawny.

Mimo tego jednak, że pod kątem dziennikarskim to na pewno nie jest rzecz dobra, to wydaje mi się, że za pozycja znajdzie bez problemu swojego odbiorcę. Została wyraźnie napisana po to, by czytelnik po prostu dobrze się poczuł. By poznał silną, kobiecą osobowość, pokiwał głową i powiedział sobie: też tak przecież mogę! Dlatego wydaje mi się, że „Marilyn na Mantattanie” sprawdzi się przede wszystkim jako odskocznia dla osób, które poszukują lekkiej i przyjemnej lektury. Być może opartej na faktach, ale nie mających wielkich ambicji do poznawania tylko prawdy na temat Monroe.

Niestety, osoby szukające czegoś naprawdę ambitnego mogą się poczuć mocno rozczarowane. Nie jest to ani pozycja wybitnie dobra językowo (bo wtedy niedoróbki dziennikarskie można by wybaczyć), ani obiektywnie przekazująca informacje na temat tytułowej bohaterki. Przyznam, że sama z czasem zaczęłam się w trakcie lektury po prostu męczyć. Cóż, przynajmniej jedną ma ta książka zdecydowaną zaletę: jest naprawdę ładnie wydana. W dużym formacie, twardej oprawie i ze zdjęciami na początku każdego rozdziału.


środa, 24 lutego 2021

Inne światy: Antologia inspirowana "1920+" Jakuba Różalskiego

 

Dziesiątka pisarzy, zainspirowana pracami Jakuba Różalskiego ma zamiar przenieść czytelnika w „Inne światy”. Nie znam innej takiej fantastycznej antologii. W 2018 roku SQN spróbowało połączyć świat obrazu ze słowem, tworząc piękne (choć nie bez wad) wydanie z tekstami znanych polskich pisarzy. Trafiło do mnie już w okolicy premiery, ale choć zaczęłam ja czytać, długo nie mogłam go skończyć.

„Pomiędzy” przeczytałam za to dwie książki, które są rozwiniętą wersją treści z „Innych światów”. „Zgasić słońce. Szpony smoka” Szmidta to powieść na bazie opowiadania, która nieszczególnie mi się spodobała, a „Imperium chmur” Dukaja jest jedynie trochę rozwiniętą powieścią, która w tym zbiorze się znalazła. Choć jest piękna językowo, nie za bardzo intryguje mnie pod kątem fabularnym.

Inne światy
antologia
wyd. SQN, 2018

W końcu jednak udało mi się tę antologię przeczytać w całości. Na dziesięć opowiadań okazało się, że mam w gruncie rzeczy dwa typy, które naprawdę mi się podobały. Bo o ile Dukaj jest mistrzowski, jeśli chodzi o język, o tyle, jak już napisałam, ta konkretna historia mnie nie fascynuje, po prostu. Za to opowiadania Anny Kańtoch i Łukasza Orbitowskiego są naprawdę dobrymi opowiadaniami, które przy okazji w znacznej mierze do mnie przemawiają.

Przyznaję, że z tej dwójki wolę Kańtoch. Ta pisarka swoim stylem świetnie buduje pewną baśniowość i magię, a sam tekst ma pod koniec dobrą puentę i dla mnie jest po prostu opowiadaniem kompletnym. Orbitowski jest zaś znacznie bardziej horrorowy w ten brudny, szary i smutny sposób. Przedstawia Polskę przez wiele dekad, opowiadając w krótkim tekście historię naszego kraju aż do współczesności. I niestety, o ile ten tekst naprawdę bardzo cenię to najzwyczajniej w świecie: horror nie jest „mój”. Dlatego wolę Kańtoch, jednak w tym przypadku to jest rzecz zupełnie subiektywna, bo obydwa opowiadania są bardzo dobre.

Nastepnie mamy „paczkę” tekstów, która właściwie nie do końca mnie obeszła. Co prawda Małeckiego zapamiętałam na dłużej, ale koniec końców, nie było w tym tekście niczego, co by mnie szczególnie poruszyło. Jadowska, Zielińska i Chutnik napisały „po prostu teksty” – no były, dały się czytać, ale już powoli ulatują mi z głowy. Mróz, jak na Mroza, był zaskakująco ciekawy, ale to, tak czy siak, raczej dość przeciętny poziom. Szmidt? Ponownie, nie obszedł mnie zupełnie. Żulczyk zaś wyróżnił się, sięgając po inny koncept, niż pozostali twórcy, ale że już się, z czym podobnym spotykałam, to nie zrobiło na mnie nie wiadomo jak wielkiego wrażenia.

Gatunkowo króluje tu fantastyka historyczna i alternatywna historia. Nie dziw: w końcu prace Różalskiego to często połączenie polskości z mechami. Dwa z tekstów nawiązują do Dalekiego Wschodu (Dukaj, Szmidt), jeden – do arabskiego świata (Jadowska). Jest momentami bardziej horrorowo (Orbitowski), nie brakuje post-apokalipsy (Zielińska, Małecki) czy zabaw z podróżami w czasie (Mróz). Mimo wszystko całość utrzymana jest w niezbyt kolorowym, raczej smutnym niż radosnym i baśniowym settingu. Autorzy nie zawsze trzymają się bezpośrednio ilustracji, odbijając w różne kierunki, ale klimat prac Różalskiego jest mniej-więcej oddany. 

Wiem, że z samym wydaniem były pewne kontrowersje. Niektóre prace Różalskiego są wklejone w dziwny sposób, albo np. są tylko kolorowymi ozdóbkami. Nie był to chyba najlepszy wybór SQNu i książka graficznie mogłaby wypadać lepiej, ale, tak czy siak, uważam, że taka próba zasługuje na uwagę. Nie miałabym nic przeciwko całej serii antologii, która brałaby na tapet jakiegoś twórcę dzieł plastycznych.

„Inne światy” to pięknie wydana i dość wyjątkowa pod kątem konceptu antologia. Niemniej, pod względem treści wypada dość… przeciętnie. Na dziesięciu autorów w moim odczuciu mocniej wyróżnia się trzech (z czego od Dukaja wiele osób może się odbić). Pozostałe teksty są często „do przeczytania”, nie mam na ich temat szczególnych krytycznych uwag, ale nie jestem w stanie uznać tego zbioru za coś absolutnie wyjątkowego.


niedziela, 21 lutego 2021

Virion. Zamek: Po latach wracam do Ziemiańskiego


W państwie nie dzieje się najlepiej. Taida musi zebrać drużynę składającą się z najlepszych wojowników i morderców, jaka istnieje, aby działając poza prawem wykryć czyhający w Zamku spisek. Na jej czele ma stanąć Virion: sławny natchniony szermierz i przyjaciel demonów.

 

Choć miałam przerwę w swojej przygodzie z literaturą wydawaną przez Fabrykę Słów to „Virion. Zamek” Ziemiańskiego jest już kolejnym przykładem powieści sygnowanej właśnie przez nich, a która ma problem z numeracją. Według wszystkich znaków na oprawie ta powieść jest tomem pierwszym. Co prawda na skrzydełkach znajduje się informacja o wcześniejszych losach bohatera, ale nie oszukujmy się, to nie tam szuka się danych, gdy książka spojrzy z księgarnianej półki. Podobny problem z książkami Ziemiańskiego miałam już lata temu, gdy przypadkiem sięgnęłam po „Pomnik cesarzowej Achai”.

Virion. Zamek
Andrzej Ziemiański
wyd. Fabryka Słów, 2021
Szermierz natchniony, t. 1

Na szczęście, teraz jestem już trochę mądrzejsza, niż wtedy i nomen omen, sięgnęłam po „Viriona” z pełną świadomością tego, co czytam. Bo ta książka, choć według numeracji pierwsza z cyklu o „Szermierzu natchnionym” w praktyce jest piątą historią tym bohaterze, a trzynastą (!) osadzoną w świecie przedstawionym. Mając tę świadomość, zależało mi na sprawdzeniu dwóch rzeczy. Po pierwsze, czy powieść da czytać się oddzielnie, skoro wydawca promuje ją w ten sposób, bo poza pierwszym tomem „Pomnika…” nie znam twórczości Ziemiańskiego. Po drugie – czy w ogóle ten autor mi odpowiada? Wcześniej sięgnęłam po niego w 2014 roku i wtedy nie do końca podobała mi się jego twórczość, ale przecież wszystko mogło się zmienić!

Wydawało mi się, że tę pierwszą kwestię rozwiązałam bardzo szybko, po kilkunastu pierwszych stronach powieści. Ziemiański pisze w sposób bardzo prosty, a fabuła tego tomu „Viriona” również nie jest zbyt skomplikowaną. Ot, zbiera się drużyna, która ma rozwiązać bardzo ważną sprawę. Nie musiałam mieć wcześniej kontaktu z tymi bohaterami, by dobrze rozumieć, o co chodzi, by bez problemu załapać klisze postaci, którymi posługuje się Ziemiański i ogółem, krótko mówiąc: czaiłam, o co chodzi. Naprawdę poprzednie tomy nie były mi do tego potrzebne.

Problem zaczął robić się nieco dalej, gdy okazywało się, że… autor opowiada o świecie i problemach, które kompletnie mnie nie interesują. Gdzieś do połowy powieści miał moje zainteresowanie, które jednak stopniowo zaczęło coraz bardziej słabnąć. No chłopaki się organizują. Biją się. Gadają, często o babach, jak to chłopaki. Jakieś spiski i inne rzeczy się dzieją. Tylko czy to mnie interesowało? Na dłuższą metę – absolutnie nie. Być może więc problem tkwi tu w tym, że po prostu nie znam tego świata, a Ziemiański mimo wszystko zrobił za mało, by ta część mogła stać na własnych nogach. A może po prostu mnie on nie do końca interesował. To niestety, z taką wiedzą trudno mi stwierdzić.

Mimo tego jednak „Pomnik cesarzowej Achai” pamiętam jako coś gorszego, niż „Virion”. Nie była to absolutnie książka dobra, wnosząca coś ciekawego, albo w intrygujący sposób bawiąca się schematami. Była jednak bardzo prościutka, „wchodząc” w tej pierwszej połowie bez problemu i nie wymagając ode mnie żadnego większego skupienia się. Przyznaję jednak, że jak na tyle napisanych książek warsztat Ziemiańskiego pozostawia… bardzo wiele do życzenia.

Powieść osadzona jest w świecie stylizowanym na antyczny. I czasem zarówno narracja, jak i sposób mówienia bohaterów niby to oddaje. Aż tu nagle któryś z nich stwierdza, że coś jest „fajne”, zaś Taida zaczyna szukać nie rzezimieszków, zbirów spod czarnej gwiazdy itd. itp., a… „złoczyńców”. Oczywiście mamy tu też trochę niezbyt dokładnie opisanych (ale jednak!) scen erotycznych, a upiory zdają się być napisane właśnie tak, aby realizować jakiś nastoletni, mokry sen.

Poza tym chyba nigdy nie spotkałam jeszcze książki, która tak często odnosiłaby się do płci bohaterów, szczególnie kobiet. Bohaterowie co chwilę komentują swoje zachowanie w nawiązaniu do tego (w stylu: „ach te baby, tylko one tak potrafią”), tak jakby to miał być jakiś żart. Szczególnie mocno dzieje się to w stosunku do tematów związanych z ciążą. Problem polega na tym, że żart powtarzany wielokrotnie przestaje działać i… tu się właśnie tak dzieje.

Jednocześnie widzę w tej książce ten sam problem, który miał miejsce np. w przypadku ostatnich trzech książek Kossakowskiej z „Zastępów anielskich”. Choć wydawca sprzedaje książkę „Viron. Zamek” jako tom pierwszy to tak naprawdę książka wygląda tak, jakby była tylko połową jednego tomu. Rozumiem, że wielkie cykle fantasy to często jedna powieść podzielona na wiele tomów, ale jakieś zamknięcie pod koniec pierwszej części jest jednak wskazane. A w przypadku tej książki treść się po prostu… urywa. [SPOILER?] Bohaterowie zbierają drużynę, gadają sobie, kłócą się, idą na pierwszą większą akcję i tyle. Koniec. Bez żadnego podsumowania, jakiegoś domknięcia, by powieść działała jako integralna całość, co mimo wszystko powinien robić tom [KONIEC SPOILERA]. Żeby nie było, że czepiam się bez powodu: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” są twórczością znacznie bardziej ambitną i trudniej je domknąć. A mimo to Robertowi Wegnerowi to zawsze się udaje.

Mam wrażenie, że powtórzę trochę to, co pisałam przed laty. Twórczość Andrzeja Ziemiańskiego ma pełne prawo się podobać w niektórych kręgach. Moim zdaniem ma wyraźny target: mężczyźni, raczej młodzi (przynajmniej duchem), którzy chcą rąbanki i pięknych kobiet. Tacy, którzy szukają literatury lekkiej, prostej, niewymagającej. Nie ma w tym rzecz jasna nic złego. Jednak na tle innej znanej mi literatury fantastycznej, także polskiej, „Virion. Zamek” jest powieścią bardzo przeciętną.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Nomida zaczarowane-szablony