sobota, 30 stycznia 2021

Pożeracz Szarości: Opowiadanie lepsze od "Wiedźmina". Antologia konkursu "Fantastyki"

 

Drugi konkurs „Fantastyki” z 1985 roku wyłonił jednego z największych, jeśli nie największego, zwycięzcę polskich konkursów literacko-fantastycznych w ogóle. To właśnie wtedy drugie miejsce zajęło opowiadanie „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego i choć przez samo pismo nie zostało nagrodzone pierwszym miejscem, to ono okazało się największym sukcesem w ogóle. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dziś to nie tylko opowiadanie, a cała marka, w skład której wchodzą gry komputerowe, dwa tytuły filmowe oraz teksty osadzone w tym świecie. Twórczość Sapkowskiego jest znana nie tylko w Polsce.

Pożeracz szarości
red. Maciej Parowski
wyd. Reporter, 1991
O pozostałych opowiadaniach, które w tym konkursie zostały wyróżnione, współcześnie raczej się nie pamięta. Pozostał nam z niego „Wiedźmin”, a inne są znane albo tym, którzy w tamtym czasie byli w fandomie albo interesują się fantastyką nieco głębiej, nie sięgając tylko po nowości. A poznać je wbrew pozorom dość łatwo, bo w 1991 roku ukazał się zbiór „Pożeracz szarości” pod redakcją Macieja Parowskiego, w którego skład wchodzą wszystkie wyróżnione teksty z wyłączeniem „Wiedźmina”. On dostał swój prywatny zbiorek wraz z innymi opowieściami z tego uniwersum. To niewielka książeczka, mająca jakieś 250 stron, zawierająca siedem opowiadań oraz posłowie redaktora.

I tak naprawdę, jeśli chodzi o mnie, w tym zbiorze mogłyby pozostać tylko dwa teksty, a ja i tak byłabym z niego zadowolona. Przede wszystkim interesujący jest ten tekst, który w tym 1985 roku konkurs wygrał. Gdy przeczytałam „Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam” Huberatha miałam w głowie jedno słowo na określenie tego opowiadania. Angielskie, ale dla mnie najlepiej je oddające: „creepy”. To tekst osadzony w post-apokaliptycznym świecie, w którym ludzkość… cóż, po prostu nie wygląda już tak, jak powinna. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale to naprawdę obrazowy, trochę obrzydliwy i zdecydowanie straszny obraz przyszłości, który po prostu wzbudza ciarki. Nie jest to w żadnym razie lektura miła, ale zdecydowanie bardzo dobra.

Nie dziwię się, że to Huberath wygrał tamten konkurs. Z resztą, w którymś ze swoich tekstów Parowski wspominał, że „Wiedźmin” nie wygrał, bo głupio im (komisji) wręczyć nagrodę czemuś, co tak dobrze się czyta. O ile historie o Geralcie to generalnie bardzo dobra przygoda, o tyle przyznaję, że w tym starciu Huberath wygrał słusznie.

Drugie opowiadanie jest tym tytułowym. „Pożeracz szarości” Meszka to fantasy swoją konstrukcją bardzo przypominające baśń o miłości. Jak w posłowiu napisał Parowski, emocje w nim zawarte wręcz graniczą czasem z kiczem, ale… ja czasem po prostu taki kicz lubię.

Pozostałe teksty były lepsze i gorsze, ale albo nie trafiały w moje gusta, albo wydawały się trochę tekstami z dawniejszej epoki SF, która nie zawsze wzbudza we mnie większe uczucia. Mamy tu trochę o wchodzeniu w przestrzeń „wirtualną”, mamy Gocieka i jego krótki tekst powiedziałabym: fantasy. Jest nawet i fantasy nawiązujące do świata wschodu, ale to po prostu nie były opowiadania, których czytanie naprawdę by mnie angażowało.

W każdym razie te dwa opowiadania są dla mnie wystarczającym powodem, aby po lekturze mieć dobre wspomnienia. Być może też kiedyś do zbiorku i tych opowiadań wrócę, bo jest zawsze możliwość, że po prostu tym razem coś mi umknęło. Niezależnie jednak od tego, dobrze mieć takiego „Pożeracza szarości” w swoim zbiorze. W końcu to bądź co bądź dość istotny dla polskiej fantastyki zbiorek.


środa, 27 stycznia 2021

Twarzą ku ziemi: Co pisał najpopularniejszy polski redaktor fantastyki?

 

 Jeśli chcesz opuścić swoją strefę, musisz uzyskać pozwolenie. Pamiętaj jednak, że ta, w której mieszkasz, jest najlepszą i nie powinieneś nawet myśleć o tym, by na stałe ją opuszczać – w takim świecie żyje Neut. Gdy jego żona wyjeżdża, mężczyzna jest świadkiem wypadku i próbuje zbadać tkwiącą za nim tajemnicę. Rząd jednak właśnie do takich zachowań nie chce dopuszczać, wręcz wymuszając na obywatelach, aby ci skupili się na filmach pornograficznych i erotycznych zabawkach.

 

Polska fantastyka socjologiczna to gatunek, który nie jest szczególnie dobry pod kątem artystycznym, co zauważył Maciej Parowski w posłowiu z 2013 do swojej powieści, „Twarzą ku ziemi”. Tę książkę napisał pod koniec lat 70. Na rynku pojawiła się zaś po raz pierwszy w 1981 roku i jeśli dobrze rozumiem: była właściwie jedną z wielu. Z jego kolegów po fachu wybił się szczególnie Janusz Zajdel, a inni twórcy, choć bardzo próbowali, w większości byli stosunkowo wtórni.

Nie ma się co dziwić. W końcu te książki właściwie bazują na jednym schemacie. Mamy świat, w którym ludzie są w jakiś sposób ograniczani. Dystopię, która tylko udaje idealną rzeczywistość, lecz większość leniwych obywateli wcale tego nie zauważa i myśli, że żyje w świecie idealnym. I wtedy pojawia się ON (czasem ONA, ale jednak zwykle ON). Ten jedyny, który zaczyna zauważać, że w tym świecie nie wszystko gra. Powoli, powolutku zaś próbuje przekazać innym swoją wiedzę, kończąc na różne sposoby. Czasem mu się udaje, innym razem dołącza do rządu, kiedy indziej traci życie itd. Ówczesne książki z tego nurtu właściwie nigdy nie łamały tego schematu i „Twarzą ku ziemi” wyjątkiem nie jest. Choć Maciej Parowski był bardzo dobrym znawcą fantastyki, który dla gatunku zrobił wiele dobrego, jego powieść to po prostu dość przeciętne dzieło w swoim gatunku.

Twarzą ku ziemi
Maciej Parowski
wyd. Solaris, 2015

W języku autora czuć pewien dobry ciężar. „Twarzą ku ziemi” to powieść dość zgrabna pod tym kątem, szczególnie że mimo głównego tematu dystopii obracającego się wokół seksualności zachowuje klasę w tym temacie. Choć gdyby ta książka była pisana dziś, pewnie byłaby, tak czy siak, nieco bardziej dosłowna, a niektóre ze słów byłyby używane nieco inaczej. Niemniej, od samego początku „czuć”, że Parowski wie, co robi. Problem polega na tym, że jego książka gubi właściwie we wszystkich innych elementach składniowych powieści, wypadając naprawdę bardzo przeciętnie.

Opis świata jest zbyt podobny do innych powieści z tego nurtu, aby mnie szczególnie zainteresował. Tematykę seksualności w sposób bardziej otwarty i naturalny poruszył już Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”, a opresyjny rząd występuje w każdej historii tego typu. Fabuła zaczyna się od dobrej intrygi, ale następnie nieco się rozmywa i robi się wtórna; historia nie ma wybitnie dobrego tempa. Bohater również przynajmniej mnie nieszczególnie zainteresował. Po prostu był, służył, aby opowiedzieć nam o świecie, ale to byłoby właściwie na tyle. „Twarzą ku ziemi” naprawdę zdaje się niczym szczególnym nie wyróżniać, ani pozytywnie, ani bardzo negatywnie.

Jeśli miałabym jednak wskazać jakiś ciekawy element do analizowania tej powieści współcześnie, to byłyby chyba kwestie związane z LGBT, biorąc pod uwagę, że to obecnie głośny temat, a Parowski w swojej powieści regularnie o takich postaciach wspomina. Choć właśnie: wspomina. Nie mamy tu bohatera czy bohaterki homoseksualnej. Regularnie za to bohater (bo narracja jest pierwszoosobowa) oraz otaczający go ludzie wspominają „pedałów”, którzy robią takie a takie rzeczy. Ton ich wypowiedzi odbieram jako negatywny, ale mam wrażenie, że na tle całej tej historii wychodzi z tego pewna… ironia. Bo widzicie, postacie z jednej strony mają niekoniecznie przyjemne uwagi (np. bojąc się, że to oni byli obiektem pożądania), ale z drugiej… sami w kwestii seksualności utracili jakiekolwiek moralne zasady. Widzą źdźbło w oczach innych, a nie dostrzegają, że sami w oczach mają belkę. Nie wiem, czy Parowski właśnie to miał na myśli, ale tak to odbieram, choć jednocześnie mam wrażenie, że gdyby ta powieść trafiła do bardziej publicznej dyskusji, mogłaby być pod tym kątem krytykowana.

Na pewno wolę nieco wtórną fantastykę socjologiczną, która jednak ma w sobie pewien ciężar, od licznych współczesnych, typowo rozrywkowych powieści, które ignorują zwykle na przykład logikę przy światotworzeniu. Nie zmienia to faktu, że chyba jednak Parowskiego wolę jako redaktora i człowieka analizującego gatunek. Zresztą, nie bez powodu to właśnie w tym koniec końców się wyspecjalizował, bo sam w jednym ze swoich tekstów zauważył, że pod kątem pisania nie jest wybitny i jest potrzebny fantastyce w nieco innej roli. Nie każdy w końcu musi być pisarzem, aby zrobić dla literatury masę dobrego.

 

Mała uwaga. Książkę obecnie kupicie albo buszując w antykwariatach, albo na stronie dawnego Solarisu, czyli esef.com.pl. Nigdzie indziej jej po prostu obecnie nie ma.


niedziela, 24 stycznia 2021

Silver. Pierwsza księga snów: sympatycznie dla młodzieży, choć nie bez wad

 Rodzina Liv od lat regularnie się przeprowadza. Tym razem wraz z szesnastolatką przemieszczają się do Londynu. Wraz z młodszą siostrą dziewczyna trafia do bardzo dobrej szkoły, gdzie poznaje czwórkę starszych chłopców, którzy wyraźnie coś ukrywają.

 

Kerstin Gier to niemiecka pisarka, która do tej pory była mi znana z „Trylogii czasu”. To cykl dla młodzieży z całkiem dobrym pomysłem wyjściowym, ale koniec końców wykonany trochę „na szybko” i ze zbyt dużym skupieniem się na romansie. Niemniej, wspominam ją lepiej niż większość na przykład amerykańskich powieści fantasy dla młodzieży i mimo wszystko byłam trochę ciekawa drugiej trylogii tej autorki. W końcu jestem po pierwszej części, czyli „Silver. Pierwszej księdze snów” i faktycznie moje zdanie zdaje się potwierdzać. Mianowicie, Amerykanie może i piszą najwięcej tego typu książek, ale robią to jednocześnie chyba najgorzej. Bo choć początek tej serii ideałem nie jest to ma w sobie coś naprawdę uroczego.

Ową uroczość widać już na pierwszy rzut oka, bo właściwie cała książka jest wydana w absurdalnie słodki sposób. Twarda oprawa z posrebrzanymi elementami, śliczna wklejka wewnątrz, ilustracje kwiatów co kilka stron… To trochę książka-zabawka, którą aż przyjemnie trzyma się w ręce.

Silver. Pierwsza księga snów
Kerstin Gier
wyd. Media Rodzina
Trylogia snów, t. 1

Jak jednak wypada treść? Na pewno sam język Gier jest przystępny i lekki. Miły, ale nie nadmiernie infantylny. Nie jest przy tym wybitnie kreatywny czy poetycki, ale jak najbardziej: poprawny. Jeśli to jest dla kogoś istotne: w przypadku tego cyklu mamy narracje pierwszoosobową. Nie mamy tu też wulgaryzmów, ale za to treść w pewnym momencie fabuły zaczyna mocno kręcić się wokół seksualności, czy średniego wieku bycia dziewicą. Szczerze mówiąc, zawsze mnie to dziwi w przypadku książek dla młodzieży, zwłaszcza tych wycelowanych w nieco młodsze dziewczyny. Liv ma 16 lat: to naprawdę nie jest aż tak dużo! Niemniej, w tym wypadku do pewnego stopnia ten temat jest uzasadniony fabułą.

Pierwsza część „Silver” i z resztą cały ten cykl zawsze kojarzył mi się z czymś BARDZO mocno skupionym na śnie. Nawiązuje do niego okładka czy tytuł, a czytane przeze mnie recenzje zawsze zachwycały się tym elementem. Dla mnie jednak ta książka właściwie bardziej przypomina obyczaj z dodatkiem fantastyki. Lwia część tej historii to opisy przeprowadzki, problemów życiowych czy szkolnych głównej bohaterki. Te elementy magiczne oczywiście tu występują, ale nie są ani wprowadzone w jakiś wyjątkowo kreatywny sposób, a na to skrycie liczyłam. Niestety, o ile więc targetowi tej książki być może taki podział naprawdę się spodoba, o tyle mnie perypetie szkolno-sercowe już niekoniecznie interesują, a świat przedstawiony mógłby wyglądać znacznie lepiej.

Szczególnie, że przynajmniej w tym tomie nie mamy jakiejś szczególnej ilości akcji pod kątem głównej osi fabularnej. Gier rysuje nam obraz złego, tworzy nawet jakąś intrygę, ale koniec końców to nie ona gra w tej książce pierwsze skrzypce. Naprawdę znacznie istotniejsze są problemy nastolatek i choć wiem, że to ważny element powieści młodzieżowych to ja po tego typu powieści nie sięgam dla nich.

Mam też kilka myśli związanych z tą powieścią ogólnie. Po pierwsze, matka Liv to wykładowczyni literatury, która co rok przenosi się do innego państwa. Wydawało mi się to dość niewiarygodne, choć jednocześnie jestem w stanie przymknąć na to oko w przypadku powieści dla młodzieży. Po drugie, trochę boli mnie to, że w powieściach tego typu główna bohaterka niemal zawsze wpada w środowisko, które samo w sobie jest dość toksyczne. Co prawda autorka powieści nie normalizuje tego faktu (co robi wiele współczesnych powieści… niestety), ale jednak jestem trochę tym trendem zmęczona. Po trzecie, sam wątek romantyczny (który tu oczywiście jest) wypada bardzo uroczo i trzymam kciuki, aby autorka zostawiła go w dalszych tomach w takim statusie, w jakim jest. Liczę, że postawi na dobrą linię fabularną, a element romantyczny będzie jedynie istniejącym w tle dodatkiem, który czasem popycha historię do przodu. Ale to się jeszcze okaże.

Choć uważam, że Gier naprawdę mogła wyciągnąć z konceptu snu znacznie więcej to koniec końców pierwszy tom „Silver” wydaje mi się naprawdę porządną propozycją dla młodzieży. Pięknie wydany, sympatyczny i jednak bardziej kreatywny niż amerykańskie powieści jest po prostu powieścią napisaną przez osobę, która dobrze wiedziała, co robi.


czwartek, 21 stycznia 2021

ZAKUPY początku roku 2021

Ostatnio czytanie znów nie szło mi najlepiej. Winnym w tym przypadku okazał się „Pył” Howey’a, czyli trzecia część trylogii „Silos”. Nie będę pisać pełnej recenzji tej książki, bo przyznaje bez bicia: koniec końców postanowiłam jej nie kończyć. Męczyłam tę powieść blisko trzy tygodnie, nie potrafiąc się na niej skupić. Nie interesowali mnie bohaterowie, nie interesowała mnie fabuła. Wiedziałam, do czego to już mniej-więcej zmierza i właściwie spokojnie na tomie drugim mogłam przestać czytać całość. A szkoda, bo część pierwsza mimo bycia dosyć szarą była OK, jeśli chcielibyśmy potraktować ją jako debiut.



Dlatego, koniec końców, całej trylogii raczej nie polecam. Już pomijając, że Papierowy Księżyc nie jest najlepszym wydawcom, co udowodniły mi dobitnie ostatnie testy, to po prostu w tych książkach nie ma nic szczególnie ciekawego. Jeśli chcecie post-apo, na rynku znajdziecie wiele ciekawszych pozycji.

Ale ja nie przyszłam dziś tu po to, by opowiadać tylko o „Pyle”! Właściwie mam Wam do pokazania siedem moich nowych książkowych nabytków, które trafiły do mnie jakoś po Nowym Roku. Są dość przypadkowe, ale przez to pozwolą mi sprawdzić parę niekoniecznie typowych dla mnie nazwisk. Chciałabym żyć samą fantastyką, ale jednak czasem inne pozycje się przydają.

Cztery z nich to zakupy z Biedronki, trzy – z wydawnictwa Literackiego, które obecnie ma dość dużą promocję (-60%) na niektóre ze swoich tytułów. A wiele z nich ma twarde oprawy.


·       „Kiedy byliśmy sierotami”, Kazuo Ishiguro – swego czasu już czytałam jedną powieść tego autora, ale nie do końca mi się wtedy ta twórczość spodobała. Jednakże to za tę powieść ten pisarz dostał Nagrodę Nobla, a sam jej opis brzmi całkiem intrygująco. Zobaczymy, może jednak się do niego przekonam.

·      „Dziwne Losy Jane Eyre”, Charlotte Bronte – staram się regularnie sprawdzać klasyki, więc skoro była to wzięłam, po prostu. Poza tym czytałam już powieść dla młodzieży, która przerabiała motywy z tej powieści, a jej samej jeszcze nie poznałam, więc w końcu by wypadało.

·       „Czarne słońce”, Jakub Żulczyk – wzięłam ją właściwie tylko dlatego, że była w pakiecie z powieścią niżej. Po „Ślepnąc od świateł” twórczości Żulczyka, po prostu się boję i nie mam najlepszych przeczuć co do tej pozycji. Ale też chyba nie powinnam w pełni skreślać pisarza po jednej książce, więc… zobaczymy.

·    „Kult”, Łukasz Orbitowski – o ile jego „Exodus” niekoniecznie mi się podobał, to opowiadanie „Wigilijne psy”, które poznałam jakiś czas temu, już było bardzo klimatyczne. Daje więc autorowi kolejną szansę, bo jednak jest na tyle lubiany, że coś musi w nim być. No i to w końcu fantastyka!

·       „Diabeł Urubu”, Marlon James – ta książka od Literackiego kusiła mnie już w chwili premiery, ale koniec końców się na nią nie zdecydowałam. Wygląda mi to na coś z elementami fantastyki lub na realizm magiczny, ale będę to jeszcze weryfikować w praktyce. Nie chce wiedzieć zbyt wiele przed lekturą.

·       „Ludzie i zwierzęta”, Antonina Żabińska – tę historię znam już całkiem dobrze, a samą książkę znam we fragmentach dzięki reportażowi radiowemu, dla którego była bazą. Rzecz dla mnie o tyle ważna, że owy reportaż był jednym z pierwszych dwóch, jakie poznałam w życiu.

·       „Marilyn na Mantattanie”, Elizabeth Winder – gdy wyszła w 2017 roku, mówiłam o niej w studenckim radiu i od tamtej pory wracam do niej myślami, więc w końcu chyba trzeba było ją kupić. Nie wiem wiele o samej pani Monroe, nie jestem specjalistką od kina, ale mam nadzieję, że dzięki temu wczuje się lepiej w klimat lat 50., które ostatnio zaczynają mnie bardziej interesować.

 

Nie jest tego szczególnie dużo, ale biorąc pod uwagę moje nieczytanie w ostatnim czasie: naprawdę mi to nie przeszkadza, bo co czytać generalnie mam. To po prostu kolejne pozycje do sprawdzenia na „kiedyśtam”, które pewnie sobie chwilę poczekają. Ale jeśli coś Was szczególnie interesuje, to dawajcie znać. Może uda mi się sprawdzić je szybciej.

wtorek, 19 stycznia 2021

Sto tysięcy królestw: Jemisin zaczynała od... młodzieżówek?!

 

 

Jako mieszaniec z nieucywilizowanej północy, Yeine nigdy nie miała łatwo. Teraz, gdy ma szansę objąć tron w stolicy, jej życie właściwie wisi na włosku. Młoda kobieta zostaje wrzucona w wir walki o tron, pomiędzy bogów i ludzi, musząc obrać konkretne sojusze.

 

Gdy w Polsce w 2011 roku został wydany debiut Nowy Jemisin raczej nie byłam jeszcze na etapie głębszego zainteresowania fantastyką i literaturą, toteż nawet nie pamiętam osobiście czasów promocji „Stu tysięcy królestw”. Biorąc pod uwagę jednak ilość nominacji za najlepszy debiut oraz późniejszą twórczość autorki uznałam, że obecne kiepskie opinie oraz ocena w ilości 5,9/10 to pewnie wyraz pewnego niezrozumienia treści przez czytelnika, albo po prostu kiepskiego wydania. W końcu Papierowy Księżyc nie słynie z najlepszych praktyk wydawniczych. A jednak... debiuty rządzą się swoimi prawami. O ile uwielbiam „Sen o krwi” Jemisin za nawiązania do Egiptu, a „Trylogia pękniętej ziemi” jest absolutnie wspaniała, o tyle „Sto tysięcy królestw” pozostawia naprawdę bardzo wiele do życzenia.

Sto tysięcy królestw
N. K. Jemisin
wyd. Papierowy Księżyc, 2011
Trylogia Dziedzictwa, t. 1

Nie czytając wcześniej opisu, spodziewałam się raczej typowo „dorosłej” fantasy, zwłaszcza biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej nominacje. Wystarczyło jednak kilka pierwszych stron, abym zorientowała się, z czym mam do czynienia. Ta powieść strukturalnie jest bardzo typową, skierowaną do nastolatek powieścią fantasy z elementem romansu (bo taki w tych książkach jest zawsze). Nasza główna bohaterka to ta „zwyczajna dziewczyna”, pochodząca z gminu (tutaj: z mniejszej i niezbyt bogatej szlachty), która zostaje wybrana do czynienia rzeczy wielkich i musi przejść swoją drogę od zera do bohatera, w międzyczasie zakochując się i najlepiej ratując najmroczniejszego z okolicznych typów. Kilkanaście pierwszych stron wystarcza, aby móc mniej-więcej określić, w jaką stronę ma iść fabuła... a to przecież nie jest zapowiedzią najlepszej książki.

Problem polega na tym, że Jemisin chyba już wtedy miała ambicje na tworzenie czegoś więcej, ale nie do końca potrafiła to zrobić. Ta autorka ma tendencje do trzymania czytelnika w niepewności, jeśli chodzi o świat przedstawiony. Nie wykłada wszystkiego od razu, tłumaczy spokojnie i powoli, ale bardzo klarownie, co świetnie udało jej się w „Piątej porze roku”. Tu jednak po prostu nie była tego w stanie zrobić technicznie, przez co ekspozycja wypada topornie i chaotycznie, zwłaszcza, że często wciskana jest pomiędzy akcją, często także jako zapowiedź przyszłych akcji. Wprowadza to sporą dawkę chaosu do samej treści.

Gdy już pogodziłam się z myślą, że OK, to jest powieść dla młodzieży, nie dostanę kolejnej wybitnie dobrej historii, to pomyślałam, że może jednak TO jest ten moment na który zawsze czekam przy podobnych książkach. Na dobrze poprowadzony romans, który ma ręce  i nogi, w którym czuć chemię między głównymi bohaterami. W końcu w jej najbardziej znanej trylogii dostałam naprawdę dobre relacje, a to jest coś, na czym mi zależy. Niestety. Nie wyszło. Yeine zakochuje się w sposób najbardziej przewidywalny, bez nawet jednej rozmowy o pogodzie ze swoim ukochanym, nic o nim nie wiedząc, a cała relacja skupia się bardzo mocno na seksualności, chociaż przyznaję, że Jemisin nie jest w tym nadmiernie obrazowa. Przynajmniej tyle.

Omawiając relację romantyczną głównej bohaterki, przychodzą mi na myśl dwa kolejne tematy z tym tytułem związane i które chcę poruszyć, dlatego po kolei. Uwaga, mogą pojawić się mniejsze lub większe spoilery, choć spróbuje pisać dość ogólnie.

Po pierwsze, sama relacja romantyczna głównej bohaterki MOGŁA BYĆ ograna doskonale. Co prawda, uważam, że błędem Jemisin było wrzucanie do świata bogów istniejących przy początku istnienia świata jako główny temat i głównych bohaterów (to trudno opisać wiarygodnie), ale jeśli skupimy się na samym występującym tu motywie „dżinów” spełniających życzenie panów, to właściwie dostaniemy coś, z czego w każdej relacji można wiele wyciągnąć. Oto potężne istoty, skute kajdanami. Wściekłe, poirytowane, znudzone, pozbawione nadziei na lepszą przyszłość. Oto ich władcy: słabi ludzie, którzy mają nad nimi wielką władzę. To naprawdę można byłoby perfekcyjnie ograć, ale... Jemisin nie ciągnie tego wystarczająco. Skacze po tematach, opisuje nic niewnoszące do historii pseudopolityczne kwestie, nie zwraca uwagi na to, co mogło być wielką siłą jej tekstu.

Po drugie, nie rozumiem, w jaki sposób wywodząca się z barbarzyńskiego plemienia kobieta mogła okazać się istotą tak słabą, aby ulec i zakochać się w charakterze, który właściwie od początku głównie ją krzywdzi? To chyba wymaga z resztą szerszego wytłumaczenia.

To, że Nora Jemisin jest feministką i jednocześnie osobą starającą się walczyć z rasizmem wiem od dawna. I to, że takie elementy wplata do swoich powieśc,i nie jest mi obce. Tu jednak wyraźnie nie miała jeszcze wyczucia co, ile i gdzie może wrzucić, jednocześnie próbując pogodzić swoje poglądy z typowo młodzieżowymi marzonkami. Dostajemy więc silną kobietę z wojowniczego plemienia, w którym to kobiety są częścią armii, a mężczyźni siedzą w domu i pilnują dzieci, będąc ostatecznością w walce. Oni mają pilnować gospodarstw, kobiety granic (jakby to miało sens...). Ta sama kobieta już na pierwszych stronach książki uznaje, że ona w tej stolicy zginie i nie przetrwa. Ta sama zakochuje się w człowieku wyraźnie toksycznym. I ta sama jest po prostu wrednym i niemiłym charakterem. Więc choć z założenia ma być wzorem do naśladowania dla czytelników, w praktyce jest naprawdę nijaką postacią, którą ciężko bardziej polubić.

Gdy poważnie wytężę umysł, rozumiem skąd te wszystkie nominacje dla Jemisin. Pomijając kwestie poprawności politycznej, rozumiem, że być może w 2010 roku próba dołożenia warstw do typowo młodzieżowego fantasy było czymś nowym i świeżym. Tyle że w praktyce to po prostu naprawdę przeciętna (w stronę kiepskiej) książka, która dla fana młodzieżówek może okazać się zbyt specyficzna, a dla czytelnika preferującego poważniejszą literaturę – zbyt głupia  i naiwna.


czwartek, 14 stycznia 2021

W stronę życia: Powroty do komunistycznej ojczyzny

Doktor Liang opuścił Chiny i zamieszał w Nowym Jorku dwadzieścia lat temu. Udało mu się jednak zaszczepić miłość do ojczyzny swoim dzieciom. Najstarszy z jego synów, James, wyjeżdża do kraju swoich przodków i wkrótce dołącza do niego trójka rodzeństwa. Młodzi ludzie muszą nauczyć się żyć tak, jak dawniej: bez prądu i w obyczajach, które do tej pory były dla nich obce.


Za każdym razem, gdy planuje kupić książki używane czy też w dyskontach szukam tytułów autorstwa Pearl Buck. Twórczość tej pisarki towarzyszy mi od lat i zawsze chętnie sięgam po jej książki, które są tak inne od tego, co czytam na co dzień. „W stronę życia” jest jej powieścią z 1948 roku.

Akcja tej powieści toczy się mniej-więcej w dwudziestoleciu międzywojennym (jeśli coś mylę – przepraszam). Sytuacja w Chinach jest mocno napięta. Komuniści dochodzą do władzy, a doktor Liang jako uniwersytecki wykładowca głośno ich krytykuje. Buck w tej powieści rysuje nam obraz azjatyckiej, wykształconej rodziny, która jednak stara się pielęgnować pamięć o własnej kulturze. Próbuje łączyć teraźniejszą myśl z przeszłością. Dla głowy rodziny kluczowe zdaje się być przedstawianie Chińczyków jako narodu inteligentnego i wykształconego, co nie jest łatwe, gdy w nowojorskim Chinatown wcale nie dzieje się najlepiej.

W stronę życia
Pearl S. Buck
wyd. Muza, 2008
My, jako czytelnicy zostajemy zaś wrzuceni po prostu w rodzinne perypetie. Głównym bohaterem powieści zdaje się być James, jednak w gruncie rzeczy w mniejszym lub większym stopniu obserwujemy zarówno jego rodziców, jego jak i rodzeństwo młodego mężczyzny. Choć tę historię zamyka pewna klamra to nie jest opowieść zawierająca jakąś szczególnie skonkretyzowaną fabułę. Autorka skupia się za to na rodzinie, na relacjach ją łączących oraz na różnicach kulturowych, wykorzystując powieść jako możliwość opowiedzenia czytelnikowi o Chinach, które nie są ani równoznacznie dobre, ani złe. Raczej zacofane i potrzebujące pomocy, choć z tradycjami, które potrafią być niebywale piękne, nawet jeśli świat zachodu ich nie rozumie i się z nimi nie zgadza.

Mam wrażeniem, że ze stron tej powieści bije przede wszystkim rodzinne ciepło. Bo rodzina Lianga, mimo perypetii, naprawdę się kocha. To dobrzy ludzie, nawet jeśli różni od siebie. Dodatkowo Buck między wierszami opowiada też o agresji i niebezpieczeństwach komunizmu, o jego ofiarach i cierpieniu związanym z utratą młodych ludzi. Mam też wrażenie, że tą powieścią chciała przedstawić swoje zdanie na temat tego doskonale znanego sobie kraju jako tego, który potrzebuje pomocy, ale nie związanej z wielkimi rewolucjami, a polegającej na edukacji i poszanowaniu dla tradycji, przy równoczesnym otwarciu się na nowy świat.

Nie jestem ani historykiem, ani znawcą tego typu literatury pięknej. Nie byłabym też w stanie czytać takich powieści non stop. Mimo wszystko to historia bardzo powolna, bez bardzo konkretnej puenty. A jednak gdy już od czasu do czasu sięgnę po Buck to jej twórczość działa na mnie nie tylko bardzo kojąco, ale też daje poczucie, że wiem nieco więcej o świece. Że przybliża mi kraje i czasy, których nie znam najlepiej, a z których bije pewna harmonia, której zdaje się brakować dzisiaj.

piątek, 8 stycznia 2021

Dramat zwierząt domowych: co dzieje się z naszymi pupilami?

 

Ludzkie niedopatrzenie, okrucieństwo czy nieprawidłowa hodowla to jedynie niektóre z powodów licznych cierpień domowych pupili. Co najbardziej krzywdzi naszych podopiecznych i w jaki sposób doprowadza do ich zgonu? Achim Gruber, weterynarz patolog, dzieli się swoimi doświadczeniami.

 

Gdy sięgam po tego typu tytuł raczej spodziewam się prozy popularnonaukowej, która wyłoży mi pewną problematykę w sposób lekki i z dodatkiem odrobiny ciekawostek. Achim Gruber podszedł jednak do swojej książki w sposób nieco inny. Jego „Dramat zwierząt domowych” to najpierw literatura faktu, zbierająca jego historie, anegdotki i opinie. Dopiero później wiedzę, która może przydać się posiadaczowi zwierzęcia lub zwierząt. Co prawda robi to w sposób całkiem interesujący, jednak przyznaję, że nie jest to lektura pozbawiona wad.

Dramat zwierząt domowych
Achim Gruber
wyd. Feeria, 2020
„Dramat zwierząt domowych” rozpoczyna się od opisów spraw, nad którymi pracował autor. Przedstawia nam historie z ogrodów zoologicznych; opisuje sekcje zwłok rasowych zwierząt, czy postrzelonych w lesie psów. Skupia się na ciekawostkach, opisując czasem niedorzeczne lub wręcz okrutne przypadki. Nie zachowuje jednak przy tym obiektywizmu, naprawdę chętnie dzieląc się swoimi opiniami. Nie dziwię się: jest przecież weterynarzem, a nie dziennikarzem piszącym profesjonalny reportaż. Gdy jedna trzeba wyjaśnić kwestie medyczną robi to w sposób jasny i interesujący, a wydaje mi się, że w tego typu książkach to jest mimo wszystko najważniejsze.

Przyznaję, że generalnie to tej pierwszej części książki nie miałam większych zarzutów. Ot, dostałam od autora garść całkiem ciekawych historii kryminalnych, przy okazji dowiadując się kilku ciekawostek ze świata zwierząt, który przecież jak najbardziej mnie interesuje. A potem Gruber postanowił przejść do kwestii hodowli zwierząt rasowych...

Początek rozdziału o zwierzętach rasowych to właściwie wykład opinii autora na temat hodowców. Według niego tworzenie ras jest procederem zupełnie sztucznym i złym; jego kundel jest istotą przewyższającą genetycznie każdego rasowego psa czy kota, bo został stworzony w sposób naturalny. I choć w dalszej części zdanie Grubera mięknie to jako weterynarz będzie dla wielu osób autorytetem i może mocno zniechęcić innych do idei hodowania zwierząt w ogóle. A przecież chcemy mieć wokół siebie psy, koty czy inne żywe stworzenia: w końcu to daje nam radość.  W jaki więc sposób mamy je pozyskiwać? „Naturalnie”? Może biorąc psy do parku dla zwierząt, spuszczając je ze smyczy i hulaj dusza – niech się dzieje co chce! To na pewno jest bardziej odpowiedzialne podejście, niż staranny dobór osobników, połączony z genetycznymi badaniami, co robi się w dobrych hodowlach psów czy kotów.

Na szczęście, jak wspominałam, po tym wstępnie autor mięknie i skupia się po prostu na konkretnych problemach, które w hodowlach faktycznie występują. Są one być może z tych bardziej, niż mniej znanych (psy z krótkimi pyskami, geny merle, kwestia chowu wsobnego itd.), ale biorąc pod uwagę, że taka lektura ma z założenia trafić do jak najszerszego grona czytelników: nie dziwi mnie to, ani też nie gorszy.

Koniec końców, jestem z lektury zadowolona, choć absolutnie nie zachwycona. To na pewno tytuł, który ma szansę poszerzyć wiedzę i świadomość czytelnika, zwłaszcza jeśli ten zwykle o zwierzętach nie czyta. Być może nawet dzięki tej lekturze niektóre zwierzęta zostaną szybciej zdiagnozowane, a w przypadku innych: poprawi się ich poziom życia, co jest zawsze jak najbardziej dużą zaletą tego typu książek. Czy jednak „Dramat zwierząt domowych” jest przełomem i czymś, co każdy miłośnik zwierząt powinien przeczytać? Ku temu mam wątpliwości: wiele wiedzy zawartej w książce swobodnie da znaleźć się w sieci w bardziej skondensowanej wersji. Mimo wszystko, zbyt wiele jest w tym tytule samego autora oraz jego wspomnień, aby uznawać „Dramat zwierząt domowych” za kompendium wiedzy albo przełomowe dzieło, przedstawiające ciekawe badania czy fakty.


środa, 6 stycznia 2021

Saga Mrocznej Phoneix: wracam do ukochanej drużyny



Aby uratować swoich przyjaciół, Jean Grey poświęca swoje życie, aby następnie odrodzić się jako Phoneix. Tkwiąca w niej moc stopniowo przejmuje nad nią kontrolę.

 

Choć superbohaterów lubię to nie jestem nadmiernie związana z większością drużyn, czy w ogóle: postaci. Ot, lubię i tyle. X-meni to jeden z wyjątków. Możliwość posiadania nadnaturalnej mocy, połączone z chodzeniem do szkoły na której czele stał ktoś tak charyzmatyczny jak Charles Xavier niegdyś zdawało mi się spełnieniem marzeń, a i dziś nie pogardziłabym możliwością współpracy z takim charakterem. I choć wiem, że nowelizacje zwykle nie wypadają zbyt dobrze to „Saga mrocznej Phoneix” od dawna krzyczała na mnie z księgarnianych półek, aby w końcu do mnie trafić. Autorem tej powieści jest Stuart Moore, a w Polsce książkami z uniwersum Marvela zajmuje się Insignis.

Jak już napisałam, „Saga mrocznej Phoneix” to nowelizacja. W tym przypadku źródłem jest powieść graficzna, której jednak osobiście nie znam. Niemniej, nie ważne co było pierwsze, w idealnej sytuacji każda adaptacja powinna sama z siebie być dziełem kompletnym i po prostu dobrym, a w tym przypadku ani jedno, ani drugie nie zostało „odhaczone”.

Marvel X-Men. Saga Mrocznej Phoenix
Stuart Moore
wyd. Insignis, 2019

Moore wrzuca nas w sam środek akcji. Nie znamy jeszcze bohaterów, jednak autor zakłada, że jednak tak. Przedstawia nam ich wprawdzie pokrótce i w toporny sposób rysuje ich zależności (on ją kocha ponad wszystko, tamten jest jej mentorem, inny trafił do friendzone itd.), ale nie ma w tym ani odrobiny klimatu czy dobrego smaku. Wprawdzie zdania sklejone są poprawnie, ale „Saga mrocznej Phoneix” stylem przypomina bardziej rozdmuchany „fanfik”, niż powieść z krwi i kości. Już na pierwszych pięćdziesięciu stronach Jean Grey musi wybierać, jakiego mężczyznę woli, a jej ukochany Scott kilkukrotnie myśli o tym, jak bardzo ją uwielbia i kocha.

Dodatkowo, Moore zdaje się kompletnie nie czuć tego, kiedy należy użyć imienia postaci, a kiedy jej przezwiska. Rozumiem, że za pierwszym razem może przedstawić kogoś jako „Logan – Wolverine”, ale to mu się zdarza również później, tak jakby bał się, że czytelnik nie załapał, lub nie zapamiętał.

Fabuła tej powieści to jak pisałam: wycinek większej historii. Na dodatek wycinek mocno skrócony: w wielu momentach wydaje się brakować rozwinięcia, w wielu chwilach coś tu nie gra z tempem. Tak, jakby autor dosłownie jedynie rozpisywał sceny z powieści graficznej, ale że tej nie znam to nie jestem w stanie tego zweryfikować. Gdy do historii wplatani są obcy to i oni nie są przez Moore’a odpowiednio rozpisani i właściwie wydają się jedyne sztucznie wklejeni do całokształtu, zaś sam finał przynajmniej dla mnie nie był absolutnie satysfakcjonujący.

Właściwie spośród zalet tej powieści mogłabym wymienić dwie. Po pierwsze, to lekkie czytadło, które mimo wszystko jest napisane stosunkowo poprawnie: nie zajmuje więc wiele czasu. Po drugie: dzięki niej wróciłam myślami do Kurta Wagnera, jednego z bohaterów X-men, którego niegdyś naprawdę bardzo lubiłam i zorientowałam się, że wciąż gościa lubię, choć może nie do końca w wydaniu tej książki.

Dla mnie „Saga mrocznej Phoneix” jest powieścią o wartości kolekcjonerskiej. Lubię X-men i cieszy mnie sam fakt posiadania czegoś takiego u siebie. Nie polecałabym jej jednak jako właściwie cokolwiek innego. Nie jest to ani dobra przygoda, ani świetny pomysł na zapoznanie się z samą drużyną, nie zachwyca dialogami, czy humorem. Ot, to pisana masowo i na zamówienie powieść, która do życia czytelnika raczej niewiele wnosi.


niedziela, 3 stycznia 2021

Wiosna zaginionych: Polska Panna Marple i śmierć staruszka


W czasach młodości Krystyny jej brat wraz z grupą znajomych zaginął w tracie górskiej wycieczki. Po latach, jako już emerytowana policjantka, kobieta spotyka Jacka: jedynego człowieka, który wrócił z wyprawy cały i zdrowy. Wkrótce później mężczyzna zostaje znaleziony martwy, a Krystyna angażuje się w śledztwo.

 

Rok 2020 okazał się w pewnej mierze czasem poznawania przeze mnie Anny Kańtoch. „Wiosna zaginionych” jest piątą powieścią tej autorki po którą sięgnęłam i pierwszą w pełni niefantastyczną. W ostatnim czasie nie dane było mi jednak sięgać po naprawdę dobry i dość klasyczny kryminał, dlatego pokładałam w Kańtoch spore nadzieje. I jak najbardziej: spełniła je. Jednocześnie muszę chyba na wstępie zaznaczyć, że w dalszym ciągu jej „Przedksiężycowi” uznaję za dzieło bardziej unikatowe, lepsze i ciekawsze. „Wiosna zaginionych” to wprawdzie porządny kryminał, ale wydaje mi się, że nie wnosi do gatunku nowej jakości.

Wiosna zaginionych
Anna Kańtoch
Marginesy 2020
t. 1

Mam wrażenie, że dziś często odchodzi się od klasycznego kryminału, w którym główny bohater powoli bada tropy i pozwala na stopniowe analizowanie przypadku. Autorzy często dorzucają sporą dawkę sensacji, mieszają kryminał z thrillerem; szukają swojej drogi na napisanie zbrodni doskonałej. Kańtoch zaś absolutnie nie idzie w tę stronę. Oczywiście „Wiosna zaginionych” to powieść bardziej rozbudowana od klasyków takich pisarzy jak Aghata Christie czy Doyle. Dostajemy od niej kilka różnych perspektyw i możemy skupić się również na kilku bohaterach, a nie tylko głównym detektywem. Jednocześnie dalej jednak skupia się mocno na śledztwie. Nie epatuje krwią, jest rzeczowa i stopniowo podrzuca nam coraz to kolejne elementy układanki. Więc choć to uwspółcześniony, to wciąż bardzo klasyczny w swojej konstrukcji kryminał. W trakcie lektury nie mogłam wypędzić z głowy obrazu panny Marple, stworzonej przez Aghatę Christie, mimo że Krystyna to jednak zupełnie inna postać.

To, co zwróciło moją uwagę to wiara autorki w czytelnika, której inni pisarze mogliby się od niej uczyć. Jednocześnie ta kwestia mocno świadczy o dobrym warsztacie. Mianowicie, Kańtoch nie pisze o oczywistościach. Brzmi to może jak oczywistość, ale przecież połowa obecnie wydawanych książek mogłaby być znacznie krótsza, gdyby nie pojawiały się w nich niewnoszące nic opisy jedzenia, czy ruszania ku zamkniętym drzwiom. Jak to się objawia u Kańtoch? Pozwólcie na drobny spoiler, który jednak nie powinien zepsuć Wam samej lektury.

Na samym początku książki dzieje się coś związanego ze zbrodnią, ale nie do końca z główną bohaterką. Pewna postać zdobywa informacje, które są kluczowe dla śledztwa. W wielu sytuacjach przekazanie takiej informacji detektywowi byłoby rozpisane na kolejny rozdział. Anna Kańtoch tego nie robi. Uznaje to za oczywistość i jedynie bohaterowie wspominają o tym w narracji, czy rozmowie. I tyle wystarczy.

W związku z brakiem niepotrzebnych treści, „Wiosna zaginionych” to powieść z dobrym tempem, dobrą ciężkością języka (nie infantylną, lekko wchodzącą, ale zachowującą pewną powagę) i ciekawą historią, choć na pewno osoby preferujące akcję i gonitwy tego w tej fabule nie znajdą. To w końcu nie jest sensacja. W trakcie lektury chwilami wydawało mi się jedynie, że trochę zbyt dużo było w tej fabule zbiegów okoliczności. Z drugiej strony... dobrze wiem, że takie i w realnym życiu się zdarzają. Niektóre prawdziwe historie kryminalne naprawdę brzmią bardziej nieprawdopodobnie niż ta z tej powieści. A muszę też zaznaczyć, że to pierwsza powieść kryminalna od lat, przy której właściwie zarwałam nockę. Zwykle nie mam problemów z odłożeniem lektury, gdy zbliża się późna godzina. W tym przypadku zaś po prostu czułam potrzebę dotarcia do zakończenia.

„Wiosna zaginionych” jest kryminałem, którego potrzebowałam. W końcu napisanym poprawnie, bez większych zgrzytów, z szacunkiem do klasycznych motywów w gatunku. Z dobrym językiem i napisanym w sposób, który naprawdę by mnie interesował. Jeśli mam czytać ten gatunek to właśnie w takim wydaniu i choć mimo wszystko wolałabym Kańtoch w kolejnej powieści na miarę „Przedksiężycowych” to z tej lektury po prostu również jestem zadowolona.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Nomida zaczarowane-szablony