Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 października 2023

The Spanish Love Deception: szukałam kolejnego fajnego romansu, ale...

Catalina ma problem. Jej rodzina jest przekonana, że na ślubie siostry pojawi się z ukochanym. Problem polega na tym, że tego nie ma… Gdy zwierza się o tym znajomym, podsłuchuje ją Aaron, mężczyzna, z którym Catalina od lat ma na pieńku. Niespodziewanie, ten oferuje swoją pomoc.

The Spanish Love Deception
Elena Armas
wyd. Otwarte, 2022

Po tym, jak spodobało mi się „The Love Hypothesis”, szukałam romansu z podobnym klimatem. I w ten sposób trafiłam na „The Spanish Love Deception” Eleny Armas. Książki, która jest faktycznie bardzo podobna do wcześniej wspomnianego romansu… tylko w moim odczuciu, zdecydowanie słabsza.

Zacznijmy od tego, że obydwie mają naprawdę podobne motywy. I tu, i tu pojawia się udawany związek. W obydwu przypadkach protagonistka jest nieco rozkojarzoną, ale miłą dziewczyną. W obydwu – facet jest po uszy zakochany w bohaterce od początku, tylko ta tego po prostu nie widzi. Obydwie również mają w gruncie rzeczy dość naciągane zawiązanie akcji.

Z tym że „The Love Hypothesis” wszystkie te rzeczy robi lepiej. Jest co prawda nieco bardziej absurdalną historią, jeśli chodzi o zawiązanie akcji, ale ma przy tym lekki, fanowski vibe, kompletnie nie jest na poważnie, co mi bardziej odpowiada. „The Spanish Love Deception” jest jednak bardziej osadzona w „tu i teraz”, choć dalej oczywiście pozostaje lekką powieścią.

Nie podobała mi się też baza samej relacji. Aaron w którymś momencie sam się przyznaje do tego, że wymusił na protagonistce poczucie, że go potrzebuje, a potem sprawił, że faktycznie go potrzebowała, a to po prostu brzmi bardzo toksycznie. Miałam często wrażenie, że nie respektuje jej granic, nie rozumie odmowy i traktuje ją jak dziecko. Rozumiem, że może być to po prostu pewna realizacja fantazji czytelniczki, jednak nie jestem w stanie w pełni cieszyć się lekturą, gdy widzę brak szacunku do drugiej osoby w relacji.

W mniej więc połowie książki wchodzimy zaś w przesłodzony fragment historii, w której non stop czytamy o tym, jak przystojny jest Aaron, zaś dialogi między bohaterami brzmią po prostu bardzo sztucznie. To, w połączeniu ze wcześniej wspomnianymi problemami, jest po prostu nieco „creepy”.

Nie jest to absolutnie najgorszy romans, jaki czytałam w życiu. Książkę Armas czyta się dość lekko i jeśli ktoś po prostu w pełni kupi tę relację, ignorując problemy związane z toksycznym zachowaniem protagonisty, to jak najbardziej myślę, że może być z lektury zadowolony. Z tym że jednak to nie było to, czego ja sama szukam w tego typu literaturze…


piątek, 10 kwietnia 2020

Mity, wierzenia i obyczaje Basków: Europejska enklawa inności



Choć od tysięcy lat żyją na ziemiach hiszpańskich i francuskich, a wcześniej – Rzymskich – Baskowie wyróżniają się na tle innych europejskich kultur. Jak wyglądają ich wierzenia i legendy? W jaki sposób pogańskie obyczaje korespondują z chrześcijaństwem?

Mity, wierzenia i obyczaje Basków - Ruiz Lardizabal Jorge ...
Tytuł: Mity, wierzenia i obyczaje Basków
Autor: Jorge Ruiz Lardizabal
Liczba stron: 260
Gatunek: literautra popularnonaukowa
Wydanie: Oficyna Wydawnicwa Rewasz, 2018
O tym, że ktoś taki jak lud Basków istnieje zostałam uświadomiona jakoś w szkole gimnazjalnej, gdy zaczynałam naukę języka hiszpańskiego. Skłamałabym jednak mówiąc, że zapałałam do nich szczególną fascyncją. Przeciwnie wręcz, raczej tego tematu nigdy nie zgłębiałam. Ale gdy pewnego dnia weszłam do księgarni poszukując czegokolwiek o starożytnym Egipcie, jedyny zbiór mitologii, który w ogóle był dostępny to była właśnie ksiżka Jorge Ruiza Lardizabala, „Mity, wierzenia i obyczaje Basków”. Nie chcąc wyjść z niczym (miałam w ten dzień „parcie” na nową książkę) po prostu ją wzięłam. I okazało się, że to całkiem inspirująca lektura.
Jako, że znawcą tematyki nie jestem i też raczej nie będę, nie mam zamiaru oceniać w profesjonalny sposób merytorycznej części tej pozycji. Autor podaje nam przypisy, podaje źródła, sam też jest z pochodzenia Baskiem – wierzę więc, że na potrzeby tej książki wykonał odpowiednią pracę i przekazał tak rzetelną wiedze, jak tylko był w stanie. Niemniej, nie jestem w mocy, aby to w pełni zweryfikować.
Z mojego punkty widzenia „Mity, wierzenia…” to po prostu ciekawa lektura. Najpierw wprowadzająca czytelnika w to, kim w ogóle są Baskowie. Tłumacząca, skąd się wzięli i z czego wynika ich różnica od ludów zamieszkujących Europę. Następnie autor przedstawia nam bóstwa, przy okazji przytaczając mity i legendy z nimi związane. Wyjaśnia też obrzędy i symbolikę, np. zwierząt trzymanych w gospodarstwach.  Ta książka więc, choć stosunkowo niewielka, zawiera naprawdę dużą ilość ciekawej wiedzy. Zarówno tej antropologicznej, jak i religioznawczej.
Jak już napisałam – to inspirująca lektura. Jako regularny czytelnik fantastyki z nawiązanymi do mitologii mam do czynienia często i równie często myślę o ciekawych konceptach związanych z kreacją nowych światów. A taka książka jak ta po prostu podaje nam na tacy pewnie rozwiązania, czy historie. Jeśli ktoś chce tworzyć literaturę, film czy grę fantastyczną musi mieć wiedzę zarówno o funkcjonowaniu społeczeństw, jak i o tym, w co te społeczeństwa po prostu wierzą. Tylko to pozwala na dobre kreowanie świata, a książka Ruiza ma najzwyczajniej w świecie doskonale wpisuje się w to, co twórca fantastyczny powinien wiedzieć i o czym powinien czytać. Dlatego jeśli planujecie takowym zostać: ta książka naprawdę może się okazać dla Was przydatna.
Styl autora określiłabym jako stosunkowo suchy, ale przy tym raczej nie nudny. Autor stara się przedstawić nam w raczej jasny sposób wierzenia swojego ludu (bo jak twierdzi, czuje się Baskiem). Forma książki kojarzy mi się mocno z „Mitologią” Parandowskiego. Wprawdzie czytałam ją już lata temu, ale dobrze pamiętam, że i tak pod opisami konkretnych bóstw znajdowały się nie tylko suche fakty o nich, lecz również różne wersje mitów czy legend. Ruiz robi w tej książce dokładnie to samo.
Chociaż naprawdę życzyłabym sobie na trafienie na podobną książkę, ale dotyczącą mitologii egipskiej, to nie mam zamiaru narzekać na to, że tę książkę w swoich zbiorach posiadam. Na pewno przyda mi się choćby w ewentualnej pracy naukowej. Jako, że na polskim rynku nie ma chyba nadmiaru pozycji o tej tematyce to jeśli interesuje Was mitologia ogólnie bądź też kultura Hiszpanii czy ludu Basków – ta książka wydaje się mi lekturą obowiązkową.

* * *

Bask, kształtowany przez tradycje i wierzenia, w których nie znajdujemy upodobania do zawiści i zadawania innym bólu i cierpień, to istota prosta i uczciwa, obdarzona wieloma pożytecznymi zdolnościami i cechami. To człowiek samotny, ale jednocześnie gościnny i solidarny, gospodarny, ale niezachłanny i nieegoistyczny.
Fragment „Mitów, wierzeń i obyczajów Basków” Jorge Ruiza Lardizabala

czwartek, 10 stycznia 2019

Uwięzieni w raju: Sztuka w obozie zagłady


Pokazowy obóz koncentracyjny w Theresiendstadt to miejsce zapełnione żydowskimi artystami. Aby poprawić byt więźniów część z nich postanawia zorganizować przedstawienie. W przedsięwzięciu bierze udział między innymi Hans Krasa, czeski kompozytor.


Tytuł: Uwięzieni w raju
Autor: Xavier Guell
Tłumaczenie: Katarzyna Kozioł-Glavis
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura obozowa
Wydanie: Czarna Owca, Warszawa 2018

Sięgnięcie po tematykę Holocaustu wymaga od pisarza pewnej odwagi. Szczególnie, gdy tak jak pochodzący z Hiszpanii Xavier Guell, postanawiają wziąć na tapet prawdziwe wydarzenie, przerabiając je na inspirowaną faktami fikcję. Autor podchodzi jednak do tematu z dużą dawką szacunku, dzięki czemu „Uwięzieni w raju” spełniają rolę swoistego hołdu dla zmarłych artystów. Czy jednak jest to bezapelacyjnie dobra książka? Moim zdaniem – niestety nie.
Choć próbowałam znaleźć więcej informacji na temat autora, nie odkryłam wiele więcej, niż to co znalazłam na skrzydełkach okładki. To człowiek urodzony po wojnie, który kocha muzykę. I to w „Uwięzionych w raju” widać. Gdy autor dochodzi do opisywania przygotowań przedstawienia podaje temat w sposób specjalistyczny i z wyraźną wiedzą. Dobrze więc dobrał sam temat książki. Widać też jego pasję i szacunek do przedstawianych bohaterów, co w przypadku pisania o osobach, które zmarły w tak tragicznych okolicznościach wydaje mi się wręcz kluczowe.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że całe fragmenty dotyczące sztuki stanowią bardzo mocny kontrast pomiędzy tym, co dzieje się w obozie „na co dzień”.
Niestety, cała reszta książki wypada moim zdaniem gorzej, szczególnie jeśli przyjrzymy się dialogom. Autor bardzo często zamiast zwykłych rozmów serwuje nam długie monologi postaci, zajmujących pół, całą lub dwie strony. I to nie raz, nie dwa – a dosłownie co chwilę. To monologi o życiu, śmierci, sztuce, wartościach, planach… ale też o przeszłościach bohaterów, co chyba w tym wszystkim wypadało najgorzej.
Dlaczego? Dlatego, że dobra postać to taka, o której wiemy wszystko… mimo że ona sama nie powiedziała o sobie nic. A bohaterowie Guella bezustannie sami się przedstawiają, opowiadając sam życiorys. Robią to często nawet nie będąc szczególnie istotnymi dla fabuły, co wcale nie wypada dobrze.
Oczywiście rozumiem, że taki pewnie był zamysł autora, że to zabieg celowy. Na dodatek nie wątpię, że znajdzie swoich zwolenników. Jednak w ten sposób po prostu nie pisze się dobrej powieści. Jeśli autor chciał po prostu przedstawić nam historię historycznych w większości postaci mógłby stworzyć dokument, a nie fikcję literacką. Ta jednak mimo wszystko powinna przestrzegać pewnych reguł, które sprawią, że książka będzie nie tylko istotna, ale też najzwyczajniej w świecie ciekawa.
Mimo wszystko „Uwięzionych w raju” czyta się dość szybko i lekko, zważając na jej tematykę. Autor nie stylizuje szczególnie języka (a może to kwestia tłumaczenia), a tekst raczej „łatwo wchodzi”, o ile przymkniemy oko na długie monologi, które nie zawsze mają wpływ na fabułę.
Główny bohater, Hans Krasa, też na kartach powieści wypada dobrze. To znaczy: każdy z żydowskich artystów jest przedstawiony ze sporą dawką szacunku i po prostu raczej nie da się uznać ich za postacie złe, czy fatalnie wykreowane. Problem polega na tym, że autor zamiast skupić się na samym życiu w obozie i na jednej postaci, często skacze pomiędzy postaciami, często opuszcza sam obóz… przez co czuje pewien niedosyt i pod tym względem. Wolałabym naprawdę skupić się na Krasie, jego emocjach, jego życiu, a nie innych postaciach i monologach o ich przeszłości.
Powoli kończąc, muszę też wspomnieć o tym, że „Uwięzieni w raju” mają w sobie sporo z romansu. Życie Krasy z kart powieści kręci się wokół tworzonej przez niego sztuki oraz ukochanej kobiety, która jednak (z tego, co sprawdzałam) jest postacią fikcyjną. Myślę, że dodanie jej było jednak trochę niepotrzebnym zabiegiem (chyba, że się mylę i Elizabeth faktycznie istniała), szczególnie w chwili, gdy romans rozbijany jest przez inne elementy powieści.
Jak najbardziej rozumiem wszystkich tych, według których „Uwięzieni w raju” to książka dobra i poruszająca. Ten temat porusza sam w sobie i temu zaprzeczyć nie mogę. Jednak chociaż bardzo chciałabym o takich powieściach pisać w samych superlatywach to… po prostu nie mogę. „Uwięzieni w raju”, jak każda inna powieść, polega krytyce i robienie wyjątku z powodu jej tematu byłoby moim zdaniem nie na miejscu. Jak już wspominałam, powieść Guella to niewątpliwie książka istotna i traktująca temat z szacunkiem, ale jednak autor chyba bardziej zna się na samej muzyce, niż na kunszcie pisania powieści.


* * *

Elizabeth przysłuchiwała się tej rozmowie z rozbawieniem i nie mogła ukryć malującego się na jej twarzy uśmiechu. Pomimo tego pomyślała: „Przyszłam tutaj, żeby zerwać z tym zaklinaczem węży, i zrobię to. Tym razem nie dam się nabrać.”
Fragment „Uwięzionych w raju” Xaviera Guella



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Ana: Morderstwo i hiszpańskie kasyna


Ana jest prawniczką, która od pięciu lat nie zajmuje się poważnymi sprawami. Gdy jej uzależniony od hazardu brat zostaje oskarżony o morderstwo szychy z kasyna kobieta postanawia go bronić.
  
Tytuł: Ana
Autor: Roberto Santiago
Tłumaczenie: Grzegorz i Joanna Ostrowscy
Liczba stron: 990
Gatunek: thriller prawniczy
Wydanie: Muza, Warszawa 2018
Gdy „Ana” pojawiła się na mojej półce byłam nieźle zdziwiona. Nie sprawdziłam wcześniej długości książki i byłam przekonana, że skoro to thriller to pewnie będzie miał maksymalnie sześćset stron, pewnie mniej. A tu przyszło tomiszcze długie na prawie tysiąc, choć w miękkiej oprawie. Nic dziwnego, że zbierałam się do przeczytania tej książki dosyć długo: obawiałam się, że utknę w środku i po prostu będę męczyła ją przez kilka tygodni.
Na całe szczęście nic takiego nie miało miejsca. Hiszpańska „Ana”, choć jest pierwszą książką Roberta Santiago dla dorosłych czytelników, to typowa współczesna literatura, której najważniejszym zadaniem jest: nie nudzić. Czyta się ją lekko i raczej szybko, nie jest szczególnie opisowa. Mimo objętości nie wydaje się też szczególnie przegadana. Nie dziwię się więc wszystkim tym którzy – zgodnie ze sposobem promowania książki przez wydawcę – zarwali noc z „Aną”.
Mam jednak wrażenie, że ze wszystkich thrillerów, które poznałam ten ma w sobie najmniej „dreszczowego” pierwiastka. Odbieram „Anę” jako sensacyjny kryminał prawniczy, który może wzbudzał pewne napięcie i oczekiwanie na rozwiązanie zagadki, ale na pewno nie sprawił, bym miała dreszcze.
Po tym wszystkim nie trudno się domyśleć, że przeczytanie tej książki sprawiło mi pewną frajdę. I tak, nie przeczę: było przyjemnie. Zagadkę śledziłam z zainteresowaniem. Sama tematyka hazardu w Hiszpanii też była czymś, co mnie zaciekawiło. Nie dość, że poker to dla mnie temat raczej odległy to na dodatek dobrze było pobyć trochę w innym kraju. Poza tym mamy w tej powieści też silny polski pierwiastek, co też można traktować jako zaletę. Mam jednak z tą książką chyba dość poważny problem. Jaki? „Silną” bohaterkę.
„Ana” promowana jest właśnie naszą tytułową postacią. Silną prawniczką, która nigdy się nie poddaje i zawsze dąży do celu. Ale… dla mnie to w żadnym razie nie jest silna osobowość. To uzależniona od leków alkoholiczka, która na dodatek jest niebywale rozwiązła. Wprawdzie pyskuje, kombinuje i kłamie bez mrugnięcia okiem, ale przepraszam: to NIE jest silny charakter. Mam wrażenie, że przedstawianie tego typu postaci i promowanie ich w taki sposób może być krzywdzące dla obydwu płci. Z resztą, to nie pierwsze moje spotkanie z taką postacią i mam wrażenie, że obecnie możemy zaobserwować trend związany z silnymi kobietami-alkoholiczkami.
Przy okazji zastanawia mnie również czemu mężczyzna, który pije zwykle jest przedstawiany jako słaby charakter, a kobieta – wręcz przeciwnie? Czy to robienie „męskich” rzeczy w oczach pisarzy robi z nas silne babki? Myślę, że to całkiem ciekawy temat na dyskusje.
W każdym razie wracając do książki i głównej bohaterki – przyznaję, że nie przepadam za Aną. To nie postać, z którą „prywatnie” chciałabym mieć cokolwiek wspólnego, choć jednocześnie jako protagonistka działa naprawdę dobrze w ramach całej historii i temu zaprzeczyć nie mogę. W końcu postać idealna, bez nałogów i z doskonałym życiem to nigdy nie jest dobry początek historii, chyba że autor ma zamiar postaci ten cały doskonały świat prędko zniszczyć.
Cóż mogę jeszcze dodać? „Ana” to nie jest literatura nadzwyczajna, wyjątkowo piękna, czy odkrywająca coś w swoim gatunku. Wydaje mi się, że może być jednak przyjemną rozrywką, która przy okazji zabierze nad do – nie ukrywajmy – modnej obecnie Hiszpanii. Muszę przyznać, że to pozycja, która obudziła we mnie pewną ciekawość dotyczącą tego kraju, a związanego z hazardem właśnie: gdybym mogła spotkać się z autorem chętnie dowiedziałabym się, skąd wziął pomysły na książkę… i czy hiszpański świat kasyn wygląda właśnie tak, jak w „Anie”.


* * *

Żadna z nich [wizji] się nie urzeczywistniła. Tej nocy nikt, żywy czy martwy, nie wszedł do mojego pokoju.
Byłam sama. Z moimi lękami. Z bólem w piersi i w wielu innych częściach ciała, w głowie i, za przeproszeniem, w duszy. Wiedziałam, że muszę podjąć jakąś decyzje.
Powiedziałam sobie: nigdy więcej skrótów ani półśrodków.
Fragment „Any” Roberta Santiago


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza!

sobota, 20 października 2018

Księżna jeleń: hiszpańskie fantasy w baśniowo-średniowiecznej odsłonie


Hjalmar jest drugim synem króla niewielkiego państwa. Trafia do Irundast, gdzie ma szkolić się na giermka, jednak przypadkiem zostaje zmuszony do pracy w kuchni. Tam poznaje niezwykłą księżną Pasquis i dostaje niezwykłą możliwość, aby szkolić się pod okiem arcymaga.


Tytuł: Księżna jeleń
Autor: Andres Ibanez
Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
Liczba stron: 304
Gatunek: historyczne fantasy
Wydanie: Rebis, Poznań 2018
Poznawanie książek z krajów innych, niż angielskojęzyczne jest zawsze ciekawym doświadczeniem. Tego typu proza zwykle odchodzi w pewnym stopniu od głównego, „amerykańskiego” nurtu i pozwala odkryć inne poziomy literatury. „Księżna jeleń” od razu zwróciła więc moją uwagę. To mono nawiązujące do epoki średniowiecza fantasy stworzył Andres Ibanez. Przypuszczałam, że trafię na nieco inną książkę niż zwykle i nie pomyliłam się. To zdecydowanie tytuł inny niż to, co tworzy się w Polsce, czy USA.
„Księżna jeleń” jest przede wszystkim książką, która stoi stylem. Język, jakim napisana została ta historia, stanowi połączenie patetycznej epickości z delikatną stylizacją, co w moim odczuciu daje całkiem dobry efekt końcowy. Wprawdzie nieco humorystyczny i nie do końca pozwalający traktować ten tytuł zupełnie poważnie, ale na pewno przyjemny w odbiorze, o ile czytelnik nie ma nic przeciwko dość szczegółowym opisom: muszę przyznać, że tak szczegółowego i jednocześnie poetyckiego opisu męskiego przyrodzenia nie czytałam chyba jeszcze nigdy nigdzie, a przecież kilka romansów i erotyków mam za sobą.
Pod względem treści „Księżna jeleń” jest po prostu bardzo baśniowym tytułem. Nie można w przypadku tej książki mówić o niezwykłej zdolności do tworzenia światów przez autora, czy ciekawych pomysłach z tym związanym. Ta powieść czerpie garściami ze stereotypów dotyczących powieści fantasy, których akcja rozgrywa się w świecie stylizowanym na średniowieczny.
Mój główny zarzut dotyczący tej książki dotyczy samej linii fabularnej. Sama historia Hjalmara, choć przewidywalna, ma swój urok: ma dość dużo elementów romansowych, bazuje na baśniowych niedopowiedzeniach i jest po prostu ładnie napisana. Z tym, że autor potrafi przeskakiwać do innych historii, które wydają się być trochę wyrwane z kontekstu. Nagle czytamy o innym bohaterze, którego losy wydają się w żaden sposób nie łączyć z główną linią fabularną, co w chwili, gdy czuje się związana tylko z historią Hjalmara potrafiło mnie irytować. Osobiście wolałabym, aby Ibanez skupił się tylko na nim i rozwinął świat przedstawiony opowiadając poczynania tylko jego oraz otaczających go osób.
[DROBNY SPOILER] Dość ciekawy w przypadku tej książki jest aspekt dotyczący płciowości bohaterów, zwłaszcza jednej z kobiecych postaci, która to wyraźnie nie jest „typową dziewczyną”. W pewnym momencie myślałam, że autor kreuje ją na osobę homoseksualną, co jednak ostatecznie okazało się nieco złudne: autor jakby wycofał się w połowie swojego zamysłu, tak, jakby uznał, że jednak nie chce przełamywać średniowiecznej konwencji. A szkoda – bo to coś, co tej książce po prostu mogłoby się przydać i uczynić ją ciekawszą. [KONIEC SPOILERA]
Jestem zadowolona z lektury „Księżnej jeleń”. To typowa powieść podana w dość nietypowy sposób, różniący się od tego, który znałam do tej pory. Nie jest może książką, która zajęłaby w mojej duszy jakieś bardzo istotne miejsce, ale na pewno nie żałuję jej przeczytania i będę polecać ją tym, którzy szukają fantastyki, która wymyka się głównemu nurtowi.


* * *

My, mieszkańcy Ziem Wietrznych, jesteśmy ludźmi wolnymi. To dlatego, że lud z nas mały. Wszystkie wielkie królestwa mają niewolników, tak zawsze było na świecie i tak będzie.
W jaki sposób działałby ten świat, gdybyśmy wszyscy byli królami, gdybyśmy wszyscy byli magami, gdybyśmy wszyscy byli wolni?
Fragment „Księżnej jeleń” Andresa Ibaneza


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!

niedziela, 3 czerwca 2018

Apokalipsa Z: Początek końca: Akcja, post-apo i zombie

W Rosji dochodzi do tragedii: zostaje wypuszczony wirus, który zamienia ludzi w żywe trupy. Rozprzestrzenia się z zawrotna prędkością i wkrótce dociera do Hiszpanii, gdzie żyje pewien młody prawnik i bloger. Na jego stronie internetowej zaczyna pojawiać się relacja z aktualnych wydarzeń.

Tytuł: Apokalipsa Z: Początek końca
Tytuł serii: Apokalipsa Z
Numer tomu: 1
Autor: Manel Loureiro
Tłumaczenie: Grzegorz Ostrowski, Joanna Ostrowska
Liczba stron: 416
Gatunek: post-apokalipsa
Wydanie: Muza SA, Warszawa 2013
Lubimy filmy akcji. Bo są lekkie, szybkie i powtarzalne. Bo nie wymagają od nas niczego. I „Apokalipsa Z: Początek końca”, choć zdecydowanie nie jest filmem, to doskonale wpasowuje się w ten opis. To nie jest nic oryginalnego... a jednak interesuje i czyta się w tempie błyskawicznym.
Powieść jest napisana w formie bloga, czy po prostu – pamiętnika. Narracja jest wiec pierwszoosobowa, mocno skupiona na głównym bohaterze. Determinuje to styl książki: bardzo lekki i niezbyt ładny, ale jednocześnie dynamiczny i płynny. Nie jest więc to arcydzieło, ale bez problemu „wchodzi” i do pewnego stopnia wciąga.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam, by imię głównego bohatera było w ogóle wymienione. Z reszta, nie jest ono jakoś szczególnie istotne, gdy mamy narracje pierwszoosobową. To postać – w moim odczuciu – sympatyczna, ale zbyt idealna, nie mająca żadnych większych wad. Brakuje mu jednak nieco do doskonale wykreowanej postaci. Nasz prawnik jest inteligentny i całkiem sprytny. Wszystko po trochu potrafi, a przed sama apokalipsa zupełnie przypadkiem kupuje wszystko, co jest mu do przetrwania potrzebne: żywność, agregator prądu i leki. Nawet jego dom, otoczony murem, sprawia, ze łatwiej jest mu przetrwać. Wyraźnie widać, ze to postać wykreowana tak, by po prostu dała sobie w tym świecie rade. Krotko mówiąc, to po prostu typowy bohater akcyjniaka, który nie może być nic nie potrafiącym idiotą, bo po prostu nie sprawdziłby się fabularnie.
Pierwszy tom „Apokalipsy Z” był moim pierwszym spotkaniem z zombie, ale mimo tego w trakcie czytania miałam cały czas wrażenie, ze hej, to już było! Ja wiem, jak to się potoczy. Bo jeśli widzieliście jakikolwiek film katastroficzny i rozumiecie, czym są zombie tu nic nowego nie znajdziecie. Nie wyróżnia się ani pod względem fabularnym, ani pod względem kreacji chodzących trupów.
Skoro powieść nie jest oryginalna... to może jest brutalna? Trochę – ale też nie nadzwyczajnie. Wprawdzie nasz bohater opisuje nam zombie z urwanymi kończynami, ale styl w jakim napisana jest książka jest tak prosty, ze po prostu brakuje mu pewnej obrazowości, dzięki której te fragmenty byłyby w jakiś sposób obrzydliwe, czy poruszające. Nie mamy tu nawet opisów jakiś zbliżeń seksualnych, czy czegokolwiek, co nadawałoby się tylko dla dorosłych: to jednak stosunkowo bezpieczna książka pod tymi względami.
„Apokalipsa Z: Początek końca” to po prostu przeciętniaczek, który można przeczytać, by się rozerwać i poobserwować walkę z zombie, ale... właściwie tyle i nic więcej. Przynosi nieco radości i rozrywki, ale czuje po niej spory niedosyt, spowodowany brakiem świeżych treści.

* * *

Po bliżej niesprecyzowanym czasie martwy osobnik się podnosi, ale nie jest już tym, kim był; jest jednym z nich. Atakuje każdą żywą istotę, która staje mu na drodze, nikogo nie rozpoznaje, wygląda na to, że w żaden sposób się nie porozumiewa, nie ma żadnego konkretnego celu i nie kieruje się żadnymi kryteriami. Po prostu atakuje. Mówi się nawet o przypadkach kanibalizmu i najwyraźniej jedynym sposobem na jego ,,dobicie" - że pozwolę sobie na ponury żart - jest zniszczenie mózgu.

Fragment „Apokalipsy Z: Początku końca” Manela Loureiro


środa, 4 kwietnia 2018

Światła września: Kopia tomu pierwszego?

Po śmierci męża i ojca  rodzina Sauvelle zostaje z niczym. Dzięki szczęśliwemu przypadkowi matce, Simone, udaje się dostać pracę na wybrzeżu u sympatycznego Lazurusa Janna. Jej dzieci, Dorian i Irene, szybko zaczynają poznawać okoliczne historie i odkrywają, że tkwi w nich ziarno prawdy.
Tytuł: Światła września
Tytuł serii: Trylogia mgły
Numer tomu: 3
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Morrodan Casas
Liczba stron: 254
Gatunek: młodzieżowe fantasy
Wydanie: Muza S. A., Warszawa 2011

Moje trzecie – i ostatnie – spotkanie z „Trylogią mgły” okazało się chyba najbardziej owocne. Wprawdzie „Światła września” to dalej powieść młodzieżowa, stworzona w tej samej konwencji, co dwie poprzednie części, ale wydaje się być zgrabniej napisana, niż swoje poprzedniczki.
Choć to trzeci tom, tak naprawdę książkę można czytać zupełnie osobno: bohaterowie nie powtarzają się z częściami poprzednimi i jedyna rzecz, jakie je łączy, to podobna tajemnica. Autor jednak nie wyjaśnia nam, czy młodzi bohaterowie walczą z tym samym rodzajem zła. Wiemy jednak, że wyłania się z mgły.
W moim odczuciu „Światła września” są... lepszą kalką „Księcia mgły”. Nawet umiejscowienie powieści jest podobne: choć akcja toczy się we Francji, a nie w Anglii, to tak jak i tam mamy wybrzeże, niewielką wioskę i czająca się gdzieś w tle całości latarnię. Nawet pod względem fabularnym całość jest bardzo podobna. Bo mamy tu i wyłaniające się z „mroku” tajemnice, mamy bohaterów, którzy się dopiero co poznali z innymi, przez przeprowadzkę z większego miasta. Ba, nawet mamy dorosłą postać z dokładnie takim samym celem, jak w pierwszej części. Właściwie druga również była bardzo zbliżona, ale wyróżniało ją samo umiejscowienie historii. W tym przypadku mamy naprawdę kalkę części pierwszej.
Z tym, że „Książę mgły” był debiutem. „Światła września” już nim nie są. Dlatego mam wrażenie, że pod względem technicznym całość wypada lepiej. Historia ciekawi bardziej, a bohaterzy są po prostu przyjemniejszymi postaciami. Całość jest bardzo klarowna i lekka, bezbłędnie sprawdzająca się w swojej konwencji... o ile zapomnimy o tym, jak bardzo wiele pomysłów jest dokładnie takie samo, jak w części pierwszej. Przy okazji, jeśli na to przyjmiemy oko, okazuje się, że dostajemy „to co zawsze”, jeśli chodzi o tę serię: przyjemną, poprawną powieść młodzieżową, która wiele osób powinna zadowolić, ale jednocześnie nie jest niczym rewolucyjnym.
Autor wprawdzie stara się dodać do powieści coś nowego, w postaci bohatera zajmującego się tworzeniem zabawek, ale tak naprawdę to samo w sobie niewiele do historii wnosi i nie sprawia, że jest w jakiś sposób świeża, czy szczególnie wyjątkowa.
Jeśli znacie poprzednie dwa tomy i lubicie je zakończenie może okazać się dla Was przyjemną lekturą. Jeśli zaś nie znacie ani jednej pozycji z serii to szczerze mówiąc chyba polecałabym zacząć od końca: bo naprawdę te historie niewiele się od siebie różnią, a bohaterów jak zawsze poznajemy od początku.

* * *

Podczas tej kilkugodzinnej pogawędki Simone wyczytała w oczach Lazarusa, że podobne myśli chodziły po głowie i jemu. Wyczytała w nich jednak także, że mężczyzna zamierza dochować wierności swojej żonie i że przyszłość ma im do zaoferowania jedynie przyjaźń. Prawdziwą, głęboką przyjaźń podobną do niewidzialnego mostu pomiędzy dwoma samotnymi światami, które dzielił ocean bolesnych wspomnień.

Fragment „Świateł września” Carlosa Ruiza Zafona

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pałac Północy: Paczka przyjaciół rozwiązuje zagadki Kalkuty

Kalkuta, pierwsza polowa XX-wieku. Na świat przychodzą bliźnięta, osierocone w tajemniczych okolicznościach. Jedno z nich, chłopiec o imieniu Ben, szesnaście lat później mieszka w sierocińcu, który wkrótce ma opuścić. Gdy razem z przyjaciółmi po raz ostatni raz ma wybrać się do Pałacu Północy, ich tajnego miejsca spotkań, dowiaduje się, ze ściga go mrok przeszłości.

Po skończeniu pierwszego tomu „Trylogii mgły” nie wiedziałam, czego spodziewać się po kontynuacji. Historia sprawiała wrażenie zamkniętej, dlatego nie miałam pojęcia, skąd się wziął ten drugi tom. Prędko jednak sprawa stała się jasna: historia z „Pałacu Północy” jest zupełnie odrębna, powiązana z poprzednia co najwyżej klimatem.
Jednak mimo odrębności tomu drugiego, moje zdanie dotyczące tej książki jest tak czy siak dość zbliżone. To w miarę przyjemna, nieźle napisana powieść dziecięco-młodzieżowa, w której jednak nie widzę nadzwyczajnej kreatywności, czy zupełnie magicznego stylu autora. Ot, książeczka, o której zaraz zapomnę, bo po prostu wyrosłam już z takiej literatury już dawno temu.
Oczywiście, czyta się ją w tempie błyskawicznym. Nie dość, że nie jest długa, to prosty styl, w miarę barwny i nie przynudzający sprawiają, ze można się z nią zapoznać dosłownie w chwile.
Tytuł: Pałac północy
Tytuł serii: Trylogia mgły
Numer tomu: 2
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Cassas
Liczba stron: 288
Gatunek: fantastyka dziecięco-młodzieżowa
Wydanie: Muza SA, Warszawa 2013
Niemniej, muszę przyznać bez bicia, ze wole tom drugi od pierwszego. Powód jest bardzo prosty. Akcja „Księcia mgły” ma miejsce na wsi, chyba gdzieś w Anglii, przy morzu, przy latarni, a nasi bohaterowie to rodzeństwo i chłopak, którego nie znają za dobrze. Miejsce jest dość oklepane, a  takie relacje nie wzbudzają we mnie żadnych emocji.
Za to „Pałac północy”, po pierwsze, zdecydowanie wyróżnia się, jeśli chodzi o miejsce akcji. Bo ile znacie książek młodzieżowych, których akcja odbywałaby się w Kalkucie? Ja chyba żadnej. Po drugie, mamy tu paczkę przyjaciół, którzy razem stawiają czoła niebezpieczeństwu, będąc ze sobą na dobre i na źle. A to jest motyw, który osobiście bardzo lubię w książkach lekkich i rozrywkowych. Uważam, ze wprowadza do całości przyjemny klimat, zwłaszcza, jeśli bohaterowie są dobrze poprowadzeni.
No dobrze – nie powiedziałabym, aby ta historia doskonale kreowała nasze postacie, ale robi to w sposób wystarczający, by sprawiło mi to jakąś przyjemność. Choć autor próbuje każdemu z aż ośmiu bohaterów nadać jakieś konkretne cechy, ja ostatecznie zapamiętałam trzy główne postacie i może jedną poboczną, a i ja nie z imienia. Biorę jednak poprawkę na to, ze to powieść młodzieżowa, mająca niespełna trzysta stron i chyba po prostu nie dalby się od niej wymagać, by analizo wala dogłębnie psychikę każdej z postaci.

Sama intryga jest nieco bardziej zagmatwana od tomu pierwszego i mam wrażenie, ze akurat tutaj „Książę mgły” wygrywa to starcie. Pisarz chciał chyba podumać nad tym, co dzieje się z nami po śmierci, ale moim zdaniem efekt tego był dość... nijaki. Miałam wrażenie, ze młodszy czytelnik prawdopodobnie czułby niesmak przy takich rozważaniach, które są jednak nieco skomplikowane i z którymi w pewnych momentach może by trudno się utożsamić.  Przy książkach dziecięco-młodzieżowych jest jak z bajkami: ma być prosto i jasno, ale zabawnie i przygodowo jednocześnie. Tutaj ten mroczny klimat i rozważania autora chyba były zbyt intensywnie odczuwalne.

Podobnie jak przy tomie pierwszym, „Pałac północy” jest dla mnie książką bardzo neutralną. Taka, która polecę młodszym znajomym, bo jako taka nie wypada źle, ale ja sama raczej do niej nie wrócę. Niemniej, przygodę z seria na pewno zakończę – może z ostatniego tomu wyniknie dla mnie jakaś naprawdę ciekawa podroż? 

* * *

Oto zwierzę najbardziej do nas podobne. Pełza i zmienia skórę, kiedy ma ochotę. Kradnie i pożera młode innych gatunków w ich własnych gniazdach, ale nie potrafi stanąć do uczciwej walki. Wykorzystuje każdą sposobność, żeby śmiertelnie ukąsić, oto jego specjalność.
Fragment „Pałacu północy” Carlosa Ruiza Zafona

środa, 29 listopada 2017

Książę mgły: Poprawna fantastyka dziecięco-młodzieżowa

Carverowie przeprowadzają się razem z trojgiem swoich dzieci – Maxem, Alicją i Iriną – do starego do domu na plaży, położonej niedaleko niewielkiego miasteczka. Nie mija wiele czasu, a     młodzi ludzie zaczynają odkrywać tajemnice tego miejsca, powiązaną z byłymi właścicielami budynku, Fleischmannami. Ich syn, Jacob, utonął w morzu. Razem z Rolandem, synem latarnika, dzieci próbują rozwikłać tajemnice najbliższej okolicy.

Carlos Ruiz Zafon to autor, który ciągle mi się gdzieś przewijał, a że udał o mi się trafić na jego „Trylogię mgły” na przecenie, postanowiłam sprawdzić jego debiutancką serię. Okazało się, że tom pierwszy, „Książę mgły” to całkiem przyjemna powieść dziecięco-młodzieżowa, której raczej nie mam nic do zarzucenia. Niemniej, trudno mi uwielbiać coś, co zostało napisane przede wszystkim dla zdecydowanie młodszego ode mnie czytelnika.
Tytuł: Książę mgły
Tytuł serii: Trylogia mgły
Numer tomu: 1
Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Cassas
Liczba stron: 221
Gatunek: fantastyka dziecięco-młodzieżowa
Wydanie: Muza SA, Warszawa 2013
To niedługa książeczka: ma niespełna dwieście stron. To, w połączeniu z bardzo lekkim stylem sprawia, że sama byłabym w stanie przeczytać to w jeden dzień. W przypadku literatury tego typu uważam to za zaletę: przy osobach, które dopiero zaczynają przygodę z czytaniem, często dość istotne jest, by pozycja nie odstraszyła grubością. A ta raczej tego nie zrobi, przy okazji przedstawiając nam pełnoprawną historię.
Skłamałabym, mówiąc, że czegoś takiego już nie widziałam. Dzieci, które postanawiają same rozwiązać jakiś problem, chyba wszyscy już w popkulturze widzieliśmy. A „Książę mgły” na tym właśnie polega. Grupa przyjaciół ma przed sobą niebezpieczną tajemnicę i musi ją rozwikłać, by uratować swój mały świat, korzystając z drobnej pomocy osób dorosłych. To bardzo bezpieczna, ale jednocześnie całkiem sympatyczna fabuła, która raczej wielu osobom przypadnie do gustu. Z tym, że choć autor we wstępie tłumaczy, że pisał tę pozycję „dla każdego” to ja sama nie mogę się zgodzić, że jest zupełnie ponadpokoleniowa. Jest po prostu zbyt prosta dla dorosłego czytelnika.
Jeśli miałabym powiedzieć, czym początek „Trylogii mgły” różni się od innych książek tego typu, powiedziałabym, że zakończeniem. Oczywiście, nie będę go tu zdradzać, ale sądzę, że jest jednak trochę brutalniejsze, niż mogłabym się po takiej lekturze spodziewać. Nie wykracza jednak za bardzo z przyjętych dla literatury dziecięco-młodzieżowej ram.
Nie mam nic do zarzucenia stylowi Zafona, ale jednocześnie nie uważam, aby jego język w tej pozycji był najpiękniejszy na świecie. „Książę mgły” napisany jest adekwatnie do swojego tematu: lekko i bez dłużyzn. Muszę jednak przyznać, że chwilami potrafi być klimatyczny. Ma w sobie nieco z horroru dla dzieci i być może na młodszych czytelników jak taki by zadziałał. Mi osobiście trudno to jednak określić: książki raczej nie wzbudzają we mnie strachu, zwłaszcza te napisane dla młodszej grupy wiekowej.

Nie uważam, by była to najlepsza pod słońcem książka, ale na pewno w swojej roli się sprawdzi. Pierwsze spotkanie z Zafonem uważam za w miarę udane. Jak na debiut, prezentuje się naprawdę nieźle. Nie wzbudza we mnie jednak żadnych większych emocji.

* * *

Dopiero z upływem lat zaczyna się dostrzegać pewne rzeczy. Teraz wiem na przykład, że życie dzieli się zasadniczo na trzy etapy. Najpierw człowiek nawet nie myśli o tym, że się starzeje, że czas płynie i że od pierwszej chwili, od samych narodzin, zmierzamy do wiadomego końca. Kiedy mija pierwsza młodość, wkraczamy w drugi okres i uświadamiamy sobie, jak kruche jest nasze życie. To, co z początku jest tylko bliżej nieokreślonym niepokojem, przebiera na sile, stając się wreszcie morzem wątpliwości i pytań, które towarzyszą nam przez resztę dni. I w końcu u kresu życia rozpoczyna się trzeci etap, okres pogodzenia się z rzeczywistością. Wówczas nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaakceptować naszą kondycję i czekać.

Fragment „Księcia mgły” Carlosa Ruiza Zafona
Nomida zaczarowane-szablony