Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 października 2023

Czarownica ze wzgórza: lekko, kobieco i niby-historycznie


Fleetwood Shuttleworth jest panią dużego majątku. Choć ma zaledwie siedemnaście lat, jest właśnie w czwartej ciąży. Żadnej z nich dotychczas nie donosiła, a wraz z mężem marzy o potomku. Gdy poznaje Alice, postanawia obdarzyć akuszerkę zaufaniem, mając nadzieję, że uratuje ona życie jej dziecka oraz jej własne. Wkrótce w okolicy rozpoczyna się polowanie na czarownice.

Czarownica ze wzgórza
Stacey Halls
wyd. Świat Książki, 2019



„Czarownicę ze wzgórza” znalazłam w dyskoncie w kategorii książek fantastycznych i uznałam, że hej, okładka sugeruje lekką, w miarę miłą powieść, a mi takich często brakuje. Więc postanowiłam dać pani Stacey Halls szansę. I choć nie żałuje, to na pewno to nie jest powieść fantastyczna.

Nie pomyliłam się co do tej miłej i lekkiej książki, bo mimo dość trudnych tematów, ta historia w odbiorze właśnie taka jest. Pozornie porusza poważne tematy, ale styl autorki jest lekki, niezbyt opisowy i całkiem ładny. To przy tym powieść historyczna, ale mam wrażenie, że autorka nie skupia się na realnym odzwierciedleniu dawnych czasów, a na złapaniu romantycznego klimatu filmów kostiumowych. Nie mam jej tego za złe, niemniej, warto pamiętać o tym, że to nie jest powieść, która doskonale przedstawi życie w XVII wieku.

Mimo lekkiego klimatu tu naprawdę dzieją się rzeczy dość poważne. Główna bohaterka jest bardzo młoda, ale jednak sporo już przeszła. Choć pozornie wydaje się szczęśliwa, to do szczęścia brakuje jej ukochanego dziecka. Jest też dość samotna, a jedyna osoba, która okazuje się bliska jej sercu, zostaje oskarżona w procesie o czarownice. To napędza całą powieść, ale to nie jest jednak powieść akcji. Miałam wrażenie, że fabuła snuje się dość powoli, mimo tego, że „Czarownicę ze wzgórza” czytało mi się raczej przyjemnie.

To chyba sprawia, że powieść pozostawiła mi po sobie lekki niedosyt, ale niekoniecznie w tym dobrym znaczeniu. Z jednej strony tematy były na tyle poważne, że nie mogę uznać, że ta historia jest zupełnie pustą wydmuszką. Z drugiej mam jednak trochę takie wrażenie, bo jednak ta cała opowieść była zbyt lekka na tak trudne tematy. Ani to nie jest więc stricte rozrywkowa historia, ani jakaś analiza emocji czy sytuacji, którą przeżywały czarownice z Pendle z 1612 roku (bo powieść jest jak najbardziej oparta na prawdziwych wydarzeniach). Szczerze mówiąc, nie wiem, czy podoba mi się tworzenie tak baśniowej otoczki wokół faktycznego zdarzenia, przez które zginęli ludzie.

Co mnie zaskoczyło, to brak romansu w tej historii. Jej ton wręcz sugeruje, że będą tu jakieś większe uniesienia ze strony bohaterki, ale jednak nie. Fleetwood ma męża, ale autorka nie skupia się na opisie jej romantycznych emocji w stosunku do niego, ani w stosunku do jakiegokolwiek innego mężczyzny. To było nawet odświeżające.

Wydaje mi się, że powieść może sprawdzić się jako oderwanie na lekki wieczór, o ile czytelnikowi nie są straszne problemy związane z trudną ciążą (a jest tu tego troszeczkę). Nie uważam jednak, aby było w niej dużo więcej, niż dość prosta rozrywka.




poniedziałek, 31 stycznia 2022

Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu: opowieść z pogranicza kultur

Kwei-Lan miała zaledwie kilka lat, gdy została przyrzeczona swojemu obecnemu mężowi. Wychowana na idealną żonę, nie potrafi odnaleźć się w swoim związku. Jej wybranek okazuje się człowiekiem nauki, który nie zwraca na nią najmniejszej uwagi.



Pearl S. Buck jest autorką, której książki zawsze są dla mnie miłą odmianą i które przynoszą mi sporą dawkę ukojenia. To pisarka, którą można porównać trochę do Jane Austen: pisze głównie o kobietach i zwyczajnych, codziennych problemach, ale przez pryzmat chińskich (lub azjatyckich) zwyczajów. To sprawia, że to literatura dość uniwersalna, nawet mimo tego, że przepełniona typowo kobiecą wrażliwością.

Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2007

„Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu” to naprawdę niedługa powieść: nie ma nawet 180 stron! Ale to wystarczająco, by opowiedzieć historie Kwei-Lan. Jak inne książki Buck, tak i ta jest pewnym wyrywkiem z życia bohaterki. Oczywiście ma jakiś początek i jakieś tam zakończenie, ale oczywistym jest również to, że ta historia będzie biec dalej. Nie kończy się na kartach książki.

Tytuł książki odnosi się do niczego innego, jak do zderzania się kultur. Gdy Chiny zaczęły się rozwijać, ich mieszkańcy z jednej strony bali się świata zachodu, z drugiej byli nim zafascynowani. I taki jest ukochany Kwe-Lan. To człowiek, który zachowuje się bardziej jak Amerykanin, niż Chińczyk i choć ma szacunek do swoich zwyczajów, to ma swoje własne zdanie, zna się na medycynie i chce traktować swoją żonę jako równą sobie. Młoda dziewczyna, wychowana w zupełnie innych realiach, po prostu nie potrafi tego zrozumieć. I cała powieść jest właściwie zbudowana na konflikcie stare-nowe.

Nie jest to powieść szczególnie smutna, przeciwnie: jest raczej urocza, dobra, spokojna, przyjemna w odbiorze. Nie mamy tu antagonisty, czy wybitnie konkretnej fabuły, a raczej obserwujemy różne postawy bohaterów. Ale to wszystko jest tak ładnie napisane, że przez te 170 stron po prostu się płynie.

Niektóre powieści Buck potrafiły mnie troszeczkę męczyć. Ale ta, przez wzgląd na swój interesujący temat, ładne opisy i zwartą formę była chyba jednym z przyjemniejszych spotkań z jej twórczością. A że takich autorów warto poznawać to naprawdę polecam po tę powieść sięgnąć. Nie jest długa, wiec nawet osoby średnio zainteresowane tematem nie będą miały okazji, by się znudzić, a być może akurat okaże się, że ta opowieść Was oczaruje. 



czwartek, 13 stycznia 2022

Galeony wojny: w poszukiwaniu bałtyckiego Lewiatana

XVII wiek. Arendt Dickmann był holenderskim kapitanem, który przeniósł się do Gdańska. Jednak w trakcie ślubu obiecał swojej ukochanej, że na stałe osiądzie już na lądzie. Siedemnaście lat później ta jest ciężko chora. Pogrążony w długach mężczyzna, chcąc zapewnić żonie odpowiednie warunki, wyrusza znów na Bałtyk, aby odnaleźć tajemniczego Lewiatana – potwora, który morduje załogi niewielkich statków handlowych.


Galeony wojny
Jacek Komuda
wyd. Fabryka Słów, 2014

Pierwszą styczność z twórczością Jacka Komudy miałam jakieś 6-7 lat temu. Sięgnęłam wówczas po jego zbiór pirackich opowiadań fantasy, które wydały mi się naprawdę klimatyczne. Jednak dopiero po dłuższym czasie w moje ręce wpadła jego kolejna książka. Jako że poprzednie morskie opowieści wydały mi się niezłe, to „Galeony wojny”, kolejna rzecz rozgrywająca się na morzu, jawiła się jako potencjalnie dobra rzecz. Jednak mimo tego… wcale nie uważam, aby była to wybitna lektura. Opowiadania dalej wydają mi się zdecydowanie lepsze.

Zacznijmy jednak od tego, że tak ogólnie rzecz biorąc to kompetentna przygodówka. Z fabułą prostą jak budowa cepa, ale tu wszystko jest na (prawie) swoim miejscu. Jednak diabeł tkwi w szczególe, także w tym przypadku.

Sam początek wydał mi się naprawdę interesujący. Dickmann to historyczna postać, o której jednak nic wcześniej nie wiedziałam. Autor zaś kreuje go na bohatera, który po prostu był dla mnie ciekawy. Bo to w gruncie rzeczy dobry, poczciwy człowiek, który kocha swoją żonę i chce, aby ta po prostu wyzdrowiała. To proste, ale zarazem po prostu bardzo ludzkie, dzięki czemu to dobry fundament na postać. A jeśliby do tego dodać fajną przygodę to przecież mogłaby to być po prostu przyjemna, dobra opowieść, może nawet w niektórych momentach wzruszająca.

Problem polega na tym, że Komuda w swojej narracji wypada na… niezłego buca. To wygląda czasem tak, jakby sam ze sobą ścigał się w to, kto włoży do tekstu więcej marynistycznego słownictwa i historycznych ciekawostek. I o ile szanuje jego wiedzę to tak po prostu nie robi się dobrej ekspozycji. Oczywiście, takie podejście będzie niektórym odpowiadać, ale mnie ani nie kręcą militaria, ani suche ciekawostki, które do fabuły niewiele wnoszą. A to też jest sztuka – sprzedać czytelnikowi wiedze w sprawny sposób, który go nie zmęczy, a wręcz przeciwnie. Zaciekawi historią, zaciekawi opowieścią przeszłości.

Mam wrażenie, że gdyby trochę popracować nad językiem autora ta historia mogłaby od razu o wiele, wiele więcej zyskać. Ale jednocześnie muszę przyznać, że koniec końców, fabularnie też ta historia niewiele wnosi. Jest tak sztampową morską przygodówką, jak to tylko jest możliwe. Nawet plot twist związany z Lewiatanem nic ciekawego nie przynosi. Ja tego rozwiązania spodziewałam się właściwie od samego początku. A przez rozmemłaną akcję i bohatera, który po dobrym starcie, w tym wszystkim po prostu się gubi, mam poczucie, że przeczytałam… trochę nic. Coś pustego, sztampowego, typowego, co nie wzbudziło we mnie żadnych większych emocji.

„Galeony wojny” są specyficzną powieścią. Z jednej strony kompletnie typową, z drugiej – wcale nie aż tak lekką. Bo choć czyta się ją generalnie bez problemu to nadmiar obcego słownictwa może skutecznie zepsuć przyjemność z lektury. Dlatego raczej polecałabym ją osobom, które nie są zbyt oczytane, ale lubią zagłębiać się w historię, które uwielbiają Gdańsk albo XVII wiek – takim powinna spodobać się zdecydowanie bardziej, niż mi.


środa, 6 października 2021

Niewidzialna Korona: to nie był udany powrót do Cherezińskiej

 

Przemysław II został zamordowany. Nie jest jasne, kto ma objąć po nim tron. Na terenach Polski rozpoczyna się walka o władzę.

 

W 2015 roku „Korona śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej była moim małym książkowym marzeniem. Jako uczennica szkoły średniej nie mogłam sobie pozwolić na zakupy zbyt często, a ta gruba książka nie należała do bardzo tanich. Dlatego gdy udało mi się wygrać konkurs fotograficzny i dostałam bon do księgarni to oczywiście, że musiałam ją zamówić. Po przeczytaniu okazało się, że książka być może nie była wybitna, ale zauroczyła mnie swoim stylem i delikatnym dodatkiem fantastyki. Pamiętam, że nawet uczyłam się z niej do kartkówek z historii, bo „opowiadając sobie” co się wówczas działo, łatwiej mi było zapamiętać wszystkie daty.

Niewidzialna korona
Elżbieta Cherezińska
wyd. Zysk i s-ka, 2014
Odrodzone królestwo, t. 2

Przez lata powieść urosła w mojej pamięci do tej bardzo dobrej, przepięknie napisanej książki, której czytanie zaniechałam… właściwie bez powodu. No dobrze, powód był – nie tak łatwo mogłam pozwolić sobie na kolejne części. Dlatego gdy w końcu po 6 latach dotarła do mnie kolejna część cyklu – „Niewidzialna korona” – byłam arcyciekawa, jak odbiorę tę powieść po czasie. Zwłaszcza, że z wielu stron cały czas docierają do mnie zachwyty nad piórem Cherezińskiej.

Niestety. Czas nie okazał się dla tego cyklu łaskawy, przynajmniej w moim przypadku.

Zacznijmy może od tego, że według posłowia autorki, tę część można czytać osobno. Ma to jakiś sens: co prawda to bezpośrednia kontynuacja poprzedniej powieści, ale to przecież książki historyczne, dość mocno czerpiące z przeszłości i zmieniające niewiele. Więc niewiadome można sobie po prostu doczytać. Dlatego też zresztą liczyłam, że w tę opowieść najzwyczajniej w świecie wsiąknę. Ale nie udało się.

W pewnym sensie „Niedziałalna korona” kojarzy mi się z czytanym w tym roku „Piasem” Grzegorza Gajeka. Tak jak i on, składa się ze scenek, które niby sią łączą, ale nie do końca. Na dodatek autorka bezustannie skacze pomiędzy różnymi postaciami, nie wchodząc zbyt głęboko w ich charaktery. Cherezińska zdaje się odhaczać ważne dla fabuły sceny, bez większych emocji i bez wniknięcia w to, co faktycznie robią i czują jej postacie. Dostajemy więc  coś w stylu rozpisanego podręcznika do historii.

Jednocześnie jej styl pisania oceniłabym jako bardzo, bardzo mocno komercyjny. Brakuje tu opisów, przeważają dialogi. Styl również zdecydowanie do najlepszych nie należy (i to dobrze pokazuje, jak X przeczytanych książek potem wpływa na ich ocenę –  wcześniej mi się przecież podobał!). Nie powiedziałabym, że jest tragiczny, bo widywałam gorsze, ale Cherezińska była po prostu dla mnie niezwykle nużąca w swojej płytkości i powierzchowności.

Jeśli ktoś spodziewał się w tej części fantastyki to raczej nie może na nią za bardzo liczyć. Ot, w tle przewijają się ożywione herby, są jacyś magiczni ludzie z lasu, ale ogółem – w tej części właściwie nic do robienia nie mają. To mógłby być fajny dodatek (np. jak wizje w pierwszym sezonie „Wikingów”), ale w tym przypadku to jest po prostu zbyteczne.

To, co mnie również negatywnie zdziwiło to… seksualność obecna w tej powieści. Dlaczego? Bo z jednej strony dostajemy powieść, która jest wręcz pustą wydmuszką. Ale gdy pojawia się akt seksualny to Cherezińska nagle zaczyna go rozpisywać i tłumaczyć. Trochę tak, jakby realizowała jakąś fantazję. I na te krótkie sceny z powieści o historii polski robi się nam tani romans historyczny. Podkradałam kiedyś, jako młodsza nastolatka, z półki rodziców cykl „Królowe wikingów” Frid Ingulstad i jakość opisu tych scenek kojarzy mi się właśnie z nim.  Być może autorka nie jest w tym obleśna, ale do pewnego stopnia niesmaczna – jak najbardziej.


Nie jest to najgorsza powieść, jaką znam. Tegoroczny „Piast” mimo wszystko był książką słabszą. Ale „Niewidzialna korona” nie jest też niczym dobrym, ciekawym, interesującym. Być może sprawdzi się jako czytało, bądź jako książka dla osoby niezbyt oczytanej (przykładem mogę być ja sprzed lat), ale ja na pewno do tego cyklu wracać nie będę. Na całe szczęście kolejnych tomów „Odrodzonego królestwa” jeszcze nie kupiłam, mimo że już kilkukrotnie mnie korciło.

czwartek, 2 września 2021

Piast: jak nudna może być słowiańska powieść historyczna?

Piast nie zawsze nosił to imię. Dawniej mówiono na jego Olech. Gdy wraz z bratem dokonuje bardzo złego czynu, ucieka, aby trafić w niewolę do Normanów. W jaki sposób życiowa droga zaprowadzi przyszłego Piasta do pokonania Popiela?


Opis wydawcy „Piasta” sugeruje powieść nie do końca historyczną. W końcu na samej okładce można znaleźć informację, że jest to „epicka opowieść o człowieku, którego śladem kroczyli bogowie”. Sugerowało mi to, że być może dostanę powieść z elementami fantastycznymi. Ale nie – ta książka jak najbardziej może być określona mianem realistycznej. To jednak nie jest przecież wadą. Historia Piasta (z tego co mi wiadomo) nie jest wyjątkowo dobrze poznana, więc autor tak naprawdę mógł opowiedzieć jakąkolwiek historie. W końcu obalenie innego władcy to całkiem ciekawy temat na powieść czyż nie?

Piast
Grzegorz Gajek
wyd. SQN, 2021

Owszem, tylko… mam wrażenie, że Grzegorz Gajek, autor tej książki, trochę zmarnował potencjał na dobrą historię. Dlatego że zamiast skupić się na opowiedzeniu pewnej przygody, opowiada życie bohaterów: od okresu dziecięcego aż do dorosłości. Wybór takiej formy może być czasem strzałem w dziesiątkę, ale w moim odczuciu, nie w tym przypadku. Czemu?
„Piasta” można wyraźnie podzielić na dwa segmenty. Pierwszym są sceny walk – tych jest tu naprawdę dość dużo. Ale przyznaję, że mnie osobiście nijak porywały. Raczej nie interesują mnie militaria, więc to po prostu nie było dla mnie, zwłaszcza że sam styl Gajeka czy jego postacie nie były dla mnie czymś wystarczająco intrygującym. Drugim są scenki obyczajowe, często romansowe, z męskiej perspektywy. Te się niby w coś łączą, ale w gruncie rzeczy nie powaliły mnie ani sposobem prowadzenia, ani ciekawą opowieścią.
Bohaterowie też mnie do siebie nie przekonują. Pobocznych jest dużo i z paroma wyjątkami – mieszają się między sobą. Z kolei Olech oraz jego brat to nie są charaktery, które mnie jakkolwiek interesują. Jak najbardziej rozumiem ich sposób kreacji i wydaje mi się stosunkowo realistyczny, ale cóż poradzę – nie przepadam zwykle za raczej prostackimi mężczyznami, którzy po prostu się biją.

Poza samą fabułą ta powieść ma do zaoferowania czytelnikowi także OLBRZYMIE ilości ciekawostek z życia Słowian i Wikingów. Z tym że w moim odczuciu ekspozycje pojawiające się w treści były często dość toporne i niekoniecznie potrzebne. Jakby pojawiły się bardziej dla „szpanu”, niż były potrzebne samej historii. „Piast” ma 660 stron, a mam wrażenie, że gdyby go skrócić o połowę, mógłby być dużo lepszą książką.

Sam styl Gajka raczej lekko wchodzi, mimo dość mocnej językowej stylizacji, ale jednocześnie – przynajmniej mnie raczej nie powala. Ot, da się go czytać bez bólu, ale nie mam poczucia, że jego pióro jest w jakiś sposób wyjątkowe. Nie rozumiem jednak zabiegów związanych ze zmianą narracji. Niektóre rozdziały pisane są z perspektywy pierwszej osoby, inne – trzeciej. Tyle, że bardzo często zmieniają się dość losowo (np. Olech opowiada o wydarzeniu, a w następnym rozdziale mamy konsekwencje wydarzenia w trzeciej osobie, z nim w roli głównej). Ponadto narracja pierwszoosobowa wygląda jak monolog/list do syna, przez co zawiera niekoniecznie budujące nastrój wstawki (w stylu: zobaczysz synu, jakim wielkim wodzem zostałem!). Warto dodać, że rozdziały tej książki są wręcz absurdalnie krótkie. Często mają po 3-4 strony, co nie wpływa najlepiej na rytm czytania.

Wiem, że „Piast” swojego czytelnika znajdzie. Osoby szukające ciekawostek na temat życia dawnych Słowian czy Wikingów na pewno będą zadowoleni. Miłośnicy militariów z tamtego okresu być może również znajdą w lekturze sporą dawkę rozrywki. Ale o ile ja nie żałuje lektury tej powieści, o tyle wiem, że po prostu jest nie do końca dla mnie. „Piast” po prostu niczym szczególnym mnie nie zainteresował.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Ta trzcina żyje: Korea na przełomie wieków



Ród Kim jest jednym z najbardziej szanowanych i poważanych w Korei. Li-han to doradca królowej i artysta, wiodący szczęśliwe, rodzinne życie. Jego kraj czekają jednak wielkie zmiany, które wpłyną na los całego narodu.

Tytuł: Ta trzcina żyje
Autor: Pearl S. Buck
Tłumaczenie: Jędrzej Burakiewicz, Jędrzej Polak
Liczba stron: 550
Gatunek: powieść historyczna
Wydanie: Muza, Warszawa 2010
Pearl S. Buck jest noblistką, która uwiodła mnie swoją twórczością już dawno temu i zawsze, gdy widzę jej książki w okazyjnych cenach, dołączam je do mojego zamówienia. „Ta trzcina żyje” to już moje siódme spotkanie z tą autorką. Jednocześnie to pierwsza jej książka, którą poznałam i której akcja rozgrywa się w Korei.
Dobrze wiem, że Buck to specjalistka od Chin: to w tym kraju się wychowywała i to w tym kraju przez lata mieszkała. W swojej twórczości nie unikała jednak podróży do innych azjatyckich państw. „Ukryty kwiat” przeniósł nas do Japonii, tym razem z Buck wybrałam się do Korei. Trudno mi jednak powiedzieć, czy autorka faktycznie jest specjalistą w tej dziedzinie: sama na kulturze wschodnich państw po prostu się nie znam.
Nie zmienia to faktu, że „Ta trzcina żyje” przedstawia ogromną ilość koreańskich zwyczajó. To książka, w której fabuła jest tak naprawdę tłem dla opisów tego jak żyło się w tamtym państwie na przełomie XVIII i XIX wieku. A że Buck ma naprawdę ładne pióro to wszystko bardzo dobrze się czyta.
Muszę jednak przyznać, że to chyba książka jej autorstwa, którą czytało mi się najgorzej. Początkowo byłam przekonana, że głównymi bohaterami będą osoby z rodu aktualnie rządzącym Koreą Północną, ale okazało się, że nie: ta rodzina Kim to po prostu szlachetna, ale jedna z wielu rodzin, wykreowana tylko na potrzeby książki.
To samo w sobie nie jest wadą. Mój problem z tą książką polegał na tym, że tak naprawdę dostajemy od autorki sagę rodzinną, która choć obraca się wokół jednej postaci, tak naprawdę nie jest jakąś konkretną historią. To znaczy, oczywiście sam temat książki jest jasny (zmiany w polityce i gospodarce Korei, starcia pomiędzy pokoleniami itd.), ale nie mamy tu jednej, konkretnej tajemnicy, czy problemu, który musi rozwiązać bohater. A przynajmniej w tej chwili ja sama takie powieści preferuje.
Jest to wprawdzie moja bardzo osobista kwestia, mój prywatny gust, ale nie zmienia to faktu, że to chyba pierwsza książka Buck przy której potrafiłam szczerze się nudzić, mimo że wcale tego nie chciałam. Naprawdę szanuję tę pisarkę i wolałbym pisać o niej w samych superlatywach.
Mim wszystko, to dalej bardzo typowa książka tej pani. Buck nie wchodzi z butami w życie bohaterów, pokazuje je jakby z pewnej odległości. Skupia się raczej na zwyczajach i problemach społecznych, a nie na samych bohaterach. Ma w sobie przy tym sporo takiej „prawdziwej kobiecości” – pozbawionej naiwności, jednocześnie łagodnej, wyrozumiałej i stanowczej.
Buck polecałam i będę polecać: to autorka, która przedstawia kraje Azji, jednocześnie robiąc to w sposób zrozumiały dla zachodniego czytelnika.  Co prawda „Ta trzcina żyje” nie będzie wśród moich ulubionych książek tej autorki, ale nie wątpię, że znajdzie niejedną osobę, która pokocha tę książkę. Polecam szczególnie tym, którzy lubią właśnie sagi rodzinne i jednocześnie mieliby ochotę poznać Korę w literacki sposób.


* * *

(…) Podszedł do ściany na drugim końcu pokoju. Tak, wciąż sam wisiały materialne dowody na istnienie samsin, teraz trochę zakurzone i porwane. Jak te biedne przedmioty mogły mieć wpływ na narodzenie dziecka? Wpatrując się w nie z pogardą, poczuł jak wzbiera się w nim dawna niewiara. Ludowe baśnie: chłopi i niedouczeni kapłani próbujący wyjaśnić po omacku cud życia. Pomyśleć, że jego szwagierka chciała być buddyjską mniszką! Pragnął poznać i zgłębić nowe sposoby myślenia, odnaleźć ścieżki inne od tych opisywanych przez księgi umarłych.
Fragment „Ta trzcina żyje” Pearl S. Buck

czwartek, 10 stycznia 2019

Uwięzieni w raju: Sztuka w obozie zagłady


Pokazowy obóz koncentracyjny w Theresiendstadt to miejsce zapełnione żydowskimi artystami. Aby poprawić byt więźniów część z nich postanawia zorganizować przedstawienie. W przedsięwzięciu bierze udział między innymi Hans Krasa, czeski kompozytor.


Tytuł: Uwięzieni w raju
Autor: Xavier Guell
Tłumaczenie: Katarzyna Kozioł-Glavis
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura obozowa
Wydanie: Czarna Owca, Warszawa 2018

Sięgnięcie po tematykę Holocaustu wymaga od pisarza pewnej odwagi. Szczególnie, gdy tak jak pochodzący z Hiszpanii Xavier Guell, postanawiają wziąć na tapet prawdziwe wydarzenie, przerabiając je na inspirowaną faktami fikcję. Autor podchodzi jednak do tematu z dużą dawką szacunku, dzięki czemu „Uwięzieni w raju” spełniają rolę swoistego hołdu dla zmarłych artystów. Czy jednak jest to bezapelacyjnie dobra książka? Moim zdaniem – niestety nie.
Choć próbowałam znaleźć więcej informacji na temat autora, nie odkryłam wiele więcej, niż to co znalazłam na skrzydełkach okładki. To człowiek urodzony po wojnie, który kocha muzykę. I to w „Uwięzionych w raju” widać. Gdy autor dochodzi do opisywania przygotowań przedstawienia podaje temat w sposób specjalistyczny i z wyraźną wiedzą. Dobrze więc dobrał sam temat książki. Widać też jego pasję i szacunek do przedstawianych bohaterów, co w przypadku pisania o osobach, które zmarły w tak tragicznych okolicznościach wydaje mi się wręcz kluczowe.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że całe fragmenty dotyczące sztuki stanowią bardzo mocny kontrast pomiędzy tym, co dzieje się w obozie „na co dzień”.
Niestety, cała reszta książki wypada moim zdaniem gorzej, szczególnie jeśli przyjrzymy się dialogom. Autor bardzo często zamiast zwykłych rozmów serwuje nam długie monologi postaci, zajmujących pół, całą lub dwie strony. I to nie raz, nie dwa – a dosłownie co chwilę. To monologi o życiu, śmierci, sztuce, wartościach, planach… ale też o przeszłościach bohaterów, co chyba w tym wszystkim wypadało najgorzej.
Dlaczego? Dlatego, że dobra postać to taka, o której wiemy wszystko… mimo że ona sama nie powiedziała o sobie nic. A bohaterowie Guella bezustannie sami się przedstawiają, opowiadając sam życiorys. Robią to często nawet nie będąc szczególnie istotnymi dla fabuły, co wcale nie wypada dobrze.
Oczywiście rozumiem, że taki pewnie był zamysł autora, że to zabieg celowy. Na dodatek nie wątpię, że znajdzie swoich zwolenników. Jednak w ten sposób po prostu nie pisze się dobrej powieści. Jeśli autor chciał po prostu przedstawić nam historię historycznych w większości postaci mógłby stworzyć dokument, a nie fikcję literacką. Ta jednak mimo wszystko powinna przestrzegać pewnych reguł, które sprawią, że książka będzie nie tylko istotna, ale też najzwyczajniej w świecie ciekawa.
Mimo wszystko „Uwięzionych w raju” czyta się dość szybko i lekko, zważając na jej tematykę. Autor nie stylizuje szczególnie języka (a może to kwestia tłumaczenia), a tekst raczej „łatwo wchodzi”, o ile przymkniemy oko na długie monologi, które nie zawsze mają wpływ na fabułę.
Główny bohater, Hans Krasa, też na kartach powieści wypada dobrze. To znaczy: każdy z żydowskich artystów jest przedstawiony ze sporą dawką szacunku i po prostu raczej nie da się uznać ich za postacie złe, czy fatalnie wykreowane. Problem polega na tym, że autor zamiast skupić się na samym życiu w obozie i na jednej postaci, często skacze pomiędzy postaciami, często opuszcza sam obóz… przez co czuje pewien niedosyt i pod tym względem. Wolałabym naprawdę skupić się na Krasie, jego emocjach, jego życiu, a nie innych postaciach i monologach o ich przeszłości.
Powoli kończąc, muszę też wspomnieć o tym, że „Uwięzieni w raju” mają w sobie sporo z romansu. Życie Krasy z kart powieści kręci się wokół tworzonej przez niego sztuki oraz ukochanej kobiety, która jednak (z tego, co sprawdzałam) jest postacią fikcyjną. Myślę, że dodanie jej było jednak trochę niepotrzebnym zabiegiem (chyba, że się mylę i Elizabeth faktycznie istniała), szczególnie w chwili, gdy romans rozbijany jest przez inne elementy powieści.
Jak najbardziej rozumiem wszystkich tych, według których „Uwięzieni w raju” to książka dobra i poruszająca. Ten temat porusza sam w sobie i temu zaprzeczyć nie mogę. Jednak chociaż bardzo chciałabym o takich powieściach pisać w samych superlatywach to… po prostu nie mogę. „Uwięzieni w raju”, jak każda inna powieść, polega krytyce i robienie wyjątku z powodu jej tematu byłoby moim zdaniem nie na miejscu. Jak już wspominałam, powieść Guella to niewątpliwie książka istotna i traktująca temat z szacunkiem, ale jednak autor chyba bardziej zna się na samej muzyce, niż na kunszcie pisania powieści.


* * *

Elizabeth przysłuchiwała się tej rozmowie z rozbawieniem i nie mogła ukryć malującego się na jej twarzy uśmiechu. Pomimo tego pomyślała: „Przyszłam tutaj, żeby zerwać z tym zaklinaczem węży, i zrobię to. Tym razem nie dam się nabrać.”
Fragment „Uwięzionych w raju” Xaviera Guella



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 15 listopada 2018

Piąta góra: Dawno nie czytałam tak pustej książki

IX w. p. n. e. Eliasz z rozkazu Jahwe opuszcza Izrael, swoją ojczyznę.  Wędrując, spotyka wdowę, która otacza go opieką. Pomiędzy dwojgiem ludzi zaczyna tworzyć się więź, ale Eliasz nie może zapomnieć, że jest prorokiem Boga.

Tytuł: Piąta góra
Autor: Paulo Coelho
Tłumaczenie: Basia Stępień, Grażyna Misiorowska
Liczba stron: 222
Gatunek: powieść współczesna
Wydanie: Drzewo Babel, Warszawa 1998
Gdy kilka lat temu na jednym z uniwersytetów rozmawiałam z pewną doktorantką na wydziale filozofii usłyszałam, że w towarzystwie osób zainteresowanych tym zagadnieniem Coelho traktowany jest jako osoba, która nie tworzy nic nowego i która nie wnosi żadnej nowej wartości do naszego świata, powtarzając znane wszystkim morały. Trudno mi stwierdzić, czy tak faktycznie jest i czy współcześni filozofowie faktycznie tak uważają, ale muszę przyznać, że „Piąta góra” jak najbardziej tę teorię potwierdza.
W tej powieści Coelho rozwija biblijną historię o proroku Eliaszu. Swój język stylizuje więc na bardzo oficjalny i pompatyczny; pozbawiony emocji, zbliżony nieco do tego, który możemy znaleźć w Piśmie Świętym. Biorąc pod uwagę temat „Piątej góry” ten zabieg sam w sobie wydaje się dobrym wyjściem, jednak mnie osobiście sam styl autora w przypadku tej pozycji absolutnie nie porwał. Ba, wręcz kłócił się z „prawdami objawionymi”, jakie Coelho próbuje nam przekazać.
Chociaż „próbuje” to mało powiedziane. Brazylijski pisarz nawet nie udaje, że całość jest metaforą. Przeciwnie – w dialogach wyjaśnia nam, co znaczą czyny bohaterów, tłumaczy nam wiarę, pragnienie życia i inne tego typu sprawy dosłownie, bez możliwości jakiejś głębszej analizy. Przy tym powtarza znane wszystkim slogany, które możemy znaleźć na portalach z motywacyjnymi cytatami. Przez to „Piąta góra”, mimo swojego patetyzmu, jest pozycją niezwykle pustą. Wprawdzie może człowiek prosty, niekoniecznie dobrze wykształcony znajdzie tu jakąś mądrość życiową dla siebie, jednak każda inna osoba prawdopodobnie prędko  poczuje się tym tytułem i podejściem autora do „filozofii” zmęczona.
Właściwie w przypadku „Piątej góry” niełatwo jest mówić ani o bohaterach, ani o fabule. Paulo Coelho nie skupia się na swoich postaciach, robiąc z nich raczej swoiste figury, które po prostu mają do odegrania pewne role: tak, aby czytelnik na pewno zrozumiał i tak jasne jak słońce przesłanie. Fabuła tej powieści ma dokładnie ten sam problem: ma udowodnić tezy autora, nic więcej.
Muszę jednaj oddać pisarzowi fakt, że do samej tematyki biblijnej podchodzi z dużą dozą szacunku. Dlatego też być może osoby głęboko wierzące i bezkrytycznie podchodzące do religii chrześcijańskiej odnajdą się w „Piątej górze”:
Cieszę się, że „Piąta góra” to tak krótka powieść. W innym przypadku pewnie prędko bym ją odłożyła. To bardzo krótki i pusty tekst, który przez swój patetyzm stara się być „czymś więcej”. A tego zdecydowanie nie lubię.


* * *

Ze wszystkich rodzajów niszczącej broni jaką wymyślił człowiek, najstraszniejszą i najpotężniejszą było słowo. Sztylety i włócznie zostawiały ślady krwi, strzały można było dostrzec z daleka. Truciznę dawało się wykryć i jej uniknąć. Ale słowo miało moc niszczenia bez śladu.
Fragment „Piątej góry” Paulo Coelho

poniedziałek, 5 listopada 2018

Gospoda pod Bocianem: Rodzinna saga w jednym tomie

Historia rodziny Bogoszów rozpoczyna się w XIX wieku, gdy Henryk tworzy Gospodę pod Bocianem, niezwykłe miejsce, które staje się prędko rodzinnym gniazdkiem dla jego bliskich. Choć lata mijają, a czasy bezustannie się zmieniają ród Bogoszów nieprzerwanie od tamtego czasu trzyma się razem.
Za każdym razem, gdy sięgam po literaturę dedykowaną kobietom mam nadzieję, że tym razem faktycznie wsiąknę w tę historię. Że ten romans w końcu okaże się „mój”, że ten dramat faktycznie mnie poruszy. Niestety, jak na razie nie znalazłam swojej idealnej książki dedykowanej mojej płci i choć sięgnęłam po „Gospodę pod Bocianem” Katarzyny Drogi z jak najlepszym nastawieniem to niestety, i tym razem nie jest to do końca książka dla mnie. Nie jest to zła powieść – po prostu ja najwyraźniej nie potrafię wczuć się w te typowo kobiecą literaturę.
Tytuł: Gospoda pod Bocianem
Autor: Katarzyna Droga
Liczba stron: 324
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Edito, Gliwice 2018
Konstrukcja „Gospody pod Bocianem” przypomina mi trochę „Całe miasto o tym mówi” Fannie Flagg. Tak jak i tam, tak i tu obserwujemy losy bohaterów na przestrzeni lat, choć należy dodać, że jednak książka Drogi nie rozwleka swojej historii na aż tyle lat i po prostu trzyma się jednej rodziny, a nie opowiada o całym mieście. Ta powieść to swoista saga rodzinna, tyle tylko, że zmieszczona w jednym tomie. W związku z tym czasy opisywane przez autorkę naprawdę szybko mijają i moim zdaniem trudno w trakcie czytania „Gospody…” naprawdę wczuć się w czasy międzywojnia, czy II wojny światowej, zwłaszcza, że te wydają się podane stosunkowo płytko. A przynajmniej – dla mnie, osoby przyzwyczajonej do mocnej stylizacji języka w związku z czytaniem literatury fantastycznej.
Ponieważ czas w książce Drogi mija dość szybko, trudno tu też mówić o bardzo indywidualnym podejściu do bohaterów i jakiejś konkretnej fabule. Narrator często zdaje się stać z boku, obserwując to, co się dzieje i nie wnika zbyt głęboko w dusze postaci, choć należy zaznaczyć, że sama ich charakterystyka wypada naprawdę nieźle. A fabuła? Cóż, choć w „Gospodzie…” znajdziemy kilka wątków, które stanowią swoiste rodzinne tajemnice i pchają całość do przodu to jednak przede wszystkim to książka o funkcjonowaniu dość zżytej ze sobą rodziny.
A szkoda. Szkoda, bo w tle tego wszystkiego rozgrywa się naprawdę niezła historia, którą chciałabym przeczytać i poznać, tylko… z innej perspektywy i z innym sposobem narracji; bardziej dynamicznym, bardziej emocjonalnym. Bo choć styl Drogi jest całkiem ładny oraz naprawdę ciepły to akurat do tego typu fabuły taki sposób opowiadania historii absolutnie by nie pasował.
Ta książka okazała się być dla mnie po prostu kolejną, „typową” literaturą kobiecą. Całkiem ładnie napisaną, bardzo serdeczną, dość spokojną i skupiającą się na relacjach między członkami rodziny. Właściwie nie mam jej nic do zarzucenia jako do książki tego typu: na pewno będę polecała ją wielu kobietom, które po prostu takiej literatury szukają, co jak najbardziej rozumiem i szanuje. Tyle tylko, że sama chciałabym jednak czegoś więcej; czegoś mocniejszego, czegoś bardziej dopracowanego pod względem stylu, czegoś, co naprawdę by mnie zaintrygowało. Nie widzę też w książce Drogi właściwie niczego innowacyjnego: to po prostu bardzo „bezpieczna” historia, która zdecydowanie nie próbuje wyprowadzać czytelniczki przyzwyczajonej do rodzinnych opowieści z jej strefy komfortu.
„Gospoda pod Bocianem” nie okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę; próbuję i testuję literaturę kobiecą, ale to cały czas nie jest to, czego szukam. Nie żałuję jednak zapoznania się z nią i mam po prostu nadzieję, że będę mogła wieść o niej przekazać dalej w świat, bo nie wątpię, że ta powieść znajdzie dość duże grono swoich zwolenniczek… i może również zwolenników?


* * *

Nigdy nie dowiedziałabym się tego wszystkiego i nie opisałabym dziwnej historii Bogoszów, gdyby nie miłość i przypadek, zjawiska naturalnie ze sobą splątane. Miłość dwojga studentów, trochę dziwna i niedzisiejsza, bo mimo dwudziestego pierwszego wieku, ery komórek i internetu, przypadkiem spotkała ich w najprawdziwszym pałacu. Moja własna miłość do podlaskiej ziemi, starych szpargałów i przeszłości, która wyskakuje z kufrów i ze strychu przypadkiem i kiedy chce. Wreszcie miłość starego człowieka do wnuczki, do wynalazków, a także do…. fotografii.
Fragment „Gospody pod Bocianem” Katarzyny Drogi



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 9 października 2018

Malarz świata ułudy: W otchłani wspomnień



Tuż po II wojnie światowej Masuji Ono, emerytowany japoński malarz, spogląda wstecz na swoje życie. Czemu świat go postrzega dziś w ten sposób? I w jaki sposób powinien wydać swoją młodszą córkę za mąż? W życiu nie pomaga mu ogarnięta kulturalną rewolucją Japonia.

Tytuł: Malarz świata ułudy
Autor: Kazuo Ishiguro
Tłumaczenie: Maria Skroczyńska-Miklaszewska
Liczba stron: 302
Gatunek: literatura piękna
Wydanie: Albatros, Warszawa 2010
Przez zajęcia na uniwersytecie zostałam zobligowana do sięgnięcia po powieść jakiegoś noblisty z ostatniego dziesięciolecia. Zdecydowałam się na „Malarza świata ułudy” Kazuo Ishiguro, wybierając – szczerze mówiąc – trochę na chybił-trafił. W każdym razie po podjętej decyzji zdecydowałam, że niezależnie od treści przez książkę przebrnę, w ten oto sposób fundując sobie kilka godzin katuszy, w trakcie których chwilami wręcz przysypiałam z nudów.
„Malarz świata ułudy” jest powiem książką absolutnie pozbawioną konkretnej fabuły. Nasz główny bohater, Masuji Ono, jest jednocześnie narratorem całości. Nie prowadzi nas jednak przez swoje przygody, czy choćby życie, a po prostu rozmyśla o tym, co było kiedyś i co jest teraz. Prowadzi to do sporej ilości dygresji, tylko luźno ze sobą powiązanych, z których praktycznie nic nie wynika.
Wprawdzie samo miejsce akcji powieści jest naprawdę ciekawe. W końcu Japonia po II wojnie światowej to kraj dumnych przegranych, którzy nie potrafią pogodzić się ze swoim losem. Na dodatek przez wpływy Amerykanów dochodzi w nim do licznych, kulturowych zmian. Niestety, autor absolutnie się na tym nie skupia: wprawdzie gdzieś w tle ta tematyka się przewija, jednak zdecydowanie nie jest na piedestale. A szkoda, bo być może wtedy, mimo praktycznie braku fabuły, coś ciekawego by z tej książki wynikło.
To, co mi mocno rzuciło się w oczy to bardzo często podkreślana niższość kobiety. Zdaje sobie sprawę, że po II wojnie światowej tak w Japonii było i nie mam zamiaru z tym w jakikolwiek sposób walczyć (przeciwnie, osobiście bardzo nie lubię, gdy feministyczni autorzy postanawiają na siłę kreować zbyt silne postacie kobiece w typowo męskim świecie), niemniej, jeśli coś takiego Was burzy, zdecydowanie nie jest to pozycja dla Was.
Styl autora jest bardzo powolny i spokojny, a przy tym całkiem ładny, jednak bez konkretnych wydarzeń i bohaterów, na których może nam zależeć takie coś przestaje mieć znaczenie. Zwłaszcza, że przynajmniej w tłumaczeniu na pewno nie wydał mi się aż tak wybitny, by móc po prostu się nim zachwycić.
Szczerze przyznam, że nie wiem do końca dla kogo jest to powieść. Zapewne osoby lubiące japońską kulturę znajdą w niej więcej smaczków i kontekstów, które uczynią lekturę ciekawszą. Być może też książka sprawdzi się jako lektura dla osoby, która ceni sobie spokojną, ładną narracje i przedstawienie codziennego życia postaci w stosunkowo ciekawym miejscu i czasie. Niemniej, dla „przeciętnego” czytelnika, którego wiedza o Japonii jest raczej nikła i który szuka w literaturze po prostu bezpretensjonalnej rozrywki nie będzie to raczej zbyt pasjonująca przygoda.

* * *

[...] choćby to nie zawsze było łatwe, człowiek z pewnością zyskuje satysfakcję i poczucie godności przyznając się do popełnionych w życiu błędów. A już zwłaszcza nie musi się tak bardzo wstydzić, gdy popełniał je w najlepszej wierze. Na pewno dużo większą hańbą się okrywa, gdy nie potrafi albo nie chce się do nich przyznać.
Fragment „Malarza świata ułudy” Kazuo Ishiguro

Nomida zaczarowane-szablony