piątek, 23 marca 2018

Bo książka jest zawsze lepsza od filmu


Nie będę kłamała: jest sporo elementów, które w stereotypowym książkoholiku mnie irytują. O niektórych z tych rzeczy już pisałam: na przykład o tym, jak książka wywyższana jest nad inne dzieła, służące głównie rozrywce. Kolejną taką rzeczą jest odwieczne porównywanie książki do filmu i równie odwieczne stwierdzanie, że „książka jest zawsze lepsza, niż film”. I o tym sobie dziś pogadamy.
Na pierwszy rzut oka takie zdanie wydaje się całkiem logiczne. W końcu zwykle filmy powstają na bazie książek, a oryginał jest tym lepszym, o czym często wspominam, gdy mówię o tym, że wole polskich autorów. Ale... problem polega na tym, że dwa tak inne sposoby przekazu po prostu nie powinny być oceniane tą samą miarą, a mam wrażenie, że „książkoholicy” często to robią, uznając swoje hobby za jedyne słuszne. Bo przecież oglądanie kolorowego ekranu jest głupsze od składania literek, nie?



Bo film coś zmienia!
To zwykle jest największy zarzut do nawet bardzo udanych ekranizacji. Film coś zmienia... i robi coś inaczej, niż książka. Wprawdzie bardzo często wynika to z budżetu produkcji, ale czasem to po prostu inwencja twórcza reżysera. Ale książkoholik będzie płakał, bo ktoś coś zmienił w jego ukochanej lekturze, nawet, jeśli fajnie działa jako pełna historia. Niestety, nie potrafi zrozumieć, że to jest inny rodzaj przekazu, więc gdyby twórca przeniósł książkę na ekran 1:1 efekt byłby taki, że albo film mogliby oglądać tylko ci, którzy czytali już oryginał, albo po prostu całość straciłaby na sensie i na płynności. Bo to, co działa w książce niekoniecznie będzie działało w filmie i na odwrót. 

Książkoholik w połowie zadowolony: bo jest jak w książce, ale...
... czegoś mi tu brakowało. No właśnie. Czegoś brakowało. Może właśnie dlatego, że twórca filmu postanowił potraktować książkę jak gotowy scenariusz? Nie dodał nic od siebie, nic nie zmienił. Albo zabrakło w tym pomysłu i pasji, bo scenarzysta i reżyser tylko odwalali robotę zleconą przez producenta, albo twórcy potraktowali książkę tak, jakby chciał tego książkoholik: jak świętość, której nie można ruszać. A że – jak wspominałam – to, co jest w powieści, niekoniecznie będzie działało w filmie, efekt tych starań wyszedł bardzo przeciętnie.


To inne historie – a jednak tak dobre
W moim odczuciu jako filmy najlepiej działają właśnie te ekranizacje, które są bardziej inspirowane książką, a nie są jej wersją filmową. Chyba moim ukochanym przykładem jest „Łowca androidów”. Jego książkowy odpowiednik, „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Dicka, opowiada zupełnie inną historię. Twórcy zaczerpnęli z niej tylko trzon i pojedyncze elementy, tworząc coś swojego. I dzięki temu ta opowieść wypadła tak dobrze.
Innym znanym przykładem jest „Lśnienie” Kubricka, które okazało się przełomowym filmem, chociaż autor oryginału, Stephan King, narzekał, że przecież to dzieło tak inne od oryginału.
Powiedziałabym, że taką próbą przeniesienia historii 1:1 na ekran jest Harry Potter. I co z tego wyszło? Cóż, całość jako tako działała, dopóki nie okazało się, że książki są zbyt długie, jak na jeden film. I tak wyszła nam „Czara ognia”, która może i będzie podobać się fanom, ale gdy rozmawiam z osobami, które najpierw widziały filmy, albo oglądały tylko je, okazuje się, że całość była dość mocno pocięta i niekoniecznie zrozumiała.

Film NIE jest gorszy od książki!
To zupełnie inne dzieło. Książka to tekst pisany; film to obraz i dźwięk. Odbieramy go innymi zmysłami, oceniamy w inny sposób. Tak jak książka, może rozwijać, jeśli oglądamy go świadomie, analizując historię, kadry, muzykę. I tak jak książka, może sprawić, że staniemy w miejscu, jeśli będziemy w kółko oglądać ten sam typ filmu, kompletnie się przy tym wyłączając. Także... nim skrytykujesz takie dzieło zastanów się, czy nie robisz tego tylko dlatego, bo to nie Twoja ukochana książka.

Jestem hipokrytą?
Tak, zdarza mi się powiedzieć, że jakieś dzieło filmowe jest lepsze od książki, albo na odwrót. Ale zwykle mam na to konkretne argumenty. Przykłady?
Wolę filmowego „Marsjanina” od książkowego. Powód jest prosty: najpierw widziałam ekranową wersję tej historii, więc czytając, znałam już zakończenie. Jednocześnie film jest po prostu... bardziej radosny, bardziej dynamiczny. W obydwu dziełach muzyka odgrywa dużą rolę, tylko gdy ją słychać, to jakoś lepiej działa. Jednak wolę muzykę słyszeć, niż o niej czytać.
Uważam, że serialowa „Gra o tron” robi się straszna gdzieś około piątego sezonu. Powód? Prosty! Twórcy serialu mogą sobie zmieniać uniwersum Martina jak tylko im się to podoba, dopóki ma to logiczny sens. Rozumiem, że zrobili z Daenerys „ognioodporną” – w książkach jest inaczej, ale hej, to inne dzieło, więc... niech już sobie będzie ognioodporna, nie mam zamiaru na to narzekać. Takie zmiany naprawdę krzywdy nikomu nie robią. Niestety, gdy bohaterowie zaczynają się teleportować, gdy ich wybory przestają być uzasadnione i logika całej historii zaczyna sypać to jednak „Pieśń lodu i ognia” Martina będzie dla mnie lepszym dziełem. Bo nie ma nic gorszego, niż pozbawiona logiki treść.

Nie uważam, że porównywać zupełnie nie można. Nie uważam też, że zakazane jest wolenie jednego dzieła od drugiego. Możemy mieć własne preferencje, jeśli chodzi o rozrywkę: jeden bedzie wolał czytać, inny oglądać, a kolejny grać w nogę na dworze. Najzwyczajniej w świecie irytuje mnie głupota i ignorancja. Bo przecież wszyscy wiemy, że książkom powinniśmy stawiać pomniki.


poniedziałek, 19 marca 2018

Gdańskie Targi Książki z mikrofonem z ręku

Znajdziesz mnie teraz tutaj: https://fantastykacodzienna.pl/


 
Wróciłam do domu. Przejrzałam na szybko sieć, robiąc herbatę, bo przecież na dworze panuje minusowa temperatura i trzeba było się czymś rozgrzać. Potem przyszedł czas na „Wiedźmina 3”, na którego od tygodnia „marnuje” swoje wolne chwilę. W końcu zasiadłam, by skończyć post dla Was o jednotomowych powieściach science-fiction: był już napisany, musiałam tylko przygotować go do publikacji. Jest gotowy, pojawi się pewnie w okresie letnim. Więc w końcu, gdy trochę ochłonęłam, mogę usiąść i spokojnie dla Was napisać kilka słów „prywaty”. Bo mam na to ochotę. Jest przed jedenastą. Ciekawe, o której skończę?
Dane było mi dziś odwiedzić pierwsze targi książkowe w moim życiu. Z resztą, dla nich to też był w pewnym sensie „debiut” – Gdańskie Targi Książki odbyły się po raz pierwszy. Szczerze przyznam, nie miałam większej ochoty na nie iść. Przede wszystkim sama idea nie do końca do mnie przemawia. Książek i tak mam za dużo, a w rynku orientuje się na tyle, by wiedzieć, że wyjątkowo tanio niczego tam raczej nie kupię. Poza tym miałam po prostu kiepski tydzień: pełen marudzenia i tych drobnych rzeczy, które mój zły nastrój po prostu potęgowały. Jakby tego było mało na te targi nie miał przybyć żaden interesujący mnie autor, więc nawet nie miałam ochoty wpaść po autograf.
Och, zapomniałam o herbacie. Jest prawie zimna. Cóż, trudno. Zdarza się.
Ale wracając… na targi iść musiałam: już wcześniej obiecałam, że się na nie wybiorę i odmowa w ostatniej chwili z tak błahego powodu jak „nie chce mi się” jest czymś, czego po prostu nie robię. Poza tym miałam tam iść jako radiowiec, po części – do pracy. Co tam, że nieodpłatnej, w końcu to radio studenckie. Ale takich rzeczy się nie zawala, bo – jak sobie wmawiam – gdy nie dam rady teraz, to nie dam rady w poważnej instytucji. Więc jak mam coś zrobić… to mam zrobić. I już.
Nie zmienia to faktu, że nie miałam absolutnie żadnego pomysłu na to, co na tych targach robić. Umówiłam się z kilkoma blogerkami na krótkie wywiady i właściwie na tym moja idea się kończyła. Wyszłam z domu o jedenastej rano, chciałam tam być około dwunastej – niby powinnam być od otwarcia, ale nie potrafiłam się zmusić, by wstać na tą dziesiątą.
I tu zaczęły się schody. Widzicie, studiuje w Trójmieście już drugi rok, ale to nie zmienia faktu, że Gdańska zupełnie nie znam. Standardowo pojechałam więc z Sopotu na Dworzec Główny i na miejscu ustawiłam Google Maps na adres targów. Zawsze się gubię w tym centrum i nie mogę dojść do Starego Miasta, bo nie bywam tam zbyt często, więc wolałam nie ryzykować.
Z tym, że… mapa albo źle mnie poprowadziła, albo ja skręciłam w złą stronę. I tak z dwudziestu minut drogi zrobiło mi się co najmniej czterdzieści. Na zewnątrz panowała minusowa temperatura, ja szłam bez rękawiczek, bo w końcu musiałam trzymać ten cholerny telefon. Gdy w końcu dotarłam byłam więc zziębnięta, z oczami załzawionymi od wiatru i jeszcze bardziej dobita tymi całymi głupimi targami.
Choć o akredytacje pisałam, nie dostałam od organizacji targów maila zwrotnego. Uznałam więc, że mi jej nie udzielili… czy coś. Kupiłam więc normalny bilet, płacąc te 5zł, bo co mi szkodzi. Ruszyłam na poszukiwanie dziewczyn, z którymi byłam umówiona. Z rozmowy z nimi wyszło, że one również pisały o akredytacje. Dostały odpowiedź. Mają plakietki. Zrobiło mi się więc głupio: hej, ja tu mam latać z mikrofonem i nie mam oznaczenia? A co, jak ktoś mnie zaczepi? I powie, że mam nie nagrywać?  Zrobiło mi się jeszcze gorzej. Wszystko szło nie tak, jak powinno.
Gdy kończyłyśmy nagranie wpadł na mnie kolega z mojego radia, który razem ze mną miał ogarniać całość. I tu okazało się, że ma dla mnie dobrą wiadomość: jemu na zgłoszenie też nie odpisali, ale plakietkę dostał, jest na liście. Z jednej strony kamień spadł mi z serca. Z drugiej: poczułam ukłucie żalu, bo… już sobie wymyśliłam, że skoro nie mam plakietki to nie mogę nagrywać, więc idę do domu. A bardzo chciałam wrócić jak najszybciej.
Następnie przyszło się nam pokręcić trochę po targach. Szukałam jakiś dyskontów, czy tanich książek, by poprawić sobie humor znajdą za dwa złote, ale niczego ciekawego nie wypatrzyłam. Ech, cholerne, głupie targi, no nie?
Na kolejną blogerkę chwilę czekaliśmy, ale i z nią rozmowa się odbyła. I… od niej było już lepiej. Naprawdę! Dziewczyna miała znajomą z biblioteki w Gdyni, więc podeszłam z nią na stoisko, by porozmawiać kimś z ich stoiska. Okazało się, że chwilę mam poczekać, więc uznałam, że nie będę stać bezczynnie i czekać. Poszłam szukać jakiś wystawców, z którymi mogę pogadać. Bo materiał w końcu sam się nie zrobi.
Dotarłam do stoiska, które było dość mocno osaczone przez gości, przez co nikt z niego nie miał czasu, aby zamienić ze mną kilka słów. Czekałam więc grzecznie, nie mając ochoty znów biegać. Obok, przy stoliku dla autorów, siedział starszy pan. Właściwie z nikim nie rozmawiał, nic nie podpisywał, więc zagadałam. Jest pan autorem? Nie? Ach, tłumaczem. Z islandzkiego! Porozmawia pan ze mną? Oczywiście!
I… wkręciłam się. Wiecie, czasem ludzie boją się mikrofonu: zdarzają się nieśmiałe osoby, albo takie, które „nadmiernie” chronią swoją prywatność, lub takie, które mają wadę wymowy, albo po prostu uznają, że nie potrafią sklecić zdania. I takie osoby trzeba zachęcać do rozmowy, ciągnąć za język, a i tak nie zawsze się zgodzą. Ale… to targi. Wystawa. Na wystawie każdy jest po to, by podzielić się tym, co ma. Więc akurat w tym przypadków problemu z rozmową z ludźmi nie było. Poza pojedynczymi przypadkami, każdy zgadzał się na rozmowę, po nagraniu zwykle też zamieniał kilka słów. Czasami byłam wysyłana od jednej, do drugiej osoby, czasem sama podchodziłam. I zrobiło się po prostu miło.
Nie powiem, często tak mam: gdy wchodzę gdzieś, niby przygotowana, niby z pytaniami, jestem po prostu cholernie spięta i całość nagrania wychodzi sztucznie. Jestem introwertykiem i chwilę zajmuje mi  zwykle dostosowanie się do takiej sytuacji. Ale gdy trochę się rozruszam, pogadam z ludźmi, pójdę na spontan, przestanę planować: to robi się lepiej. W pracy radiowej najtrudniejszy jest dla mnie ten pierwszy odruch, który każe mi nie zbliżać się do nieznajomych. Bo co oni o mnie pomyślą? Bo przecież nie chcę nikomu przeszkadzać! Ale gdy już trochę popracuje naprawdę często robi się sympatycznie. Zwłaszcza, gdy ludzie – tak jak w tym przypadku – współpracują i pozwalają mi zbierać dźwięki.
Nie czekałam do końca targów. Około szesnastej zebrałam się do domu. I tak powrót zajął mi godzinę, a najzwyczajniej w świecie nie czułam potrzeby, by siedzieć tam dłużej, tak po prostu. Zwłaszcza, że trzeba było jeszcze zrobić zakupy. Na szczęście robienie obiadu mnie ominęło – uznałam, że gotować mi się nie chce i dawno nie byłam w żadnym fast-foodzie, więc po drodze zahaczyłam o Maca na Monte Casino. W końcu prawie go mijam, idąc do mieszkania. Koniec końców… był to więc całkiem dobry dzień.

To, że moja wycieczka w końcu była raczej pozytywna nie zmienia faktu, że same targi… jako idea, dalej nie do końca do mnie przemawiają.
Ze wspomnianych przeze mnie wcześniej kwestii wszystko okazało się prawdą: tak jak przypuszczałam, ceny wcale nie były szczególnie rewelacyjne. W księgarniach internetowych kupię książki taniej. Na miejscu nie było ciekawych autorów, ani nawet szczególnie interesujących mnie prelekcji. Gdyby nie mikrofon, po piętnastu minutach nie miałabym co tam robić. Niemniej, same targi wydawały się udane. Ludzi było dużo, a wystawcy raczej chwalili sobie imprezę. Samo miejsce było i dobre, i złe zarazem. Dobre: bo piękne. W bardzo dobrej lokacji i w przepięknej filharmonii, miejscu o naprawdę niezwykłym klimacie. Złe: bo ciasne i z toną schodów, które na pewno przeszkadzały i niepełnosprawnym, i matkom, i starszym osobom. Ale chyba nie można mieć wszystkiego, prawda?
A co lokacji jeszcze… zbierając materiał, zauważyłam pana z małym pieskiem pod pachą. Oświeciło mnie, że hej, skoro można tu wprowadzać psy to może niech mi się ta osoba wypowie właśnie o tym? Bo przecież zawsze jest miło móc wejść gdzieś z czworonogiem, gdy na zewnątrz panuje takie zimno. Podeszłam. Zaczęłam rozmawiać. I nagle okazało się, że pan, poza możliwością wnoszenia psów, nie widzi w targach żadnych zalet. Ciasno tu, bardzo ciasno, a na dodatek tak tłoczno, że przecisnąć się nie da! Poza tym nie wszędzie da się płacić kartą i jest po prostu źle. Cóż… zdarza się i tak.
Jest za dwadzieścia północ. Miałam jeszcze czytać drugi tom „Bram Światłości” Kossakowskiej, a  w moim pliku z tym tekstem ponad dziewięć tysięcy znaków. Chyba na ten raz książkowo-dziennikarskich zwierzeń już wystarczy. A więc… powiedziałabym: dobranoc, ale prawda jest taka, że pewnie i tak zobaczycie te moje wypociny dopiero za kilka dni.

PS Zdjęć nie ma. Przepraszam, zbierałam dźwięki, nie fotografie. Relacja pewnie pojawi się 26.03 w Raporcie Literackim. I pewnie jeśli tak będzie, dam Wam znać.

czwartek, 15 marca 2018

W poszukiwaniu jednotomowej powieści fantasy

Teraz znajdziesz mnie tu: https://fantastykacodzienna.pl/


Czytelnicy kochają serie. Dlatego nic dziwnego, że to właśnie ich na rynku znajdziecie najwięcej. Problem jednak pojawia się, gdy człowiek chce przeczytać coś na szybko, nie kolekcjonując dwudziestotomowej serii. Bo takie rzeczy po prostu trudno jest znaleźć. Mam wrażenie, że w fantastyce ten problem dotyczy zwłaszcza fantasy: w końcu niełatwo opowiedzieć o swoim całym, genialnie wykreowanym świecie w jednej, zwartej historii. Ale nie martwcie się, przychodzę Wam z odsieczą! Jeśli akurat szukacie jednotomowej powieści fantasy, albo zbioru opowiadań, którego akcja toczy się w tym samym świecie, wśród tego zestawienia może znajdziecie coś dla siebie.


„Ruda Sfora” Mai Lidii Kossakowskiej
Interesuje Cię mitologia syberyjska, albo konie. Na dodatek lubisz powieści przygodowe dla młodzieży i po prostu szukasz czegoś raczej lekkiego. Tak? To „Ruda sfora” jest dla Ciebie. Wprawdzie nie powiedziałabym, że to coś przełomowego, ale naprawdę jako jednotomowa historia sprawdza się bardzo dobrze. Jest po prostu przyjemną przygodą.

„Rycerz kielichów” Jacka Piekary
Ta wariacja na temat snu jest niezwykle baśniowa i przy tym bardzo przyjemna. Nie jest to wprawdzie wymagająca lektura, ale jeśli szukasz czegoś, co po prostu będzie radosną i przyjemną przygodą, niekoniecznie bardzo młodzieżową, to ta historia pewnie się u Ciebie sprawdzi. Poza tym występuje w niej smok, a przecież... kto nie lubi smoków? Może jest to nieco naiwna historyjka, ale przez wplecenie do całości snów właśnie ma w sobie trochę magii.

„Ani słowa prawdy. Opowieści o Arivaldzie z wybrzeża” Jacka Piekary
Co by było, gdyby osoba z dużą mocą magiczną i wysoką inteligencją nigdy nie trafiła do szkoły magów? I gdyby przypadkiem dorwała się do księgi czarów i spróbowała życia jako mag? Jacek Piekara w tej książce na takie pytania właśnie odpowiada. To dziesięć opowiadań opowiada o przygodach Arivalda, bardzo sympatycznego maga-nie-maga, który dzięki swojemu sprytowi, a nie czarodziejskim umiejętnością często ratuje sytuacje.  Jeśli szukasz czegoś bardzo pozytywnego, ale przy tym z ciekawie wykreowanym światem, ta pozycja Piekary doskonale się dla Ciebie nada.

„Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego
Nie mogę zapomnieć w tym zestawieniu o tej steampunkowej opowieści. Nie jest to jedyna historia z uniwersum, w którym ludzkość wynalazła ether, ale to zupełnie odrębna historia, którą można czytać oddzielnie. Jeśli lubisz steampunkowe klimaty, nawiązania do mitologii słowiańskiej, a także: polskiej kultury to polecam sobie ten tytuł sprawdzić. Zwłaszcza, że o drugą tak ciekawą przyjemną żeńską bohaterkę, jaką przedstawia nam Piskorski, w literaturze nie jest łatwo.

„Cienioryt” Krzysztofa Piskorskiego
Tak, tak, o drugiej powieści Piskorskiego też zapomnieć nie można! Oto powieść płaszcza i szpady, której akcja toczy się na gorącym południu. Autor zgrabnie bawi się konwencją dotyczącą cieni, zastanawiając się, co by było, gdyby istniał wymiar złożony właśnie z nich. Ta nieco ironiczna i stosunkowo ostra powieść to naprawdę niezłe oderwanie od rzeczywistości.

„Czarna bandera” Jacka Komudy
Interesują Cię piraci? Sięgaj bez wahania. Oto zbiór opowiadań fantasy, w których główną rolę odkrywają właśnie morscy łupieżcy. Nie powiedziałabym,  by był czymś nadzwyczajnym, bo porusza się raczej po znanych wodach, ale klimat tego zbiorku naprawdę sprawia, że fani piratów nie powinni przejść obok niego obojętnie.

„Ziemiomorze” Ursuli Le Guin
Dobrze, w tym momencie nieco oszukuje: to nie jedna historia, a wiele, ale wszystkie zebrane w jeden tom. Jeśli więc lubisz duże tomiszcza, to jest doskonała książka dla Ciebie: w końcu to podana „w pigułce” dała historia Ziemiomorza. To dość klasyczne, filozoficzne high fantasy warto znać. Poza tym zdradzę Wam sekret: tu są smoki! Uważajcie jednak na styl Le Guin: jeśli nie lubicie bardzo baśniowej narracji, która postacie pokazuje nam stojąc nieco z boku, może to nie być lektura dobra dla Was.
>> Moja pełna opinia (pierwszy tom)

„Oczy smoka” Stephena Kinga

Przez swoją konwencje ta pozycja Kinga przypomina mi bardzo „Rycerza kielichów”. Wprawdzie nie mamy tu motywu snu, ale zdecydowanie jest to klasyczna baśń dla dorosłego czytelnika. To ciekawa pozycja, o bardzo radosnym i przyjemnym klimacie, jeśli więc szukasz czegoś nostalgicznego na pewno się w tej pozycji odnajdziesz.

A jakie Wy znacie jednotomowe powieści fantasy? Chcecie podobny post, tylko o tematyce science-fiction?

sobota, 10 marca 2018

Pogadajmy o książkach IX: O kobietach i Gdańskich Targach Książki

Sprawdź: https://fantastykacodzienna.pl/
Dziś z informacją o audycji przychodzę do Was w sobotę, a nie w niedzielę, lecz data emisji pozostaje taka sama. Jak co tydzień, w poniedziałek o godzinie 20:00 będziecie mogli usłyszeć Raport Literacki w Radiu MORS. Tym razem z okazji dnia kobiet wzięliśmy na tapet książki o kobietach właśnie.  Ja powiem Wam kilka słów o „Cesarzowej” Pearl S. Buck oraz „Tupie na plaży i innych sekretach rodzinnych” Anety Jadowskiej. Z resztą, głos autorki tego kryminału także będziecie mogli usłyszeć, bo jakiś czas temu przeprowadziłam z nią wywiad.
Poza tymi książkami porozmawiamy sobie też o losie żon prezydentów, wielkich gwiazd, ale nie tylko: nie zabraknie również miejsca dla pozornie przeciętnych kobiet, czy dla tych, którym życie nieźle dało w kość.
Nie jest to jednak w tym tygodniu jedyna audycja, którą dla Was przygotowałam. Jeśli interesuje Was dziennikarstwo od kuchni to we wtorek o 19:00 w audycji „Zawód Dziennikarz” usłyszycie moją rozmowę z Agnieszką Oszczyk, prezenterkę z TVP.

W przyszłym tygodniu szykują się także Gdańskie Targi Książki na które się wybieram, także jeśli też macie zamiar je odwiedzić, dajcie znać. Może akurat uda się nam spotkać.

niedziela, 4 marca 2018

Pogadajmy o książkach VIII: O biografiach, pewnej nowości i „Fantastyce”

Tu mnie teraz spotkasz: https://fantastykacodzienna.pl/


 
Tak jak i tydzień temu, tak jak i dziś chcę Was zaprosić na Raport Literacki w Radiu MORS. Jak co tydzień, na tapet bierzemy jeden z wybranych przez nas tematów. Tym razem porozmawiamy sobie o biografiach oraz fabularyzowanych książkach, opowiadających o życiu ciekawych postaci. Zapraszam Was na tę podróż przez epoki, w której razem z nami poznacie osobistości żyjące zarówno w starożytności, jak i współcześnie.
Audycja odbędzie się jutro, czyli w poniedziałek, o godzinie 20:00. Powtórka pojawia się we wtorek o 14:00.


I jak zwykle przy tego typu poście pozwólcie, że wtrącę kilka słów od siebie.
W tym tygodniu dotarły do mnie „dwie” ciekawe, związane z literaturą rzeczy. Pierwsza, chyba mniej zaskakująca, ale jednak dalej fajna, to „Marzyciel” Taylor Laini, czyli nowość, która pojawi się w księgarni 14 marca. Zobaczymy, co z tego wyjdzie: na ten moment książka dołączyła do mojego stosiku osiemnastu lektur czekających na przeczytanie i to, kiedy dokładnie się za nią zabiorę pewnie będzie zależało od mojego kaprysu. Niemniej, przeczytam na pewno, bo te złocenia na okładce po prostu są kuszące.

Poza tym z racji tematu mojego licencjatu przybyło do mnie… 11kg „Fantastyki”, pięknie obitej, która czeka na mojej półce i co chwilę jest przeglądana i dotykana, po części też oczywiście czytana. To wszystkie egzemplarze, które kiedykolwiek się pojawiły (przypomnę, że po 1989 miesięcznik zmienił się w „Nową Fantastykę”) i szczerze mówiąc, to naprawdę niezwykła podróż do tamtych lat. Tamten styl pisania, tamte grafiki, tamte teksty… mają jednak zupełnie inny klimat, niż obecnie i choć urodziłam się w drugiej połowie lat 90. to i tak czuje na ich widok ukłucie nostalgii. Może za jakiś czas (raczej dłuższy, niż krótszy) na DM pojawi się jakaś analiza tych egzemplarzy, ale to się jeszcze zobaczy w trakcie. Niemniej, możecie mi dać poniżej znać, co Was w związku z tym interesuje.

Okładka pierwszego numeru „Fantastyki”.
Nomida zaczarowane-szablony