sobota, 31 marca 2018
czwartek, 29 marca 2018
wtorek, 27 marca 2018
niedziela, 25 marca 2018
piątek, 23 marca 2018
Bo książka jest zawsze lepsza od filmu
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/
Nie będę kłamała: jest sporo elementów,
które w stereotypowym książkoholiku mnie irytują. O niektórych z tych rzeczy
już pisałam: na przykład o tym, jak książka wywyższana jest nad inne dzieła,
służące głównie rozrywce. Kolejną taką rzeczą jest odwieczne porównywanie
książki do filmu i równie odwieczne stwierdzanie, że „książka jest zawsze
lepsza, niż film”. I o tym sobie dziś pogadamy.
Na pierwszy rzut oka takie zdanie wydaje
się całkiem logiczne. W końcu zwykle filmy powstają na bazie książek, a
oryginał jest tym lepszym, o czym często wspominam, gdy mówię o tym, że wole
polskich autorów. Ale... problem polega na tym, że dwa tak inne sposoby
przekazu po prostu nie powinny być oceniane tą samą miarą, a mam wrażenie, że „książkoholicy”
często to robią, uznając swoje hobby za jedyne słuszne. Bo przecież oglądanie
kolorowego ekranu jest głupsze od składania literek, nie?
Bo film coś zmienia!
To zwykle jest największy zarzut do
nawet bardzo udanych ekranizacji. Film coś zmienia... i robi coś inaczej, niż
książka. Wprawdzie bardzo często wynika to z budżetu produkcji, ale czasem to
po prostu inwencja twórcza reżysera. Ale książkoholik będzie płakał, bo ktoś
coś zmienił w jego ukochanej lekturze, nawet, jeśli fajnie działa jako pełna
historia. Niestety, nie potrafi zrozumieć, że to jest inny rodzaj przekazu,
więc gdyby twórca przeniósł książkę na ekran 1:1 efekt byłby taki, że albo film
mogliby oglądać tylko ci, którzy czytali już oryginał, albo po prostu całość
straciłaby na sensie i na płynności. Bo to, co działa w książce niekoniecznie
będzie działało w filmie i na odwrót.
Książkoholik w połowie zadowolony: bo jest jak w książce, ale...
... czegoś mi tu brakowało. No właśnie.
Czegoś brakowało. Może właśnie dlatego, że twórca filmu postanowił potraktować
książkę jak gotowy scenariusz? Nie dodał nic od siebie, nic nie zmienił. Albo
zabrakło w tym pomysłu i pasji, bo scenarzysta i reżyser tylko odwalali robotę
zleconą przez producenta, albo twórcy potraktowali książkę tak, jakby chciał
tego książkoholik: jak świętość, której nie można ruszać. A że – jak
wspominałam – to, co jest w powieści, niekoniecznie będzie działało w filmie,
efekt tych starań wyszedł bardzo przeciętnie.
To inne historie – a jednak tak dobre
W moim odczuciu jako filmy najlepiej
działają właśnie te ekranizacje, które są bardziej inspirowane książką, a nie
są jej wersją filmową. Chyba moim ukochanym przykładem jest „Łowca androidów”.
Jego książkowy odpowiednik, „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Dicka,
opowiada zupełnie inną historię. Twórcy zaczerpnęli z niej tylko trzon i
pojedyncze elementy, tworząc coś swojego. I dzięki temu ta opowieść wypadła tak
dobrze.
Innym znanym przykładem jest „Lśnienie”
Kubricka, które okazało się przełomowym filmem, chociaż autor oryginału,
Stephan King, narzekał, że przecież to dzieło tak inne od oryginału.
Powiedziałabym, że taką próbą
przeniesienia historii 1:1 na ekran jest Harry Potter. I co z tego wyszło? Cóż,
całość jako tako działała, dopóki nie okazało się, że książki są zbyt długie,
jak na jeden film. I tak wyszła nam „Czara ognia”, która może i będzie podobać
się fanom, ale gdy rozmawiam z osobami, które najpierw widziały filmy, albo
oglądały tylko je, okazuje się, że całość była dość mocno pocięta i
niekoniecznie zrozumiała.
Film NIE jest gorszy od książki!
To zupełnie inne dzieło. Książka to
tekst pisany; film to obraz i dźwięk. Odbieramy go innymi zmysłami, oceniamy w
inny sposób. Tak jak książka, może rozwijać, jeśli oglądamy go świadomie,
analizując historię, kadry, muzykę. I tak jak książka, może sprawić, że
staniemy w miejscu, jeśli będziemy w kółko oglądać ten sam typ filmu,
kompletnie się przy tym wyłączając. Także... nim skrytykujesz takie dzieło
zastanów się, czy nie robisz tego tylko dlatego, bo to nie Twoja ukochana
książka.
Jestem hipokrytą?
Tak, zdarza mi się powiedzieć, że jakieś
dzieło filmowe jest lepsze od książki, albo na odwrót. Ale zwykle mam na to
konkretne argumenty. Przykłady?
Wolę filmowego „Marsjanina” od
książkowego. Powód jest prosty: najpierw widziałam ekranową wersję tej
historii, więc czytając, znałam już zakończenie. Jednocześnie film jest po
prostu... bardziej radosny, bardziej dynamiczny. W obydwu dziełach muzyka
odgrywa dużą rolę, tylko gdy ją słychać, to jakoś lepiej działa. Jednak wolę
muzykę słyszeć, niż o niej czytać.
Uważam, że serialowa „Gra o tron” robi
się straszna gdzieś około piątego sezonu. Powód? Prosty! Twórcy serialu mogą
sobie zmieniać uniwersum Martina jak tylko im się to podoba, dopóki ma to
logiczny sens. Rozumiem, że zrobili z Daenerys „ognioodporną” – w książkach
jest inaczej, ale hej, to inne dzieło, więc... niech już sobie będzie
ognioodporna, nie mam zamiaru na to narzekać. Takie zmiany naprawdę krzywdy
nikomu nie robią. Niestety, gdy bohaterowie zaczynają się teleportować, gdy ich
wybory przestają być uzasadnione i logika całej historii zaczyna sypać to
jednak „Pieśń lodu i ognia” Martina będzie dla mnie lepszym dziełem. Bo nie ma
nic gorszego, niż pozbawiona logiki treść.
Nie uważam, że porównywać zupełnie nie
można. Nie uważam też, że zakazane jest wolenie jednego dzieła od drugiego. Możemy mieć własne preferencje, jeśli chodzi o rozrywkę: jeden bedzie wolał czytać, inny oglądać, a kolejny grać w nogę na dworze. Najzwyczajniej
w świecie irytuje mnie głupota i ignorancja. Bo przecież wszyscy wiemy, że
książkom powinniśmy stawiać pomniki.
środa, 21 marca 2018
poniedziałek, 19 marca 2018
Gdańskie Targi Książki z mikrofonem z ręku
Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/
Wróciłam
do domu. Przejrzałam na szybko sieć, robiąc herbatę, bo przecież na dworze
panuje minusowa temperatura i trzeba było się czymś rozgrzać. Potem przyszedł
czas na „Wiedźmina 3”, na którego od tygodnia „marnuje” swoje wolne chwilę. W
końcu zasiadłam, by skończyć post dla Was o jednotomowych powieściach
science-fiction: był już napisany, musiałam tylko przygotować go do publikacji.
Jest gotowy, pojawi się pewnie w okresie letnim. Więc w końcu, gdy trochę
ochłonęłam, mogę usiąść i spokojnie dla Was napisać kilka słów „prywaty”. Bo
mam na to ochotę. Jest przed jedenastą. Ciekawe, o której skończę?
Dane
było mi dziś odwiedzić pierwsze targi książkowe w moim życiu. Z resztą, dla
nich to też był w pewnym sensie „debiut” – Gdańskie Targi Książki odbyły się po
raz pierwszy. Szczerze przyznam, nie miałam większej ochoty na nie iść. Przede
wszystkim sama idea nie do końca do mnie przemawia. Książek i tak mam za dużo,
a w rynku orientuje się na tyle, by wiedzieć, że wyjątkowo tanio niczego tam
raczej nie kupię. Poza tym miałam po prostu kiepski tydzień: pełen marudzenia i
tych drobnych rzeczy, które mój zły nastrój po prostu potęgowały. Jakby tego
było mało na te targi nie miał przybyć żaden interesujący mnie autor, więc nawet
nie miałam ochoty wpaść po autograf.
Och,
zapomniałam o herbacie. Jest prawie zimna. Cóż, trudno. Zdarza się.
Ale
wracając… na targi iść musiałam: już wcześniej obiecałam, że się na nie wybiorę
i odmowa w ostatniej chwili z tak błahego powodu jak „nie chce mi się” jest
czymś, czego po prostu nie robię. Poza tym miałam tam iść jako radiowiec, po
części – do pracy. Co tam, że nieodpłatnej, w końcu to radio studenckie. Ale
takich rzeczy się nie zawala, bo – jak sobie wmawiam – gdy nie dam rady teraz,
to nie dam rady w poważnej instytucji. Więc jak mam coś zrobić… to mam zrobić.
I już.
Nie
zmienia to faktu, że nie miałam absolutnie żadnego pomysłu na to, co na tych
targach robić. Umówiłam się z kilkoma blogerkami na krótkie wywiady i właściwie
na tym moja idea się kończyła. Wyszłam z domu o jedenastej rano, chciałam tam
być około dwunastej – niby powinnam być od otwarcia, ale nie potrafiłam się
zmusić, by wstać na tą dziesiątą.
I
tu zaczęły się schody. Widzicie, studiuje w Trójmieście już drugi rok, ale to
nie zmienia faktu, że Gdańska zupełnie nie znam. Standardowo pojechałam więc z
Sopotu na Dworzec Główny i na miejscu ustawiłam Google Maps na adres targów.
Zawsze się gubię w tym centrum i nie mogę dojść do Starego Miasta, bo nie bywam
tam zbyt często, więc wolałam nie ryzykować.
Z
tym, że… mapa albo źle mnie poprowadziła, albo ja skręciłam w złą stronę. I tak
z dwudziestu minut drogi zrobiło mi się co najmniej czterdzieści. Na zewnątrz
panowała minusowa temperatura, ja szłam bez rękawiczek, bo w końcu musiałam
trzymać ten cholerny telefon. Gdy w końcu dotarłam byłam więc zziębnięta, z
oczami załzawionymi od wiatru i jeszcze bardziej dobita tymi całymi głupimi
targami.
Choć
o akredytacje pisałam, nie dostałam od organizacji targów maila zwrotnego.
Uznałam więc, że mi jej nie udzielili… czy coś. Kupiłam więc normalny bilet,
płacąc te 5zł, bo co mi szkodzi. Ruszyłam na poszukiwanie dziewczyn, z którymi
byłam umówiona. Z rozmowy z nimi wyszło, że one również pisały o akredytacje. Dostały
odpowiedź. Mają plakietki. Zrobiło mi się więc głupio: hej, ja tu mam latać z
mikrofonem i nie mam oznaczenia? A co, jak ktoś mnie zaczepi? I powie, że mam
nie nagrywać? Zrobiło mi się jeszcze
gorzej. Wszystko szło nie tak, jak powinno.
Gdy
kończyłyśmy nagranie wpadł na mnie kolega z mojego radia, który razem ze mną
miał ogarniać całość. I tu okazało się, że ma dla mnie dobrą wiadomość: jemu na
zgłoszenie też nie odpisali, ale plakietkę dostał, jest na liście. Z jednej
strony kamień spadł mi z serca. Z drugiej: poczułam ukłucie żalu, bo… już sobie
wymyśliłam, że skoro nie mam plakietki to nie mogę nagrywać, więc idę do domu.
A bardzo chciałam wrócić jak najszybciej.
Następnie
przyszło się nam pokręcić trochę po targach. Szukałam jakiś dyskontów, czy
tanich książek, by poprawić sobie humor znajdą za dwa złote, ale niczego
ciekawego nie wypatrzyłam. Ech, cholerne, głupie targi, no nie?
Na
kolejną blogerkę chwilę czekaliśmy, ale i z nią rozmowa się odbyła. I… od niej
było już lepiej. Naprawdę! Dziewczyna miała znajomą z biblioteki w Gdyni, więc
podeszłam z nią na stoisko, by porozmawiać kimś z ich stoiska. Okazało się, że
chwilę mam poczekać, więc uznałam, że nie będę stać bezczynnie i czekać.
Poszłam szukać jakiś wystawców, z którymi mogę pogadać. Bo materiał w końcu sam
się nie zrobi.
Dotarłam
do stoiska, które było dość mocno osaczone przez gości, przez co nikt z niego
nie miał czasu, aby zamienić ze mną kilka słów. Czekałam więc grzecznie, nie
mając ochoty znów biegać. Obok, przy stoliku dla autorów, siedział starszy pan.
Właściwie z nikim nie rozmawiał, nic nie podpisywał, więc zagadałam. Jest pan
autorem? Nie? Ach, tłumaczem. Z islandzkiego! Porozmawia pan ze mną? Oczywiście!
I…
wkręciłam się. Wiecie, czasem ludzie boją się mikrofonu: zdarzają się nieśmiałe
osoby, albo takie, które „nadmiernie” chronią swoją prywatność, lub takie,
które mają wadę wymowy, albo po prostu uznają, że nie potrafią sklecić zdania.
I takie osoby trzeba zachęcać do rozmowy, ciągnąć za język, a i tak nie zawsze
się zgodzą. Ale… to targi. Wystawa. Na wystawie każdy jest po to, by podzielić
się tym, co ma. Więc akurat w tym przypadków problemu z rozmową z ludźmi nie
było. Poza pojedynczymi przypadkami, każdy zgadzał się na rozmowę, po nagraniu
zwykle też zamieniał kilka słów. Czasami byłam wysyłana od jednej, do drugiej
osoby, czasem sama podchodziłam. I zrobiło się po prostu miło.
Nie
powiem, często tak mam: gdy wchodzę gdzieś, niby przygotowana, niby z
pytaniami, jestem po prostu cholernie spięta i całość nagrania wychodzi sztucznie.
Jestem introwertykiem i chwilę zajmuje mi
zwykle dostosowanie się do takiej sytuacji. Ale gdy trochę się
rozruszam, pogadam z ludźmi, pójdę na spontan, przestanę planować: to robi się
lepiej. W pracy radiowej najtrudniejszy jest dla mnie ten pierwszy odruch,
który każe mi nie zbliżać się do nieznajomych. Bo co oni o mnie pomyślą? Bo
przecież nie chcę nikomu przeszkadzać! Ale gdy już trochę popracuje naprawdę często
robi się sympatycznie. Zwłaszcza, gdy ludzie – tak jak w tym przypadku – współpracują
i pozwalają mi zbierać dźwięki.
Nie
czekałam do końca targów. Około szesnastej zebrałam się do domu. I tak powrót zajął
mi godzinę, a najzwyczajniej w świecie nie czułam potrzeby, by siedzieć tam
dłużej, tak po prostu. Zwłaszcza, że trzeba było jeszcze zrobić zakupy. Na
szczęście robienie obiadu mnie ominęło – uznałam, że gotować mi się nie chce i
dawno nie byłam w żadnym fast-foodzie, więc po drodze zahaczyłam o Maca na Monte
Casino. W końcu prawie go mijam, idąc do mieszkania. Koniec końców… był to więc
całkiem dobry dzień.
To,
że moja wycieczka w końcu była raczej pozytywna nie zmienia faktu, że same targi…
jako idea, dalej nie do końca do mnie przemawiają.
Ze
wspomnianych przeze mnie wcześniej kwestii wszystko okazało się prawdą: tak jak
przypuszczałam, ceny wcale nie były szczególnie rewelacyjne. W księgarniach internetowych
kupię książki taniej. Na miejscu nie było ciekawych autorów, ani nawet
szczególnie interesujących mnie prelekcji. Gdyby nie mikrofon, po piętnastu
minutach nie miałabym co tam robić. Niemniej, same targi wydawały się udane.
Ludzi było dużo, a wystawcy raczej chwalili sobie imprezę. Samo miejsce było i
dobre, i złe zarazem. Dobre: bo piękne. W bardzo dobrej lokacji i w przepięknej
filharmonii, miejscu o naprawdę niezwykłym klimacie. Złe: bo ciasne i z toną
schodów, które na pewno przeszkadzały i niepełnosprawnym, i matkom, i starszym
osobom. Ale chyba nie można mieć wszystkiego, prawda?
A
co lokacji jeszcze… zbierając materiał, zauważyłam pana z małym pieskiem pod
pachą. Oświeciło mnie, że hej, skoro można tu wprowadzać psy to może niech mi
się ta osoba wypowie właśnie o tym? Bo przecież zawsze jest miło móc wejść gdzieś
z czworonogiem, gdy na zewnątrz panuje takie zimno. Podeszłam. Zaczęłam
rozmawiać. I nagle okazało się, że pan, poza możliwością wnoszenia psów, nie
widzi w targach żadnych zalet. Ciasno tu, bardzo ciasno, a na dodatek tak tłoczno,
że przecisnąć się nie da! Poza tym nie wszędzie da się płacić kartą i jest po
prostu źle. Cóż… zdarza się i tak.
Jest
za dwadzieścia północ. Miałam jeszcze czytać drugi tom „Bram Światłości” Kossakowskiej, a w moim pliku z tym tekstem ponad dziewięć tysięcy
znaków. Chyba na ten raz książkowo-dziennikarskich zwierzeń już wystarczy. A
więc… powiedziałabym: dobranoc, ale prawda jest taka, że pewnie i tak
zobaczycie te moje wypociny dopiero za kilka dni.
PS
Zdjęć nie ma. Przepraszam, zbierałam dźwięki, nie fotografie. Relacja pewnie
pojawi się 26.03 w Raporcie Literackim. I pewnie jeśli tak będzie, dam Wam
znać.
sobota, 17 marca 2018
czwartek, 15 marca 2018
W poszukiwaniu jednotomowej powieści fantasy
Teraz znajdziesz mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/
Czytelnicy
kochają serie. Dlatego nic dziwnego, że to właśnie ich na rynku znajdziecie
najwięcej. Problem jednak pojawia się, gdy człowiek chce przeczytać coś na
szybko, nie kolekcjonując dwudziestotomowej serii. Bo takie rzeczy po prostu
trudno jest znaleźć. Mam wrażenie, że w fantastyce ten problem dotyczy
zwłaszcza fantasy: w końcu niełatwo opowiedzieć o swoim całym, genialnie
wykreowanym świecie w jednej, zwartej historii. Ale nie martwcie się,
przychodzę Wam z odsieczą! Jeśli akurat szukacie jednotomowej powieści fantasy,
albo zbioru opowiadań, którego akcja toczy się w tym samym świecie, wśród tego
zestawienia może znajdziecie coś dla siebie.
„Ruda Sfora” Mai Lidii Kossakowskiej
Interesuje Cię mitologia
syberyjska, albo konie. Na dodatek lubisz powieści przygodowe dla młodzieży i
po prostu szukasz czegoś raczej lekkiego. Tak? To „Ruda sfora” jest dla Ciebie.
Wprawdzie nie powiedziałabym, że to coś przełomowego, ale naprawdę jako
jednotomowa historia sprawdza się bardzo dobrze. Jest po prostu przyjemną
przygodą.
„Rycerz kielichów” Jacka Piekary
Ta wariacja na
temat snu jest niezwykle baśniowa i przy tym bardzo przyjemna. Nie jest to
wprawdzie wymagająca lektura, ale jeśli szukasz czegoś, co po prostu będzie
radosną i przyjemną przygodą, niekoniecznie bardzo młodzieżową, to ta historia
pewnie się u Ciebie sprawdzi. Poza tym występuje w niej smok, a przecież... kto
nie lubi smoków? Może jest to nieco naiwna historyjka, ale przez wplecenie do
całości snów właśnie ma w sobie trochę magii.
„Ani słowa prawdy. Opowieści o Arivaldzie z wybrzeża” Jacka Piekary
Co by było,
gdyby osoba z dużą mocą magiczną i wysoką inteligencją nigdy nie trafiła do
szkoły magów? I gdyby przypadkiem dorwała się do księgi czarów i spróbowała
życia jako mag? Jacek Piekara w tej książce na takie pytania właśnie
odpowiada. To dziesięć opowiadań opowiada o przygodach Arivalda, bardzo
sympatycznego maga-nie-maga, który dzięki swojemu sprytowi, a nie
czarodziejskim umiejętnością często ratuje sytuacje. Jeśli szukasz czegoś bardzo pozytywnego, ale
przy tym z ciekawie wykreowanym światem, ta pozycja Piekary doskonale się dla
Ciebie nada.
„Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego
Nie mogę
zapomnieć w tym zestawieniu o tej steampunkowej opowieści. Nie jest to jedyna
historia z uniwersum, w którym ludzkość wynalazła ether, ale to zupełnie
odrębna historia, którą można czytać oddzielnie. Jeśli lubisz steampunkowe
klimaty, nawiązania do mitologii słowiańskiej, a także: polskiej kultury to
polecam sobie ten tytuł sprawdzić. Zwłaszcza, że o drugą tak ciekawą przyjemną
żeńską bohaterkę, jaką przedstawia nam Piskorski, w literaturze nie jest łatwo.
„Cienioryt” Krzysztofa Piskorskiego
Tak, tak, o
drugiej powieści Piskorskiego też zapomnieć nie można! Oto powieść płaszcza i
szpady, której akcja toczy się na gorącym południu. Autor zgrabnie bawi się
konwencją dotyczącą cieni, zastanawiając się, co by było, gdyby istniał wymiar
złożony właśnie z nich. Ta nieco ironiczna i stosunkowo ostra powieść to
naprawdę niezłe oderwanie od rzeczywistości.
„Czarna bandera” Jacka Komudy
Interesują Cię
piraci? Sięgaj bez wahania. Oto zbiór opowiadań fantasy, w których główną rolę
odkrywają właśnie morscy łupieżcy. Nie powiedziałabym, by był czymś nadzwyczajnym, bo porusza się
raczej po znanych wodach, ale klimat tego zbiorku naprawdę sprawia, że fani
piratów nie powinni przejść obok niego obojętnie.
„Ziemiomorze” Ursuli Le Guin
Dobrze, w tym
momencie nieco oszukuje: to nie jedna historia, a wiele, ale wszystkie zebrane
w jeden tom. Jeśli więc lubisz duże tomiszcza, to jest doskonała książka dla
Ciebie: w końcu to podana „w pigułce” dała historia Ziemiomorza. To dość
klasyczne, filozoficzne high fantasy warto znać. Poza tym zdradzę Wam sekret:
tu są smoki! Uważajcie jednak na styl Le Guin: jeśli nie lubicie bardzo
baśniowej narracji, która postacie pokazuje nam stojąc nieco z boku, może to
nie być lektura dobra dla Was.
>> Moja pełna opinia (pierwszy tom)
„Oczy smoka” Stephena Kinga
Przez swoją
konwencje ta pozycja Kinga przypomina mi bardzo „Rycerza kielichów”. Wprawdzie
nie mamy tu motywu snu, ale zdecydowanie jest to klasyczna baśń dla dorosłego
czytelnika. To ciekawa pozycja, o bardzo radosnym i przyjemnym klimacie, jeśli
więc szukasz czegoś nostalgicznego na pewno się w tej pozycji odnajdziesz.
A jakie Wy znacie jednotomowe powieści fantasy? Chcecie podobny post, tylko o tematyce science-fiction?
wtorek, 13 marca 2018
niedziela, 11 marca 2018
sobota, 10 marca 2018
Pogadajmy o książkach IX: O kobietach i Gdańskich Targach Książki
Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/
Poza
tymi książkami porozmawiamy sobie też o losie żon prezydentów, wielkich gwiazd,
ale nie tylko: nie zabraknie również miejsca dla pozornie przeciętnych kobiet,
czy dla tych, którym życie nieźle dało w kość.
Dziś
z informacją o audycji przychodzę do Was w sobotę, a nie w niedzielę, lecz data
emisji pozostaje taka sama. Jak co tydzień, w poniedziałek o godzinie 20:00
będziecie mogli usłyszeć Raport Literacki w Radiu MORS. Tym razem z okazji dnia
kobiet wzięliśmy na tapet książki o kobietach właśnie. Ja powiem Wam kilka słów o „Cesarzowej” Pearl
S. Buck oraz „Tupie na plaży i innych sekretach rodzinnych” Anety Jadowskiej. Z
resztą, głos autorki tego kryminału także będziecie mogli usłyszeć, bo jakiś
czas temu przeprowadziłam z nią wywiad.
Poza
tymi książkami porozmawiamy sobie też o losie żon prezydentów, wielkich gwiazd,
ale nie tylko: nie zabraknie również miejsca dla pozornie przeciętnych kobiet,
czy dla tych, którym życie nieźle dało w kość.
Nie
jest to jednak w tym tygodniu jedyna audycja, którą dla Was przygotowałam.
Jeśli interesuje Was dziennikarstwo od kuchni to we wtorek o 19:00 w audycji „Zawód
Dziennikarz” usłyszycie moją rozmowę z Agnieszką Oszczyk, prezenterkę z TVP.
W
przyszłym tygodniu szykują się także Gdańskie Targi Książki na które się
wybieram, także jeśli też macie zamiar je odwiedzić, dajcie znać. Może akurat uda
się nam spotkać.
piątek, 9 marca 2018
środa, 7 marca 2018
poniedziałek, 5 marca 2018
niedziela, 4 marca 2018
Pogadajmy o książkach VIII: O biografiach, pewnej nowości i „Fantastyce”
Tu mnie teraz spotkasz: https://fantastykacodzienna.pl/
Poza
tym z racji tematu mojego licencjatu przybyło do mnie… 11kg „Fantastyki”,
pięknie obitej, która czeka na mojej półce i co chwilę jest przeglądana i
dotykana, po części też oczywiście czytana. To wszystkie egzemplarze, które
kiedykolwiek się pojawiły (przypomnę, że po 1989 miesięcznik zmienił się w „Nową
Fantastykę”) i szczerze mówiąc, to naprawdę niezwykła podróż do tamtych lat. Tamten
styl pisania, tamte grafiki, tamte teksty… mają jednak zupełnie inny klimat,
niż obecnie i choć urodziłam się w drugiej połowie lat 90. to i tak czuje na
ich widok ukłucie nostalgii. Może za jakiś czas (raczej dłuższy, niż krótszy)
na DM pojawi się jakaś analiza tych egzemplarzy, ale to się jeszcze zobaczy w trakcie.
Niemniej, możecie mi dać poniżej znać, co Was w związku z tym interesuje.
Tak
jak i tydzień temu, tak jak i dziś chcę Was zaprosić na Raport Literacki w Radiu MORS. Jak co tydzień, na tapet bierzemy jeden z wybranych przez nas tematów.
Tym razem porozmawiamy sobie o biografiach oraz fabularyzowanych książkach,
opowiadających o życiu ciekawych postaci. Zapraszam Was na tę podróż przez
epoki, w której razem z nami poznacie osobistości żyjące zarówno w
starożytności, jak i współcześnie.
Audycja
odbędzie się jutro, czyli w poniedziałek, o godzinie 20:00. Powtórka pojawia
się we wtorek o 14:00.
I
jak zwykle przy tego typu poście pozwólcie, że wtrącę kilka słów od siebie.
W
tym tygodniu dotarły do mnie „dwie” ciekawe, związane z literaturą rzeczy.
Pierwsza, chyba mniej zaskakująca, ale jednak dalej fajna, to „Marzyciel” Taylor
Laini, czyli nowość, która pojawi się w księgarni 14 marca. Zobaczymy, co z
tego wyjdzie: na ten moment książka dołączyła do mojego stosiku osiemnastu
lektur czekających na przeczytanie i to, kiedy dokładnie się za nią zabiorę
pewnie będzie zależało od mojego kaprysu. Niemniej, przeczytam na pewno, bo te
złocenia na okładce po prostu są kuszące.
Poza
tym z racji tematu mojego licencjatu przybyło do mnie… 11kg „Fantastyki”,
pięknie obitej, która czeka na mojej półce i co chwilę jest przeglądana i
dotykana, po części też oczywiście czytana. To wszystkie egzemplarze, które
kiedykolwiek się pojawiły (przypomnę, że po 1989 miesięcznik zmienił się w „Nową
Fantastykę”) i szczerze mówiąc, to naprawdę niezwykła podróż do tamtych lat. Tamten
styl pisania, tamte grafiki, tamte teksty… mają jednak zupełnie inny klimat,
niż obecnie i choć urodziłam się w drugiej połowie lat 90. to i tak czuje na
ich widok ukłucie nostalgii. Może za jakiś czas (raczej dłuższy, niż krótszy)
na DM pojawi się jakaś analiza tych egzemplarzy, ale to się jeszcze zobaczy w trakcie.
Niemniej, możecie mi dać poniżej znać, co Was w związku z tym interesuje.![]() |
| Okładka pierwszego numeru „Fantastyki”. |
sobota, 3 marca 2018
czwartek, 1 marca 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















