Recenzja przeniesiona: https://fantastykacodzienna.pl/2017/02/28/dzisiaj-narysujemy-smierc-recenzja/
wtorek, 28 lutego 2017
niedziela, 26 lutego 2017
Święta Żniw
Znajdziesz mnie teraz tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Słońce dopiero późnym rankiem zaczynało
oprószać dolinę swoimi promieniami, dlatego leżąca u jej podnóża wieś budziła
się do życia znacznie wcześniej. Gdy światło docierało do osady, zwierzęta już
dawno skubały trawę na górskich halach. Większą część z nich stanowiły krowy i
owce, jednak bystre oko mogło wypatrzeć również juczne osły oraz kilka sztuk
koni himangari: półdzikich wierzchowców o kopytach przypominających kozie,
które doskonale nadawały się do górskich wypraw.
Niemal każdego ranka o tej porze rolnicy
doglądali pól, a we wsi dało się słyszeć brzdęk młota oraz kowadła, jednak tego
dnia ludność zdawała się mieć nieco inne zajęcie.
Środkiem osady przechodziło dwóch
kapłanów - jeden rasy ludzkiej, drugi krasnoludzkiej. Odziani byli w odświętne,
żółtawe stroje i nawoływali mieszkańców do wspólnego pochodu po Święte Trawy.
– Ludzie! Nadszedł dziś dzień, aby oddać
hołd naszej Pani Żniw, Janarze! Chodźcie z nami, aby zebrać Garronu, tak, by i
w przyszłym roku nie brakło jej w waszych paleniskach! Niech jej słodki dym
będzie podziękowaniem dla bogini za dobre plony, które nadchodzą! - nawoływał ludzki kapłan.
Drugi, krasnoludzki, prawdopodobnie
powtarzał to samo, jednak słów jego jednostajnej mowy, kojarzącej się z brzdękiem
młota o kamienny mur nie sposób było rozróżnić.
Osadnicy wychodzili całymi rodzinami,
wraz z koszykami, aby wypełnić boży nakaz. Wśród nich znajdowała się dość
wysoka kobieta. Piękna, mimo niezbyt nowej, znoszonej sukni i nielicznych
zmarszczkach w okolicy ust. Jej piękne blondwłosy, splecione w warkocz, opadały
na plecy, a prawa ręka, przewieszona przez ramię nieco niższego od niej
mężczyzny, zwieńczona była spracowanymi palcami żony rolnika.
Przed kobietą maszerowała dwójka dzieci.
Rudowłosa dziewczynka z małym koszyczkiem oraz złotowłosy, jak matka, chłopiec.
Jego siostra bezustannie trajkotała, opowiadając młodszemu bratu o słońcu,
zwierzętach i wietrze, ten jednak nie odzywał się ani słowem, z rzadka
spoglądając na swoją drobną towarzyszkę.
– Rut, nie męcz brata - upomniała ją po
jakimś czasie matka – Choć dziś daj mu spokój ze swoimi opowieściami...
– Ale mamo!
– Słuchaj Kai, dziecko – odezwał się
towarzysz blodwłosej – Twój brat i tak ci nie odpowie, dobrze o tym wiesz. A spójrz,
tam idzie Brima... i to chyba sama...
Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Już
po chwili rudowłosa Rut z podskokami ruszyła w stronę koleżanki.
Kaja spojrzała na swojego małżonka z nieskrywaną
troską.
Niemy syn... urodził się tego samego
dnia, w której doszła do niej wieść o śmierci jej poprzedniego męża. Miała
nadzieję, że będzie jego godnym następcą... Niestety lata mijały, a chłopiec,
choć zdrowy i silny, nawet nie próbował mówić. Kto wie, może nawet ich nie
słyszał...? W jej oczach był uczynnym i bystrym dzieckiem tylko... no właśnie,
nie mówił.
W każde święta modliła się - początkowo
samotnie, a później z swoim nowym małżonkiem - o to, by dziecko zaczęło mówić. Do
tej pory jednak żaden cud nie miał miejsca... ale nadzieja wciąż się tliła. Nie
miała zamiaru rezygnować. Może pewnego dnia Niebiosa pozwolą jej synkowi
przemówić?
Zbieranie traw – pod okiem dwój kapłanów
- trwało do południa. Dzieci jak zawsze wyszalały się na łąkach po wszystkie
czasy, a ich rodzice oraz inni mieszkańcy osady robili wszystko, aby zachować
siły na wieczorne przygotowania do rodzinnej wieczerzy, połączonej z paleniem
suszonej, lub kiszonej trawy.
Rodzina Kai tego roku miała do
dyspozycji tylko kiszoną odmianę Garronu, jako, że suszona spłonęła podczas
pożaru ich szopy. Po powrocie do chaty od razu zaczęli więc dzielić to, co
zebrali na kupki – tak, by później orientować się, co ma pójść do słojów, a co
do suszenia – a jej mąż ruszył do spiżarni, aby przynieść zeszłoroczne zapasy Świętej
Trawy.
Wkrótce nadszedł czas wieczerzy. Kaja
oraz Bruno, bo tak nazywał się jej towarzysz, siedzieli przy stole, spokojnie
spożywając świąteczne potrawy. Dzieci jednak, nasyciwszy się szybko, zaczęły
bawić się, biegając wokół stołu i dorzucając co chwilę do ognia Garronu, która
wypełniała izbę słodkim, przyjemnym zapachem.
Niespodziewanie, złotowłosy chłopiec
sięgnął do słoika, jednak zamiast zanieść trawę do paleniska, włożył ją do
swoich ust i począł żuć - kiszona, nabierała elastycznej faktury i kleiła się
do zębów, co zdawało się nadzwyczajnie fascynować chłopca.
– Michałku, co ty masz w buzi? – spytała
zdziwiona matka, wiedząc, że syn nie sięgał do stołu po żadną z potraw.
– Maaaamooo, ja wiem, ja.... on wziął...
– zaczęła mała Rut, nie mając zamiaru kryć brata, jednak nie skończyła mówić.
Przerwał jej wybuch jasnego światła, odrzucający wszystko, co znajdowało się
blisko w tył. Michałek wywrócił się, a dziewczynka, stojąca najbliżej,
poleciała na kant stołu, uderzając się o niego z całą mocą.
Rut osunęła się na ziemię, jednak to nie
na niej skupiona była uwaga całej rodziny.
Kaja i Bruno wstali z krzeseł.
Przed nimi, w niezwykłej jasności stała
rudowłosa, bardzo wysoka kobieta, odziana w złotą szatę. W jej grubych warkoczach można było dostrzec
źdźbła traw i zbóż, zaś w ręku trzymała kostur, o który delikatnie się
podpierała. Jego głowicę zdobiło złote jabłko.
Michałek cofnął się o krok, dotykając
plecami ściany, a bogini od razu skierowała swoje spojrzenie na niego.
– Pani... – odezwał się ostrożnie i z
czcią Bruno.
Kobieta rzuciła mu krótkie spojrzenie
pełne wściekłości i pogardy, jednak szybko znów zwróciła się ku chłopcu.
– Jak śmiesz... jak śmiesz odbierać
bogom co boskie! Żuć świętą trawę! Tymi podłymi zębami! Co ty sobie, gówniarzu,
myślisz?! Cały rok haruje, byście mieli co jeść! A wy wszyscy tak mi się
odpłacacie?!
Michałek nie odzywał się ani słowem,
spoglądał jedynie na boginię z przestrachem i cieniem przepraszającego
uśmiechu. Mina mu jednak nieco zrzedła, gdy Piękna Pani uderzyła go w twarz.
Michałek odruchowo złapał się za policzek, jednak chyba był zbyt przerażony,
aby płakać.
– Pani... to tylko chłopiec... – odezwała
się Kaja, drżącym głosem, pozwalając sobie przerwać tyradę wściekłej bogini.
– CHŁOPIEC? – odwróciła się na chwilę w
stronę matki Michałka – To trzeba było go pilnować! – energicznie odwróciła się
znów do swojej małej ofiary: – No, chłopcze, co więc masz na swoje usprawiedliwienie?
Niemy Michałek, rzecz jasna, nic ni
miał. Spoglądał tylko na Panią swoimi przestraszonymi, niebieskimi oczkami.
– Ta ludzka pycha... – mruknęła bogini –
och, skoro nawet nie umiesz mi odpowiedzieć, nie jesteś godny, aby móc
spoglądać na ten świat i te dzieła, które dla was przygotowuje, chłopcze. Nie mam do was siły... z roku
na rok jest coraz gorzej – obraz pani, kręcącej głową, zaczął się rozmywać -
Bądź przeklęty, chłopcze – powiedziała, jakby na pożegnanie.
Rodzice, gdy tylko bogini zniknęła,
rzucili się w stronę Michałka.
Nie potrzebowali dużej ilości czasu, aby
się zorientować, że chłopiec, zgodnie z klątwą bogini, był teraz nie tylko
niemy, ale i ślepy. Tak bardzo jednak skupili się na nim, że nie zauważyli
leżącej pod stołem małej Rut i powiększającej się czerwonej plamy wokół jej
główki.
Gdy się zorientowali, rudowłosa
dziewczynka była już martwa, a z jej ciała uleciała większa część ludzkiego
ciepła.
Wielka sala rozbrzmiewała rozmowami i
śmiechami, jednak królowej dzisiejszego święta - Janary - wciąż jeszcze nie
było. W całym pomieszczeniu dało się czuć słodki zapach Garronu: w tym roku głównie
kiszonej, ponieważ mąż Pani Żniw, zajmujący się Ogniskiem Domowym skutecznie
pozbawił liczne rodziny suszonej wersji, uznając tą za rzadszą i przyjemniejszą
dla nosa.
Janara pojawiła się dopiero po godzinie
świętowania, jakby nieco podłamana i - niewątpliwie - wściekła. Nawet jej strój
zdradzał jej nastrój: zwykle chodziła w jasnych szatach, dziś jednak założyła
na siebie krwistoczerwoną suknie.
Jako pierwszy zobaczył ją Barelief, bóg
słońca i światła, który natychmiast podszedł do solenizantki.
– Oj, kochana, witaj na swoim święcie!
Co ci się stało? Żądło osy wbiło ci się pod paznokcie?
Rudowłosa bogini rzuciła mu tylko
zirytowane i zrezygnowane spojrzenie.
– Przegięłam – powiedziała, siadając na
jednym ze schodków, prowadzących do głównej części sali. – Przegięłam z ilością
Garrnou przed świętem i trochę mnie poniosło... Och, nienawidzę, że oni tak je
marnują... nie dość, że mój mąż ją niszczy, jak najdzie go kaprys, to jeszcze
ci ludzie... ja się staram... a oni pozwalają dzieciom ją jeść...!
Barelief kiwnął głową ze zrozumieniem.
– No rozumiesz... rozumiesz, musiałam
zareagować.. Rozumiesz mnie, prawda?!
– Tak, kochaniutka, rozumiem, okropni ci
ludzie, roku na rok coraz gorsi...
– Co my z nimi zrobimy?
– Ukarzemy. Wkrótce, nie martw się.
– Jesteś cudowny, Barciu! – Janara
przytuliła się do swojego przybranego brata na chwilę, po której ten znów się
odezwał.
– Ale... przegięłaś... Co zrobiłaś,
kochaniutka?
– Nic takiego... właściwie... jak teraz
o tym myślę – wzruszyła ramionami – Chłopak nawet nie raczył się do mnie
odezwać... A miałam pozwolić mu na mnie patrzeć?
– Ale żyje?
Kiwnęła głową.
– To faktycznie, bez potrzeby się tym
zadręczasz. Chodź już, wszyscy na ciebie czekają.
Wstali wspólnie, podążając do
pozostałych gości.
* * *
Wrzucam ten tekst, bo mogę. To krótkie
opowiadanie nie było pisane „na serio” – po prostu poprosiłam kogoś o pomysł na
historię. Usłyszałam, że mam napisać o Michałku, który tak żuł gumę, aż oślepł
i wyszło właśnie to. Muszę przyznać, że w trakcie naprawdę dobrze się bawiłam,
nawet, jeśli to nie jest nic wielkiego.
To nie jest premiera tekstu! Został już
opublikowany na moim Wattpadzie. Z tym, że... jednak zdecydowałam, że chce mieć
te swoje teksty tutaj :) Spokojnie, nie wpłynie to na standardową ilość postów
i już za dwa dni osoby niezainteresowane dostaną coś bardziej typowego dla DM.
piątek, 24 lutego 2017
środa, 22 lutego 2017
Szczęścia nie dają...
Możesz mnie teraz znaleźć tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Zapewne
taki stan rzeczy funkcjonował przez jakiś czas, aż w końcu, w sposób zupełnie
naturalny okazało się, że są rzeczy na tyle powszechne, że każdy może je mieć.
Mógł to był pług, mogło to być wspomniane wcześniej masło. Stopniowo to właśnie
taki powszechny towar stał się pośrednikiem,
dzięki któremu ludziom po prostu łatwiej
było handlować. Teraz ludność wiedziała, że należy zawsze mieć tą daną rzecz,
dzięki której będzie mogła kupić wszystko w danej wsi.
Już
jakiś czas temu pisałam Wam o książce Złoto,
banki, ludzie – krótka historia pieniądza, która zawierała dwie prace
Rothbarda. Polecałam Wam ją jednak doskonale wiem i rozumiem, że nie każdego
temat ten interesuje na tyle, aby sięgnąć po książkę. Uznałam więc, że temat
interesuje mnie na tyle, by coś o nim napisać tutaj. Pisząc, opieram się
głównie na wcześniej wymienionej przeze mnie pozycji, aczkolwiek pamiętajcie:
nie jestem ekonomistą, czy specem w tym temacie. Po prostu mnie zainteresował
:) Jeśli więc chcecie przeczytać pracę naukową odsyłam do książki – a pozostałych
zapraszam do blogowego wpisu :D
Czym jest pieniądz?
Podobno
pieniądz szczęścia nie daje, huh? Część ludzi o odrzuca, część go hejtuje,
mówiąc, że niszczy nasz świat; jeszcze inni go tylko akceptują. Jeśli jednak
jesteście wśród jednej z tych grup to... szczerze mówiąc, to może oznaczać, że
po prostu nie rozumiecie czym jest. By to jednak w jasny sposób wyjaśnić,
musimy się cofnąć wiele lat wstecz i pogrzebać nieco w historii...
Najpierw był barter
Łatwiej
nam funkcjonować w społeczeństwie. Dzięki temu każdy może robić to, w czym jest
dobry i jednocześnie mieć u siebie wszystko, czego potrzebuje, mimo, że tego
nie produkuje. Tysiące lat temu jedna rodzina musiała być samowystarczalna:
musiała sobie szyć ubrania, polować, uprawiać rolę. Przez to nikt w niczym się
nie specjalizował i trudno było osiągnąć w jakiejś dziedzinie mistrzostwo. Aż w
końcu ktoś wpadł na genialny pomysł: hej, skoro mieszkamy obok siebie, wy macie
więcej pola, a my więcej broni do polowania do może wy skupcie się na jednym,
my na drugim i będziemy się wymieniać towarami? My oddamy wam niepotrzebny nam
nadmiar mięsa, a wy dacie nam swój nadmiar pszenicy i wszyscy będziemy
zadowoleni.
Tak
zaczął się handel: dzięki temu obydwie rodziny zaczęły ze sobą współpracować,
skupiając się bardziej na jednej czynności i doskonaląc umiejętności związane z
nią, co owocowało lepszymi plonami, albo większą ilością upolowanej zwierzyny.
Po
jakimś czasie z dwóch rodzin zrobiło się kilka... i nagle okazało się, że
rodzina A chce kupić krowę za masło; rodzina B chce sprzedać krowę, ale w
zamian wolałaby dostać pszenice, a rodzina C ma pszenicę, ale w zamian
najchętniej przyjęłaby właśnie masło. Skomplikowane, nie? Teraz, by rodzina A
mogła kupić krowę najpierw musi lecieć do rodziny C po pszenicę, by dopiero
później móc dostać to, czego naprawdę chce...
Zapewne
taki stan rzeczy funkcjonował przez jakiś czas, aż w końcu, w sposób zupełnie
naturalny okazało się, że są rzeczy na tyle powszechne, że każdy może je mieć.
Mógł to był pług, mogło to być wspomniane wcześniej masło. Stopniowo to właśnie
taki powszechny towar stał się pośrednikiem,
dzięki któremu ludziom po prostu łatwiej
było handlować. Teraz ludność wiedziała, że należy zawsze mieć tą daną rzecz,
dzięki której będzie mogła kupić wszystko w danej wsi.
Również
w sposób zupełnie naturalny ludzkość, metodą prób i błędów, zaczęła eliminować
towary, które nie były stałe, łatwo było je wyprodukować, zjeść, czy zniszczyć.
Posługiwanie się nimi było po prostu mniej wygodne... i tak oto do głosu doszły
metale szlachetne.
Złoto,
czy srebro są ładne, ale niszczą się stosunkowo wolno. Przy tym są ładne, więc
chcemy je mieć, ale z drugiej strony przecież tego nie zjemy, prawda? Do
produkcji broni i innych takich rzeczy bardziej nadają się inne metale, a te
nam się po prostu podobają. Nie łatwo jest je wydobyć, a ich ilość też jest w
jakiś sposób ograniczona, dzięki czemu nie zrobię sobie srebra, czy złota przez
noc, jak masła, i nie zniszczę tym samym cen istniejących na rynku... Ach, przy
tym wszystkim metale szlachetne w przeciwieństwie do np. diamentów zawsze mają
taką samą wartość; zawsze są tak samo czyste.
W
ten oto sposób złoto i srebro stały się najwygodniejszym towarem, który pomagał
ludziom w handlu.
Pieniądz to towar
Tak
właśnie dochodzimy do najbardziej istotnego wniosku: pieniądz to towar. Oznacza
to nie mniej, nie więcej tyle, że nasz zarobek to coś, co sami wypracowaliśmy:
to nasza ciężka praca, dzięki której możemy wyżyć, nie mniej, nie więcej.
Dlatego jeśli mówisz, że pieniądz jest zły, to miej świadomość, że
automatycznie psioczysz na swoją pracę. Mówisz, że kogoś zniszczył pieniądz?
Jeśli tak, to oznacza, że często winna była temu ciężka praca, którą wykonywał,
by dojść do swojej fortuny (temat dot. osób dziedziczących takowe jest
rozważaniem na zupełnie inny wpis). Pieniądz to ogromna wartość, w którą
wkładasz swoje siły, a nie zło tego świata, które trzeba zniszczyć ;)
Brak pokrycia w złocie
Dzisiejszy
świat boryka się z... brakiem pokrycia pieniądza w złocie. Osobiście słyszałam
nawet ekonomistów, którzy uznawali, że taki stan rzeczy jest wręcz bardzo
dobry. Co o tym sądzę...?
Cóż,
sądzę, że to totalna bzdura. Aczkolwiek temat ten poruszę tylko po łebkach:
jeśli chcecie o tym wiedzieć więcej musicie albo doczytać, albo poczekać na
ewentualny, kolejny post o ekonomicznej tematyce :)
Pieniądze
w takiej formie, w jakiej znamy je obecnie powstały przez wzgląd na wygodę:
łatwiej jest przekazać fundusze do banku i mieć przy sobie tylko pokwitowanie
(czyli banknot, lub monetę) potwierdzające, że jesteśmy jego posiadaczami. W
chwili jednak, w której świat odszedł od parytetu złota stała się rzecz wręcz
katastrofalna. Obecnie twórca pieniądza (czyli u nas – państwo) może dowolnie
zmieniać jego ilość, a co za tym idzie: sprawia, że nie jest stabilny. Przy tym
traci jakąkolwiek wartość... Bo teraz zamiast być towarem jest po prostu
świstkiem papieru, któremu nadajemy znacznie większą wartość, niż w
rzeczywistości posiada.
niedziela, 19 lutego 2017
Podróże z Herodotem: Dwóch wielkich w podróży
Sprawdź recenzję na Fantastyce Codziennej: https://fantastykacodzienna.pl/2017/02/19/podroze-z-herodotem-recenzja/
Etykiety:
autobiografia,
dla dorosłych,
literatura polska,
pamiętnik,
recenzja,
reportaż
czwartek, 16 lutego 2017
Byłam, widziałam i wspominam - o musicalach
Spotkasz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
O
musicalach pisałam na blogu już w maju 2015 roku. Dziś chce znów poruszyć ten
temat, tym razem w nieco inny sposób. Mianowicie, chce Wam krótko opowiedzieć o
paru na których byłam :) Nie ma ich szczególnie wiele, ale cóż, cały czas liczę
na więcej! Jeśli zainteresuje Was ten temat dajcie znać, a zrobię kolejny wpis,
tym razem o musicalach, które po prostu znam, a których nie widziałam na żywo.
Niestety, ale takich jest znacznie więcej, nad czym cały czas ubolewam.
High School Musical On Stage
Oto
musical, który był pierwszym, jaki widziałam na żywo :D Niestety, szczerze
mówiąc nawet nie pamiętam w którym dokładnie roku go widziałam. Obstawiam 2011,
aczkolwiek pewności nie mam. Poszłam na niego dzięki cioci, która załatwiła mi
i mojej siostrze bilety. High School Musical znałam już wcześniej z Disney
Channel, i to całkiem dobrze, ale choć lubiłam go nigdy nie byłam jego wielką
fanką. Szczerze przyznam, że z samego spektaklu niewiele pamiętam. Było...
fajnie. I tyle. Chyba nieco irytowały mnie polskie wersje piosenek, które znałam
już wcześniej. Musical obejrzałam na deskach gliwickiego teatru :)
Tarzan
Tarzana
w Polsce można było zobaczyć (a może dalej można?) na deskach zabrzańskiego
Domu Muzyki i Tańca. Gdy się o tym dowiedziałam wyprosiłam od rodziców bilety i
pierwszego czerwca 2012 roku udało nam się razem na niego pójść. Jak było?
Cudownie. Moja siostra narzekała na zmienioną wersje tekstów piosenek, ale
szczerze mówiąc mi one chyba nawet bardziej przypadły do gustu. Ta polska
wersja boadway’owskiego musicalu wypadła naprawdę dobrze. Stroje małp wprawdzie
z zewnątrz mogą wyglądać nieco śmiesznie, jednak na scenie naprawdę działa się
magia: było głośno, było tanecznie i muzycznie. Samej historii chyba nikomu
przedstawiać bliżej nie muszę :) Był to pierwszy musical, na który wybrałam się
w pełni świadomie.
Jesus Christ Superstar
Na
ten musical miałam się wybrać z pewnym moim kolegą, ostatecznie jednak byłam na
nim z... szkołą. Kiedy? Wiosną 2016 roku. Byłam na chorzowskiej wersji tejże
sztuki i wiecie co? To był pierwszy musical oglądany na żywo, który szczerze
mnie rozczarował. Janusz Radek (w roli Judasza) wprawdzie zachwycił mnie swoim
wokalem, ale miałam wrażenie, że pozostała część obsady nie do końca mogła
pokazać swoje umiejętności. Przy okazji słyszalność była naprawdę okropna: nie
rozumiałam połowy tekstu, co oznaczało ni mniej, ni więcej tyle, że nie
zrozumiałam historii, której wcześniej nie znałam. Sama fabuła, o której
później słyszałam też nieszczególnie mi się spodobała... i choć niektóre
kawałki z Jesus Christ Superstar
lubię to jednak ten musical do mnie nie przemawia.
Rodzina Adamsów
Na
Rodzinę Adamsów również wybrałam się
wiosną 2016, tym razem z rodziną. Musical nie zrobił na mnie wielkiego
wrażenia: był po prostu miłą historyjką, chwilami śmieszną... i właściwie tyle.
Niemniej, wokal Sylwii Banasik, którą poznałam już wcześniej dzięki Studiu
Accantus, a która grała rolę Wednesday zachwycił mnie na żywo tak samo, jak
robi to poprzez słuchawki, a Miłosz Mogiwelski w roli Pugsley’a sprawdził się
również znakomicie. Z tego co wiem musical wystawiany już nie będzie, a szkoda,
bo dla fanów tejże serii na pewno była to cudowna zabawa.
Jakie plany na teraz? Cóż, niewielkie: ceny biletów przerażają moją studencką kieszeń. Ale na pewno 30 marca wybieram się na Notre Dame w Gdyni. Niestety, rezerwowane w grudniu bilety i tak zapewniły mi miejsce w ostanim rzędzie XD Chcielibyście jakąś relacje z tego wydarzenia?
wtorek, 14 lutego 2017
Recenzja przeniesiona: https://fantastykacodzienna.pl/2017/02/14/cienioryt-recenzja/
niedziela, 12 lutego 2017
piątek, 10 lutego 2017
czwartek, 9 lutego 2017
Moja współpraca z Miesięcznikiem Wobec!
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
W
styczniu tego roku nawiązałam współpracę ze społeczno-kulturalnym
Miesięcznikiem Wobec. W ostatnich dniach
pojawił się w nim mój tekst, który jest – a jakby inaczej – recenzją! Ta pojawi
się także tutaj, ale dopiero w marcu, dlatego też jeśli chcecie zapoznać się z
nią zapraszam Was albo na stronę miesięcznika, albo bezpośrednio do mojegotekstu :)
A
jeśli chcecie zaczekać sobie ten miesiąc to zapraszam na bloga jutro. Zdradzę
Wam, że książka, o której będziecie mogli przeczytać będzie historyczna. A ja
uciekam, przygotowywać dla Was bonusowy post, który pojawi się pewnie jakoś w
przyszłym tygodniu.
środa, 8 lutego 2017
poniedziałek, 6 lutego 2017
sobota, 4 lutego 2017
Pokłońcie się przed Królami i Królowymi tego świata!
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Katarzyna Bonda uznawana jest za polską królową kryminału: debiut jej pierwszej powieści miał miejsce w 2007 roku.
Aneta
Jadowska? Swoją pierwszą książkę wydała w 2012 roku. Uchodzi za królową
polskiego urban fantasy.
Colleen
Hoover swój debiut miała w tym samym roku co pani Jadowska. Nazywamy ją królową
new adult.
Powyższe
trzy panie to tylko przykłady, które jako pierwsze przyszły mi na myśl, ale nie
trzeba wcale grzebać, by znaleźć ich więcej. Wiecie, czemu je wymieniłam?
Zapewne tak, a jeśli nie to niewątpliwie się domyślacie :)
Gdy
słyszę, że Stephen King to król grozy, czy horroru nie mam kompletnie nic
przeciwko. Wprawdzie nie przepadam za jego twórczością, ale nie dość, że jego
nazwisko do tego nazewnictwa pasuje to jeszcze od lat jest jednym z czołowych
twórców swojego gatunku. Nie czepiam się także Michaela Jacksona, który nawet
za swojego życia szczególnie mi nie imponował swoją twórczością, a już na pewno
nigdy mnie nie zachwycił. Ale ciągle jest o nim głośno, ciągle się o nim mówi –
dlatego nie mam kompletnie nic przeciwko, gdy ktoś nazywa go królem popu. To
samo będzie tyczyło się chociażby Tolkiena jako mistrza high fantasy, czy Agaty
Christie jako królowej kryminału.
Niestety,
obecnie życie współczesnego pisarza zdaje się być według czytelników tak
krótkie, że wystarczy jeden sukces, jedna rekordowa sprzedaż, czy jedno dobrze
wypromowane dzieło, by okrzyknąć kogoś królem, czy królową. Nie trzeba wcale
wiele, by taki tytuł osiągnąć: wystarczy chwila, by dany twórca (niekoniecznie
pisarz) został uznany za władcę w swojej dziedzinie. Szkoda tylko, że wystarczy
chwila, aby tę osobę z piedestału zrzucić: ktoś sprzeda się lepiej i już będzie
nową Hoover, czy Bondą, a nazwiska tych pań stopniowo odejdą w zapomnienie.
Doskonale
rozumiem, że komuś może się czyjaś twórczość tak podobać, by uznał danego
artystę za swojego władcę, czy mistrza.
Rozumiem to i kompletnie nic przeciwko nie mam. Problem pojawia się w
chwili, gdy ktoś – w ramach promocji, czy przez przypadek – nazwie kogoś tym
tytułem, a czytelnik zacznie to bezmyślnie powtarzać. I oto idzie nam fama:
Jadowska królową urban fanasy*. Nie zdziwiłabym się też wcale, gdyby okazało
się, że wiele takich tytułów powstało przez wyjęcie z kontekstu jakiegoś zdania
z recenzji, czy artykułu.
I
co z tego, że król, czy królowa w popkulturze powinien być (przynajmniej według
mnie) kimś ponadczasowym; kimś, kto łączy pokolenia przez to, co tworzy; kimś,
kto przez lata dochodził do swojej pozycji i przez lata ją utrzymuje. Dziś,
zamiast jednego Michaela Jacksona, czy Kinga, mamy tonę władców fantasy,
kryminału, new adult i czego tylko zapragniecie. Szkoda tylko, że spora część z
nich może dość szybko z rynku wypaść i po parunastu latach kompletnie nikt nie
będzie o nich pamiętał...
Dlatego
też apeluję: uważajcie, kogo nazywacie najlepszym z najlepszych. Kogo
ustawiacie na piedestale i do kogo w swoich tekstach wznosicie modły. Lubisz
jakiegoś pisarza? Uważasz, że jest TWOIM
autorytetem? Napisz o tym, jasne, ale przy tym podkreśl, że ta opinia
dotyczy CIEBIE, a nie całego wszechświata. Tak samo, jak nie mówisz Kocham Cię do wszystkich i jak nie
wszystkich nazywasz przyjaciółmi tak uważaj na używanie mocnych słów względem
autorów. Nie wątpię, że niejeden byłby za to wdzięczny: w końcu twórca to też
człowiek, który często lepiej niż czytelnik zdaje sobie sprawę ze swoich braków
w wiedzy, czy warsztacie i nie wątpię, że nie jeden raz jest mu przy czymś
takim po prostu trochę głupio :) Zwłaszcza, jeśli dopiero zaczyna pisać.
Poruszyłam
tu głównie nazywanie twórców królem i
królową w danej dziedzinie, ale
oczywiście to odnosi się do różnorakich innych określeń tego typu. Dlatego też miejcie
to na uwadze. Poza tym chętnie poznałabym Wasze zdanie na ten temat: zwłaszcza,
jeśli sami piszecie i tak mocne słowa kierowane są pod Waszym adresem. Jak się
wtedy czujecie? Albo – jak czulibyście się, gdyby coś takiego się stało?
*To tylko przykład: nie mam pojęcia,
kto, kiedy, czemu i jak zaczął panią Anetę Jadowską w ten sposób nazywać. Nie oceniam tutaj także jej twórczości (tak samo, jak nie oceniam tu twórczości Katarzyny Bondy czy Colleen Hoover: przypadki tych pań miały jedynie na celu ułatwienie mi wyjaśnienia Wam o co chodzi w tym wpisie).
czwartek, 2 lutego 2017
Subskrybuj:
Posty (Atom)


