Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weird fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weird fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lutego 2022

Wurt: piórkowo-narkotyczny absurd z lat 90.


W alternatywnej rzeczywistości ludzie zażywają narkotyki ukryte w kolorowych piórkach, aby przenosić się do innych światów. W jednym z takowych Skryba stracił swoją ukochaną siostrę. Wraz ze swoim gangiem, próbuje ją odzyskać. 



Lata 90. XX wieku potrafiły być nieco… dziwne. Sama pamiętać ich nie mogę, ale sięganie po dzieła tamtych czasów często przypomina kolorowy kicz. To wtedy powstała powieść Jeffa Noona. „Wurt” był debiutem autora, który z jakiegoś powodu przynajmniej w Ameryce czytelnikom po prostu się spodobał.

I być może podobałby się i mi, gdybym lubiła absurd. A za takowym nie przepadam.

Wurt
Jeff Noon
wyd. Mag, 2013
Wurt, t. 1

Ta powieść nie jest długa. Ma około trzystu stron w wydaniu Uczty Wyobraźni. Co prawda sama ta książka jest nieco dłuższa, ale to wynika tylko z dodanych na końcu opowiadań. Omawiam jednak tylko samą powieść, bo na tamte tekstu trochę brakło mi już siły.

W każdym razie, pierwsze sto stron, czyli właściwie ⅓ powieści odbierałam jako fajną zabawę. Trochę absurdalną, nie w pełni logiczną, nieco dziwną, ale w ten radosny sposób. Coś się dzieje, coś wybucha, relacje się kręcą. Mniej więcej rozumiałam, o co chodzi, czaiłam świat przedstawiony i właściwie czułam się całkiem zainteresowana.

Z tym że z takimi książkami często tak jest. Zaczyna się stosunkowo normalnie, ale zamiast zostać na takim poziomie, potem robi się coraz dziwniej, coraz mniej klarownie i w sumie ostatecznie przynajmniej ja się gubię i nie wiem, o co chodzi. Dlatego nie lubię absurdu. A „Wurt” wyjątkiem od innych sobie podobnych książek nie jest.

Niemniej, choć naprawdę nie do końca rozumiem, co przeczytałam (więc też nie należy traktować mojej opinii jakoś szczególnie) to mam do tej historii pewną sympatię. Nie męczyła mnie aż tak, jak takie rzeczy męczyć potrafią. Ale dlatego tym bardziej żałuję, że autor chyba trochę odleciał.

Warto tu chyba też dodać, że autor nie przedstawia tu kryształowych relacji. Przeciwnie, część z nich jest wręcz niezgodna z prawem. Ale hej – w końcu to historia ćpającej młodzieży. Inaczej po prostu być nie mogło.

Uczta Wyobraźni to seria wydawnicza pełna książek ciekawych, które warto znać, ale które niekoniecznie są literaturą dla mnie. Tak było też w tym przypadku, ale jednocześnie uważam, że czasem warto coś takiego przeczytać. W końcu nieprzepadanie za absurdem nie oznacza, że nie powinnam wychodzić ze strefy komfortu.



poniedziałek, 30 listopada 2020

Najlepsze opowiadania: Szalony absurd R. A. Lafferty'ego

 


R. A. Lafferty (1914-2002) w swoim życiu napisał ponad 200 opowiadań i 20 powieści. Dwadzieścia dwie najlepsze z krótkich form zostały zebrane w antologii. Przed każdym z tekstów pisarze fantastyki wspominają swojego kolegę po fachu, tłumacząc, dlaczego dany tekst jest dla nich istotny.


Mogłabym do końca życia czytać fantastykę, a tak czy siak znajdzie się autor, o którym przez lekturą książki czy opowiadania bym nie słyszała. O R. A. Laffertym dowiedziałam się właściwie tylko dzięki serii „Artefakty”, które publikuje wydawnictwo Mag. To w ramach niej, z cudownym kogutem na okładce, ukazały się „Najlepsze opowiadania” (dotarły do mnie dzięki uprzejmości księgarni Tania Książka).

Najlepsze opowiadania, R. A. Lafferty
wyd. Mag, 2020

Z tego, co udało mi się o tym pisarzu dowiedzieć, wynika, że znany był głównie właśnie z krótkiej formy. To jego opowiadania, a nie powieści, zwykle zachwalają pisarze w przedmowach i to za takowe zdobył Hugo. W Polsce jednak nie mamy zbyt dużej kultury czytania antologii, w związku z czym wydaje mi się, że przechodził bez większego echa (choć mogę się mylić?). Jakieś jego powieści zostały wydane w latach 90., ale żadnych wznowień czy innych podobnych nie widzę. „Najlepsze opowiadania” są więc chyba jedyną rzeczą od Lafferty’ego, którą obecnie można znaleźć u nas bez problemu w księgarni.

I są – co tu kryć – tym typem fantastyki, którą bardzo cenię, ale jednocześnie która jest na tyle absurdalna, że nie umiem pałać do niej wielką miłością. Bo to właśnie absurdem, pomieszaniem czasu i przestrzeni gra Lafferty. W krótkich tekstach zawiera ciekawe koncepcje, szalone wizje, które niby nic nie mają do rzeczywistości, a jednak mają wszystko. Gdybym miała porównać go chociaż trochę do innych znanych mi pisarzy powiedziałabym, że jest trochę jak połączenie Dicka i Gaimana (choć obydwoje byli/są od niego młodsi). Tego pierwszego przez dziwaczność, tego drugiego – przez gawędziarstwo.

Bo właśnie choć Laffery często pisze o trudnych i smutnych sprawach to zwykle jest w tym pewien żart i komedia. Mam jednak wrażenie, że ta albo zginęła trochę w tłumaczeniu, albo po prostu nie do końca jest w „moim guście”. Bo choć często rozumiałam na czym sam żart polega to jednocześnie zwykle nie wywoływał we mnie większych emocji, gdzie w przedsłowiu autorzy wręcz zachwycali się tym, jakim komediantem był Lafferty.

O ile nie mam pełnego oglądu na amerykański rynek, to wydaje mi się, że istnieje na nim dość mocny nurt pisania tekstów dziwacznych i absurdalnych. Weird fiction funkcjonuje przecież tam pełną parą, gdzie polscy twórcy czasem tworzą jakieś „absurdy”, ale jednak częściej trzymają się klasycznej konwencji. Z resztą, nawet jeśli napiszą coś dziwnego to jednak oryginał łatwiej jest przyswoić. Łatwiej zrozumieć nawiązania, czy kontekst, w jakim dane dzieło powstało, a w przypadku takich tekstów to zdaje mi się niezwykle istotne.

Ze wszystkich tekstów chyba najmocniej przypadło mi do gustu to, które zdobyło Nagrodę Hugo, czyli „Matka Euremy”. Było jakieś takie… akurat. Trafiało w ten punkt, w który miało trafić, było jednocześnie wystarczająco dziwne i wystarczająco normalne. Bardzo szanuję też wydawcę (amerykańskiego? Wszak to tłumaczenie) za dodanie przedmów. Pozwalały mi zrozumieć trochę bardziej kontekst, a jak napisałam wcześniej: to jest niezmiernie istotne przy takich opowiadaniach. W ogóle sam Mag jako wydawca polskiego tłumaczenia zasługuje na ukłon. Tego typu książki nie są tymi, które będą się jakoś wybitnie dobrze sprzedawać, a jednocześnie warto mieć do takich rzeczy dostęp i w naszym kraju oraz języku.

Nie będę dokładnie analizować każdego z opowiadań: jest ich ponad dwadzieścia, często mają po kilka stron i naprawdę nie widzę w tym sensu. Wydaje mi się, że lepiej zapoznać się z nimi po prostu samodzielnie. Nie jest to jednak w żadnym razie uniwersalna lektura. Jeśli lubicie szalone wizje, masę absurdów, czy zaginający się czas – proszę bardzo, czytajcie! Jeśli chcecie po prostu poznać ten nurt: też warto. To jednak nie jest „po prostu książka”, którą można „po prostu poczytać po pracy”.

[SPOILER] Aby była jasność o jakim absurdzie tu mówimy, może przytoczę dwa przykłady (bez tytułów opowiadań, wybaczcie). W jednym z opowiadań bohaterem jest Indianin, który chce mieć swoją ziemię na zawsze, ale nie ma aktu własności. Więc rzuca zaklęcie (trochę go nie zna, ale to nie ma znaczenia!) i jego ziemia z góry wygląda jak głęboki, ale szeroki na dwa metry wąwóz. Gdy ktoś kupuje ten teren po latach próbuje zbadać jego tajemnicę. Drugi przykład – archeologowie kopią w ziemi. I choć kopią coraz to głębiej i głębiej to znajdują rzeczy z różnych czasów, także najnowszych. A znalezione elementy okazują się swoistym listem miłosnym do kobiety, która im towarzyszy, ale właściwie to nie do końca.


Więcej ciekawych książek fantastycznych znajdziecie na stronie księgarni Tania Książka:

niedziela, 5 stycznia 2020

Ukojenie: Ostatnie spotkanie ze Strefą X




Strefa X nigdy nie odkryje swojej prawdziwej twarzy. Mimo to ostatnia ekspedycja próbuje dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Czym w ogóle jest to tajemnicze miejsce i skąd się wzięło?

Tytuł: Ukojenie
Tytuł serii: Southern Reach
Numer tomu: 3
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Liczba stron: 400
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Otwarte, Kraków 2014
Właściwie naprawdę nie wiem, o czym mam w przypadku „Ukojenia” VanderMeera pisać. Dwa poprzednie tomy z trylogii „Southern Reach” naprawdę przypadły mi do gustu. Pierwszy był ekologicznym horrorem, drugi korporacyjnym thrillerem, a obydwa dzieła zostały utrzymanie w tonie dziwności na tyle dziwnej, by były ciekawe, ale na tyle normalnej, by do pewnego stopnia dało się je zrozumieć. Miały konkretnego bohatera i dość angażujący rozwój akcji, sprawiając, że jako czytelnik po prostu chętnie śledziłam losy wydarzeń.
Niestety, w ostatnim tomie sytuacja wyglądała nieco inaczej, przynajmniej dla mnie. Autor, zamiast skupiać się na jednym wątku, prowadzi kilka na raz. Wszystkie wynikają z części poprzednich i przynajmniej w teorii powinny dobrze zgrywać się w całość, ale osobiście prędko zaczęłam odnosić wrażenie, że te historie do niczego nie prowadzą. Że VanderMeer i tak nie da mi satysfakcjonującego rozwiązania akcji i że właściwie z każdą chwilą ta historia interesuje mnie coraz to mniej.
Mój problem z „Ukojeniem” leży więc właśnie w samej konstrukcji powieści i pewnemu poczuciu beznadziei w trakcie lektury, szczególnie, że faktycznie rozwiązanie akcji nie dało mi odpowiedzi na tą całą dziwność całej trylogii. Doskonale wiem, że niektórym czytelnikom to może odpowiadać, ale im więcej poznaje weird fiction tym bardziej uświadamiam sobie, że pewnego poziomu absurdu po prostu nie potrafię przeskoczyć tak, aby móc czerpać wystarczającą radość z lektury.
Pod kątem językowym ta książka jest po prostu kolejną powieścią VanderMeera. Poprawna i niezbyt wymyślna, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko konstrukcje zdań, właściwie nie może być inna. Naprawdę nie wiem, co wyszłoby z „Ukojenia” gdyby autor poza konstruowaniem dziwnego świata tworzył także dziwny język. Dzięki temu książkę – przynajmniej pozornie – czyta się lekko i szybko, aczkolwiek muszę przyznać, że ja sama lekturę męczyłam (tak, to zdecydowanie odpowiednie słowo) bardzo długo. Gdy ją odkładałam, absolutnie nie miałam ochoty do niej wracać, nawet jeśli niektóre z przedstawionych przez VanderMeera scenek naprawdę mi się podobały.
Właściwie to jest to, co pamiętam z „Ukojenia”. Pojedyncze, często dziwaczne sceny, które mimo wszystko mają sporo uroku. Strefa X to miejsce z niezwykłym klimatem. Do pewnego momentu ciekawiła mnie też historia latarnika (notabene, obecnego na polskiej okładce), ale jak już wspominałam, im dłużej tę książkę czytałam, tym mniejszą miałam na nią ochotę.
Ukończyłam trylogię VanderMeera z pewnym smutkiem. Nie dlatego, że zakończyła się świetna historia, a dlatego, że ostatni tom absolutnie nie dał mi tego, czego chciałam. Nudziłam się, męczyłam i czasem zachodziłam w głowie, czemu poprzednie części tak bardzo mi się podobały. Cóż, najwyraźniej po prostu tym razem poziom dziwności literatury tego autora po prostu mnie przerósł. Z resztą, chyba nie po raz pierwszy.


* * *

Czasem inni ludzie dają ci swoje światło, które – jeśli nikomu na nich nie zależy – może przygasać i być ledwie widoczne. Dlatego że dali go za dużo i nic nie zostało dla nich.
Fragment „Ukojenia” Jeffa VanderMeera




wtorek, 22 października 2019

Ujarzmienie: Sekrety korporacji zarządzającej Strefą X



Tajemnic Strefy X nie da się w pełni zgłębić. To jednak nie oznacza, że nikt nie próbuje. Po dwunastej wyprawie do siedziby Southern Reach, organizacji zajmującej się tym miejscem, zostaje wysłany Kontroler. Mężczyzna zajmuje miejsce dyrektora, jednak to nie zarządzanie jest jego zadaniem. John Rodriquez, bo tak w rzeczywistości się nazywa, ma odkryć, co wydarzyło się w trakcie ostatniej wyprawy, rozmawiając z zamkniętą w celi Biolożką.

Tytuł: Ujarzmienie
Tytuł serii: The Southern Reach
Numer tomu: 2
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 400
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Otwarte, Kraków 2014
Trylogia „Sounthern Reach” jest doprawdy wyjątkowa. „Ujarzmienie”, tak samo jak tom poprzedni, to wprawdzie niedługa, ale przeładowana treścią powieść, która przede wszystkim wzbudza niepokój. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do „Unicestwienia” autor trzyma czytelnika z dala od samej Strefy, skupiając się na działaniu równie tajemniczej korporacji.
„Ujarzmienie” to książka utrzymana gdzieś poza czasem i rzeczywistością. Nie wszyscy mają w niej imiona. Strefa X gdzieś istnieje, ale gdzie dokładnie? To nie jest w pełni wypowiedziane. Bohaterowie niby istnieją, niby mają swoje charaktery i przeszłość… ale przez klimat niepewności kreowany przez VanderMeera właściwie nie wiemy, w co do końca wierzyć. To sprawia, że „Ujarzmienie” naprawdę może fascynować, tak samo jak tom pierwszy. Warto jednak zwrócić uwagę, że to absolutnie nie jest trylogia dla każdego: powieści tego autora mają, mimo wszystko, dość wysoki próg wejścia.
W „Unicestwieniu” dostaliśmy horror ekologiczny. W „Ujarzmieniu” zaś autor serwuje nam coś bliższego thrillerowi korporacyjnemu. To na organizacji i ludziach w niej pracujących skupia się nasza uwaga, choć oczywiście Strefa X cały czas jest gdzieś w tle. To ona jest źródłem tajemnic i niepewności. Gdyby jej nie było, nie byłoby w końcu Southern Reach.
Ponownie autor serwuje nam stosunkowo trudną treść w sposób bardzo, bardzo prosty. Zdania Jeffa VanderMeera są raczej krótkie i klarowne. Na dodatek wydanie Otwartego może poszczycić się dość dużą czcionką. Dlatego jeśli czytelnik po prostu do książki przysiądzie, powinien być w stanie szybko ją pochłonąć. Czy jednak w pełni zrozumie całość? Czy podejście autora do kreowania świata będzie mu odpowiadać? Na to odpowiedzieć nie jestem w stanie. Wszak to weird fiction. Taką literaturę po prostu trzeba lubić, nie bojąc się tego, że czasem autor wyprowadzi nas na manowce dziwności.
Dodać muszę, że uwielbiam oprawę graficzną całej trylogii. Jest… psychodeliczna. Pasująca do treści i skupiająca uwagę. Wbrew pozorom obecne na ilustracji króliki naprawdę mają znaczenie. Więcej jednak zdradzać nie będę. Ich tajemnicę najlepiej odkryć samodzielnie.
Nie wiem, który z tych dwóch tomów lubię bardziej. „Unicestwienie” było mi w pewnym sensie bliższe. Anomalie przyrodnicze bardziej przemawiają do moich emocji. Niemniej, chyba jednak wolę Kontrolera od Biolożki, jeśli chodzi o charakter postaci. John to konkretny facet po przejściach, który dostał do wykonania naprawdę niewdzięczną robotę i chcąc nie chcąc, musi ją wykonać.
Trzeci tom „The Southern Reach” już na mnie czeka. Choć podejrzewam, że autor zostawi mi więcej pytań, niż odpowiedzi to niewątpliwie już wkrótce się za niego zabiorę. A tę książkę naprawdę polecam odważnym, którym do gustu przypadł tom pierwszy trylogii.

* * *


– O co chodzi z tą myszą, z tą rośliną? – spytał surowo Kontroler, żeby sprawdzić, jaką wywoła reakcję. – Czy to też pomnik?
Roślina i mysz nadal znajdowały się w doniczce, jeszcze nie wyskoczyły, żeby rzucić im się do gardeł, mimo że Haysu przez całe spotkanie nie spuszczała ich z oka. Za to Whitby nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem, wyglądał jak kot gotów skoczyć w przeciwną stronę przy najmniejszej oznace nieuchronnego zagrożenia stwarzanego przez tę doniczkę.
– Nie, niezupełnie – przyznała po chwili Grace. – Dyrektorka próbowała ją zabić.
– Co?
– Roślina nie chciała umrzeć.
Powiedziała to z pogardą, jakby złamanie naturalnej kolei rzeczy nie było cudem, lecz afrontem.


Fragment „Ujarzmienia” Jeffa VanderMeera

wtorek, 1 października 2019

Shriek: Posłowie: Analiza życia badacza Szarych Kapeluszy



Ambergris to potężne miasto, w którego zakamarkach czai się śmiertelnie groźna rasa Szarych Kapeluszy. Artystka, Janice Shriek, pisze posłowie do książki swojego młodszego brata, Duncana. Mężczyzna spędził lata na badaniu podziemi miasta, a jego siostra opowiada, jak jego życie wyglądało z jej perspektywy.

Tytuł: Shriek: Posłowie
Tytuł serii: Ambergris
Numer tomu: 2
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Robert Waliś
Liczba stron: 400
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2010

„Shriek: Posłowie” jest powieścią, która przeleżała u mnie swoje. Zakupiłam ją na pierwszym roku studiów, w jakimś dyskoncie, chcąc poznać jakieś książki z „Uczty Wyobraźni” Maga. Dopiero po fakcie zorientowałam się, że to drugi tom z serii i odłożyłam czytanie na później. I „później” stało się „teraz”: w końcu kolejna książka Jeffa VanderMeera jest już za mną.
Szczerze przyznam jednak, że sama nie do końca wiem, co o tej powieści myślę. VanderMeer to człowiek o bardzo dobrych pomysłach i wyćwiczonym warsztacie, co w tej książce widać. Mało który autor byłby w stanie poprowadzić tego typu powieść tak, aby czytelnik nie gubił się w treści. Z jednej strony dostajemy tu bowiem narrację pierwszoosobową Janice Shirek. Z drugiej jednak w nawiasach wypowiada się jej brat, Duncan, komentując słowa swojej siostry. Wielu innych autorów mogłoby nie udźwignąć takiej narracji, a temu autorowi ta wychodzi bardzo płynnie. Na dodatek sama relacja rodzeństwa jest chyba jednym z najciekawszych elementów „Shrieku”.
Przy tym jednak moje zainteresowanie historią mogłabym określić mianem średniego. Opis z tyłu okładki obiecuje czytelnikowi wielkie tajemnice i skandale, a ja tego w treści książki szczególnie nie odczuwam. Ta książka VanderMeera z jednej strony osadza akcję w fikcyjnym mieście, ale z drugiej skupia się na kwestiach bardzo przyziemnych i obyczajowych. Opowiada o skupionym na swojej pracy historyku, problemach rodzinnych, romansach i świecie wydawniczym, a sprawy związane ze światem przedstawionym spycha w tło. Muszę jednak oddać, że dzięki temu to „tło” ma w sobie coś ciekawego i mrocznego, ale to było za mało, abym bezustannie czuła się skupiona na lekturze.
Ponadto VanderMeer przyzwyczaił mnie do dzieł raczej krótkich. Konkretnych i przepełnionych treścią. W trakcie lektury „Shrieku” miałam jednak wrażenie, że całość jest niepotrzebnie wydłużona, a odczucie, że pomijając dziesięć stron nie stracę niczego z treści wcale nie jest szczególnie dobre. Być może miałam takie wrażenie przez nieznajomość poprzedniej części z serii. Z tego, co mi wiadomo (choć mogę się tu mylić) tamta część to zupełnie inna historia, osadzona w tym samym mieście. Może jednak gdybym poznawała serię po kolei byłabym bardziej przywiązana do samego Ambergris, co zwiększyłoby moje zainteresowanie opisami VanderMeera. Ale kto wie. W tej chwili „Miasto szaleńców i świętych” nie jest najlepiej dostępne i pewnie prędko nie zweryfikuje tej wiedzy. Nie jestem więc w stanie w pełni ocenić tej książki.
Jeff VanderMeer jest autorem, który nie trafi do wszystkich – to nie ulega wątpliwości. Ja spotkania z tym tytułem nie żałuję, choć nie sądzę, bym do niego wróciła: przynajmniej nie mam poczucia, że zalega na mojej półce. Twórczość tego pana warto sprawdzić, choć chyba niekoniecznie od tej konkretnie pozycji. Naprawdę wydaje mi się, że wydłużenie książki do czterystu zapisanych drobnym druczkiem stron nie wyszło tej historii na dobre. Jak na razie odnoszę wrażenie, że VanderMeer najlepiej radzi sobie w formie stosunkowo krótkiej, będącej gdzieś na pograniczu opowiadania i powieści.
* * *


Ależ dziwne z nas stworzenia, pomyślałam. Żyjemy, kochamy, umieramy wśród chaosu radości i smutku, podniecenia i nudy. Każdy umysł niepowtarzalny jak odcisk palca i równie zagadkowy. Wymyślamy historie, by zrozumieć siebie, i wmawiamy sobie, że są prawdziwe, choć tak naprawdę stanowią jedynie nasze odciski palców, niezależnie od tego, jak uniwersalne znaczenie staramy się im przypisywać.
Fragment „Shrieku: Posłowia” Jeffa VanderMeera





piątek, 13 września 2019

Unicestwienie: Wyprawa do Strefy X



To już dwunasta wyprawa, której zadaniem jest zbadanie tajemniczej Strefy X. Cztery kobiety wyruszają do odizolowanego od reszty świata rejonu, próbując zdobyć jakiekolwiek informacje pozwalające zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie czym to miejsce w ogóle jest i w jaki sposób powstało.

Tytuł: Unicestwienie
Tytuł serii: Southern Reach
Numer tomu: 1
Autor: Jeff VanderMeer
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 232
Gatunek: weird fiction
Wydanie: Otwarte, Warszawa 2014
Poznałam Jeffa VanderMeera już dawno, przypadkiem sięgając po „Podziemia Veniss”. Gdy w zeszłym roku ukazała się „Anihilacja”, film na podstawie książki tego autora, doskonale wiedziałam, że prędzej czy później sprawdzę kolejną jego powieść. „Podziemia…” miały coś w sobie, a sam obraz po prostu mnie zaintrygował. I tak pewnego wieczoru po prostu kupiłam całą trylogię „Southern Reach”, a ostatnio w końcu zapoznałam się z pierwszym tomem, czyli „Unicestwieniem”.
I choć to książka o dość wysokim progu wejścia to jednocześnie jest powieścią, którą bardzo dobrze się czyta. VanderMeer używa prostych zdań, krótkich zdań. „Unicestwienie” jest książką niedługą, bardzo treściwą i pozbawioną zbędnych elementów, dzięki czemu utrzymuje bardzo dobre tempo, a choć należy do nurtu new weird to naprawdę nie jest trudna w pojęciu, a przynajmniej nie pod kątem językowym.
Po pod innym kątem… może być trochę trudniej. Albo raczej: dziwniej. Przede wszystkim „Unicestwienie” nie jest powieścią dla tych, którzy szukają tylko relacji między postaciami, barwnych dialogów i wspólnych przygód, bo choć pozornie dostajemy grupę bohaterek, to nie one są w tej historii najbardziej istotne. W przeciwieństwie do ekranizacji, w której położono pewien nacisk na postacie, w powieści VanderMeera o bohaterkach dostajemy tylko tyle informacji, ile jest nam absolutnie potrzebne. Autor skupia się raczej na głównej bohaterce, jej przemyśleniach, postrzeganiu otaczającego ją świata.
„Unicestwienie” to więc przede wszystkim opisy, skupione na wnętrzu Biolożki (bo tak też postać jest cały czas nazywana, nie poznajemy jej imienia). Oczywiście mamy tu pewne elementy akcji, jednak te raczej dłużą jako przerywniki, które popychają fabułę do przodu. To pozornie może brzmieć odstraszająco, ale w przypadku powieści VanderMeera naprawdę działa. Jak wspominałam, to powieść o naprawdę dobrym tempie, którą świetnie się czyta, o ile czytelnik da się porwać przez świat przedstawiony.
Właściwie trudno tu określić dokładny gatunek powieści. Owszem, na pewno mamy tu do czynienia z fantastyką, która znajduje się gdzieś na pograniczu science-fiction z weird fiction. Bo choć mamy tu naukowe podejście do przedstawionej sytuacji to mimo wszystko, ta książka ma w sobie sporo dziwności. Z drugiej jednak strony VanderMeer bardzo dobrze buduje napięcie, chwilami wręcz serwując nam horror, w którym to przyroda otaczająca nasze bohaterki jest czającym się wokół „złem”.
Pisząc o tej powieści po prostu muszę wspomnieć o wydaniu. Nie dość, że okładki serii są całkiem przyciągające to wewnątrz „Unicestwienia” mamy kilka naprawdę ciekawych, kolorowych, graficznych ilustracji. Nie jest ich wiele, ale wystarczają, by książkę przyjemniej trzymało się w dłoni.
„Unicestwienie” było dla mnie kolejnym dobrym spotkaniem z porządnie napisaną fantastyką. Taką, która jest dziwna, czasem niezrozumiała, ale jednocześnie stworzona przez zręcznego człowieka, z dobrym warsztatem i olbrzymią wyobraźnią, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia. To książka, która nie potrzebuje nadmiaru słów. Moim zdaniem, broni się sama, o ile tylko czytelnik da jej szansę, nie bojąc się odrobiny dziwności i nieco mniej przygodowego podejścia do fantastyki.


* * *

Istnieją jednak granice rozmyślania nawet o małym skrawku czegoś tak doniosłego. Wciąż widzisz wznoszący się za tobą cień całości i gubisz się w myślach, po części dlatego, że w panice uświadamiasz sobie rozmiary tego wyobrażonego lewiatana.
Fragment „Unicestwienia” Jeffa VanderMeera



sobota, 26 stycznia 2019

Zew Cthulhu: Groza w czystej postaci


Okolice miasta Arkham wypełnione są przerażającymi legendami o ciemnych mocach pochodzących z kosmosu, które wkradają się w życie zwykłych ludzi. Na nieszczęście mieszkańców, wiele z nich okazuje się prawdą. 



Tytuł: Zew Cthulhu
Autor: H. P. Lovecraft
Tłumaczenie: Ryszarda Grzybowska
Liczba stron: 296
Gatunek: horror/dark fantasy
Wydanie: C&T, 2004
Międzywojnie to czas, gdy powstała taka fantastyka, jaką znamy dzisiaj. To wtedy możemy mówić o zaczątkach fandomu: o pierwszych klubach, czy pierwszych gazetach poświęconych właśnie jej. Wtedy też pojawiło się wielu pisarzy, uznawanych dziś za klasycznych. Wśród nich jest H. P. Lovecraft – człowiek, którego twórczość, a zwłaszcza jego mitologia cthulhu, zakorzeniła się w popkulturze, mimo że osobom niezainteresowanym jego nazwisko niekoniecznie wiele mówi. „Zew Cthulhu” to zbiór opowiadań opowiadających właśnie o wymyślonym przez autora świecie, czy też – mitologii.
Na niespełna trzystu stronach książki mamy okazję poznać siedem opowiadań, z których – moim zdaniem – trudno wybrać najgorsze, czy najsłabsze. Każde z nich jest utrzymane w bardzo zbliżonej konwencji i tonie, przez co wypadają naprawdę równo, co nie jest czymś typowym dla tego typu zbiorów.
Jak na prozę z lat 30. przystało „Zew Cthulhu” napisany jest dość specyficznym językiem: styl Lovecrafta jest bardzo „gęsty”, choć jednocześnie konkretny i realistyczny. Wewnątrz praktycznie nie ma dialogów, a jeśli jakieś rozmowy się pojawiają przybierają raczej formę monologu. Jednocześnie absolutnie nie jest to język wyjątkowo trudny, za to doskonale wpisujący się w atmosferę grozy panującą w opowiadaniach.
No właśnie, uczucia grozy i lęki naprawdę rzadko kiedy towarzyszą mi w trakcie czytania. Horrory raczej mnie nudzą, niż straszą, a dark fantasy raczej nie ma w zwyczaju mnie przerażać. Ale… „Zew Cthulhu” przez swoją atmosferę naprawdę sprawił, że wolałam w nocy nie wychodzić spod kołdry, co dobrze pokazuje, jak świetnie autor potrafi budować napięcie w swoich tekstach.
Warto zauważyć, że większość z opowiadań napisanych jest w narracji pierwszoosobowej, których bohater czasem zwraca się bezpośrednio do czytelnika. To nadaje tekstowi nieco gawędziarski styl, ale jednocześnie sprawia, że zdecydowanie łatwiej jest w świat przedstawiony wsiąknąć i naprawdę z niego uwierzyć, przynajmniej w chwili czytania. Ponadto same fantastyczne istoty występujące w opowiadaniach mocno bazują na zakorzenionych gdzieś głęboko w nas lękach, co też niewątpliwie potęguje odczucia w trakcie lektury. Zwłaszcza, że całość podana jest w naprawdę realistyczny sposób. Mam wrażenie, że współcześni twórcy często puszczają do czytelnika oko, niszcząc klimat tekstów grozy. Lovecraft zaś zdaje się w swojej prozie robić wszystko, aby naprawdę przerazić czytelnika.
Twórczość Lovecrafta jest absolutnie ponadczasowa. Ba, powiedziałabym, że czas międzywojnia sprawdza się przy takich opowieściach lepiej, niż współczesność. Ponadto to w końcu klasyka literatury grozy, czy początek dark fantasy (moim zdaniem „Zew Cthulhu oscyluje właśnie gdzieś pomiędzy horrorem, a dark fantasy). Z tych powodów naprawdę warto się z tym tytułem zapoznać, choćby po to, by rozwinąć swoje horyzonty i przy okazji poczuć dreszczyk strachu.


* * *

Ma poczucie widmowego wirowania po nieznanych morzach nieskończoności, oszałamiającej jazdy na ogonie komety poprzez toczący się wszechświat, a także histerycznego przerzucania się z piekła na księżyc i z księżyca do piekła, przy wtórze rozchichotanego chóru pokrętnych, wesołkowatych starszych bogów i zielonych nietoperzoskrzydłych, szyderczych diabłów
Fragment „Zewu Cthulhu” H. P. Lovecrafta


wtorek, 19 czerwca 2018

Człowiek z Wysokiego Zamku: Gdyby państwa Osi wygrały wojnę



Co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej? Gdyby to Niemcy i Japonia wygrały II Wojnę Światową, a Żydzi i Słowianie zostali poddani niemal całkowitej eksterminacji?

„Człowiek z Wysokiego Zamku” to już moje trzecie spotkanie z twórczością Philipa K. Dicka. Tym razem dostajemy powieść, która jest alternatywną historią, pewną analizą rzeczywistości, przez człowieka, który II Wojnę Światową dość dobrze pamiętał. Wydana w 1962 roku, z akcją również osadzoną mniej więcej w tych czasach, tylko w świecie, którego losy wróciły się o 180*... To samo w sobie brzmi interesująco, choć muszę przyznać, że... nie do końca wiem, jak tę powieść traktować.
Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku
Autor: Philip K. Dick
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Liczba stron: 336
Gatunek: science-fiction, weird fiction
Wydanie:  Rebis, Poznań 2011
Nie ulega wątpliwości, że to dzieło jest czymś absolutnie wyjątkowym. Jednocześnie jednak daleko jej to powieści łatwej. Po pierwsze, ja sama mam dylemat, jak traktować autora: czy to nieco szalony geniusz-filozof, czy może najzwyklejszy w świecie ćpun z dobrym piórem i wyobraźnią? Bo jeśli to pierwsze to forma i treść „Człowieka z Wysokiego Zamku” wręcz musi zmusić nas do analizy i przemyśleń. Jeśli zaś to drugie to... jednak możemy tę powieść traktować po prostu jako literacką rozrywkę z bardzo dziwną formą.
Jest to jednak lektura, która zdobyła Nagrodę Hugo, więc – nie chcąc wyjść na ignoranta – jednak sugerowałabym wybranie opcji pierwszej. Jednak w tym przypadku mam wrażenie, że nie do końca jestem w stanie poddać tę książkę głębszej analizie, bo po prostu brakuje mi do tego odpowiedniej wiedzy.
W przypadku tej powieści sam świat przedstawiony jest o wiele istotniejszy od samej historii. Ta zaś to wątki kilku bohaterów, które wzajemnie się zazębiają i w pewnej mierze są ciekawe, jednak zdecydowanie nie jest to typowa powieść akcji, czy sensacja. Mamy tu wprawdzie i podrabianie antyków, i zmianę władzy w nazistowskich Niemczech, i problem związany z ukrywającymi się Żydami. Nie brakuje też wątku związanego z pisarstwem, który jest tu z resztą spoiwem i głównym motywem. Mimo tego jednak naprawdę to nie są rzeczy w tej powieści  najistotniejsze, zwłaszcza, że sama przyłapałam się na gubieniu w treści: to dość chaotyczna historia, w której tylko świat przedstawiony konkretnie trzyma się całości.
Muszę też przyznać, że przez ten ogrom mistyki i filozofii, które jednak wychodzą tu na pierwszy plan, samo czytanie sprawiało mi zdecydowanie mniej radości samej w sobie w porównaniu z „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”, która w porównaniu z tą książką wpada bardzo... normalnie i zwyczajnie. Tam jednak mamy zwykłą linię fabularną – tu niekoniecznie. Mam jednak wrażenie, że jestem czytelnikiem dość twardo stojącym na Ziemi, który woli mieć wszystko w miarę jasno wyłożone: nie mam absolutnie nic przeciwko analizie rzeczywistości i rozważaniach filozoficznych, ale jednak w nieco bardziej konkretnej formie. A Dick jednak lubi „odpływać” i mieszać tak, że sama czasem gubię się w tym, co czytam.
„Człowiek z Wysokiego Zamku” to niewątpliwie powieść istotna, ciekawa, intrygująca. Ma w sobie coś ponadczasowego i niezwykłego, ale jednocześnie nie jest książką dla każdego. Sięgając po nią należy uzbroić się w sporą dawkę cierpliwości, bo choć nie jest książką długą, może zająć dłuższą chwilę, zwłaszcza w przypadku osób, które tak jak ja nie potrafią się w takie wyjścia w pełni w nią wczuć.

* * *

Rozejrzał się dokoła. Nieostrość ustąpiła, jak się wydaje. Po tym można docenić celne słowa świętego Pawła... „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno”. To nie przenośnia, lecz trafne powołanie się na odkształcenie optyczne. My rzeczywiście widzimy astygmatycznie w fundamentalnym sensie: nasza przestrzeń i czas są wytworami naszej własnej psychiki i mogą ulegać chwilowym zniekształceniom, jak przy ostrym zaburzeniu błędnika. Chwiejemy się wówczas ekscentrycznie, tracąc wszelkie poczucie równowagi.
Fragment „Człowieka z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dicka



niedziela, 22 kwietnia 2018

Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?: Ludzkość utopiona w chłamie


Ziemia to tylko zgliszcza dawnego imperium. Większość zwierząt wyginęła, a większa część ludzkości już dawno wyemigrowała na inne planety. Rick Deckard jest jednak jednym z tych, którzy zostali. Pracuje w policji, jako łowca androidów zbiegłych z innych planet. Gdy w jego okolicy trafia sześć z nich, musi je wyeliminować.

Kiedy maszyna staje się człowiekiem, a kiedy człowiek – maszyną? I co sprawia, że my, ludzie, jesteśmy ludźmi? Philip K. Dick stał się jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą osobą, która poruszyła tą tematykę i która zdobyła taki rozgłos. „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach” to niedługa, lecz bardzo treściwa powieść, obok której nie powinno się przejść obojętnie.
Zacznijmy jednak od samego wydania. Książki Dicka wydane przez Rebis wyglądem przypominają „Kroniki Diuny” – jedynie okładka jest srebrna, a nie złota. Jakość papieru oraz układ tekstu jest tak samo przyjemny dla oka. To, co jednak jest w tej książce to przyjemnie napisana biografia autora, która pozwala nam się bliżej z jego osobą zapoznać, a w przypadku takiej postaci, jaką był Dick – dziwaka, ćpuna,  paranoika i pisarza jednocześnie – to po prostu wręcz konieczne, by zrozumieć, czemu jego dzieła są dość specyficzne.
Wydanie omówione, wróćmy więc do treści!
Tytuł: Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Autor: Philip K. Dick
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Liczba stron: 272
Gatunek: post-apokalipsa
Wydanie: Rebis, Poznań 2012

Philip K. Dick przedstawia nam post-apokaliptyczny świat, który tak naprawdę chyli się ku upadkowi. Zwierząt praktycznie nie ma, dlatego wyrazem największej ludzkiej empatii jest posiadanie żywego pupila. To istotny motyw na tle całokształtu, który jednocześnie nasuwa mi na myśl współczesne dystopie. Zwykle gdy obecnie Europejczycy próbują przedstawiać taki świat, ludzkość przesadza z ekologią i próbą troszczenia się o przyrodę. U Dicka ma to pozornie podobny wymiar, ale w praktyce motywacje ludzi w jego świecie mają naprawdę wiele sensu. Skoro zniszczyliśmy naszą planetę i sprawiliśmy, że umiera, to w ramach zadość uczynienia powinniśmy zająć się tym, co z niej zostało, prawda?
Główny temat tej książki, czyli androidy, to wspaniale wykreowane przez autora jednostki. Przypominają ludzi... ale jednak nie są ludzkie. Brakuje w nich czegoś, co sprawia, że mimo bycia geniuszami, wyróżniają się w tłumie. A co to takiego? Na to pytanie możecie uzyskać odpowiedź tylko czytając tę powieść.
Nasz bohater, Rick, to właściwie przeciwieństwo androida: jest bardzo, bardzo ludzki. Ma proste, ludzkie marzenia. Proste, ludzkie uprzedzenia. Wykonuje swoją prace, stara się postępować słusznie, choć nie zawsze mu to wychodzi. Jednocześnie nie jest bohaterem łzawym i niepewnym siebie: robi to, co ma zrobić, choć często jego motywacje nie są takie, jak powinny by być u idealnego obywatela.
Łącząc te składniki  dobrego bohatera, ciekawą kreacje świata oraz androidów – autor musiałby się chyba nieźle postarać, aby nie stworzyć z tego dobrej historii. Choć dostajemy książkę prostą fabularnie, to dzieje się w niej tyle, że w trakcie czytania trudno się oderwać od kartek. Jednocześnie w trakcie historii cały czas przewijają się filozoficzne rozważania na temat człowieczeństwa, ale są tak naturalnie w to wszystko wplecione, że tego się po prostu za bardzo nie zauważa.
Styl pisania Dicka jest.... co najmniej ciekawy. Z jednej strony mamy język bardzo konkretny: gdyby tak nie było, autor nie rozbudowałby tak świata i nie stworzył takiej historii, mając do dyspozycji niecałe trzysta stron. Tu się nic nie ciągnie i nie wlecze; dobry rytm jest jak najbardziej zachowany. Ale jednocześnie to autor, który ma swoje małe specyficzne pomysły, które doprowadziły na przykład do powstania „chłamu” (w którego istnienie Dick podobno sam wierzył): czyli śmieci pod postacią starych puszek, gazet, kawałków mebli i tym podobnych, które ciągle się rozmnarzają, których ilość przybywa sama z siebie. Człowiek może z tym walczyć, ale nigdy tego nie pokona. Z jednej strony wzmianki o rzeczach tego typu mogą wydawać się abstrakcyjne. Z drugiej: doskonale wpasowują się w nieco dziwaczny świat przedstawiony. Dodają mu klimatu i unikalności, sprawiając, że książka Philipa K. Dicka naprawdę jest jego dziełem. Dziełem paranoika i ćpuna, który nie potrafił żyć normalnie.
Już powoli kończąc, chcę wspomnieć o samym tytule powieści. Do polskiej wersji został dodany tytuł „Blade Runner”, choć w oryginale wcale nie występuje. Tytułem jest po prostu pytanie – „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” I jest to chyba jeden z ciekawszych, na jaki wpadłam kiedykolwiek. Pozornie wydaje się abstrakcyjny, ale jednocześnie doskonale wpasowuje się w całą treść książki.
„Blade Runner” z 1982 roku to kultowy film science-fiction i to jeden z powodów, dla których zarówno warto obejrzeć jego, jak i przeczytać powieść, na bazie którego powstała. A to właśnie „Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” jest jej pierwowzorem. Drugi powód jest chyba o wiele bardziej prozaiczny: to po prostu bardzo dobra książka, którą przyjemnie się czyta i która do życia czytelnika może wnieść kilka ciekawych rozważań. Dlatego po prostu warto zwrócić na nią uwagę.

* * *

Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych papierowych zapałkach, albo opakowanie po wczoraj przeżutej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam się rozmnaża. Na przykład jeśli pójdzie pani spać, pozostawiając go w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle. Ciągle go przybywa.

Fragment „Blade Runnera. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka



Nomida zaczarowane-szablony