środa, 9 listopada 2022

Zrodzony: VanderMeer w solidnym post-apo


Świat został zniszczony i zostały po nim jedynie zgliszcza. Miasto pozbawione imienia jest podzielone między kilka sił, a jedną z nich jest upadająca Firma, zajmująca się niegdyś niebezpiecznymi eksperymentami. Rachel to młoda zbieraczka, która mieszka wraz z partnerem w Balkonowych Klifach. Pewnego dnia znajduje stworzenie wyglądające jak ukwiał i nadaje mu imię Zrodzony.



Jeff VanderMeer czasem mnie przytłacza, a czasem zachwyca. Tym razem, na całe szczęście, udało mu się to drugie. Bo choć „Zrodzony” ma w sobie nieco z absurdu (za którym nie przepadam) to przede wszystkim ta powieść jest po prostu naprawdę solidnym i klimatycznym post-apo, które wykorzystuje postać tajemniczej istoty do opowiedzenia historii o zagubionej kobiecie.

Zrodzony
Jeff VanderMeer
wyd. Mag, 2018

To nie jest typowa powieść akcji. Owszem, trochę się tutaj dzieje, ale wszystko skupia się raczej na relacji Rachel ze Zrodzonym oraz jej partnerem. To mała historia, przez większą część czasu zamknięta we wspomnieniach bohaterki, w jej mieszkaniu oraz Mieście, do którego z ostrożnością wychodzi w poszukiwaniu nowych fanów. I o ile finał jest nieco większy i bardziej rozbudowany, to skala powieści jest dość skromna, wręcz kameralna. Ale to właśnie jest jej siłą.

Jest coś wciągającego w stylu VanderMeera. W tym, jak prowadzi relacje, jak powoli odkrywa kolejne karty, jak stopniowo prowadzi czytelnika przez stworzony świat. Należy jednak pamiętać o tym, że to nie jest autor, który odkrywa wszystkie karty. Ta książka zostawia po sobie trochę pytań pozbawionych odpowiedzi. Ale dla mnie to właściwie kolejna zaleta: autor nie musi wykładać mi wszystkiego, jeśli to nie jest konieczne, a w przypadku tej powieści mam wrażenie, że wyjaśnione zostało wystarczająco. Niemniej, osoby czytające głównie dość proste powieści mogą się poczuć nieco zagubione, dlatego warto o tym pamiętać.

Choć widzę tu, jak w każdej powieści VanderMeera, trochę artystycznego podejścia, to w dalszym ciągu uważam, że „Zrodzony” jest dobrą powieścią również pod względem scricte rozrywkowym. Właściwie dla mnie to idealny balans, pomiędzy książką, która wnosi coś nieco więcej, próbuje analizować i stawia trudne pytania, a historią, która ma po prostu bawić. I nie oszukujmy się, to jest właśnie to, czego szukam w fantastyce.

Pod koniec książki wydanej w ramach serii Uczta Wyobraźni możemy znaleźć również krótkie opowiadanie, którego akcja rozgrywa się równolegle do powieści. I choć rozumiem, czemu zostało tam umieszczone, to szczerze mówiąc: osobiście kompletnie go nie potrzebowałam. Było nieco dziwne, a przy okazji odkrywało niepotrzebnie niektóre karty. Niemniej, jak jest, to jest: cóż poradzić.

Jeff VanderMeer to nie jest autor dla każdego i doskonale o tym wiem. Ale ja jego twórczość naprawdę lubię i wydaje mi się, że warto dać mu szansę choćby po to, by poznać jakiegoś ciekawego twórcę.



sobota, 5 listopada 2022

Gniew Tiamat: czy autorom chce się to pisać?

James Holden trafił do niewoli. Załoga Rosynanta odstawiła swój stary statek i ruszyła swoimi drogami. Jednak niedane jest im spokojne życie. Polityczne intrygi wkrótce ponownie wyciągają po nich swoje szpony.



Gdyby to był jakikolwiek inny cykl, już dawno przestałabym go czytać. Niestety, nostalgia i piękne wydania zmuszają mnie do sięgania i czytania kolejnych książek z „Expanse”, chociaż przyznaję, że ja już po prostu mam dosyć. Choć te powieści czyta się lekko, to drażnią mnie coraz bardziej i bardziej, a „Gniew Tiamat”, ósmy tom, nie jest w tym względzie wyjątkiem.

Gniew Tiamat
James S. A. Corey
wyd. Mag, 2020
Expanse, t. 8

Samo rozpoczęcie sprawiło, że zaczęłam tracić jakąkolwiek nadzieję i cierpliwość do tej historii. Dlaczego? Od poprzedniego tomu minęło trochę czasu, podziało się w tym czasie trochę potencjalnie ciekawych rzeczy, czego oczywiście nie mogliśmy jako czytelnicy obserwować. Za to zostajemy wrzuceni w kilka narracji, w których bohaterowie non stop wspominają dawne czasy, myślą o tym, jak bardzo zmienił się świat i jak wcześniej było lepiej. To miałoby sens, jeśli ten tom był kontynuacją po latach, powrotem do bohaterów po długim czasie oczekiwania itd. Ale nie, przecież wiedzieliśmy od początku, że kolejne tomy będą. Więc coś takiego, gdy jest non stop powtarzane przez 150 stron robi się najzwyczajniej w świecie męczące.

Na szczęście z czasem takich wspominek jest coraz mniej i stają się znośne. Gdyby sytuacja się nie poprawiła, prawdopodobnie nie dotrwałabym do końca.

Co poza tym? Sama fabuła jest skonstruowana dość sprawnie, ale schematycznie (typowo dla tego cyklu), wtórnie. Główna zmiana polega na tym, że rola Holdena zostaje ograniczona do minimum, ale w dalszym ciągu kapitan w książce występuje. I gdyby to była pojedyncza powieść, to może byłoby znośnie, ale w tej chwili czuje się zmęczona materiałem, brakuje mi przywiązania do świata i zaczynam mieć szczere przekonanie, że autorom już na tym etapie po prostu nie chciało się tego cyklu pisać.

Czy ja widzę tu jakiekolwiek większe zalety? Właściwie to nie. Przeczytałam i zapomnę, a przed kolejnym tomem będę pewnie szukać streszczenia. Jasne, ta książka na pewno znajdzie czytelnika, który będzie z lektury zadowolony. Jeśli ktoś po prostu potrzebuje bitew w kosmosie i jakiejś przygody, nie szuka czegokolwiek więcej i chce po prostu się rozluźnić, to jest spora szansa, że po prostu połknie kolejny tom. Ale jednak ja pisząc się na kolekcjonowanie tego cyklu, miałam nadzieję na coś znacznie, znacznie lepszego, zwłaszcza że słyszałam wiele głosów, które mówiły o tym, jak równomierny pod kątem jakości jest w całości. Niestety, moje odczucia są zupełnie inne.



wtorek, 1 listopada 2022

Pi razy oko: matematyczne ciekawostki, które stały się bestsellerem

Niezbyt często sięgam po literaturę faktu, a ostatnio, gdy to się już dzieje to… mam pecha. Kolejna książka okazała się kompletnie nie tym, czego chciałam. W gruncie rzeczy nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie zależało mi na czymś takim. „Pi razy oko” Mattas Parkera, podobno znanego Youtubera (którego osobiście nigdy nie oglądałam), jest książką kompletnie nie dla mnie.

Pi razy oko
Matt Parker
wyd. Insignis, 2021

Dlaczego? Powodem jest jej struktura, znana mi już z innych książek, np. z „Rzeczy o ptakach”. To zbiór ciekawostek podzielonych tematycznie na trzynaście rozdziałów. Każdy fragment to case study. Autor przedstawia nam sytuację, która jest śmieszną lub tragiczną pomyłką, a następnie poddaje ją matematycznej analizie. Wyjaśnia, skąd wziął się błąd i w jaki sposób można próbować go uniknąć. I o ile pisze dość lekko, a same sytuacje bywają cudnie absurdalne, to taka forma mnie niezwykle męczy.

Gdy dostaje wiele rozdziałów, z krótkimi ciekawostkami to po prostu nie umiem się do nich przywiązać. Często książki czytam ciągiem, a w takiej sytuacji tego typu pozycje robią się po prostu nudne i trudne do przyswojenia. Jeśli przeczytam na raz o 10 sytuacjach, to zapamiętam może jeden. A jak dodamy do tego moje ogólne problemy z liczbami i matematyką to okaże się, że zapamiętam wyłącznie anegdotę: nie jestem w stanie faktycznie nauczyć się czegoś matematycznego z tego typu pozycji.

Jednocześnie mój brak wiedzy w temacie pozwala mi jedynie ocenić formę książki jako takiej, a nie faktyczność faktów i założeń. Wierzę, że autor w tym względzie nie popełnił wielu błędów, ale nie mogę mieć takiej pewności.

Wydaje mi się jednak, że to jest książka, która może pasować jednej grupie osób przede wszystkim: amatorom matematyki. Nie znawcom tematu, bo ci niemal na pewno po prostu te zasady matematyczne znają. Ale na przykład uczeń szkoły średniej, który przygotowuje się do matury i intrygują go tego typu ciekawostki, już być może będzie z tej książki naprawdę czerpał. Choćby po to, by zabłysnąć na lekcjach.

Muszę dodać jeszcze tylko kwestię tego, że nie podoba mi się do końca podejście Parkera do tragedii. Jasne, założenie tej książki jest takie, że ta ma być lekka i przyjemna. Po to, by po prostu zainteresować matematyką i to jest jak najbardziej OK. Ale autor nie zmienia tonu nawet jeśli pisze o tragediach, np. wynikających z tworzenia nieprzemyślanej architektury. I przyznaję, trochę mnie to momentami raziło.


Nomida zaczarowane-szablony