Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2022

Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru: czy siedem miesięcy to wystarczająco?



Siedem miesięcy to jednocześnie dużo i bardzo mało czasu. Z jednej strony przez ponad pół roku można wiele zobaczyć, rozpocząć nowe przyjaźnie, zacząć uczyć się języka. Ten czas pozwala na lekkie wniknięcie do społeczności danego miejsca i zobaczenie go trochę od podszewki. Z drugiej strony to jednak za mało, aby stać się tutejszym. To też nie jest wystarczający czas na to, aby zapoznać się dogłębnie ze strukturą danego miejsca, kulturą i ludnościami. „Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru” powstały jednak właśnie po siedmiu miesiącach pobytu autorów w tym afrykańskim kraju, w którym prężnie rozwija się turystyka. Czy to udana próba przeanalizowania obecnych tam problemów?

Urok. Historie z Tanzanii i Zanzibaru
Mateusz Mękarski, Kaja Kraska
wyd. Altenberg, 2021

Kaję Kraska i Mateusza Mękarskiego znam od dawna. Obserwuje ich kanał na Youtube i generalnie lubię ich materiały, zarówno za ich podejście do tematów, jak i samą oprawę wizualną. Jednak napisanie książki to nieco inne zadanie, niż nagranie filmu, a to przecież ich literacki debiut. Chociaż mam wrażenie, że mówiąc o nich mam w tym przypadku bardziej na myśli Mateusza. Tekst pisany jest z jego perspektywy i wydaje mi się, że współautorka być może pomagała merytorycznie, ale chyba nie ona była tu głównym twórcą. Ale oczywiście – mogę się mylić.

Książka podzielona jest na rozdziały, z których każdy opowiada o czymś nieco innym. Co prawda, niektóre wątki się zazębiają (np. tematyka pracujących na Zanzibarze prostytutek przewija się przez kilka rozdziałów), ale generalnie tekst można czytać na wyrywki, bądź robić sobie dłuższe przerwy pomiędzy konkretnymi rozdziałami. 

Z powodu właśnie takiej konstrukcji, która przypomina trochę antologię opowiadań, dostajemy tekst niezbyt równy. To znaczy, z powodu mnogości tematów, niektóre są bardziej interesujące, inne mniej. Nie do każdego autorzy znaleźli tak samo ciekawych bohaterów, a same rozdziały formą przypominają w gruncie rzeczy odcinek opublikowany na Youtube, tylko zapisany w formie książkowej. I o ile rozumiem, dlaczego takie opowieści się tu znalazły, to kilka z nich chętnie podmieniłabym na inne… o ile oczywiście z tych siedmiu miesięcy dałoby się wcisnąć tu coś jeszcze.

Samo podejście do trudnych tematów w„Uroku” po prostu mi odpowiada. Nie jest to chyba żadne zdziwienie, bo jak już wspominałam, autorów znam z innych mediów i wiem, jak mniej-więcej pracują z materiałem. Ale wydaje mi się, że zarówno Karska, jak i Mękarski są po prostu dość realistyczni i w miarę możliwości obiektywni w swoim światopoglądzie, a to mi po prostu odpowiada.

Jeśli zaś chodzi o sam styl, w jakim książka została napisana, to jak na debiut jest nieźle, choć widać czasem, że autorzy nie mają wielkiej wprawy w tworzeniu literatury jako takiej. Język jest dość prosty i blogowo-podróżniczy. Nie przeszkadza mi to szczególnie: wolę takie podejście, niż napuszone opowieści z masą trudnych słów. Niestety, to też wiąże się z tym, że sama niektóre rozmowy, czy fragmenty miałam ochotę wyciąć, czasem pojawiała się nuda, a gdzieniegdzie pojawiał się jakiś niedosyt.  Ale przyznaję, że to chyba pierwsza książka stworzona przez twórców z Youtube, którą przeczytałam i której nie miałam ochoty rzucić w kąt. W tym przypadku widać i wiedzę, i szczerą chęć podzielenia się w gruncie rzeczy wartościowymi przeżyciami twórców.

Nie czytam dużo takiej literatury i miło było sięgnąć po coś podróżniczego. Jeśli ten duet jeszcze kiedyś coś wyda to kto wie, może nawet po tą nowość sięgnę. Chociaż jednocześnie gdzieś tam mam w sobie myśl, że wolałabym jednak przeczytać coś stworzonego przez znawcę tematu, a nie bądź co bądź amatorów, którzy robią dobrą robotę jak na swoje możliwości, ale po prostu nie są w stanie dostarczyć czegoś więcej. Niemniej, sama lektura była dla mnie całkiem satysfakcjonująca.


sobota, 11 grudnia 2021

Ptaki nie znają granic: w pogoni za rekordem


Podróż dookoła świata jest jeszcze bardziej pasjonująca, gdy próbuje się pobić jakiś rekord. Noah Strycker wyruszył, aby zaobserwować co najmniej 5000 różnych gatunków w ciągu roku.

 

„Rzecz o ptakach” i „Ptaki nie znając granic” Stryckera kupiłam na dużych przecenach, przy okazji. Uznałam wówczas, że właściwie będą obok siebie ładnie wyglądały, a przecież nie mogą być złe, więc czemu nie? Niestety, „Rzecz o ptakach” okazała się raczej kiepską pozycją… a „Ptaki nie znają granic” w pewnych względach jeszcze gorszą.

Zacznijmy od tego, że polski tytuł wprowadza czytelnika w błąd. Oryginalny brzmi: „Birding without borders”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Ptasiarstwo bez granic”. To zdecydowanie lepiej obrazuje, o czym ta książka jest. Bo Strycker nie pisze bezpośrednio o ptakach, a o swojej podróży dookoła świata, w której trakcie miał je obserwować. Zadanie wykonuje jako ptasiarz, czyli osoba, która po prostu patrzy na te zwierzęta i odhacza kolejne i kolejne gatunki na swojej liście.

Ptaki nie znają granic
Noah Strycker
wyd. Muza, 2019

Na początku myślałam, że będzie to tytuł lepszy, niż „Rzecz o ptakach”. Samo ptasiarstwo to temat raczej mi obcy, a Strycker zaczyna od wykładu na ten temat. Tłumaczy, skąd się to wzięło, jak działają takie osoby, z jakich aplikacji warto korzystać itp., itd. To było ciekawe wprowadzenie do jego pasji i pozwoliło mi trochę poznać ten nieznany mi świat.

Potem robi się gorzej, głównie dlatego, że „Ptaki nie znają granic” to po prostu bardzo, bardzo nudny reportaż. Schemat tej książki wygląda mniej więcej tak: Strycer opisuje, że przybywa do jakiegoś kraju. Tam spotyka swojego przewodnika albo dwóch, szukają ptaków. Zazwyczaj najważniejszy dla danego rozdziału jest jakiś jeden, o którego zobaczeniu autor marzy. Następnie widzi go, zachwyca się tym, jak to zwierzę wygląda, zapodaje jedna lub dwie ciekawostki i leci dalej.

Rozumiem, że ta podróż miała na celu pobicie światowego rekordu w ilości zobaczonych gatunków w jak najkrótszym czasie. Ale taka podróż „na szybko” nie nadaje się na reportaż. Brakuje tu jakiegokolwiek zagłębienia się w temat. Gdy coś już się pojawi to znika w kolejnym akapicie. Autor nie prowadzi żadnych interesujących rozmów, a ciekawostki i zachwyty, którymi raczy czytelnika są w większości wtórne do „Rzeczy o ptakach”.

Niemniej, mimo wszystko rozumiem osoby, którym się ta książka podobała. Pokazuje nieco inny świat, na dodatek jest po prostu lekka. Mnie styl Stryckera nudzi: jest w nim za mało konkretów, a za dużo jego prywaty. Ale wyobrażam sobie, że po ciężkim dniu pracy taka gawęda może niektórym odpowiadać, a same ptaki to po prostu sympatyczny temat. Zwłaszcza, że autor nie wchodzi głęboko w temat zmian klimatycznych, czy wymierających gatunków, więc ten tytuł nie obarczy niczyjej głowy tego typu zmartwieniami.

Warto dodać, że książka ma ok. 380 stron, ale tak naprawdę tylko 300 stron czegoś, co można czytać. Na końcu można znaleźć m.in. podziękowania, listę ekwipunku (to akurat przydatna sprawa!) oraz całą listę ponad 6000 gatunków ptaków, które autor zobaczył na wyprawie. A wystarczyło dać tam link do dokumentów Google! Osobiście odbieram to jako marnotrawstwo papieru, które niewiele do książki wnosi.

Nie jestem zadowolona z lektury. Nie jest ona odrażająco zła, przeciwnie – uznałabym ją po prostu za przeciętną. Ale od miłośnika ptaków naprawdę spodziewałabym się odrobiny więcej zaangażowania w przedstawienie konkretnych gatunków, albo opisanie ciekawych historii. Zaś pośpieszna podróż przez świat, byleby tylko odhaczyć kolejne gatunki i przedstawić kolejne nudne statystyki kompletnie mnie nie interesowała.


piątek, 28 maja 2021

Wiedźmin. Historia fenomenu: kompetentna książka o Geralcie z Rivii

 

Nie da się ukryć, że historia o Geralcie z Rivii stworzona przez Andrzeja Sapkowskiego miała i wciąż ma olbrzymi wpływ na polską fantastykę. Jest też jednym z naszych niewielu towarów eksportowych na rynek anglosaski, jeśli chodzi o literaturę. Na jej podstawie powstały gry (nie tylko te na PC!), produkcje sceniczne, czy filmowe. Biały wilk stał się marką rozpoznawalną na całym świecie, toteż Adam Flamma postanowił zbadać tę historię, tworząc książkę „Wiedźmin. Historia fenomenu”.

Przyznaję, że przed zakupem tej książki wstrzymywała mnie cena. Nigdy nie widziałam jej na własne oczy i mimo wszystko ponad 40 zł w cenie księgarni internetowych nieco mnie odstraszało. Gdy jednak książka trafiła w moje ręce zorientowałam się, skąd się wzięła. Twarda oprawa, śliski papier i masa zdjęć i to wszystko na około 500 stronach. To książka, na której wydaniu Dolnośląskie raczej nie szczędziło.

Wiedźmin. Historia fenomenu
Adam Flamma
wyd. Dolnośląskie, 2020

I nie dziw, bo trudno o inną tak kompletną książkę, jeśli chodzi o historię prozy Sapkowskiego. Autor przechodzi krok po kroku do kolejnych wiedźmińskich dzieł. Zaczyna oczywiście od prozy Sapkowskiego i wyjaśniania, w jakich warunkach debiutowało. Następnie po kolei omawia każdą dotychczasową adaptację, po każdym segmencie publikując wywiad z osobą powiązaną z danym działaniem. To więc książka dość kompletna, na dodatek będąca źródłem naprawdę dużej ilości informacji na temat tworzenia i adaptowania dzieł w ogóle. Z tego powodu wydaje mi się, że może sprawdzić się jako lektura nie tylko dla samych fanów wiedźmina jako takich.

Oczywiście, jak z takimi książkami bywa, nie każdy fragment interesował mnie na równi. Mimo wszystko najbardziej kręci mnie proza, toteż opisy tworzenia innych dzieł nie koniecznie były dla mnie równie ciekawe, ale wydaje mi się to rzeczą bardzo osobistą i po prostu dość ludzką. Na ile jednak znam historię polskiej fantastyki i wiedźmina w ogóle, na tyle mogę powiedzieć, że Flamma swoją książkę przygotował naprawdę bardzo rzetelnie i jeśli ktokolwiek chce zainteresować się „okołowiedźmińską” teorią bardziej to jego książka to po prostu coś, co trzeba mieć w swojej biblioteczce.

Jeśli miałabym się jedynie do czegoś „przyczepić” byłoby to pewnie wrażenie, że ta historia jest dosyć… laurkowa. Faktem pozostaje, że Flamma nie podejmował się recenzji czy próby opiniowania, a po prostu przedstawienia historii, którą rozpoczęły książki Sapkowskiego, ale mam wrażenie, że na łamach tej powieści pojawiały się o autorze jedynie pozytywne opinie. Jest to zrozumiałe, zważając na to, że cała ta praca jest właściwie poświęcona fenomenowi, który z natury jest raczej czymś dobrym, ale jednocześnie mam świadomość, że z łódzkim pisarzem nie zawsze było kolorowo.

„Wiedźmin. Historia fenomenu” to przykład naprawdę porządnej lektury, stworzonej przez kompetentną osobę. Jest świetnym pomysłem na prezent, ale także będzie po prostu stanowić świetne uzupełnienie biblioteczki każdego, kto interesuje się polską popkulturą.


wtorek, 25 maja 2021

Historie fandomowe: historia polskiej fantastyki od ludzkiej strony

Tomasz Pindel podjął się trudnego zadania: mianowicie, opowiedzenia o polskim fandomie. O jego narodzinach, rozwoju, o stanie współczesnym. Jako że narodził się na przełomie lat 70. i 80. XX wieku miał do opowiedzenia ponad 40 lat i spróbował to poczynić na niespełna 250 stronach. Czy mu to wyszło? Wydaje mi się, że w dużej mierze owszem.

Historie fandomowe
Tomasz Pindel
wyd. Czarne 2019

Książka ma formę dość luźnego reportażu. Wyjaśniającego historię polskiego fandomu, ale z prywatnym spojrzeniem na sytuację. Pindel nie unika anegdotek. Podaje ważne daty i kluczowe wydarzenia, wyjaśnia czemu są istotne. Gdy trzeba objaśnić pewne kwestie związane z fantastyką, czy popkulturą: po prostu to robi. „Historie fandomowe” mają więc raczej lekką formę, przyjazną odbiorcy, która nie przybiera formy wyliczanki, jak to się często dzieje w tego typu publikacjach.

Przez to jednak nie jest to w żadnym razie opracowanie kompletne czy „naukowe” – to reportaż, oparty na rozmowie z wieloma twórcami oraz własnymi wspomnieniami autora. Bez wątpienia będzie więc przydatny osobom, które zajmują się badaniem gatunku czy fandomu właśnie, ale przy tym nie da czystego obrazu. Aby go zdobyć, raczej trzeba sięgnąć po większą ilość tytułów.

Wydaje mi się też, że mimo wszystko osoba fandomu nieznająca i niezbyt nim zainteresowana mogłaby się koniec końców trochę zmęczyć. Dla mnie większość podawanych nazwisk była znana. Wiem, czym się te osoby zajmują lub zajmowały. Znam okresy, w których dołączyły do fandomu, sporo anegdot już słyszałam, a wiele ze wspominanych przez Pindela książek mam i znam. Dlatego lektura była dla mnie zdecydowanie łatwiejsza, aczkolwiek tak czy siak, jak na tego typu pozycje ta jest naprawdę przystępna. Zresztą, po Czarnym niczego złego się nie spodziewałam. Czytam książki tego wydawcy rzadko, ale nie da się ukryć: po prostu ufam jego renomie.

Jedyna rzecz, która nie do końca mi się w tym przypadku podobała to opis współczesnego fandomu. Rozumiem, że niełatwo go obecnie jakoś poważnie zbadać, ale Pindel ograniczył się jedynie do opisu swojego pobytu na Pyrkonie 2018. Pokazał pewne różnice, wyjaśnił zmiany w podejściu do popkultury, ale… to naprawdę było dość płytkie podejście.

„Historie fandomowe” są oczywiście książką kierowaną do bardzo konkretnego grona odbiorców. Do fanów fantastyki, do osób, których kręci historia popkultury w Polsce, do fanów. Kompletnie niezainteresowane osoby raczej nie wydają mi się kimś, kto by po taki tytuł sięgał chętnie. Ale wydaje mi się, że warto to zrobić tak czy siak. To dość unikatowy tytuł, o całkiem unikatowym środowisku, które dobrze jest poznać od wewnątrz.


czwartek, 23 stycznia 2020

Festiwale wyklęte: muzyczny Kołobrzeg i Zielona Góra w latach 80.





W PRLu na scenie muzycznej królowały cztery festiwale. Dwa z nich – kołobrzeski i zielonogórski – zaczęły odchodzić w niepamięć. Bartosz Żurawkiecki próbuje dotrzeć do uczestników tych imprez i przeanalizować ich historię.

Tytuł: Festiwale Wyklęte
Autor: Bartosz Żurawiecki
Liczba stron: 400
Gatunek: reportaż
Wydanie: Krytyka Polityczna, 2019
Ostatnio odczuwam dość duże braki w mojej wiedzy, jeśli chodzi o ogólną, powszechną, polską kulturę. Nie oszukujmy się – nie jestem szczególnie zainteresowana naszą sceną muzyczną, brakuje mi też wiedzy z dziedzin sztuk plastycznych i teatralnych. „Festiwale wyklęte” Żurawieckiego potraktowałam więc jako możliwość rozwinięcia swojej świadomości, połączone z poznaniem jakiegoś reportażu. Nie czytam ich często, ale choćby przez wzgląd na moje wykształcenie czasem „wypadałoby”, abym po jakiś sięgnęła. Oceniam więc tę książkę jako kompletny, muzyczny laik – wydaje mi się, że to warto zaakcentować na samym początku.
Jako, że z Krytyką Polityczną nie miałam jeszcze nic wspólnego to byłam naprawdę mile zaskoczona tym, jak „Festiwale wyklęte” zostały wydane. Może nie mają twardej oprawy, ale grafika okładki dobrze oddaje ducha książki, a wewnątrz znajdziemy naprawdę wiele adekwatnych zdjęć, które już same w sobie są w moim odczuciu całkiem cenne. Zebranie fotografii ze starych czasopism wymaga w końcu sporo pracy.
Sam reportaż Żurawieckiego ma zaś całkiem sensowną konstrukcję. Autor przedstawia nam obydwa festiwale, a następnie powoli wędrujemy razem z nim przez kolejne ich odsłony. Jednocześnie w samej narracji Żurawiecki sam od siebie przedstawia nam głównie suche fakty (czasem w jasny sposób dodając swoje zdanie na dany temat, dzięki czemu tekst wypada naturalniej). Komentarz i ubarwianie rzeczywistości zostawia zaś świadkom imprezy. Uczestnikom, muzykom, organizatorom. Daje nam poznać ich zdanie i ich perspektywę, a to w moim odczuciu przy takim – jakby nie patrzeć – historycznym zadaniu jest bardzo istotne. Ponadto dzięki temu naprawdę widać ilość pracy włożoną w stworzenie tej książki.
Poza zdjęciami i komentarzem świadków dostajemy też często fragmenty piosenek, w wielu przypadkach już zapomnianych przez młode pokolenie. Nic dziwnego: większość z nich przesycona jest ówczesną propagandą i raczej nikt ich dziś śpiewać już nie będzie. To też był zdecydowanie sympatyczny element „Festiwalów wyklętych”.
Jak to jednak w przypadku tego typu dzieł bywa, człowiek bez wiedzy na dany temat może się z czasem znudzić i tak też było w moim przypadku. Chociaż poznanie polskiego świata muzyki z lat 70. czy 80. było całkiem fascynujące na samym początku to „Festiwale wyklęte” są trochę kronikarską robotą. Ilość nazwisk, czy dat prędko zaczęła mnie nieco przytłaczać i przyłapywałam się na tym, że wodzę wzrokiem za tekstem, tylko po to, by wyłapać dziwactwa naszego starego systemu, czy ciekawostki związane z życiem w tamtych czasach. To, kto występował, kiedy i gdzie przy takiej ilości informacji najzwyczajniej w świecie przestawało mnie interesować.
Absolutnie nie oznacza to jednak, że „Festiwale wyklęte” są książką złą. Autor pisze o temacie stosunkowo lekko, bez nadmiernego patetyzmu, ze swobodą opowiadając nam historię festiwali. Poza tym osobiście czuję, że od lektury dostałam to, czego chciałam. Czegoś się jednak dowiedziałam, a jeśli będę chciała sobie przypomnieć, czy znaleźć jakieś fakty, nic nie stoi na przeszkodzie, by do tej lektury wrócić. Reportaż Bartosza Żurawieckiego nie jest więc, jak każda książka, lekturą dla każdego, ale wydaje mi się, że osoby zainteresowane tematyką muzyki i PRLu powinny w niej odnaleźć coś dla siebie. Żałuję jedynie, że nie jestem w stanie ocenić samych faktów przedstawionych w „Festiwalach wyklętych” pod kątem merytorycznym. Niestety, na to w tej chwili brakuje mi wiedzy.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 28 kwietnia 2018

Peryferyjczyk: Zbiór krótkich form o szarych obywatelach


Od 1993 roku do współczesności – oto zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka. Wcześniej wydane w prasie, obecnie w formie książki, analizują życie szarych obywateli.
  
Jako studentka dziennikarstwa nie raz i nie dwa mam wyrzuty sumienia, bo rzadko sięgam po reportaże, które teoretycznie „powinny” być podstawą mojej czytelniczo-studenckiej podróży. Dlatego gdy pojawiła się możliwość sięgnięcia po „Peryferyjczyka” nie wahałam się i postanowiłam sprawdzić, co Marcin Kołodziejczyk ma mi do zaoferowania.
Tytuł: Peryferyjczyk
Autor: Marcin Kołodziejczyk
Liczba stron: 389
Gatunek: reportaż
Wydanie: Wielka Litera, Warszawa 2017
Teksty, które dostajemy są przedrukiem z magazynów, pozbawione jakichkolwiek poprawek, które dostosowywałyby je do wersji książkowej. I musze przyznać, że to mój główny zarzut do tej książki. Przed każdym z reportaży mamy niepogrubiony lid, który streszcza nam tekst i jeśli czytelnik nie zorientuje się, czemu ktoś mu opowiada w skrócie całość może poczuć się niepocieszony. Poza tym w związku z tym ten początek często zachęca, ale wewnątrz już brakuje polotu: bo wiemy, co się mniej więcej wydarzy i bo sam tekst jest często rzemieślniczą pracą dziennikarza, który co miesiąc musi napisać konkretną ilość tekstów, więc niekoniecznie ma czas na dopracowanie wszystkiego.
To, co jeszcze bolało mnie w tym zbiorze to podejście autora do sieci: miałam wrażenie, że często próbuje oceniać Internet, czy gry jako coś negatywnego, coś co tylko wysysa czas… a że absolutnie się z tym nie zgadzam, nie czułam się za dobrze czytając takie analizy.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Peryferyjczyk” to zbiór całkiem przyjemnych tekstów, dotykających spraw społecznych i kryminalnych, które szybko się czyta. Kołodziejczyk często ma dość trafne spostrzeżenia, a tematy, które porusza, można uznać za istotne. Z tym, że… dla mnie to jest po prostu za mało. To nie jest dzieło, które powala stylem, czy treścią, a ponieważ nie jestem wielbicielką tego gatunku po prostu na sporej ilości fragmentów odpływałam myślami zupełnie gdzieś indziej.
W trakcie czytania nasunęła mi się refleksja, że ten zbiór to doskonała pozycja dla osób, które często czytają w komunikacji miejskiej i sięgają głównie po ten gatunek: dzięki takiemu zbiorkowi będą mieli zawsze pod ręką sporą ilość tekstów, które można przeczytać, a których długość jest „w sam raz” na kilkunastominutową podróż. Naprawdę, mam wrażenie, że do tego „Peryferyjczyk” sprawdzi się znakomicie.
Ostatecznie ja sama raczej do tego zbiorku nie wrócę: nie zachwycił mnie, nie odkrył przede mną absolutnie niczego nowego. Nie jest to jednak zła książka: najzwyczajniej w świecie do mnie reportaż niekoniecznie przemawia. Z tego powodu jeśli lubicie tego typu pozycje warto się z nią zapoznać, choćby idąc do księgarni i czytając kilka pierwszych stron, aby zorientować się, czy styl autora Wam odpowiada.


* * *

Wsiadam do pociągu i od razu do kibelka, bo nie mam biletu. Zamykam się i jadę. Ludzie biorą za klamkę, a ja nic. Okno sobie otwieram i wyglądam. Papierosa zapalę.  Wysiadam, jak zobaczę konia na łące. Potem w nocy przyjdę i go ukradnę. Każdy koń za mną pójdzie.
Fragment „Peryferyjczyka” Marcina Kołodziejczyka



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 9 lutego 2018

Jasnowidz na policyjnym etacie: parapsychologia, czy oszustwo?

Krzysztof Jackowski to obecnie najbardziej znany, polski jasnowidz. Na czym jednak polega jego dar? Jakim cudem odnajduje zwłoki zaginionych, nie mając pojęcia o sprawie? W poszukiwanie prawdy wyrusza młody policjant, Krzysztof Janoszka.

Od jakiegoś czasu czułam potrzebę przeczytania czegoś opierającego się na faktach, niekoniecznie fabularnego. Jako, że w takiej literaturze raczej „nie siedzę” wybrałam dość przypadkowo i postanowiłam zapoznać się z „Jasnowidzem na policyjnym etacie”: książki Krzysztofa Janoszki, w pewnym sensie napisanej w duecie z Krzysztofem Jackowskim.
W pewnym sensie, bo chodź Jackowskiego tu nie brakuje, ba – całość kręci się wokół jego postaci – to jednak idea i zamysł należy do Janoszki. Dostajemy książkę pełną krótkich rozdziałów, te zaś możemy podzielić na trzy rodzaje. Wywiad z Jackowskim, rozmowy z policjantami oraz opisy zbrodni, które jasnowidz pomagał rozwiązywać. Chce też zauważyć, że chociaż teoretycznie dostajemy ponad 300 stron książki, w praktyce do czytania mamy około 250, albo i mniej: blisko czterdzieści stron końcowych to zdjęcia dokumentów, a przez dużą ilość rozdziałów bardzo często jedna, czy dwie strony nie są zapisane. „Jasnowidz na policyjnym etacie” jest więc naprawdę krótką książką.
A moim zdaniem... mógłby być bez problemu jeszcze krótszą. Czytając, miałam wrażenie, że każdy wypowiadający się policjant właściwie mówi to samo, co poprzednik. Jackowski też często się powtarza, z resztą: jego rozmowa z Janoszką schodzi często na sprawy dotyczące polityki, dziennikarstwa, czy tego, jak świat powinien funkcjonować, wypowiadając się na tematy, co do których specjalistą nie jest. To sprawia, że w pewnym momencie te rozmowy ma się po prostu ochotę pomijać, bo nic nowego w temacie nie wnoszą. Brakuje mi tu za to jakiegoś naukowego spojrzenia na temat. Rozmowy z psychologiem, czy osobą profesjonalnie zajmującą się parapsychologią. Bo niestety, choć Janoszka próbuje pogłębić temat, to właściwie nie dowiadujemy się wiele ponad to, że policja wstydzi się przyznawać do współpracy z jasnowidzem, ale jakimś cudem Jackowskiemu zdarza się doprowadzić ich do rozwiązania zagadki. W jaki sposób? Nikt nie próbuje tego konkretnie wyjaśnić, nawet sam Jackowski.
Tytuł: Jasnowidz na policyjnym etacie
Autor: Krzysztof Janoszka, Krzysztof Jackowski
Liczba stron: 304
Gatunek: literatura faktu
Wydanie: SQN, Kraków 2018
Najciekawsze są tu więc krótkie, ale wystarczające, opisy zbrodni, w których rozwiązaniu pomagał jasnowidz. Właściwie...wydaje mi się, że na ich bazie można byłoby stworzyć nie jedną dobrą powieść kryminalną, gdyby tylko zabrała się za to odpowiednia osoba. Czy Janoszka taką jest? Trudno stwierdzić: nie dość, że to literatura faktu, to jego tekstu nie dostajemy tu zbyt wiele, bo pojawia się on tylko właśnie w krótkich opisach kryminalnych zagadek.
Autor książki twierdzi, że chciałby, by jego praca wzbudziła dyskusje na tematy związane z parapsychologią. Niestety, ja osobiście nie widzę tu do niej powodów: nie dostałam niczego więcej, czego nie mogłabym się domyślić o działaniu jasnowidza w policji. Gdy nie mam zatrważających dowodów, nie mam ochoty rozważać, czy coś jest na pewno prawdą, czy nie: równie dobrze mogę zastanawiać się nad tym, czy mój laptop, na którym właśnie pisze,  faktycznie istnieje, dorabiając do tego teorie dotyczące alternatywnej rzeczywistości i innych takich spraw. Po prostu uważam to za niezdrowe: dopóki nie ma jednoznacznych dowodów na działalność Jackowskiego, nie ma po co ani go nienawidzić, ani uwielbiać. Jeśli czasem pomaga znaleźć ciała zmarłych – to wspaniale. Ale rozważania dotyczące tego jak to robi, wolę zostawić komuś innemu. Niestety, jak już wspominałam wyżej, kimś innym nie okazał się tu Janoszka, bo po prostu zabrakło w tym wszystkim naukowego spojrzenia na sprawę.
Nie jest to jednak książka zła. Absolutnie nie! Tekst czyta się naprawdę przyjemnie. Dodatkowo, mamy okazje poznać Jackowskiego, który jest zdecydowanie ciekawą postacią. Opis zbrodni z naszego podwórka też wydaje mi się czymś wartym poznania. Jak na debiutanta, Janoszka w moim mniemaniu poradził sobie naprawdę nieźle. Zabrakło mu jednak umiejętności związanych z selekcją materiału i z doborem rozmówców.

Mam wrażenie, że to lektura, po którą sięgną osoby czytające o Jackowskim oraz te po prostu zainteresowane parapsychologią. I właśnie u takich osób ta książka sprawdzi się najlepiej. A u innych? Cóż, wydaje mi się, że to po prostu coś, po co można sięgnąć, jeśli czuje się taką potrzebę. I tyle.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 23 marca 2017

Jądro dziwności. Nowa Rosja: Ktoś tu chyba przesadził z hejtem

Jeszcze trochę i przez te moje studia staną się specem od reportażu. Ale nie, spokojnie, nie narzekam: przynajmniej mam motywacje, by poznać trochę takiej literatury. Bo wiecie, to nie tak, że nie przeczytam czegoś niefantastycznego bo nie lubię: po prostu zwykle na półce mam samą fantastykę, bo to kupuje. Szkoda mi wydawać na coś innego, co jest dość ryzykowne. A tak muszę się zapoznać i to robię. Wprawdzie przymus bywa irytujący, ale cóż poradzić?

Tytuł: Jądro dziwności. Nowa Rosja
Autor: Peter Pomeranstev
Liczba stron: 336
Gatunek:  reportaż

Peter Pomeranstev wychował się w Londynie, jednak swoje korzenie ma w Rosji. Wyjeżdża do tego kraju i pracuje, zajmując się kręceniem filmów dla jednej ze stacji telewizyjnych. Dzięki temu ma możliwość, aby spotkać ludzi z wielu sfer i poznać różne oblicza Rosji. Jaka jest nowa Moskwa? I jaką rolę odgrywa telewizja w tak olbrzymim kraju?

Mój stosunek do Rosji jest bardzo prosty: właściwie go po prostu nie ma ;) Nie znam się na polityce na tyle, by ten kraj wszem i wobec oceniać, a nie potrafię ani chwalić, ani ganić czegoś, czego po prostu nie znam. Mimo tego często wychodzę na obrońcę tegoż kraju. Czemu? A no dlatego, że często jest hejtowany bez argumentów. To w końcu Rosja, no nie? Wszyscy wiemy, że jest chodzącym złem. Zły jest Putin, zły jest ustrój, złe są tam media. Dlaczego? Nikt tak do końca nie wie. Ale w końcu tak trzeba. Europa nie lubi Rosji i już, amen.
Muszę przyznać, że czytając ten reportaż często też miałam wrażenie, że autor krytykuje ten kraj, bo tak; bo Europa chce krytykować Rosje, więc on taką pozycje dla niej napisze. Rozumiem, że autor przebywał w niej przez wiele lat i ma zdecydowanie więcej to powiedzenia, niż typowy człowiek, ale nie zmienia to faktu, że część rzeczy zdaje się bardzo mocno koloryzować. Już śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.
Skoro tytuł tej książki to Jądro dziwności to ja chciałabym tą dziwność zobaczyć. Chciałabym zrozumieć, jak obrzydliwa, jak specyficzna, jak DZIWNA jest Rosja. A co dostaje? Kilka reportaży, z których większość traktuje o sytuacjach, które mogłyby przydarzyć się w każdym miejscu na świecie. Jasne, niektóre z nich są bardziej rosyjskie i podszyte sposobem myślenia mieszkańców tego kraju, albo tam zdarzają się częściej, ale ta książka opowiada historie, które w większości przypadków mogłyby zdarzyć się w naszym sąsiedztwie. W końcu modelki z problemami psychicznymi, gangsterzy, którzy odkrywają w sobie artystę, albo kobiety, które siedzą za kratkami za nic to nic, co nie mogłoby przydarzyć się w Polsce, prawda?
By nie było, Jądro dziwności czytało mi się bardzo przyjemnie: niektóre historie bardziej mnie ciekawiły, inne mniej, ale autor wszystko ubiera ładnie w słowa. Pozwala też czytelnikowi dowiedzieć się nieco o samej mentalności Rosjan. Książeczka nie nudzi, czasami trudno się przy niej nie uśmiechnąć, czytając o tym, jak irracjonalnie ludzie potrafią myśleć. Ale chyba jej założeniem było pokazanie jak zła i jak okropna jest Rosja; jak bardzo zmanipulowany przez rząd jest ten kraj. A ja tego po prostu tu nie znalazłam w stopniu wystarczającym. To książka o ludziach, nie o rządzie.
Jakie historie z tej książki zapamiętam na dłużej...? Chyba przede wszystkim dwie, o których przed chwilą wspominałam. Pierwsza traktuje o modelce, która popełniła samobójstwo mimo, że jej rodzina zarzekała się, że ich kochana dziewczynka była osobą bardzo stabilną psychicznie. Druga opowiada historię kobiety, która poszła siedzieć, bo tak. Bo ktoś u góry chciał rozprawić się z gangiem narkotykowym, a wsadzenie jej za kratki było po prostu drogą na skróty. Inne historie po prostu przeczytałam i często poza zaciekawieniem, albo znudzeniem nie zostawiły po sobie wiele. Wynika to jednak raczej z faktu, że historie obyczajowe, te zwyczajne i codzienne często nie bardzo mnie interesują, a nie z tego, że autor mnie znudził.

Ta pozycja to dobry, fajnie napisany reportaż, stworzony przez człowieka, który doskonale wie, o czym pisze. Czasem jednak wydawał mi się nieco przerysowany i momentami potrafił mnie lekko znudzić. Jądro dziwności sprawdzi się u czytelnika, który albo jest zainteresowany samą Rosją, albo po prostu interesują go ludzkie historie z marginesu społeczeństwa; takie, o których raczej nie mówi się zbyt głośno.


* * *

Alona nigdy, ale to nigdy nie powie o sobie ani nawet nie pomyśli, że jest prostytutką. Jest wyraźna różnica: prostytutki muszą uprawiać seks z każdym, kogo wskaże im alfons. A Alona poluje sama.
– Kiedyś, kiedy jeszcze pracowałam jako tancerka, szef kazał mi iść z jednym z klientów. To był zwykły facet. Wpływowy. Gruby. Niezbyt młody. „Naprawdę muszę z nim iść?”, zapytałam szefa. „Tak”, odpowiedział. A więc poszłam z nim do hotelu. Gdy nie patrzył, wrzuciłam mu do drinka środek usypiający i uciekłam.
Alona opowiada o tym z nieukrywaną dumą. Bo jest wyraźna różnica.
– A co z miłością? – pytam. Jest późno. Jesteśmy w jej mieszkaniu i nagrywamy wywiad. Popijamy słodkie, lepkie prosecco. Jej ulubione. Na kanapie pochrapuje nerwowy piesek Alony.
– Mój pierwszy chłopak. W domu, w Donbasie. To była miłość. Był przedstawicielem miejscowej władzy.
W tym wypadku „władza” jest subtelnym określeniem gangsterki.
– Dlaczego się rozstaliście?
– Wdał się w wojnę z innym gangiem, a oni wykorzystali mnie, by się do niego dobrać. Stałam na rogu ulicy. Chyba czekałam na tramwaj. I wtedy pojawiło się tych dwóch wielkich gości. Złapali mnie i zaczęli wpychać do samochodu. Kopałam ich i krzyczałam. Ale oni mówili przechodniom, że jestem ich znajomą i że się upiłam. Ludzie nie chcieli wdawać się w kłopoty z takimi facetami. Zabrali mnie do jakiegoś mieszkania. Przywiązali mi ręce do krzesła. Trzymali mnie tam przez tydzień.
– Zgwałcili cię?
Alona popija słodkie prosecco. Nie przestaje się uśmiechać. Wciąż ma na sobie połyskującą sukienkę, ale zdjęła buty na obcasach i założyła różowe puchate kapcie. Pali cienkie aromatyzowane papierosy. O wszystkim opowiada rzeczowo, a nawet z pewnym rozbawieniem, jakby to była anegdota z fatalnego, ale też trochę zabawnego dnia w pracy.
– Robili to na zmianę. Przez tydzień. Czasem któryś z nich wychodził, by kupić rybę woccie i wódkę. W całym pokoju śmierdziało rybą w occie i wódką. Wciąż pamiętam tamto miejsce. Było tam prawie pusto. Drewniany stół. Hantle. Ławeczka do wyciskania. Między kolejnymi pijatykami trenowali podnoszenie ciężarów. Pamiętam, że na ścianie wisiała flaga ZSRR. Kiedy to robili, gapiłam się właśnie na tę flagę. W końcu jeden z nich zlitował się nade mną. Gdy pozostali wyszli po wódkę, pozwolił mi uciec.

Fragment Jądra Dziwności. Nowa Rosja Petera Pomeransteva


wtorek, 28 lutego 2017

Dzisiaj narysujemy śmierć: Takich rzeczy (podobno) nie da się opisać


Dopiero co był reportaż i już kolejny? Cóż, to znów nie jest do końca mój własny wybór: musiałam co nieco takich pozycji przeczytać, a ja naprawdę nie lubię zostawiać tego, co poznaje tylko dla siebie. Dlatego i dziś musicie przetrwać słuchając o literaturze faktu, a nie o uroczych powieściach. Zwłaszcza, że tym razem raczej nie będzie miło i sielankowo.

Tytuł: Dzisiaj narysujemy śmierć
Autor: Wojciech Tochman
Liczba stron: 144
Gatunek:  reportaż

W 1994 roku Rwanda spłynęła krwią. Dokonała się jedna z najbardziej krwawych rzezi ludzkości: Tutsi zostali wymordowani przez Hutów. Dlaczego? Przez brak ziemi? Różnice w sposobie bycia? Zawiść?
Sto dni, milion martwych i ogromna ilość katów. Jak po piętnastu latach od tamtych dni wygląda Rwanda?


Reportaż ma wiele twarzy: może przypominać książkę naukową, zbiór różnych punktów widzenia, albo literaturę piękną. Może też być jak Dzisiaj narysujemy śmierć Tochmana: książką, która bazuje na ludzkich emocjach i to właśnie je chce nam przedstawić.
Niełatwo pisać o lekkim stylu autora, który fajnie się czyta w przypadku takiego dzieła: Dzisiaj narysujemy śmierć to świadectwo śmierci i upadku moralnego wielu osób. Ten reportaż może przerazić i wzbudzić w czytelniku naprawdę skrajne emocje. Choć tekst się nie dłuży, autor ubiera wszystko w zwięzłe słowa i posługuje się dość prostą polszczyzną to nie jest literatura, po którą ktokolwiek sięgnie z nadzieją na przyjemnie spędzony wieczór.
Tochman wybiera się do Rwandy w której poznaje głównego bohatera naszego reportażu, Leonarda. To student, któremu udało się razem z trójką braci przetrwać rzeź z 1994 roku. Ten młody mężczyzna próbuje być silny: nie pozwoli nikomu obcemu na zobaczenie jego łez. Tochman musi się więc stopniowo do niego zbliżyć, poznać go i czekać cierpliwie, aż ten opowie mu o traumie, jaką przeżył w dzieciństwie. W międzyczasie daje nam wysłuchać wielu innych relacji naocznych świadków – ofiar i katów, jednocześnie szczodrze wyrażając własne zdanie, własne oburzenie. Zadaje pytania i czytelnikowi, i samemu sobie. Jak? Dlaczego? Po co? Jak człowiek człowiekowi mógł wyrządzić taką krzywdę...?
Dzisiaj narysujemy śmierć to w gruncie rzeczy jeden wielki chaos: tu dzieje się wszystko na raz. Nic dziwnego z resztą, biorąc pod uwagę jakiego tematu dotyka. Tego nie da się ładnie ubrać w słowa, poukładać zgodnie z tematyką i zamknąć do jednej szafy. Bo tu wszyscy i nikt nie jest winny; niemożliwe jest znalezienie prowodyra i zrozumienie prawdziwych motywacji katów.
Tochamn przedstawia nam makabryczny obraz; nie odpuszcza, pisze o najgorszych możliwych szczegółach. Muszę jednak wspomnieć o tym, że właśnie między innymi przez to jest to lektura zupełnie subiektywna: tu nie ma obiektywizmu dziennikarskiego. Z resztą, jak przy czymś takim mógłby się pojawić? Nie jest to jednak książka naukowa, która da nam konkretne odpowiedzi: było tak i tak. A potem jeszcze tak. Tu fakty mieszają się z oceną bohaterów autora oraz wspomnieniami zatartymi przez czas.
Jeśli szukacie literatury radosnej i przyjemnej to jest ostatnia rzecz po którą powinniście sięgać. Bo powtórzę to jeszcze raz – Dzisiaj narysujemy śmierć nie ma w sobie nic z takiej historyjki. Ale sądzę, że to książka warta poznania: bo choć opowiada o malutkim kraju gdzieś w sercu Afryki to wydaje mi się, że nam, Polakom, jest bliska nie tylko przez naszego rodzimego autora. W końcu u nas jakiś  czas temu działo się coś podobnego... czyż nie? 

* * *

– Hi, I'm Leo – słyszę zza pleców, kiedy patrzę na czarno-białe twarze zawieszone w szklanej gablocie. Ale ja nie potrzebuję teraz towarzystwa, potrzebuję ciszy. Chcę być tylko z tymi
zza szyby. Oni na mnie patrzą.
– Ścięli ich aż pół tysiąca w ciągu jednego dnia – mówi do mnie Leo. To jest drugie zdanie naszej znajomości.
Trzecie, czwarte i piąte:
- Przez wiele dni gnili na tym trawniku dookoła. Teraz są tutaj. Czasem tu przy nich sobie siedzę.
Fragment książki Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciecha Tochmana

niedziela, 19 lutego 2017

Podróże z Herodotem: Dwóch wielkich w podróży


Gdy czytam, bo muszę, a nie: bo mam ochotę to nie raz jestem nawet po fajnej lekturze bardzo wykończona. Zmuszanie się do tej czynności to zdecydowanie nie jest miła sprawa. Niestety, poniższa książka właśnie jest jedną z tego typu lektur. Ale cóż, przynajmniej mogłam wybrać sobie dowolny tytuł: miałam po prostu zapoznać się z dowolnym reportażem Kapuścińskiego.

Tytuł: Podróże z Herodotem
Autor: Ryszard Kapuściński
Liczba stron: 210
Gatunek: autobiografia, reportaż

Jedna z ostatnich książek Kapuścińskiego.
Wielki, polski reporter wspomina po latach swoje pierwsze wyprawy za granicę i opisuje, jaki wpływ na jego twórczość miały Dzieje Herodota.

Podróże z Herodotem to już moje trzecie spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim. O ile jednak poprzednio było dość lekko i przyjemnie, tak tym razem trafiłam na lekturę nieco cięższą w odbiorze, niż te, które dane było mi poznać wcześniej.
Nie jest to ani typowy reportaż, ani typowa autobiografia. W tej pracy Kapuściński opowiada nam o swoich pierwszych podróżach już z perspektywy czasu, tłumacząc czytelnikowi jak wielki wpływ miał na niego Herodot i dlaczego. Czytając, obserwujemy właściwie dwie historie: pierwszą, będącą życiem autora i drugą, opisywaną lata temu przez greckiego historyka, obdarzoną komentarzami naszego polskiego reportera.
Muszę przyznać, że mam co do tej lektury bardzo mieszane uczucia.
Początkowo po prostu mnie zafascynowała: Kapuściński posługuje się naprawdę piękną polszczyzną, a to, w połączeniu ze wspomnieniami z czasów PRLu momentami przyprawiało mnie o dreszcze. Jak to musiało wtedy być? Tak wyjechać w nieznane, nie mając pojęcia, gdzie tak naprawdę się jedzie, a jednak jechać i musieć o tym pisać. Początkowo autor wplatał gdzieś tam Herodota, nawiązując do niego w trakcie, co było naprawdę ciekawym zabiegiem. Niestety, im więcej stron upływało, tym bardziej autor skupiał się na Greku, a nie na sobie, co powoli, powolutku zaczęło mnie irytować i po prostu nudzić.
Nie chcę powiedzieć, że był to zły zabieg. Co to, to nie! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią Grecji na pewno odnajdzie się w tej książce Kapuścińskiego, zwłaszcza, że jak wspominałam wcześniej, autor doskonale posługuje się naszym językiem. Jakby tego było mało jest zwięzły i konkretny, przez co dla wielu ta pozycja będzie naprawdę zbawienna. Świat widziany oczyma autora jest bardzo ciekawy i barwny, a jego komentarz do tekstów Herodota często zmusza do krótkiej refleksji. Niemniej, mi tak bardzo spodobały się początkowe opisy życia Kapuścińskiego, że chciałam czytać o nim, a nie o Herodocie.
By nie było niedomówień, pozwólcie, że wyjaśnię kilka podstawowych spraw. W tym dziele nie mamy typowego bohatera: choć Kapuściński i Herodot odkrywają taką rolę to nie mogę powiedzieć, że zostali w jakiś sposób wykreowani. W końcu to reportaż, nie powieść. Przy tym w Podróżach z Herodotem roi się od rozmyślań i opisów, a ewentualne dialogi to pojedyncze zdania, nic więcej. Niemniej, to książka, która została napisana do masowego odbiorcy, a nie do elity społeczeństwa: reportaż jest po części literaturą rozrywkową i o ile temat interesuje odbiorcę to naprawdę może dostarczyć wrażeń i emocji.
Podróże z Herodotem choć naprawdę mocno próbowały, to ostatecznie mnie nie porwały. Nie mogę jednak nie docenić warsztatu i osobowości Kapuścińskiego oraz nie polecić tej pozycji. Każdy zainteresowany powinien po nią sięgnąć, bo czemu nie? :) Polecam ją zwłaszcza tym, który uwielbiają podróże oraz interesuje ich, choć trochę, historia starożytnej Grecji.


* * *

Nim Herodot wyruszy w dalszą podróż, wspinając się po skalistych ścieżkach, płynąc statkiem po morzu, jadąc koniem po bezdrożach Azji, nim trafi do nieufnych Scytów, odkryje cuda Babilonu i zbada tajemnice Nilu, nim pozna sto innych miejsc i ujrzy tysiąc niepojętych rzeczy, pojawi się na chwilę w wykładzie o starożytnej Grecji, który profesor Bieżuńska–Małowist wygłasza dwa razy w tygodniu dla studentów pierwszego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego.
Pojawi się i zaraz zniknie.
Zniknie momentalnie i tak zupełnie, że teraz, kiedy po latach przeglądam zapiski z tych zajęć, nie znajduję w nich jego nazwiska. Jest Ajschylos i Perykles, Safona i Sokrates, Heraklit i Platon, natomiast Herodota nie ma. A przecież te notatki robiliśmy starannie, były naszym jedynym źródłem wiedzy: ledwie pięć lat wcześniej skończyła się wojna, miasto leżało w gruzach, biblioteki pochłonął ogień, więc nie mieliśmy podręczników, brakowało nam książek.
Pani profesor ma spokojny, cichy, jednostajny glos. Jej ciemne, uważne oczy patrzą na nas przez grube szkła z wyraźnym zaciekawieniem. Siedząc za wysoką katedrą, ma przed sobą setkę młodych ludzi, z których większość nie miała pojęcia, że Solon był wielki, nie wiedziała, skąd bierze się rozpacz Antygony, ani nie umiałaby wytłumaczyć, w jaki sposób pod Salaminą Temistokles wciągnął Persów w pułapkę.
Prawdę mówiąc, nawet nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie leży Grecja i że kraj o tej nazwie miał tak niebywałą, wyjątkową przeszłość, że warto było uczyć się o niej na uniwersytecie. Byliśmy dziećmi wojny, w latach wojny gimnazja były zamknięte i choć w dużych miastach spotykało się czasem tajne komplety, tu, na tej sali, siedzieli najczęściej dziewczęta i chłopcy z dalekich wiosek i małych miasteczek, nieoczytani, niedouczeni. Był rok 1951, na studia przyjmowano bez egzaminów wstępnych, bo głównie liczyło się to, kto z jakiego pochodził domu — dzieci robotników i chłopów miały najwięcej szans na indeks.

Fragment Podróży z Herodotem Ryszarda Kapuścińskiego

Nomida zaczarowane-szablony