Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kanadyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 grudnia 2021

Krwawa Róża: przygoda w klimatach D&D


Pam marzy o jednym – chce wyrwać się ze swojej niewielkiej mieściny i wyruszyć na przygodę. Nic jednak tego nie zapowiada… do czasu. Gdy okazuje się, że grupa najemników o dumnym mianie Baśń poszukuje barda, jej wuj postanawia ją zgłosić.

 

Parę lat temu „Królowie Wyldu” Nicholasa Eamesa okazali się dla mnie dużym odkryciem. Ten debiut młodego pisarza był powieścią całymi garściami czerpiącą z PRG, jednocześnie będąc po prostu sprawnie napisaną książką i dobrą rozrywką. Nie powinno więc nikogo dziwić, że „Krwawa Róża” od swojej premiery była w moich planach. Co prawda od jej wydania minęło już 2,5 roku, ale w końcu udało mi się sprawdzić, cóż Eames oferuje w swojej kolejnej książce.

Krwawa róża
Nicholas Eames
wyd. Rebis, 2019
Saga, t. 2

Warto chyba zacząć od tego, że nie jest to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z tomu pierwszego. Choć postacie są ze sobą powiązane i niektóre faktycznie w „Krwawej Róży” powracają, to obydwie historie dzieli wiele lat. Same w sobie, osobno, tworzą odrębne opowieści, a że świat jest raczej dość prosty to bez problemu można czytać je osobno (choć oczywiście zawsze bardziej komfortowe jest rozpoczynanie od tomu pierwszego).

Mimo młodego bohatera powiedziałabym, że to nie do końca jest powieść młodzieżowa. Bardziej tak, jak w przypadku czytanego przeze mnie „Koła czasu”, jest dość neutralna, mimo tego, że Pam ma 17 lat. Oczywiście pojawiają się tu tematy związane z jej dorastaniem, ale tak naprawdę jej zadaniem jest głównie wprowadzenie czytelnika w historie i nie mniej ważne są pozostałe postacie należące do Baśni.

Na początku lektury byłam naprawdę zadowolona. Eames ma dobre wyczucie i wie, jak pisać lekkie, rozrywkowe fantasy, aby było przyjemne w odbiorze. Świat przedstawiony kreuje raczej na znanych schematach, w dość „growy” sposób (ot, tu na mapie jest średniowiecze, tu nieumarli, tu wynalazki – jak w grach pokroju „King’s Bounty”). Często z tego żartuje i miesza współczesne wyrażenia i nasz obecny sposób myślenia z quasi-średniowiecznym klimatem. Z tym że w tej konwencji to po prostu sprawdza się naprawdę dobrze.

Ponadto autor nie używa zbyt wielu przekleństw, nie opisuje scen erotycznych, ani nie korzysta z nadmiernej ilości niesmacznych żartów. „Krwawa Róża” jest dość niewinna, co akurat mi odpowiada.

Niestety, im dalej w las, tym bardziej się nudziłam w trakcie czytania. Wiedziałam, jak zostaną poprowadzone wątki. Znałam przedstawione przez autora rozwiązania, a choć to całkiem zręcznie skonstruowana powieść drogi to w pewnym momencie zaczęła robić się trochę męcząca. Powodem jest między innymi sposób narracji autora, który zwykle chwilę przed ważnymi fabularnie momentami daje czytelnikowi wykład na dany temat. Np. najpierw któryś z bohaterów snuje opowieść o postaci Kopciuszka, a w następnej scenie okazuje się, że w całej intrydze chodzi właśnie o niego. Jest to dość męczące i sprawia wrażenie, jakby Eames nie planował „Krwawej Róży”, a po prostu ją pisał.

Jednak mimo tego wszystkiego, uważam, że to jest po prostu całkiem sympatyczna powieść. Ja chyba nieco lepiej bawiłam się przy „Królach Wyldu”, ale jeśli akurat szukacie lekkiej, nieco żartobliwej powieści w klasycznym klimacie high fantasy to warto po nią sięgnąć. Zwłaszcza, że bohaterowie są sympatyczni, a Eames dobrze zna się na swojej niszy. Nie mam wątpliwości co do tego, że spędził długie godziny na grę w D&D i w inne RPG.


środa, 28 lipca 2021

Poklatkowa rewolucja: jak w takiej sytuacji wznieść bunt?

Sunday bierze udział w kosmicznej misji. Budzona co kilka milionów lat na swoją zmianę, prawdopodobnie wraz ze swoją załogą przeżyła pozostałych ludzi. Po załamaniu się jednej z członkiń swojej wachty zaczyna rozumieć, że załoga szykuje się do rewolucji.

 

Po kilku latach nadszedł czas na moje drugie spotkanie z twórczością Petera Wattsa. Przyznaję, że po tym czasie ledwo kojarzę, o czym było „Ślepowidzenie”, jednak wiem, że mimo swojej dziwności, bardzo przypadło mi do gustu. Jaka jednak jest „Poklatkowa rewolucja”? Przede wszystkim należy zacząć od tego, że to właściwie nie powieść, a nowelka, która ledwo przekroczyła magiczne anglosaskie 40 tysięcy słów (co pozwala ją kwalifikować jako powieść). Daje to nieco ponad 150 stron w wydaniu Maga.

Poklatkowa rewolucja
Peter Watts
wyd. Mag, 2018
Sunflower Cycle, t. 1

Zwykle twórczość Wattsa jest bardzo mocno zakorzeniona w zdobytej przez ludzkość wiedzy. I choć w tym przypadku także mamy do czynienia z hard SF to jednak autor sam przyznaje, że z powodu tego, o jak odległej przyszłości pisze, nasza współczesna wiedza nie ma z tym wiele wspólnego. Wydaje mi się jednak, że tą warstwę „hard” widać choćby w samym stylu, ale jednocześnie jeśli ktoś nie ma specjalistycznej wiedzy to wydaje mi się, że, tak czy siak, samą książkę zrozumie. Bo w gruncie rzeczy, ona fabularnie zbyt trudna nie jest. Nic zresztą dziwnego, zważając na jej długość.

„Poklatkowa rewolucja” to po prostu ciekawy koncept. Bo choć to niby „zwykła” historia o rewolucji (jak sugeruje tytuł) to jednak jej bohaterzy mają utrudnione zadanie. Są wybudzani w wachtach, zawsze w tych samych grupach. Jeśli chcą cokolwiek zorganizować, muszą wykazać się dużą kreatywnością. Zwłaszcza że nowoczesny statek przecież jest wszędzie!

Nie powiem, ta historia mocno kojarzy mi się z fantastyką socjologiczną. Choć w tym przypadku „społeczeństwo” jest ograniczone do (dość licznej) załogi to samo założenie jest bardzo podobne: bohaterowie muszą poradzić sobie z reżimem. Tyle że w jeszcze mniej codziennych warunkach. Zwłaszcza że od rozpoczęcia misji minęły już miliony lat i z ludzkości mieszkającej na Ziemi prawdopodobnie niewiele już zostało.

To, co lubiłam w „Ślepowidzeniu” i to, co pojawia się tutaj, to fakt, że mimo naukowego podejścia, autor naprawdę nieźle buduje postacie. Chemia między nimi naprawdę dobrze gra. Są ludzcy, a ich interakcje naprawdę dobrze się obserwuje. Nie będę jednak udawać: mam słabość do relacji człowieka ze sztuczną inteligencją i ten motyw w przypadku tej książki również sprawił mi trochę radości.

Watts uchodzi raczej za trudnego pisarza. I choć przyznaje, że niekoniecznie jest świetnym twórcą na start z fantastyką naukową to mam wrażenie, że jest owiany złą sławą. Bo przecież „Poklatkowa rewolucja” wcale aż tak trudna nie jest. Owszem, trzeba się przy niej nieco skupić i ponad poetyckość języka stawia konkretne opisy i naukowe sformułowania, ale przy odrobinie chęci ze strony czytelnika zrozumienie tego nie powinno być większym problemem.


poniedziałek, 3 lutego 2020

Królestwo Mostu: Miała rzucić go na kolana. Ale że to romans...


Życie Lary ma tylko jeden cel: ma zniszczyć Królestwo Mostu. Gdy przybywa do wyspiarskiego państwa i zajmuje miejsce u boku króla, ma spiskować i knuć, aby rzucić kraj nękający jej lud na kolana. Nie spodziewa się, że do tej pory całe jej życie było kłamstwem, a młody Aren, władca Królestwa Mostu, rozbudzi w niej płomienne uczucia.
Tytuł: Królestwo Mostu
Tytuł serii: Królestwo Mostu
Numer tomu: 1
Autor: Danielle L. Jensen
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Liczba stron: 400
Gatunek: high fantasy, romans
Wydanie: Galeria Książki, Kraków 2020

Okładka „Królestwa Mostu” od razu skojarzyła mi się z takim porządnym, rzemieślniczym high fantasy. Może trochę kiczowatym, może trochę przypominającym typowo RPG-owego questa… ale takim ze sporą dawką serducha i rozrywki. Byłam więc całkiem ciekawa tego, co znajdę wewnątrz, szczególnie, że Danielle L. Jensen raczej jest znana jako autorka młodzieżowego fantasy, za które (dla spokoju ducha) nawet nie próbowałam się brać.
I – nie ukrywając – wkopałam się w bardzo, bardzo sztampową powieść dla młodzieży, która właściwie nie miała mi nic ciekawego do zaoferowania. Mimo grafiki na okładce, wnętrze okazało się bardzo generyczne i niekonieczne logiczne, a ja w trakcie lektury myślałam głównie o tym, że przecież już to wszystko czytałam, często nawet w lepszej odsłonie.
Zacznijmy może od świata przedstawionego. Czy ma on sens? Absolutnie nie. Właściwie „Królestwo Mostu” było jedną z niewielu książek, przy których czułam ogromny brak mapy. Zwykle z nich nie korzystam, ale w tym przypadku czasami naprawdę zachodziłam w głowie, co autorka ma na myśli, gdy opisuje swój świat. Mapka zaś byłaby bardzo pomocna. Co w tym świecie nie gra? Zacznijmy od morza, które dzieli dwa kontynenty i na którym panuje wieczny sztorm. Przez jego środek biegnie wielki most, dzięki któremu państwa mogą handlować. Owej budowli pilnuje zaś tytułowe Królestwo Mostu. Autorka ani razu nie wyjaśnia, czemu na tym morzu panuje sztorm i czemu mimo tego konstrukcja biegnąca przez całą jego długość jakoś stoi. A te dwie kwestie to tylko początek góry lodowej.
Polityka w tym świecie też szczególnego sensu nie ma. Królewna z kraju, w którym kobieta nie ma nic do powiedzenia, jest trzymana na pustyni i szkolona na szpiega, jednocześnie nie dostając żadnego wyszkolenia związanego z wiedzą o Królestwie Mostu czy arystokratycznym zachowaniu. Po ślubie nie ma mowy o konsumpcji ustalonego lata temu związku, mimo że kilku bohaterów nawet MÓWI o tym, że związek małżeński bez tego jest nieważny. Mam nadzieję, że nie uznacie tego za spoiler: to naprawdę elementy z samego początku powieści. A gdybym zaczęła zagłębiać się dalej… byłoby chyba tylko gorzej.
Całe uniwersum jest wyraźnie budowane po to, by być tłem dla relacji, która powinna właściwie ciągnąć całą tę historię. W końcu to miłość Lary i Arena obiecuje opis z tyłu książki. Problem polega na tym, że… no nie. Osobiście nie widziałam w tej relacji ani cienia chemii, ani cienia stopniowo budowanego zaufania. Główna bohaterka jest po prostu piękna i pyskata, a Aren zauroczony jej urodą, dość naiwny i kochliwy. I tak jakoś się składa, że mimo bycia władcą ma najmniej oleju w głowie ze wszystkich otaczających go postaci. Ten duet teoretycznie spędza ze sobą czas, ale osobiście nie widziałam pomiędzy nimi tej wielkiej miłości, którą autorka próbuje nam wmówić.
Zauważyłam też pewne problemy ze słowem autorki. Przykładowo, postacie obserwują czasem Larę z obojętnym zainteresowaniem, a pochodnie podkreślają jej pośladki i zgrabne ruchy, gdy dziewczyna STOI przodem do źródła światła. Poza takimi wpadkami, książka Jensen jest napisana dość typowym, średnio interesującym, „tłumaczeniowym” stylem. Ot, nic, co szczególnie boli, ale w połączeniu z brakiem logiki w świecie przedstawionym i nijakimi postaciami dość szybko poczułam się znudzona.
„Królestwo Mostu” jest dla mnie kolejną, niezwykle zwykłą powieścią młodzieżową, która nie ma szczególnie wiele sensu, powiela znane mi schematy (królewna-zabójczyni była choćby w „Setnej królowej”, a o reszcie wypowiadać się chyba nie muszę), ale pewnie zadowoli młodzież i osoby lubujące się w literaturze tego typu. W końcu pozytywnych opinii na temat tej powieści nie brakuje. Dla mnie to jednak zdecydowanie za mało i jedynie jest mi trochę przykro, że dałam się nabrać na okładkę, która zapowiadała coś niekoniecznie typowo młodzieżowego.

* * *

„Maridrina umrze z głodu, zanim zobaczy korzyści z tego traktatu.”
Jego słowa odbijały się echem w jej głowie i dłoń Lary, jakby samoistnie, uniosła się i oparła ostrze o tętnice pulsującą miarowo w jego szyi. To byłoby proste. Jedno pociągnięcie i wykrwawiłby się w mgnieniu oka. Mógłby nawet nie zdążyć się obudzić, by podnieść alarm. Zniknęłaby, zanim zorientowaliby się, że jest martwy.
I niczego by nie zdziałała poza zniszczeniem szansy Maridriny na lepszą przyszłość.
Fragment „Królestwa Mostu” Danielle L. Jensen


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 27 kwietnia 2019

Cena szczęścia: Powieść pozbawiona warstwy fabularnej?


Ruchliwa, kanadyjska ulica. Samantha August, pisarka fantastyki naukowej, zostaje porwana przez UFO. Gdy się budzi na pokładzie statku kosmicznego, dowiaduje się, że pozaziemska cywilizacja planuje wspomóc ziemski ekosystem, nawet jeśli będzie oznaczało to usunięcie rodzaju ludzkiego. Ona sama ma być zaś pośrednikiem między kosmicznymi siłami, a Ziemią.


Tytuł: Cena szczęścia
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Liczba stron: 554
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Zysk i S-ka, Poznań 2019

Co musi zawierać powieść, aby w jakikolwiek sposób zadziałała? Przede wszystkim – jakiś problem. Główny motyw przewodni, do którego rozwiązania będą dążyć bohaterowie. Może to być przeżycie w trudnych sytuacjach, może to być zdobycie miłości, uratowanie kogoś, realizacja jakichkolwiek pragnień. To jednak jest kluczem: powieść bez historii praktycznie nie istnieje. Steven Erikson w swojej „Cenie szczęścia” chyba jednak kompletnie o tym zapomniał… mimo że wcale nie jest początkującym pisarzyną, a osobą, która ma na swoim koncie już naprawdę wiele dzieł.
Początkowo byłam do tej powieści nastawiona naprawdę pozytywnie. Czytało się ją bardzo przyjemnie: styl Eriksona jest „akurat”. Wystarczająco ciężki, by nie być infantylnym, ale na tyle lekki, by dało się przez całość bez problemu przebrnąć. Ponadto same pierwsze sceny powieści wypadają naprawdę dobrze. Dostajemy całkiem ciekawie opisane porwanie Samanthy August, naszej głównej bohaterki, a następnie obserwujemy jej pierwszy kontakt ze sztuczną inteligencją, wykreowaną przez pozaziemską cywilizacje. Jej wymiana zdań z Adamem (bo tak się ta SI nazywa), jej spostrzeżenia i budująca się powoli relacja tych postaci zapowiadała naprawdę przyjemną lekturę.
Prędko jednak okazało się, że… „Cena szczęścia” nie oferuje absolutnie nic poza tę konkretną relacje, która z czasem i tak robi się coraz to nudniejsza, bo do niczego szczególnego nie prowadzi. Erikson w swojej powieści spróbował odwrócić tropy. Zamiast zrzucić na Ziemię groźnych, agresywnych kosmitów, zaprezentował pokojowo nastawione istoty, które chcą nam tylko pomóc. Naprawić ekosystem, zabrać głód i choroby, oduczyć nas agresji…
To niestety był tylko pozornie dobry pomysł. Ludzkość przedstawiona w „Cenie szczęścia” nie ma absolutnie żadnych szans w starciu z pozaziemskimi siłami. Poza tym nie ma też szczególnego interesu: co prawda wokół panuje chwilowy chaos, ale poza tym skoro nie ma głodu, nie ma zanieczyszczonej Ziemi, nie ma wojen… to właściwie nie trzeba absolutnie niczego zmieniać. Przez 550 stron powieści obserwujemy więc ciągniętą na siłę „dramę” tworzoną przez władców i możnych naszego świata, która jednak nie ma szczególnego punktu kulminacyjnego. Ponadto poza Samanthą nie dostajemy tu żadnego mocnego bohatera, skacząc pomiędzy innymi postaciami, których dialogi i dziania są właściwie zupełnie puste, gdy już zrozumiemy, do czego to wszystko dąży.
Śmiem więc twierdzić, że to odwrócenie tropów w „Cenie szczęścia” w żadnym razie nie wyszło. Erikson może miał ciekawy pomysł na opowiadanie, ale na pewno nie na aż tak długą powieść. Miał też dwójkę całkiem ciekawych bohaterów – bo Samantha i Adam naprawdę sympatycznie ze sobą współgrają – ale zmarnował ich potencjał, wrzucając ich do książki kompletnie pozbawionej treści.
Cóż jeszcze mogę dodać? Na pewno warto wspomnieć, że „Cena szczęścia” wydaje się też pomnikiem zbudowanym dla kanadyjskich pisarzy fantastyki naukowej. Erikson bezustannie wspomina o swoich kolegach po fachu, próbując fabularnie robić z nich speców od pozaziemskiej inteligencji i wręcz wychwalając swój lokalny fandom. Nie mam raczej nic przeciwko, choć jednocześnie… szkoda, że swoim przyjaciołom powierzył role w tak nijakiej powieści.
„Cena szczęścia” może zadziałałaby jako opowiadanie; jako powieść nie działa wcale, mimo że raczej nie jest w całości trudna do przyswojenia. Być może komuś, kto nie miał wcześniej styczności z takim odwracaniem tropów, ten koncept sam w sobie po prostu się spodoba. Być może stanie się wystarczającym powodem, aby tą książką się zainteresować i nawet ją polubić. Ja sama chyba mam już na swoim koncie za dużo fantastyki naukowej, aby się tą powieścią zachwycać. Mimo wszystko – taką zabawę motywami już widziałam i to w lepszym wykonaniu, więc podziękuję za taką powtórkę z rozrywki.

* * *

Nie lubimy słuchać przykrych rzeczy, zwłaszcza gdy dotyczą nas samych - to całkiem normalne i tu się z wami zgodzę. Przy czym powszechny wstyd to nie to samo co powszechna radość. Przede wszystkim przezywa się go w ciszy. Bez okrzyków, bez poczucia więzi. Bo wstyd jest czymś, z czym wracasz do domu. Żeby spędzić z nim noc w samotności o poważnie przyjrzeć się sobie w lustrze. Jest bruzdą na wodzie, która napełnia się oczyszczającym żalem. Obyśmy otworzyli oczy z nastaniem świtu mądrzejsi o nowe doświadczenie.
Fragment „Ceny szczęścia” Stevena Eriksona


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Zysk i Sk-a!



piątek, 22 marca 2019

Setna Królowa: Romans fantasy w indyjskim settingu


Porzucona jako niemowlę Kalinda trafiła do sierocińca prowadzone przez zakon sióstr. Trawiona chorobą nie może się szkolić i uczyć walki, tak jak jej pozostałe rówieśniczki. Gdy kończy osiemnaście lat radża Tarek odwiedza miejsce jej zamieszkania i zgodnie z prawem ma zamiar wybrać spośród wszystkich dziewcząt swoją ostatnią, setną żonę. Ku zdumieniu wszystkich jego wybór pada właśnie na Kalindę.

Tytuł: Setna królowa
Tytuł serii: Setna królowa
Numer tomu: 1
Autor: Emily R. King
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło
Liczba stron: 363
Gatunek: romans fantasy
Wydanie: Kobiece, Białystok 2019
Indie to magiczny świat. Magiczny i jednocześnie dość rzadko obierany na setting jakichkolwiek powieści fantastycznych. W końcu osadzenie w takim świecie historii wymaga olbrzymiej wiedzy na jego temat, a wydaje mi się, że mało kto po prostu takową posiada. A szkoda, bo są przepiękne, szczególnie pod kątem wizualnym: zdobienia z henny, sari, olbrzymia ilość kolorów – to wszystko przecież cieszy oko.
„Setna królowa” jest chyba pierwszą powieścią, którą przeczytałam, skierowaną do tej starszej młodzieży, która została osadzona w takim świecie. I książka pod kątem wizualnym naprawdę to wykorzystuje. Choć okładka nie jest najpiękniejsza to ma cudowne wzory odbijające światło. Początki rozdziałów mają naprawdę śliczną grafikę, a przynajmniej do mojego egzemplarza dołączony został ładny, kojarzący się ze zdobieniami z henny zmywalny tatuaż. To naprawdę ma szansę wprowadzić czytelnika w odpowiedni klimat.
Tyle, że poza tym… „Setna królowa” to po prostu kolejny, niezbyt inteligentny romans fantasy. Taki, w którego świecie przedstawionym brakuje sensu, a którego główna bohaterka zakochuje się po uszy w mężczyźnie z którym nie przeprowadziła ani jednej sensownej rozmowy.
Naprawdę, główny obiekt westchnień Klindy to osoba, w której dziewczyna zakochuje się po wymianie paru spojrzeń. To kolejna z tych powieści, która uczy młode kobiety, że do szczęścia potrzebują mężczyzny, bo bez niego nie są w stanie zrobić absolutnie nic. Nawet mimo faktu, że „Setna królowa” swoją fabułą bardzo przypomina „Rywalki”, w związku z czym i tutaj Kalinda ma zostać swoistą wyzwolicielką ludu (to nie spoiler, ta informacja pojawia się w opisie książki).
Boli mnie fakt, że ta książka właściwie miała szansę, być czymś innym, niż głupiutkim, młodzieżowym romansem. Przez chwilę naprawdę miałam wrażenie, że we wszystkim dużą rolę będzie odgrywał wątek LGBT, ale okazało się, że jednak nie. Kalinda, dziewczę, które w całym swoim życiu nie widziało mężczyzny, zakochała się w pierwszym ujrzanym przez siebie przedstawicielu płci brzydkiej i tyle wyszło z moich nadziei.
Same „Indie” pojawiają się tu głównie w nazwach ubrań oraz sprawowanych przez ludzi funkcji. Nie jestem co prawda specjalistą od tej kultury, ale naprawdę nie wydaje mi się, aby walczące kobiety były zgodne z tamtym rejonem. Ponadto autorka zupełnie zapomniała choćby o czymś takim jak kasty, pozwalając władcy kraju żenić się z kobietami bez absolutnie żadnego pochodzenia.
„Setna królowa” jest po prostu kolejnym przeciętnym romansem fantasy. Książką, która przez swój setting oraz parę motywów miała szansę być ciekawą lekturą, ale przez brak jakiegokolwiek zgłębienia tematu przez autorkę i świeżego pomysłu nie jest absolutnie niczym więcej. Czyta się ją wprawdzie lekko, ale wystarczy chwila zastanowienia się nad treścią, by dojść do wniosku, że to wszystko właściwie nie ma sensu. Brakuje mi tu zbudowania romansu albo jakichkolwiek relacji między bohaterami, brakuje ciekawego pomysłu na rozwiązanie akcji, brakuje choć odrobiny realizmu. Jednocześnie to książka na tyle nijaka, że w żadnym razie mnie nie irytuje swoim istnieniem. Ot, po prostu jest. Przeczytałam w dwa dni i za dwa dni o niej zapomnę. Nie ma tu nad czym się roztkliwiać.

* * *

Kapitan Naik rusza w stronę drzew. Dzieląca nas odległość nie uśmierza rosnącego we mnie rozczarowania. Czy oznaką oddanej kobiety jest trzymanie języka za zębami? Czy odtąd mam myśleć wyłącznie o zadowoleniu radży?
Czy już nie liczy się moje własne szczęście?
Rzucam ostatnie spojrzenie na światła świątyni, a potem odwracam się i ruszam za kapitanem na południe, w stronę Miasta Klejnotów.
Fragment „Setnej królowej” Emily R. King




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


sobota, 29 grudnia 2018

Ślepowidzenie: O wszystkim, co w SF jest analizowane


2082 rok. Ludzkość odkrywa istnienie pozaziemskiego życia. Ziemska ekipa dowodzona przez wampira wyrusza na statku kosmicznym „Tezeusz” aby zbadać pojazd obcych.

Tytuł: Ślepowidzenie
Tytuł serii: Ślepowidzenie
Numer tomu: 1
Autor: Peter Watts
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Liczba stron: 338
Gatunek: hard science-fiction
Wydanie: Mag, Warszawa 2008
Hard science-fiction to podgatunek, który zakłada, że tworzona przez autora rzeczywistość jest jak najmocniej ugruntowana przez badania, a jeśli zawiera jakiś „cud”, jakąś „magię” to ta jest tylko dodatkiem do całości; wisienką na torcie, na której nie bazuje cała opowieść. Z tego powodu „Ślepowidzenie” Wattsa swobodnie możemy tym tytułem określić: to książka, której autor pod koniec nie tylko wyjaśnia nam czemu i dlaczego świat przedstawiony w jego książce wyglądają tak, a nie inaczej, ale także podaje aż sto czterdzieści cztery pozycje, które potwierdzają jego słowa. Nie zmienia to faktu, że „Ślepowidzenie” to powieść poza byciem książką trudną jest też… powieścią niezwykle dziwną, choć nie w sposób, w który myślałam, że będzie.
Nie wiedzieć czemu spodziewałam się po tym tytule jakiegoś metafizycznego podejścia do świata; czegoś w stylu weird fiction, zbliżonego klimatem do książek Dicka. A dostałam utwór, wewnątrz którego znajduje się po prostu wręcz niemożliwie duże nagromadzenie różnego rodzaju tez i analiz, dotyczących choćby świadomości, „chińskiego pokoju”, naszej przyszłości, czy ewentualnego spotkania z obcymi. Ba! Pojawia się tu nawet analiza zachowania wampira, czy głębokie zastanawianie się nad moralnością i inteligencją. Właściwie… mam wrażenie, że w tym tytule pojawiają się rozważania na właściwie każdy popularny w książkach fantastycznonaukowy temat.
Właśnie w związku z tym to książka i dziwna, i trudna do przyswojenia. Watts bazując na swoich źródłach i pomysłach swobodnie mógłby napisać kilka powieści, zamiast jednej, co być może „rozluźniłoby” nieco tekst i dało czytelnikowi trochę więcej czasu na przyswojenie treści. Na to się jednak nie zdecydował, w związku z czym sięgając po „Ślepowidzenie” należy pamiętać, że to nie jest książka, którą warto czytać w chwili, gdy zmęczony człowiek szuka odrobiny rozrywki, bo zamiast niej może nabawić się po prostu bólu głowy.
Nie zmienia to faktu, że właśnie przez to dostajemy tytuł ciekawy, intrygujący. Z jednej strony zawierający ciekawe analizy, z drugiej czasem wręcz wymuszający pytanie, czy Watts jest geniuszem, czy może jego twórczość to kompletna grafomania ukryta za ogromną ilością wiedzy, którą autor zdobył między innymi czytając pozycje podane w przypisach?
Sama historia przedstawiona w „Ślepowidzeniu” jest właściwie wyjątkowo prosta i w gruncie rzeczy… to nie jest powieść z niezwykle długą, wielowątkową fabułą. Mam wrażenie, że Watts tak bardzo skupia się na naukowych aspektach, że postacie w tek powieści to po prostu pewne figury, a nie żywi ludzie, zaś sama historia naprawdę schodzi na drugi plan. Z resztą sam schemat wydaje mi się dość sztampowy: grupa naukowców na statku kosmicznym, która próbuje badać obcą inteligencję to naprawdę nie jest nic odkrywczego. Należy jednak oddać Wattsowi, że sam pomysł na przedstawienie stworzeń z innej cywilizacji jest i ciekawe, i intrygujące, choć chyba nie będzie to dla nikogo zaskoczeniem, gdy powiem, że nie jestem pewna, czy w całości zrozumiałam, co miał w tym przypadku na myśli.

Drobna uwaga do Was: Książka nie jest w chwili, w której piszę ten wpis dostępna w księgarniach. Ale jeśli chcecie ją przeczytać i znacie dobrze język angielski to Peter Watts udostępnia sporo swoich powieści (także tę) na swojej stronie internetowej, na licencji CC.


* * *

Wspomnienia to nie archiwa historycznych materiałów. Właściwie są... improwizowane. Cała masa rzeczy, które kojarzysz z jakimś zdarzeniem, może być obiektywnie fałszywa, nawet jeśli pamiętasz je bardzo wyraźnie. Mózg ma zabawny nawyk tworzenia montaży, dostawiania szczegółów post factum. To oczywiście nie znaczy, że twoje wspomnienia nie są prawdziwe, rozumiesz? Są szczerym odbiciem twojego ówczesnego sposobu postrzegania świata i wszystkie wspólnie ukształtowały twoje widzenie. Ale to nie fotografie. Raczej obrazy impresjonistyczne.
 Fragment „Ślepowidzenia” Petera Wattsa


wtorek, 11 grudnia 2018

Beatrycze i Wergili: Poetyckie spojrzenie na Holocaust


Henry jest pisarzem. Gdy wydawca odrzuca jego powieść o Holocauście wyprowadza się z żoną do wielkiego miasta. Tam poznaje mężczyznę, zajmującego się wypychaniem zwierząt, który przez całe swoje życie próbuje stworzyć sztukę teatralną.



Tytuł: Beatrycze i Wergili
Autor: Yann Martel
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Liczba stron: 240
Gatunek: literatura współczesna
Wydanie: Albatros, Warszawa 2010
Czasem, gdy widzę książkę za dosłownie trzy, cztery złote po prostu nie potrafię jej nie kupić. „Beatrycze i Wergili” to niedługa powieść, która właśnie w ten sposób wylądowała w moim koszyku w trakcie jakiś spożywczych zakupów. I choć nie żałuje, że książka do mnie trafiła to muszę szczerze przyznać – to jest zdecydowanie dziwna pozycja.
Książka Yanna Martela to powieść pełna pięknych cytatów, pełna pewnej próby analizy Holocaustu pod kątem sztuki i jednocześnie trochę pozbawiona konkretnej treści. To historia mocno metaforyczna, w której raczej trzeba się doszukiwać drugiego dna. Nie jest więc książką typową, raczej nastawioną na rozrywkę czytelnika.
W związku z tym trudno tu mówić choćby o bohaterach. Henry to pisarz, który ma zastój twórczy spowodowany tym, że wydawca odrzucił jego dzieło nad którym pracował przez pięć lat. Nie jest jednak jakoś szczególnie analizowany, nie poznajemy zakamarków jego psychiki. Człowiek, któremu Henry pomaga jest zaś zbudowany na pewnych niedopowiedzeniach. Martel wymusza na nas domyślanie się, co kryje się za jego słowami i poczytaniami i choć te najważniejsze kwestie prędko stają się jasne to wiele z tego, co ten bohater robi przynajmniej dla mnie do końca pozostaje poetyckim bełkotem.
Narrator tej powieści stoi jakby z boku wszystkiego, często nawet nie podaje nam dokładnych faktów na temat postaci. Jednocześnie tę niedługą książkę czyta się naprawdę szybko. Mimo poetyckości i trudnej tematyki „Beatrycze i Wergili” napisana jest przystępnym językiem, pozwalającym na płynne czytanie. Ponadto przynajmniej polskie wydanie tej książki ma naprawdę olbrzymią czcionkę, w związku z czym po prostu nie da się tej książki czytać zbyt długo.
Jeśli miałabym wybrać coś, co zaciekawiło mnie w tej książce najbardziej to wybrałabym sam jej początek, w którym autor analizuje, dlaczego Holocaust jest swego rodzaju „świętą krową”. Dlaczego choć piszemy prozę wojenną – romanse osadzone w realiach II Wojny Światowej, powieści akcji, czy kryminały – ale jednocześnie unikami fabularyzowania tego jednego elementu II wojny światowej. Tego najbardziej okrutnego i tragicznego.
To dzieło Martela niewątpliwie jest powieścią ciekawą i intrygującą przez swoje liczne niedopowiedzenia i dość oryginalne wyjścia, które wybiera autor. Nie powiedziałabym jednak, że to książka, która szczególnie mnie urzekła. „Beatrycze i Wergili” było dla mnie ciekawą odskocznią i możliwością poznania trochę innej prozy, niż zazwyczaj, ale zdecydowanie nie czuje potrzeby, aby szukać podobnych dzieł. Na pewno jednak osoby, które lubią poetyckie i nietypowe podejście do literatury znajdą w prozie Yanna Martela coś dla siebie.


* * *

Fikcję nie tak łatwo oddzielić od literatury faktu. Fikcja nie może być realna, ale jest prawdziwa; przekracza girlandy faktów, by dotrzeć do emocjonalnej i psychologicznej prawdy. 
Fragment „Beatrycze i Wergiliego” Yanna Martela

wtorek, 30 października 2018

Królowie Wyldu: Saga znów rusza do boju!


Saga była niegdyś najsławniejszą grupą najemników. Rozpadła się jednak lata temu. Jeden z jej członków, Clay Cooper, wiedzie spokojne życie strażnika. Gdy odwiedza do przyjaciel z dawnej drużyny, Gabriel i prosi o pomoc w odnalezieniu jego córki, Rose, mężczyźni zaczynają zbierać dawnych kompanów, aby pomóc nastolatce.

Tytuł: Królowie Wyldu
Tytuł serii: Saga
Numer tomu: 1
Autor: Nichales Eames
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
Liczba stron: 528
Gatunek: epic fantasy
Wydanie: Rebis, Poznań 2018

Ostatnio rzadko zdarza mi się czytać generyczne, przygodowe fantasy. Często wprawdzie pojawiają się u mnie różnego typu wariacje na ten temat, jednak naprawdę dawno nie miałam w rękach współczesnego tekstu z wielką podróżą, toną przygód i grupą przyjaciół, kierowanego raczej do dorosłego czytelnika. Sięgnięcie po „Królów Wyldu”, czyli debiutu Nicholasa Eamesa było więc czymś, co naprawdę chciałam zrobić. Liczyłam, że przy tej kanadyjskiej powieści będę się po prostu dobrze bawić. I przyznaję – bawiłam się dobrze, choć mimo wszystko w trakcie lektury czasem ogarniało mnie poczucie zażenowania.
Na pewno należy zaznaczyć jedno: po książce Eamesa nie należy spodziewać się poważnej lektury. „Królowie Wyldu” to zdecydowanie nie jest popis światotwórczy. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że autor jest po prostu ogromnym fanem fantasy, który chciałby wykorzystać każdy z istniejących w tym gatunku motywów. W związku z tym to, co znajduje się w jego uniwersum wygląda trochę tak, jakby autor wypisał sobie je na kartce, wrzucił do kapelusza i wyjmował, po kolei umieszczając dane elementy w swoim świecie. Mamy więc i zaczarowane kapelusze z których można wyciągać upieczone kurczaki, i sowomisie, i zarażający jakąś chorobą las, i rzygający róg, i  potężne miecze z wielką przeszłością, i kanibali, i zombie… a to przecież jeszcze nie wszystko! Jednak jak już wspominałam: Eames wygląda na wielkiego fana gatunku, który po prostu cieszy się z tego, że może pisać… w związku z czym całość po prostu wypada lekko i bezpretensjonalnie. To po prostu miała być i jest lekka, przyjemna przygodowa powieść.
I przyznaję, że jak na debiut autor poradził sobie całkiem nieźle. Mamy bohaterów, których da się lubić. Mamy też przygody i kłopoty, w które nasze postacie często pakują się z premedytacją. Mamy też konkretny cel wędrówki i o dziwo, nie jest to ratowanie świata. Wydaje mi się, że to właśnie on sprawia, że historia Esmesa naprawdę działa. Nie idziemy na pomoc całemu społeczeństwu, a po prostu jednej, konkretnej dziewczynie, której ojciec naprawdę się zamartwia. Takie cele zwykle zdecydowanie lepiej wypadają w jakichkolwiek historiach.
Jak już jednak wspominałam na początku – nie obyło się bez elementów, które wywoływały u mnie zażenowanie. Eames wprawdzie przez cały czas próbuje rzucać żartami, ale te przynajmniej w wersji polskiej niekoniecznie działają. Widząc takie teksty jak: „Od zera do bohatera, jak w reklamie!” albo „Zatem czeka was iście epicki koniec!” po prostu nie potrafiłam przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza, że z jednej strony autor próbuje archaizować tekst, a z drugiej używa zupełnie współczesnych słów. I tak, mam wrażenie, że to kwestia Eamesa, a nie tłumacza (którym z resztą jest nasz polski pisarz, Robert J. Szmidt) – ten początkujący pisarz po prostu czasem za bardzo chce rozbawić czytelnika.
Mimo pewnych wad historia jednak potrafi wciągnąć, a przygody bohaterów śledzi się po prostu z przyjemnością. Kartki przewraca się szybko, powieść w żadnym razie się nie dłuży i może po prostu zapewnić trochę hdobrej rozrywki. Wydaje mi się, że „Królowie Wyldu” to dobry pomysł, jeśli człowiek chce odpocząć od poważniejszej fantastyki. Może też nadać się jako pierwsza powieść z półki dla dorosłych, czy jako pierwsza książka fantasy w ogóle – grunt, to podejść do niej jako dzieła typowo rozrywkowego, które ma bawić, a nie uczyć i poszerzać horyzonty.


* * *

– Nie o to mi chodziło – poinformował ich mag. – Sami zobaczcie! – Zdjął kapelusz i zanurzył w nim rękę po łokieć. – Jest jak moja torba, tylko działa na innej zasadzie. Wypełnia go czar! Nie można niczego do niego schować, ale za to da się wiele z niego wyjąć. Ale nie wszystko, jak leci… O, tak. Proszę.
Clay spoglądał z niedowierzaniem na kurczaka wyjętego z kapelusza – nie żywego, tylko już upieczonego, z brązową skórką spieczoną na krucho. Na sam widok zaczął się ślinić.
– Jak?
Fragment „Królów Wyldu” Nicholasa Eamesa


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Domu Wydawniczemu Rebis!

Nomida zaczarowane-szablony