Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2020

Cyrk ze zwierzętami czy bez? - nie czytam, więc piszę


Czytanie w ostatnim czasie znów „nie idzie” mi tak jak powinno, a że to mnie do bloga zwykle motywuje to nic dziwnego, że zaczęło się tu pojawiać mniej treści. Niemniej, na pewno wkrótce coś się w tym temacie „ruszy”, a w międzyczasie uznałam, że mogę napisać przecież o czymś innym, skoro o książkach i kulturze jako takiej po prostu nie mam ochoty.

Mam wrażenie, że ostatnio Internet wrze – czy to z powodu wyborów, czy to z powodu tego, co ostatnio miało miejsce w „Nowej Fantastyce”. Wrze też z powodu dram związanych z zagranicznymi influencami oraz z powodu obławy na pumę. O polityce czy opowiadaniu Komudy nie mam zamiaru jednak pisać. Nie dość, że to ogólnie rzecz biorąc duże bagno to na dodatek nie czuje się kompetentna, nie śledzę tematu wystarczająco i nie interesuje mnie on na tyle, by wychodzić poza bardziej prywatne dyskusje i rozważania. Inni robią to lepiej ode mnie. Influcencerzy to też raczej nie jest temat „poważny”, który interesuje mnie inaczej niż w formie ciekawostki. Ostatnio jednak męczy mnie jeden z tematów związany ze zwierzętami. Pumy wprawdzie dotyczyć nie będzie, albo będzie dotyczyć jedynie pośrednio, ale wydaje mi się, że wzbudza co najmniej równie gwałtowne emocje.

Chodzi mi mianowicie o kwestię zwierząt i cyrków. Nim jednak przejdę do sedna sprawy, wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy:

·       Moi rodzice to hodowcy psów rasowych – mam więc regularny kontakt ze sporym stadem zwierzaków.

·       Poza psami pod swoją opieką w życiu miałam papugi (w tym przez chwilę „zawodowo”), króliki, kury, owce, żółwia, rybki, kota i jeszcze jakieś ptaszki. Jeździłam też konno i z resztą bardzo chciałabym do tego wrócić.

·       Chętnie zbieram informację na temat zwierząt. Wydaje mi się więc, ze z teorii opieki nad nimi jestem całkiem niezła.

·       Nie jestem wegetarianką, nigdy nawet nie czułam pokusy, aby takową zostać. Zwierzęca krew czy mięso nieszczególnie mnie „rusza” – tak, zdarzało mi się asystować przy zabiegach i „drobnych” operacjach weterynaryjnych (nie mam wykształcenia kierunkowego).

·       Nie jestem profesjonalistą w temacie. Po prostu to wchodzi w obszar moich zainteresowań.

 

Powyższe punkty wydają mi się istotne, byście zrozumieli z jakiej perspektywy to pisze. Jestem zainteresowana – ale staram się nie kierować tylko emocjami w tym względzie. Mam zaplecze związane z hodowlą zwierząt. Z resztą, gdy miałam dosłownie kilka lat moi dziadkowie hodowali kury czy mięsne króliki. Wychowałam się więc z jednej strony w szacunku do zwierząt (nikt nie pozwoliłby mi bić czy umyślnie krzywdzić jakieś żywe stworzenie z powodu kaprysu – co to, to nie), z drugiej strony rozumiejąc, że ich świat to nie koniecznie same tęcze, jednorożce i radość. To wydaje mi się kluczowe w przypadku tego tematu, jako że osoby wypowiadające się na te tematy łatwo popadają w skrajności powiązane z ich wrażliwością i kierowania się emocjami.

Postaram się więc też zachować jak największy obiektywizm, ale że „pełny” jest niemożliwy do zrealizowania, a moja wiedza (jak każdego człowieka) jest ograniczona – z góry przepraszam za ewentualne błędy i skróty myślowe.

Po tym przydługim wstępie zacznijmy więc przechodzić do sedna sprawy.

 

Cyrk jako pewna idea

Żeby zrozumieć w pełni problem, najpierw musimy się zastanowić nad tym czym jest cyrk sam w sobie. Przyznaję, że nie interesuje mnie tego typu rozrywka i ostatnio w takim przybytku byłam mając zaledwie kilka lat. Sama idea współczesnego cyrku wydaje mi się jednak dość prosta. To trupa mobilnych artystów, którzy mają zapewnić widowni rozrywkę. Samo założenie cyrku jako działalności nie jest więc na pewno czymś złym. Przeciwnie, powiedziałabym, że jest wręcz pozytywne. W końcu rozrywka jest kulturą. Może być lepsza, może być gorsza, ale każdy jej element możemy badać i analizować na wiele różnych sposobów. Cyrk traktowany jako idea, a nie konkretne miejsce jest więc tylko kolejnym elementem, o którym możemy mówić, którym możemy się cieszyć, ocenić, krytykować. To coś, co w swoim założeniu może nas w jakimś stopniu rozwinąć, a przynajmniej ja w ten sposób widzę każdy element kultury rozrywkowej.

 

Zwierzęta jako inteligentne stworzenia

Drugim elementem sporu związanego z cyrkami są zwierzęta. Dlatego tu musimy sobie też pewną rzecz wyjaśnić. Większość ssaków i ptaków oraz niektóre gady to stworzenia inteligentne. Istoty, które w naturze wykorzystują swój intelekt do skutecznego zdobywania pokarmu (to chyba w większości przypadków zajmuje im najwięcej czasu), do obrony swojego terytorium i do ogólnie rozumianego przeżycia. Ile razy widzieliście kota czy psa, który czekał, aż samochody na ulicy przestaną jechać, aby mógł grzecznie i bez problemu przejść! To właśnie element dostosowywania się zwierząt do środowiska, wynikające z uczenia się.

Jeśli jednak zamykamy zwierzęta w przysłowiowej klatce to zwykle zapewniamy im pożywienie (nie muszą więc szukać), bezpieczeństwo (nie muszą więc uciekać) i „zdrowie” (bo opieki weterynarza nikt dzikiemu stworzeniu nie zapewni). Żyją więc dłużej, ale każdy kto kiedykolwiek miał zwierzę mądrzejsze od żaby czy węża wie, że jeśli zapewnimy swojemu podopiecznemu tylko „klatkę” z jedzeniem to zwierzę prędko popadnie w apatię, czy nawet depresje. Bo wiele gatunków nie jest głupie i aby w pełni funkcjonować musi mieć zapewnioną możliwość myślenia. Nie bez powodów psom zapewniamy maty węchowe, nie bez powodu kupujemy kotom zabawki itd.

W ten sposób dochodzimy do kwestii z cyrkiem związanej niemal bezpośrednio, bo do sprawy związanej ze szkoleniem, „tresurą” zwierząt. I tą podzieliłabym na dwie kategorie. Po pierwsze, celem szkolenia może być dostosowanie naszego podopiecznego do bezpiecznego i spokojnego życia. W końcu jeśli mamy psa kluczowym jest nauczenie go, aby nie skakał po meblach kuchennych, aby nie wylał się na niego wrzątek. Kluczowe jest nauczenie go załatwiania się na zewnątrz, aby nie brudził nam i sobie przestrzeni życiowej. To chyba nie budzi żadnych większych kontrowersji i jest w pełni zrozumiałe dla wszystkich. Aby zwierzę mogło żyć bezpiecznie, dalej pozostając sobą, musi rozumieć pewne reguły związane z życiem w ludzkim społeczeństwie.

Drugą kategorię określiłabym mianem „rozrywki”. W końcu sztuczek uczymy zwierzęta po to, by móc się tym cieszyć, prawda? Po co pies ma podawać łapę, jeśli nie po to, by wywołać na naszej twarzy uśmiech? Jednocześnie jednak należy tu zwrócić uwagę na to, że jeśli wykorzystujemy tzw. pozytywne metody szkoleni zwierząt (bazujące na nagrodach, nie karach) to ta rozrywka jest obustronna. Jak wspominałam wcześniej, zwierzęta są inteligentne. W naturze uczą się, aby przetrwać. W „domowych” warunkach nie muszą tego robić, ale przecież siedzenie w kącie przez cały dzień jest wbrew ich naturze. Praca z człowiekiem również i dla nich może być rozrywką. Zakładając oczywiście że relacja trenera i zwierzęcia bazuje na pozytywnych metodach.

 

Dzikie zwierzęta w niewoli = coś złego?

To chyba kolejna kwestia, nad którą należy się zastanowić. Kluczowym wydaje mi się pytanie, czy osoba trzymająca zwierzę w niewoli jest w stanie zapewnić mu adekwatne warunki.  Takie, w których stworzenie zachowa zdrowie psychiczne i fizyczne. Dlatego np. trzymanie węża będzie stosunkowo proste (nie wymagają wiele miejsca, są raczej dość „głupie”, nie potrzebują wiele stymulacji), ale tygrysa niezwykle trudne (wymagają olbrzymiej ilości wiedzy i miejsca, specjalistycznego sprzętu itd.). Jeśli jednak dysponujemy odpowiednimi warunkami i wiemy, jak te dobre warunku zapewnić… to czemu niemielibyśmy sobie na owego „tygrysa” pozwolić? To w moich oczach wygląda wręcz jak bardzo dobra symbioza. Człowiek czerpie radość z trzymania zwierzęcia i opieki nad nim, zaś zwierzę otrzymuje bezpieczny dom, w którym nie musi się martwić o pożywienie czy psychiczną stabilność.

Oczywiście zdaje sobie sprawę, że powszechna zgoda na trzymanie tego typu zwierząt może prowadzić do masy nadużyć. Chce jedynie wskazać, że sama idea trzymania zwierząt w niewoli jest co najwyżej neutralna. To, czy uczynimy ją dobrą albo złą zależy już od osoby trzymającej takie stworzenie.

 

Zwierzę i cyrk

I tak powoli dochodzimy do sedna. Czy zwierzęta powinny występować w cyrku?

Chyba Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że moim zdaniem… to zależy. Bo ta sprawa w żadnym razie nie jest czarno-biała.

Zależy, bo każde zwierzę jest inne. Nie każdy osobnik nada się, by występować przed publicznością, ale zwierzęta o konkretnym charakterze, o dobrej socjalizacji może traktować to zupełnie neutralnie. Przecież chociażby niektóre psy regularnie biorą udział w np. konkurach czy pokazach agillity, wykonując cyrkowe sztuczki i jeszcze nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że te zwierzęta (ogólnie ujmując) są przez to męczone i zestresowane. Przeciwnie, zwykle na takich pokazach widzimy entuzjazm tych psiaków.

Zależy, bo wszystko zależy od cyrku. Wyobrażam sobie istnienie cyrków, które podchodzą do swojego zadani typowo zarobkowo, wykorzystując i zwierzęta, i pracujących tam ludzi. Ale wyobrażam sobie też cyrki prowadzone z pasją, które chcą ludzi bawić i być może także edukować; które są zgraną „rodziną” i które zwierzęta jako „rodzinę” traktują.

Zależy, bo nawet przy najlepszych chęciach możemy mieć problem ze znalezieniem odpowiednich ludzi i zwierząt do prowadzenia takiego miejsca.

To naprawdę całkiem złożony problem. I uznawanie, że wszystko zamyka się w twierdzeniu „Cyrki bez zwierząt” jest najzwyczajniej w świecie niezwykle naiwnym podejściem.

 

I tutaj, trochę na zakończenie, chcę się odnieść do trzech, nazwijmy to, źródeł, które trochę mnie do tego wpisu zainspirowały.

Zacznijmy może od serialu dokumentalnego dostępnego na Netflixie. „Król tygrysów” opowiada o ludziach z USA, którzy hodują tygrysy, często w niekoniecznie dobrych warunkach, tworząc coś w stylu interaktywnych ogrodów zoologicznych. Takich, gdzie możemy np. spędzić czas z małym tygrysiątkiem. Serial oczywiście nie ukrywa, że owe tygrysy traktowane są karygodnie, z czym w dużej mierze się zgadzam. Ci negatywni bohaterowie jednak to całkiem charyzmatyczne jednostki, które używają często wcale nie najgorszych argumentów. Uznając, że na przykład możliwość zobaczenia tygrysa na żywo, wzbudza w ludziach empatię i chęć pomocy dzikim, wymierającym gatunkom. I z tym akurat trudno mi się nie zgodzić. Jeśli kogoś chcemy czegoś nauczyć i faktycznie zainteresować problemem to jeśli możemy tę osobę zżyć z tematem w sposób emocjonalny prawdopodobnie osiągniemy lepsze efekty. I cyrk – taki prowadzony wzorcowo, z pasją i wiedzą – ma szansę w ten sposób działać.


Kolejna inspiracją jest małżeństwo prowadzące na Youtube kanał BirdTricks. Te osoby mają doświadczenie zarówno w pracy z papugami problematycznymi, jak i tymi, które biorą udział w różnego rodzaju show. Obydwoje brali udział w cyrkowych przedstawieniach ze swoimi zwierzętami, dodatkowo Dave jest magikiem. Znają więc ten świat od podszewki. Ich papugi zaś są zwierzętami bardzo zadbanymi, a ich podejście wydaje mi się całkiem racjonalne. W którymś z materiałów opowiadali historię słoni z cyrku, które „odratowane” trafiły do zoo… prędko popadając w depresje. Bo tam po prosty się nudziły. Jeśli znacie angielski – bardzo polecam się zapoznać z ich materiałami, bo chyba doskonale pokazują, że można łączyć cyrkowe zaplecze i edukowanie innych w kwestii zwierząt oraz tego, że nasi podopieczni przede wszystkim są właśnie zwierzętami, nie ludźmi. Mają więc swoje własne potrzeby. Powyżej rzecz jasna pokaz właśnie w wykonaniu owego duetu.

Ostatnią jest fanpage na Facebooku – „Cyrk ze zwierzętami”. I tutaj chyba ta inspiracja była najmocniejsza, choć jednocześnie to źródło, nomen omen, uważam za najmniej wartościowe. Bo choć idea jest dobra (wyjaśnienie społeczeństwu, że cyrk =/= krzywdzenie zwierząt), o tyle wykonanie już gorsze. Bo nawoływanie do „zniszczenia zielonej zarazy” trudno nazwać merytorycznym podejściem do tematu, który ma faktycznie ich racje udowodnić. Warto tam zerknąć – choć prowadzący tego miejsca chyba powinni ostrożniej dobierać słowa, publikując treści.


poniedziałek, 1 maja 2017

Jak napisać wypracowanie na maturze?



Dosłownie lada moment odbędzie się egzamin maturalny z języka polskiego. Ja mam go juz za sobą, lecz uznałam, że spróbuje Wam trochę pomóc, skupiając się na tym, co zwykle sprawia najwięcej problemów, czyli na wypracowaniu. Uprzedzam jednak, że część porad może bardziej przydać się osobą, które będą zdawać maturę za rok, czy za kilka lat, ale część z tych rad możecie wcielić w życie i wykorzystać „na już”. No i nie jestem też żadnym specem, wszystko wynika przede wszystkim z mojego doświadczenia.
Przypominam, że na Drewnianym Moście już pojawiły się posty, które mają za zadanie między innymi pomóc Wam w czasie matury: mówię oczywiście o serii z motywami. Jeśli macie chwilę, zachęcam do przejrzenia ich :)
Przede wszystkim przed maturą dobrze jest uświadomić sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie jest ona dla geniuszy. Naprawdę, zwłaszcza te podstawowe nie są aż tak trudne, by ktoś z nich nie zdał, jeśli przyłoży się do pracy (nawet z matematyki! Wiem coś o tym). Po drugie, wypracowania uczy się pisać od początku, od podstawówki: jeśli jesteś jedną z tych osób, która robiła to na odwal się i samodzielnie nie potrafisz sklecić poprawnego zdania to sam jesteś sobie winny. Na całe szczęście osoby oceniające maturę nie szukają wybitnych pisarzy, a prostą, poprawną wypowiedź dlatego też nie trzeba się aż tak stresować swoim stylem.  Dobrze wiem, że trafiają się przypadki, w których osoby piszące przepięknie mają niewiele punktów, bo przykładowo, olały tezę.
Jeśli do matury masz jeszcze trochę czasu, możesz popracować nad tym, jak piszesz. Czytając, czy po prostu pracując nad tekstem. Masz z tym problem? Pisz ile wlezie: szukaj tematów w sieci, a potem dawaj do sprawdzenia koleżance, mamie, komuś z rodziny, czy nawet nauczycielowi, jeśli nie ma nic przeciwko. Czytanie też nieco pomaga, choć w przypadku tak prostej wypowiedzi nie aż tak, jak to mogłoby się wydawać.
A jeśli maturę masz lada dzień i bardzo się stresujesz przede wszystkim wykuj na blachę to, co musisz zrobić na samym egzaminie w czasie pisania wypracowania. Przede wszystkim przeczytaj dokładnie polecenie i teksty. Gdy to zrobisz, wybierz ten temat, który Ci bardziej odpowiada i najpierw POMYŚL nad konstrukcją tekstu. Masz brudnopis: użyj go, by ułożyć sobie plan. Dzięki temu nie zapomnisz o TEZIE, którą musisz postawić, by dostać jakiekolwiek punkty. Dobrze wiem, że sposób pisania wypracowań jest wkuwany w szkołach, ale w chwilach stresowych może to wypaść z głowy, a powtarzanie jak mantra tego, co trzeba zrobić może pomóc naszemu umysłowi w takiej chwili :) Potem, gdy masz wszystko zapisane i rozplanowane dopiero zabieraj się do pisania. Unikniesz chaosu i niepotrzebnych pomyłek. Pamiętaj też, by pod koniec przeczytać tekst i postawić przecinki, albo naprawić błędy składniowe.
No ale cóż – to możesz zrobić dosłownie pięć minut przed samym egzaminem. A co zrobić dzień, a nawet (jeśli możesz) miesiąc, czy kilka miesięcy wstecz?
Wypisać sobie najpopularniejsze motywy... i dobrać do nich treści.
Często w sieci wpadam na pytania pokroju: jaką książkę mam dobrać do tego tekstu? I nawet, jeśli chcę, nie mogę do końca odpowiedzieć. Nie wiem, co znasz, co czytałeś, co lubisz, więc nie mogę dobrać odpowiednich argumentów. Dużo łatwiej jest samemu przygotować sobie taką bazę. Jak?
Najpierw wypisz jak najwięcej dzieł, które znasz. Biblioteczka na Lubimy Czytać, albo Filmweb też może być :) Grunt, byś miał możliwość podglądu znanych przez siebie rzeczy. Dzięki temu o niczym nie zapomnisz.
Potem wypisz sobie najpopularniejsze motywy. Miłość, człowiek pracujący, śmierć, poświęcenie, wojna, ojczyzna, czy co tam Ci przyjdzie do głowy. A potem? Potem przeglądaj to, co znasz i próbuj dopasować bohaterów, czy sytuacje do motywu. Możesz przy okazji krótko opisywać sobie co jak i dlaczego. Dzięki temu przypomnisz sobie dzieła, nazwiska, autorów i treść i gdy przyjdzie co do czego będziesz mógł ich użyć. Polecam robić to ręcznie: będzie to bardziej pracochłonne, ale prawdopodobnie więcej zapamiętasz. Nie zapominaj, by nauczyć się reżyserów filmów i nazwisk autorów książek, które najbardziej lubisz, albo które pojawiają się w praktycznie każdej kategorii.
Dobrze sprawdzi się też przeczytanie kilku rozprawek i ocenienie ich. Bez problemu znajdziesz je w sieci :) Czytaj, analizuj, myśl. Wytykaj błędy, sprawdzaj, co Ci się podoba i to wykorzystuj w swoich pracach. Wprawdzie takie działania dają najlepsze rezultaty, gdy robi się takie ćwiczenia regularnie, przez dłuższy czas, ale i „na już” może pomóc.
Znasz cytaty? Jeśli tak, nie zapomnij o nich w czasie egzaminu, jeśli nie: naucz się kilku dotyczących tych najczęściej pojawiających się tematów. Może to nie sprawi, że egzamin zdasz, ale na pewno jeśli użyjesz ich w tekście egzaminator będzie do Ciebie lepiej nastawiony :)

Na dziś, ode mnie to tyle. A Wy? Jakie macie sposoby do przygotowania się na egzamin maturalny? 

Post miał iść jutro, ale... idzie dziś, bym mogła wrzucić Wam 03.05  tekst o Pyrkonie :D

czwartek, 16 marca 2017

13x Studia



Dzisiejszy post „wciskam” pomiędzy istniejące, bo uważam, że temat jest na tyle błahy, że nie chcę z niego robić pełnego wpisu na trzy dni, a jednak... ten temat chodzi za mną od dłuższego czasu :) Jak część z Was wie od października studiuje. Nie mieszkam z rodzicami (a przynajmniej nie na co dzień) i mój styl życia uległ do pewnego stopnia zmianie. Z tej racji chce się Wam podzielić kilkoma spostrzeżeniami/radami/punktami, które w jakiś sposób mnie zaskoczyły, zdziwiły, albo po prostu myślałam, że jest trochę inaczej, albo – że to tylko mit. Mam nadzieję, że taki luźniejszy wpis się Wam spodoba, ale uprzedzam: sporo punktów będzie traktowało o jedzeniu (bo w końcu mogę robić w kuchni co chcę, a nie patrzeć na co, co kto lubi w domu :D).

1.      Praca w grupie na studiach bardzo ułatwia życie: jeśli mój rok byłby mniej zgrany, prawdopodobnie szybko bym nie wyrobiła, serio! O ile w szkole na klasową facebookową grupę prawie nie zaglądałam, tak teraz jest to moja rutyna. Dzielenie się zapiskami z wykładów to standard, a łatwiej jest, gdy nie wszyscy muszą czytać tekst, bo akurat w danym tygodniu ktoś inny ma więcej czasu i zrobi sobie notatki, wrzucając na grupę (bo skoro ma i on, to nich inni mają). To oszczędza masę czasu i bardzo pomaga w nauce.

2.      Pracownicy uczelni zwykle lubią to, co robią. Nawet, jeśli kogoś nie lubisz to zwykle widzisz, że ta osoba w tym siedzi, to zna i to do jakiegoś stopnia lubi, co sprawia, że przetrawienie przedmiotu jest łatwiejsze. Przynajmniej u mnie tak to wygląda. Wiem od znajomych, że nie jest tak wszędzie, ale zdecydowanie bardziej odpowiada mi energia „nauczycieli” z uczelni, niż tych ze szkoły.

3.      Jesteś nikim. Zapamiętaj, a może coś osiągniesz. Serio, wbicie sobie do głowy zasady, że dla pana doktora, albo profesora jesteś idiotą, który nie wie nic zdecydowanie ułatwia życie, zwłaszcza, gdy nikogo nie znasz. Nie ważne, jakie masz doświadczenie, życie rodzinne, prace i inne takie. Nie wywyższaj się, bądź grzeczny i potulny, z czasem dopasowując zachowanie do konkretnego wykładowcy, rzecz jasna. Takie podejście bardzo pomaga.

4.      Zawsze trafi się ten wredny, który będzie chciał zajść ci za skórę. Z tym trzeba się pogodzić, zacisnąć zęby i po prostu nie odpuszczać. Chyba na każdej uczelni jest przynajmniej jeden wykładowca, który po prostu nie będzie miał ochoty ze studentem współpracować i tyle. Nie przemówisz do rozsądku, nie dogadasz się, masz grać jak Ci zagra i zaakceptować to, chyba, że chcesz wylecieć ze studiów. „Bycie nikim”, wykonującym rozkazy od A do Z w takiej sytuacji szczególnie pomaga.

5.      Jeśli ze współlokatorami wszystko gra, stancja to całkiem przyjemne miejsce. Zwłaszcza, jeśli – tak jak mam ja – raz w tygodniu ktoś zatrudniony przez właściciela sprząta części wspólne. Bo niby jesteś z dorosły i odpowiedzialny, ale właściwie nie płacisz za mieszkanie i niczym poza gotowaniem i posprzątaniem pokoju nie musisz się martwić. Zakładając oczywiście, że sytuacja finansowa Twojej rodziny jest stabilna.

6.      Gotowanie samemu wymaga kreatywności, jeśli nie chcesz cały czas jeść tego samego. I dlatego Bogu niech będą dzięki za blogi kulinarne, bo pomysły skądś czerpać trzeba.

7.      Skoro już o gotowaniu mowa odkryłam, że zdrowie jedzenie nie jest dla mnie, nie w standardowym znaczeniu: nigdy nie lubiłam owsianki, a wypróbowane przeze mnie kasze przyprawiały mnie o mdłości. Nie, nie, mam zamiaru się zmuszać do jedzenia tego. Najpierw ma być smacznie, potem zdrowo.

8.      Epickie potrawy? Tortilla, do której mogę wrzucić wszystko (włącznie z serem i sosem pomidorowym), bo szybka w przygotowaniu. Różnego rodzaju sosy z czymśtam, bo to też szybko da się zrobić. No i ostatnio przeze mnie odkryte frytki z piekarnika z batatów, które są po prostu pyszne i bardzo sycące <3

9.      W moim rodzinnym domu Nutella pojawia się rzadko, bo po jednym dniu z całego słoika nie zostanie nic: każdy boi się, że dla niego nie starczy i je jej ile wlezie. Teraz odkryłam, że gdy mam ją dla siebie jest doskonałym ratunkiem w chwili, w której nie mam nic „do chleba” na uczelnie (a ja latam zawsze z kanapkami z przyzwyczajenia :D), a duży słoik wystarcza mi nawet do 2-3 miesięcy. Wow, no nie?

10.  Nie wiem czemu, ale tu łatwiej mi zadbać o rutynową pielęgnację, zwłaszcza twarzy: raz  tygodniu robię sobie  małe spa co i mi, i skórze bardzo odpowiada :)

11.  Brakuje mi... toaletki i własnej łazienki. To chyba dwie rzeczy za którymi najbardziej tęsknie, zwłaszcza, że gdy akurat MUSZĘ do toalety ktoś jak na złość siedzi tam dwie godziny i rozmawia przez telefon. Nie powiem, to mały szok, zwłaszcza, że w domu rodzinnym toalet mamy aż trzy (WC na piętrze bez prysznica, duża toaleta i toaleta rodziców) i nigdy aż trzy nie są zajęte.

12.  Tęsknię też trochę za pieczeniem. Dla dwóch osób, niestety, nie opłaca mi się piec, bo i tak tego nie zjemy, a jednak ciasta kosztują parę groszy :

13.      Kojarzycie te historyjki o uzdolnionych dzieciach będących w specjalistycznej szkole z internatem, które przynajmniej ja uwielbiałam jako dziecko? Tak? Ja się na uczelni czuje właśnie jak w jednej z takich szkół, tyle, że w wydaniu bardziej rzeczywistym :D Przedmioty w końcu są po coś, mają jakiś konkretny cel, a wykładowca często ma dużo większy kontakt z „uczniem”, niż w normalnej szkole. Robi się konkrety i jest... po prostu bardziej sensownie, mimo, że nie jest to aż tak duży przeskok (przynajmniej u mnie) w ilości wiedzy i innych takich jak tego można byłoby się spodziewać.


Cóż, tak to mniej więcej wygląda u mnie :) A Wy? Jak wyglądają/wyglądały Wasze studia, albo jak myślicie, że będą?

piątek, 16 września 2016

Nie dałam rady do końca - połowiczne recenzje

Hej :) Dziś przychodzę do Was z postem dotyczącym (jak widzicie po tytule) filmów, seriali i książek, które zaczęłam, nie dałam rady ich skończyć z jakiegoś powodu oraz nie planuje tego robić, przynajmniej z własnej woli. Cóż, większość z nich to po prostu buble w moim odczuciu, po które nie warto sięgać... także pozwólcie, że Was przed nimi ostrzegę :D Nie robię dla tych rzeczy osobnych postów, bo w końcu nie poznałam ich w całości i nie mogę się w pełni na ich temat wypowiedzieć.

Książki

Jak wywołano powstanie warszawskie. Tragiczne decyzje Henryka Zamojskiego
Tą historyczną pozycje kupiłam w Biedronce, mówiąc sobie, że nauczę się czegoś do matury z historii dzięki niej...  I naprawdę próbowałam to zrobić. Niestety, po prostu nie dałam rady przez nią do końca przebrnąć. Nie była tragiczna, nie była bardzo zła... ale kompletnie nic mnie w niej nie pociągało, a ja nie mam zamiaru zmuszać się do czytania.

Ósmy nawyk Stephena R. Covey
Książka była prezentem - dostałam ją na wyjeździe rekolejcyjnym od ojca, który uznał, że mnie się bardziej przyda, a on już w sumie przeczytał. Otwarłam i... po paru stronach po prostu się załamałam. To typowy motywator dla smutnych ludzi - jeśli się do takich czytelnik zalicza, to będzie tą książkę uwielbiać, dla mnie jest po prostu głupia.

Przez dziki Kurdystan Karola Maya
Dostałam tą książkę z odzysku i... gdyby nie fakt, że to kontynuacja, z chęcią bym ją przeczytała. Niestety, po prostu kompletnie nic z niej nie rozumiałam, dlatego postanowiłam sobie ją odpuścić.

Antologia 15 Blizn
Jak po zdjęciu możecie poznać - bardzo chciałam tą książkę przeczytać i myślałam, że przebrnę przez całość... Niestety. Okazało się, że w połączeniu z dołkiem czytelniczym i średniej jakości opowiadaniami po prostu postanowiłam sobie ją odpuścić. Jeśli bardzo lubicie horror możecie ją sprawdzić, ale osobiście jej nie polecam :)

Film i serial

Breaking Bad
Wszyscy widzieli, to ja też powinnam, prawda? Z tym, że odpadłam już po jednym odcinku tego serialu. Dla niedoinformowanych - serial opowiada o chorym na raka chemiku, który postanawia pomóc swojej rodzinie produkując narkotyki. Niestety, ale półnagi facet na środku pustyni i dziwne sceny  łóżkowe w czasie jednego epizodu to dla mnie trochę za dużo.

Gra o tron
W 2013 roku obejrzałam trzy sezony w niecałe dwa tygodnie. Rok później oglądałam na bieżąco każdy odcinek, a teraz...? Serialowa wersja Westeros jest mi znana głównie z opowieści innych o tym, jak bardzo serial zszedł na psy. Z resztą, ostatni odcinek szóstego sezonu widziałam w całości i taak, to nie jest martinowska Pieśń Lodu i Ognia a słabe fanfiction w chwili obecnej.

Immortals. Bogowie i herosi (2011)
Grecja. Herosi. Wielka akcja. Bitwy. Tłuczenie się. Niby fajnie nie? No fajnie, jeśli nie interesuje Cię fabuła, a nawalanki, bo ta kompletnie nie trzyma się tu kupy. By nie było, może to i fajny film jeśli chodzi o starożytne akcyjniaki, ale ja w czasie jego oglądania po prostu zasnęłam.

Babadook (2014)
W skrócie - horror o potworze straszącym dzieci. Powinno być przynajmniej lekko i śmiesznie, a wyszło - irytująco i bez najmniejszego sensu. Zdecydowanie nie polecam tego obrazu komukolwiek.

Nie ma tego dużo, ale cóż... mam w zwyczaju kończyć to, co zaczęłam :) Jakie Wy macie niedokończone książki, filmy, czy choćby gry? Co zdecydowanie odradzacie? Proszę o wysyp odradzań dla mnie pod tym postem, bym nie trafiała zbyt często na buble, OK? :D

piątek, 19 sierpnia 2016

Czemu znów na blogu panuje zastój?

Hm, jak widzicie, znów się wyłączyłam z działania tutaj. Posty są, bo są, a mnie tu praktycznie nie ma.
Szczerze mówiąc, po prostu nie umiem się ogarnąć ;) Mam masę czasu, ale trwonię go na inne rzeczy, a potem jakoś tu już mi się wchodzić nie chce. Przy okazji nie czytam praktycznie, a to mnie zawsze motywuje do zaglądania tu ;P Chyba potrzebuje małej przerwy po prostu.

Jeśli chodzi o moje działanie w sieci to na ten moment skupiam się na dwóch miejscach. Na ten moment - bo u mnie wszystko zmienia się bardzo szybko. 

Pierwszym miejscem jest Wattpad - zabrałam się ostatnio za pisanie, także na moim koncie znajdziecie dwa nowe opowiadania. Zapraszam, jeśli się Wam nudzi :)


Drugim miejscem jest PBF Darkest Night. Od roku nie byłam na żadnej grze tego typu i chyba trochę się za tym stęskniłam. W tej chwili pod swoją pieczą mam dwie postacie: Shannę oraz nowo powstałego Clouisa :) Jeśli więc zajrzycie i Was to zainteresuje zapraszam do rejestracji - może i Wy się wciągniecie. 




A wszystkich Was, którzy nie zainteresują się ani jednym, ani drugim bardzo przepraszam i jak tylko mi przejdzie blogowy dołek obiecuje, że postaram się wszystko nadgonić ;)

wtorek, 9 sierpnia 2016

Praca sezonowa w Holandii

źródło

Jak informowałam w czerwcu przez cały sierpień byłam nieobecna. Ci, którzy nie doczytali postów z informacją mogli to zauważyć, bo moja działalność zarówno na blogu, jak i w blogosferze była zdecydowanie zmniejszona. Nie wyjaśniałam jednak do końca powodów mojej nieobecności - aż do teraz! Od końca czerwca do początku sierpnia byłam w Holandii z racji pracy sezonowej. Na studia zarobić trzeba, a akurat trafiła mi się taka szansa, więc po prostu z niej skorzystałam :) W tym poście przybliżę Wam nieco jak to wyglądało: głównie dla samej siebie, choć mam nadzieję, że komuś z Was ten tekst trochę pomoże.
Niestety, własnych zdjęć z wyjazdu nie mam, bo postanowiłam nie brać aparatu - dlatego musicie zadowolić się tymi znalezionymi w sieci. 

Co było przed wyjazdem?
źródło
Koniec liceum i wizja wyjazdowych studiów sprawiła, że chcąc nie chcąc musiałam myśleć o pracy na wakacje, tak, by choćby po części być niezależna finansowo od października. Wysyłałam więc CV gdzie się dało, niemniej o możliwości wyjazdu do Holandii wiedziałam gdzieś od lutego. Było to jednak na tyle niepewne, że choć chciałam tam wyjechać, na siłę szukałam czegoś innego. Problem pojawił się jednak, gdy już musiałam dawać znać ludziom z Polski czy chce u nich pracować, czy nie, a sprawa Holandii cały czas była nierozwiązana... A mając do wyboru pracę za granicą, a u nas, w kraju, oczywistym było, że wolałam pracę wyjazdową.  Nieźle się rozczarowałam, gdy okazało się, że na wyjazd już miejsca nie ma, a ja akurat tego samego dnia odmówiłam wszystkim zainteresowanym zatrudnieniem mnie... Na całe szczęście parę dni później okazało się, że możemy jechać. Wyjechaliśmy więc czteroosobową grupą, w której skład wchodził także mój tata: sam nie wiedział, gdzie do końca jedziemy i jak to będzie wyglądało, dlatego nie chciał puścić nas samych. 
W jaki sposób trafiła się praca? Przez znajomych rodziny. Nie przez biuro, ani wysyłanie CV. Przez to miejsce, w które jechaliśmy było sprawdzone, pewne. Co nie zmienia faktu, że chwilami naprawdę cholernie się bałam tego, co będzie. Na szczęście jechaliśmy własnym samochodem więc gdyby coś było nie tak, moglibyśmy od razu wrócić do kraju.



Jak wyglądała praca?
Przed wyjazdem wiedziałem tylko, że będę robić coś związanego z cebulkami kwiatów. Na miejscu okazało się, że wylądowaliśmy w rodzinnym gospodarstwie. Ale rodzinnym wcale nie oznacza małym! Szefostwo składało się z dwóch braci oraz ich żon i w całości miało ok. 200hA ziemi. Nasza praca zaś była podzielona na dwie części.
Pierwsza, której było najwięcej polegała na obróbce cebulek kwiatów, głównie tulipanów. Cebulki wysypywane były na taśmę, a my musieliśmy je obierać z liści i zanieczyszczeń, wyrzucać zgniłe i nienadające się do sprzedaży z innych powodów. Na końcu taśmy wpadały do małych, lub dużych skrzyń. W przypadku małych, ktoś musiał stać i układać je na palecie. Nie było to najbardziej lajtowe zadanie - skrzynki były ciężkie, leciały bardzo szybko, a układało się je w kolumny do 13 sztuk.  Zajmowali się tym oczywiście panowie, bo panie po prostu nie dałyby rady. Poza tym na hali fabrycznej działała zwykle co najmniej jedna dodatkowa taśma z innym gatunkiem kwiatów, niż główny.
źródło
Drugi rodzaj pracy był powszechnie nazywany polem. A na polu robiło się to, co zażyczył sobie szef. Albo plewiliśmy pola kwiatów, głównie lilii, albo obrywaliśmy kwiaty (również lilii), aby cebulki mogły się rozwinąć. Czasami mężczyźni szli też aby nakrywać folią pola, co przy dużym wietrze i deszczu było zadaniem cholernie trudnym. 
Pole było lepsze od pracy na hali, o ile pogoda dopisywała: bo czas leciał szybciej, bo nie było kurzu, bo sam holenderski klimat jest cudowny. Niestety, na pole wyszliśmy ledwie kilka razy: pracy na hali było bardzo dużo, a trzeba było wyrobić się z terminami zamówień.
Początkowo pracowaliśmy od 7:00 do 17:30, ostatecznie jednak czas pracy został przedłużony: od 6:30 do 18:00 z przerwami 30 minut co 2,5h. Dawało to w sumie 9 albo 10 godzin pracy na dzień i sprawiało, że po wszystkim człowiek był kompletnie wyczerpany. Siedzenie przez taki szmat czasu na taśmie wykonując tę samą czynność nie należy do najciekawszych i najbardziej motywujących rzeczy, zwłaszcza, że po tygodniu nie masz już kompletnie czym zająć myśli.

Warunki
Dobrych warunków dla pracowników zdecydowanie szefom odmówić nie można. Choć praca była długa i wymagająca sporej dawki cierpliwości oraz wytrzymałości Ci starali się jak mogli, byśmy tam nie pomarli z wycieńczenia ;) W części hali wydzielono część mieszkalną, w której znajdowało się dziesięć praktycznie nowych pokoi dla pracowników. Nie były duże, ale dzięki temu, że miały góra 2-3 lata były po prostu przyjemne dla oka i miło spędzało się w nich czas. Po wyjściu z nich wchodziło się do przedpokoju z toaletą i umywalkami. Prysznice znajdowały się kawałek dalej (trzeba było wyjść na halę), nad nimi zaś znajdowała się kuchnia i pokój rekreacyjny z telewizorem i komputerem. Oczywiście, cały kompleks wyposażony był w wi-fi.
Jeśli miałabym wskazać dwa minusy samych warunków mieszkalnych byłyby to prysznice i sama kuchnia właśnie.
Prysznice - bo były zaledwie trzy (na 20 osób) i na dodatek trzeba było do nich dojść. Niemniej, w kolejce stałam rzadko, dlatego dało się z tym jakoś przeżyć te parę tygodni.
źródło
Problem z kuchnią polegał na tym, że mieliśmy tylko dwa palniki średniej jakości na całą naszą grupę. Gotowanie było więc dość problematyczne... Na szczęście, szefowie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego sześć razy w tygodniu (poza wolną od pracy niedzielą) dostawaliśmy jedzenie z cateringu. To, niestety, przez pierwsze trzy tygodnie było niemal niejadalne... Znów jednak szefostwo na to zareagowało i podjęło współpracę z inną, zdecydowanie lepszą firmą ;)
Niedługo przed wyjazdem szefowie zorganizowali również grilla dla wszystkich, poza tym średnio co drugi dzień dostawaliśmy od nich lizaki, a parę razy nawet w czasie przerwy dostaliśmy ciasto, także... często naprawdę traktowali nas bardziej jak swoich gości, niż jak pracowników.

Największy problem - komunikacja
Praca może i była męcząca - ale w końcu na to się pisałam, jadąc do Holandii i nie mogę na to narzekać. W końcu, za to mi właśnie płacili. Jak pisałam wcześniej, sami szefowie również byli bardzo fajnymi ludźmi. Niestety, jak to bywa w przypadku wyjazdów za granicę największym problemem okazała się komunikacja...
Choć szefowie mniej więcej rozumieli angielski i niemiecki tak naprawdę płynnie po angielsku mówiła tylko jedna szefowa, zaś miałam wrażenie, że niektórzy ludzie z naszego kraju ledwo co rozumieją którykolwiek z tych języków, o holenderskim nie wspominając. Efekt? Niekoniecznie ciekawy.
By zobrazować Wam, jak to mniej więcej wyglądało, pozwólcie, że przytoczę jedną z sytuacji, która miała tam miejsce.
źródło
Szefostwo zamówiło nowy catering, który trzeba było podgrzewać w mikrofali, dlatego jedna szefowa jeszcze drugiego dnia przyszła do nas, by pomóc z tym w razie problemu. Jedna z pracujących pań wzięła do ręki swoją porcje, podeszła do niej i zaczęła po polsku pytać: Łosoś? Łosoś? Szefowa oczywiście nie zrozumiała do końca, ale kiwała głową i mówiła: Salom (z angielskiego: łosoś ;D). Pani więc odeszła od niej, mówiąc do innych: nie, to nie łosoś, ona mówi, że to jakiś slom. Przy stole wszyscy byli pewni, że jedzą sloma, który wygląda jak łosoś, ale łososiem zdecydowanie nie jest.
Podobnych sytuacji - związanych z pracą, ale nie tylko - było wiele. To zdecydowanie potrafiło zirytować, bo nikt niczego nie był pewny... Zwłaszcza, że nasza ekipa w większości składała się z pań w wieku 45-70 lat, z których część wręcz kochała plotki...



Holandia!
Chciałabym móc zrobić Wam olbrzymi post na temat tego, jak to jest w Holandii... niestety, nieco ponad miesiąc pobytu praktycznie bez wolnego czasu sprawia, że nie mogę napisać o niej wystarczająco wiele. Niemniej, kilka różnic między Holandią, a Polską oczywiście udało mi się zauważyć :) Pozwólcie więc, że się z Wami nimi podzielę. 
Przez cały miesiąc znajdowałam się właściwie nad morzem - miałam do niego 4-5km. Jedną z pierwszych różnic, jaką zauważyłam był więc inny klimat, niż w Polsce, na Śląsku, gdzie mieszkam :) Przede wszystkim było zdecydowanie chłodniej, a pogoda była bardzo, bardzo zmienna. Rano padało, by chwilę później świeciło słońce. A pod wieczór? Znów ulewa. Było bardzo wilgotno i zwykle bardzo wyczuwalna była przecudowna, niezwykle przyjemna, morska bryza. Zdecydowanie, pokochałam ten klimat. Nie za ciepły, nie za zimny. A że bardzo zmienny? Cóż, przynajmniej było ciekawie :D
Poza tym sam wygląd holenderskiej wsi oraz małych miasteczek różni się od naszych. Zauważyłam, że w tamtych rejonach królowały pojedyncze gospodarstwa otoczone polami i łąkami. Na polach zwykle rosły jakieś kwiaty, a nie zboża, czy choćby warzywa, a na łąkach wypadały się owce, krowy i olbrzymie ilości koni. Serio, 5 minut jazdy autem wystarczyło, by minąć kilka ośrodków jeździeckich, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zabudowa w miasteczkach jest tworzona na jedno kopyto - wszystkie domki wyglądają podobnie do siebie, a że przy tym są dość zadbane wyglądają naprawdę ładne. Oj tak, Holandia wygląda uroczo :) Jeśli chodzi o holenderskie wiatraki - to tak, są, choć nie jest ich tak dużo, jak by się wydawało. Za to wiatraków produkujących prąd jest tona.
źródło
W samych marketach również można znaleźć trochę inne rzeczy niż u nas. Na przykład, płatki do mleka są tylko w kartonowych opakowaniach, zaś na półkach można znaleźć ogrom masła orzechowego i słodkiego mleka, zaś mieliśmy problem ze znalezieniem śmietany, albo białego sera. Wybór przypraw w Lidlu też był stosunkowo malutki. Ach, no i oczywiście Holandia cierpi na to samo, na co spora część krajów zachodnich - ich sklepy wręcz toną w gotowym jedzeniu, które wystarczy podgrzać. Za 3-4 euro można było kupić przeróżne, gotowe dania, czego u nas w takiej ilości po prostu nie ma.
Skoro jesteśmy przy jedzeniu, muszę wspomnieć o mojej nowej miłości - o holenderskim sosie saute robionym głównie z holenderskiego masła orzechowego. Można go kupić w formie gotowej, albo zrobić w domu i podaje się go głównie z kurczakiem i ryżem. To jest coś pysznego :) Na pewno będę próbowała zrobić go w domu.
Co jeszcze może zaskoczyć w Holandii? Pracujące dzieci. Choć w dużych miastach tego nie ma, to na wsiach dzieci od 12 roku życia są już zatrudniane. I widać to było w naszej firmie - nasi szefowie również zatrudniali dzieci, przydzielając im jakieś proste prace. Poza tym dzieci szefostwa (a było ich w sumie 8!) także pracowały i pomagały rodzicom. W jaki sposób? Cóż, wyobraźcie sobie 7-8 latka jeżdżącego na wózku widłowym i dokładającego roboty pracownikom... ;P Oczywiście, pracowały również na taśmie, czy w polu, a najmłodsza z dziewczynek zawsze przynosiła nam lizaki.

źródło

środa, 20 kwietnia 2016

Ja na Wattpadzie?


Witajcie :) Ostatnio zasypuje Was postami, niemniej, w sumie dlaczego nie? Dzisiejsza notka powstała ponieważ... dołączyłam do społeczności Wattpada i chce się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat tej strony. 

Już wyjaśniam, czym ta strona w ogóle jest, dla tych, którzy nie mają o niej pojęcia. Wattpad to  strona społecznościowa, taka jak deviantart.com, czy tumblr.com z tą różnicą, że wrzuca się na nią tylko prace literackie. Choć jest amerykańska, bez problemu można na niej wrzucać historie pisane po polsku, bo naszych rodaków tam nie brakuje. 
Po moim krótkim pobycie tam, mam już mniej więcej wyrobioną opinię na temat tej strony. Na pewno to lepsze wyjście dla osób chcących pisać, niż blog, bo czytelnicy wchodzą na nią regularnie, przeglądają i mają wszystkie treści w jednym miejscu - nie trzeba promować bloga, a tylko dany tekst, co może okazać się po prostu łatwiejsze :) Sama publikacja tekstu, zapisywanie tych, które chcemy przeczytać, szukanie historii nas interesujących jest bardzo, bardzo proste.
Oczywiście, strona też ma swoje minusy. To, co najbardziej mnie irytuje, to fakt, że nie mogę ustawić tekstu tak, jakbym chciała. Nie mogę wyjustować tekstu, ani zrobić akapitów... a lubię, jak mój tekst wygląda ładnie.

  


Powyżej macie porównanie tekstu na Wattpadzie i w Wordzie. Jest różnica, prawda? Ach, skopiujcie adresy URL obrazków i wklejcie je do innej karty, jeśli się nie otwierają.
Plus takiego rozwiązania jest jeden... Wattpada cudownie czyta się nawet na niewielkiej komórce. O ile na laptopie wybrałabym tekst z Worda, o tyle aplikacja tej strony świetnie dopasowuje się do urządzeń mobilnych.

Jakie mam plany względem tej strony? Raczej nie będę czytać zbyt wielu tekstów tam zamieszczanych, bo... mam książki. Niemniej, nie wykluczam czytania czegoś z nudów. Poza tym Wattpad na pewno będzie świetny, w chwili, w której będę się nudzić i poza komórką z internetem nie będę miała zupełnie nic pod ręką. Doskonale sprawdzi się jako takie czytelnicze S. O. S :) Jeśli chodzi o publikowanie tekstów, tak, mam plan coś tam wrzucać. Czy regularnie? Czy to w ogóle wyjdzie? Nie wiem. Zależy, od mojego czasu, nastroju i czytelników, bo jeśli odzew będzie zerowy zapewne szybko mi się to znudzi. Niemniej, uważam, że to fajny sposób na zdobycie paru czytelników, którzy ewentualnie kupią twoją prace, jeśli zostanie wydana.

Oczywiście, zapraszam Was na mój profil, jeśli interesuje Was moja twórczość, zwłaszcza do mojego najnowszego pomysłu na zbiór opowiadań: Łapacze mają być steampunkową, może stosunkowo prostą, ale w miarę pozytywną historią :)



W tym miejscu chciałam Was też zaprosić na mojego Instagrama - poza zdjęciami, które wykonuje normalnie, znajdziecie tam też zdjęcia książek i różne inne, na które czasem mam ochotę :D

Nomida zaczarowane-szablony