sobota, 17 sierpnia 2019

Rozkosze nocy: Erotyk z pomysłem? Było blisko.



Lyssa od lat miała problemy z zasypianiem. Od dziecka cierpi na bezsenność, której nie potrafi zaradzić. Pewnej nocy w jej śnie pojawia się niezwykły mężczyzna. Aidan Cross przynosi jej takie ukojenie, jakiego nie zaznała jeszcze nigdy. Kolejne spotkania przynoszą Lyssie kolejne nowe doznania, nie pozwalając kobiecie skupić się na tajemnicy, jaką skrywają jej własne sny.

Tytuł: Rozkosze nocy
Tytuł serii: Strażnicy snów
Numer tomu: 1
Autor: Sylvia Day
Tłumaczenie: Małgorzata Miłosz
Liczba stron: 304
Gatunek: erotyk fantasy
Wydanie: Akurat, Warszawa 2013
Książki skupione na erotyzmie raczej nie należą do tych, po które chętnie sięgam. Jeśli już się to zdarzy to zwykle albo przez przypadek albo przez popularność danego tytułu. Tym razem nastąpiło to pierwsze: buszowałam w poszukiwaniu czegoś lekkiego, a „Rozkosze nocy” są i lekkie, i krótkie. Przeczytana przeze mnie w niespełna jeden wieczór powieść Sylvii Day nie okazała się jednak niczym więcej… mimo że ma w sobie potencjał na bycie czymś nieco bardziej intrygującym.
Autorka chyba chciała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony miała zamiar napisać gorący erotyk, po który sięgną jej czytelniczki, a z drugiej wpadła na pomysł uniwersum, które właściwie mogłoby całkiem zgrabnie funkcjonować. Połączenie tych dwóch konceptów – choć mogłoby naprawdę dobrze działać – okazało się jednak zbyt powierzchowne, aby książka Day faktycznie wykorzystywała swój pełen potencjał.
Na czym polegał więc koncept autorki? Był stosunkowo prosty. Day w swoim świecie stworzyła dodatkowy wymiar, w którym wyszkoleni mężczyźni w pewnym sensie bronią snów innych. Jednocześnie bezustannie poszukują osoby z przepowiedni, która może stanowić zagrożenie dla świata. To niezwykle pojemny i plastyczny pomysł, pozwalający na dość dużą zabawę. W końcu we śnie może dziać się naprawdę wiele, prawda?
Wciśnięcie do takiej historii romansu też nie wydaje się głupie. W końcu kobiety często marzą o swoim prywatnym obrońcy; kimś, kto odepchnie złe sny i pomoże im w chwili słabości. A Aidan Cross kimś takim staje się dla głównej bohaterki. Ten pomysł naprawdę miał spory potencjał na historię nie tylko zaspakajającą pragnienia czytelniczek, ale przy okazji na stworzenie może nie bardzo oryginalnego, lecz ciekawego świata przedstawionego.
Sylvia Day chyba jednak nie wyczuła odpowiedniego balansu pomiędzy ilością fantastyki a erotyzmem i budowaniem relacji między bohaterami. Na samym starcie zarzuca nas ogromną ilością wymyślonego przez siebie nazewnictwa, które jednak wkrótce przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Historia, zamiast po równi rozwijać wątek fantastyczny i romans, skupia się jedynie na stosunkach płciowych bohaterów. Ba, Day ma nawet gdzieś jakiekolwiek budowanie relacji postaci. W końcu umysły Aidana i Lyssy się „połączyły”. On od razu wie o niej wszystko, a Ona w końcu ma swojego wspaniałego mężczyznę i nie potrzebuje niczego więcej.
Elementy fantasy pełnią ostatecznie więc tylko rolę pewnego spoiwa, które daje postaciom kolejne wymówki do współżycia. Tworzą iluzję fabuły, której w gruncie rzeczy w „Rozkoszach nocy” po prostu nie ma. To erotyk, skupiony tylko na jednym. Jednocześnie niezbyt zaskakujący i raczej sztampowy, choć mający w sobie tę odrobinę całkiem uroczej delikatności.
Powieść Day mimo chęci bycia czymś więcej ostatecznie jest więc tylko przeciętnym erotykiem, który raczej nie wniesie do niczyjego życia nowych wartości, czy pomysłów. Niemniej, wydaje mi się, że jako „babski odmóżdżacz” może się sprawdzić. „Rozkosze nocy” nie są w końcu ani długie, ani trudne, więc czyta się je błyskawicznie. No i okładka powieści nie straszy nagą, męską klatą, która z daleka krzyczy „jestem erotykiem”. To chyba też pewien atut… mimo że wystarczy przeczytać tytuł, by zorientować się, jaka mniej-więcej może być treść tej historii.

* * *

– Jestem taka śpiąca, Aidanie.
– Odpoczywaj więc – zamruczał.
 – Będę pilnował, żeby nikt ci nie  przeszkadzał.
– Jesteś aniołem? 
Wykrzywił usta i przycisnął ją mocniej.
– Nie, kochanie. Nie jestem.
W odpowiedzi usłyszał ciche chrapanie.

Fragment „Rozkoszy nocy” Sylvii Day

środa, 14 sierpnia 2019

Roland: Modus operandi Kinga to kiepska powieść przygodowa


Roland jest ostatnim z rewolwerowców. Przemierza świat, podążając za człowiekiem w czerni. Ten może mieć coś wspólnego z Mroczną Wieżą, tajemniczym obiektem bardzo istotnym dla Rolanda. W trakcie swojej podróży mężczyzna natrafia na dziwnego chłopca, który stracił pamięć.

Tytuł: Roland
Tytuł serii: Mroczna Wieża
Numer tomu: 1
Autor: Stephen King
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Liczba stron: 320
Gatunek: przygodowe fantasy
Wydanie: Albatros, Warszawa 2015
Stephen King uznaje „,Mroczną wieżę” za cykl, który zawsze chciał stworzyć i taki, który łączy wszystkie elementy jego twórczości. Choć moja relacja z tym pisarzem nie jest szczególnie pozytywna to jednak po tak popularny cykl fantasy po prostu musiałam w końcu sięgnąć, choćby po to, by zobaczyć, „z czym to się je”.
Pierwszy tom cyklu, „Roland”, nie jest długą powieścią. To zaledwie trzysta stron, co w przypadku przygodowego fantasy naprawdę nie pozwala na wiele. Już na samym wstępie King tłumaczy nam, czytelnikom, jak istotna dla niego jest ta seria. Opowiada o tym, jak bardzo się do niej przygotowywał i skąd czerpał inspiracje; jak długo czekał na odpowiedni moment. Mój problem z „Rolandem” polega jednak na tym, że ja… kompletnie tego zaangażowania nie widzę w treści powieści.
Sam język Kinga jest raczej dość prosty. „Rolanda” da się pochłonąć szybko i jak najbardziej rozumiem osoby, którym ta seria się podoba. Szczególnie, że zawarty w niej klimat ma w sobie coś unikalnego i niekoniecznie typowego dla przygodowego fantasy. Z tym, że to między innymi on po prostu kompletnie mnie odrzuca. Świat przedstawiony nam przez autora to mroczna, zdewastowana kraina, która funkcjonuje gdzieś poza miejscem i czasem, bardziej kojarząc mi się z realizmem magicznym, niż powieścią z wybranego przez Kinga gatunku. Niestety, ja tego odłamu literatury raczej po prostu nie lubię.
Sięgając po powieść tego typu powieść fantasy chciałabym przeżywać przygody, podziwiając ciekawy, kreatywny świat stworzony przez autora. W świecie Kinga właściwie nic mnie nie zaskakuje. Przeciwnie, odbieram go raczej jako dość nudny, pusty i patetyczny. Nieustające odwołania do Biblii i kwestii Boga sprawiały, że „Roland” kojarzył mi się z nielubianą przeze mnie „Piątą górą” Paula Coelho… i chyba nie muszę tłumaczyć, że wcale nie poprawia to moich odczuć względem odbioru książki Kinga.
A bohaterowie? Chciałabym powiedzieć, że czułam się choć trochę do nich przywiązana, ale… nie. To zdecydowanie byłoby kłamstwo. Roland i Jake może mają kilka całkiem ciekawych dialogów, ale ich życie czy problemy nieszczególnie mnie porywały. Podejrzewam jednak, że tak czy siak główną rolę w mojej niechęci do powieści odgrywa świat przedstawiony. W końcu skoro on mnie odrzuca to czemu miałabym być zainteresowana jakimikolwiek jego problemami i tajemnicami?
Choć „Roland” jest powieścią bardzo krótką to czytanie jej zajęło mi naprawdę bardzo wiele czasu. Nie czułam potrzeby, by po nią sięgać. Nie miałam ochoty na nią patrzeć. Przebrnęłam z trudem. Staram się nie skreślać Kinga i czasem sięgać po jego literaturę, ale ta chyba po prostu nie jest dla mnie. Na sześć przeczytanych przeze mnie książek tego autora spodobały mi się dwie, a pierwszy tom „Mrocznej wieży” zdecydowanie się do nich nie zalicza. 

* * *

... mamy sobie wygarnąć prawdę, jak dwaj mężczyźni? - powtórzył z naciskiem człowiek w czerni. - Nie przyjaciele, lecz wrogowie i ludzie równi sobie. To oferta, z którą rzadko się spotkasz, [...]. Tylko wrogowie mówią sobie prawdę. Przyjaciele i kochankowie bez przerwy kłamią, złapani w sieć zobowiązań.
Fragment „Rolanda” Stephena Kinga

niedziela, 2 czerwca 2019

The Expanse. Sezon 3: To dalej dobra space opera



Chrisjen Avasarala (Shohreh Aghdashloo) trafia do przestrzeni kosmicznej wraz z Bobbie (Frankie Adams). Zmuszona prosić o pomoc, przypadkiem natrafia na statek Jima Holdena (Steven Strait), który wraz ze swoją załogą robi wszystko, aby odnaleźć zaginioną córkę Praxa (Terry Chen).


Gdy oglądałam poprzednie sezony „The Expanse” nie znałam jeszcze oryginału w postaci książek. Teraz mogę jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że to nie tylko naprawdę niezła, serialowa historia, ale też dobra ekranizacja pierwowzoru.
„The Expanse”
sezon 3
serial fantastyczno-naukowy, space opera
Twórcy serialu robią coś naprawdę doskonałego: dopasowują historię pod potrzeby serialu, czerpiąc garściami z oryginału, ale jednocześnie nie trzymając się jej sztywno. Książki w każdym tomie wprowadzają nowych bohaterów. Serial zaś po prostu miesza niektóre role, czasem pozwalając postaciom robić coś nieco innego, ale ostateczny wydźwięk historii pozostaje taki sam. To jak najbardziej ma sens: nie dość, że historia trzyma się kupy, serial nie musi wprowadzać tak dużej ilości nowych aktorów to jeszcze ci zaznajomieni z książkami mają szansę czymś się zaskoczyć.
Jako, że nie do końca lubię motywy fabularne z trzeciej części książki, to i trzeci sezon w niektórych aspektach nie podobał mi się tak, jak bym chciała (choć to dotyczy raczej drugiej połowy). Niemniej, ponieważ sezon trzeci pod kątem fabularnym to około połowy części drugiej książki i cały tom trzeci to po prostu tych nudzących mnie kwestii jest w nim nieco mniej, niż we „Wrotach Abaddona”. Nie mam więc zamiaru na to szczególnie narzekać: taki był po prostu pierwowzór, wiedziałam przed serialem na co się pisze, a wątki zostały poprowadzone ciekawie oraz z szacunkiem do oryginału.
Jak to zwykle bywa w serialach, efekty specjalne i w „The Expanse” niekoniecznie wypadają najlepiej. Na całe szczęście to fantastyka naukowa, która nie wymaga (w moim odczuciu) aż tak drogich efektów jak fantasy, aby całość sprawnie działała. Oczywiście, widać, że statki kosmiczne to wytwór CGI, a kosmos jest po prostu greenscreenem, ale mnie osobiście po prostu w tym przypadku to absolutnie nie boli. Szczególnie, że w tym przypadku to opowiedziana historia, a nie wizualna strona jest tą najbardziej istotną.
Żałuję trochę, że w drugiej połowie serialu pojawia się nieco mniej Avasarali, która jest chyba moją ulubioną postacią w tej historii, ale z drugiej strony na jej miejsce wskakuje Anna Volovodov, grana przez Elizabeth Mitchell. Może nie jest to wyjątkowo głęboka i skomplikowana postać, ale ja osobiście bardzo cenię ją za ciepło i pogodę ducha, jaką wnosi do całej historii. Poza tym Cara Gee w roli Drummer ze swoim akcentem i ostrym charakterem jest absolutnie fenomenalna: gdy ta aktorka pojawia się na ekranie, kradnie całą scenę, a jeśli jednocześnie w scenie występuje także David Strathairn w roli Ashforda… och, to dopiero się dzieje!
Trzeci sezon „The Expanse” po prostu trzyma poziom. Co prawda czasem może historia traci odrobinę tempa, a w chwili, w której autorzy przeskakują z tomu drugiego książki na trzeci widać wyraźną linię, ale to przecież historia przede wszystkim o zgranej ekipie, jej przyjaźni i przygodach – a to ta produkcja przedstawia cały czas naprawdę dobrze. „The Expanse” to przyjemna space opera, która nie jest szczególnie cukierkowa, ale potrafi zapewnić dobrą rozrywkę. I to osobom, które tego właśnie szukają mogę ją spokojnie polecić.


Nomida zaczarowane-szablony