Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka socjologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka socjologiczna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 września 2023

Mniejszy cud: świadomość gatunku nie wystarczyła

Robert i Mark żyją w zupełnie innych światach, choć jednak blisko siebie. Ten pierwszy jest lekarzem oraz naukowcem, drugi policjantem. W świecie, w którym ludzkość opanowała zdarzenia losowe, musi dojść do ich przypadkowego spotkania. Pewnego dnia niczego nieświadomy Robert dostaje wezwanie na policje.

Mniejszy cud
Magdalena Salik
wyd. Akurat, 2015


„Płomień” Magdaleny Salik był naprawdę dobrą powieścią, dlatego postanowiłam, że dam szansę innej książce tej autorki. Tak trafił do mnie „Mniejszy cud” – kryminalna fantastyka socjologiczna wydana kilka lat wcześniej, która jednak przeszła zupełnie bez echa. I niestety, trochę rozumiem dlaczego.

Jestem absolutnie przekonana, że Salik trochę fantastyki socjologicznej trochę czytała i że odwołuje się do niej zupełnie świadomie, wiedząc, z czym je się tę odmianę fantastyki naukowej również na rynku polskim. Zdecydowanie podpowiada mi to już sam klimat powieści, który jest raczej smutno-przytłaczający, nawet mimo tego, że świat przedstawiony jak na dystopię nie jest aż tak toksyczny względem swoich obywateli, jak to w takich uniwersach bywa, a przy okazji mam wrażenie, że autorka odwołuje się do dość współczesnego problemu. Mianowicie, do zakazywania i regulowania produktów/sytuacji, które zdają się trochę irracjonalne. W końcu w jej książce ludzkość próbuje opanować chaos, zmniejszając przy tym np. ryzyko wystąpienia różnorodnych chorób. 

Ponadto to, co jest typowe dla fantastyki socjologicznej (zwłaszcza polskiej) to zawieszenie świata gdzieś tam, w niebycie. To jakiś świat, jakieś miejsca, ale jednocześnie żadne konkretne. To mogłaby być równie dobrze Polska, czy USA. Umiejscowienie nie ma po prostu dla tej historii większego znaczenia.

Taka świadomość pisarza to baza na historię, która naprawdę mogłaby wyjść. Z tym że moim zdaniem coś poszło tu nie tak w trakcie tworzenia. Ta powieść jest po prostu dość chaotyczna i zdaje się w sumie prowadzić trochę donikąd. Choć opis sugeruje wspaniały kryminał, to ja wcale go tu nie czułam. Salik skupia się na przeszłości bohaterów, najpierw przedstawiając krok po kroku ich dzieciństwo i dorastanie, a potem skacząc pomiędzy tym, co dzieje się obecnie, a tym, co działo się w ich przeszłości, często nie informując o tym jasno czytelnika, co przynajmniej mnie wybijało z czytelniczego rytmu. 

Autorka przez wątek kryminalny chyba stara się pokazać krok po kroku świat przedstawiony, ale przez to ta część nie przyniosła mi żadnej satysfakcji, żadnego ciekawego rozwiązania, co w połączeniu z chaotycznością książki i jej raczej przytłaczającym klimatem sprawiło, że dość szybko straciłam ochotę na dalsze czytanie książki, mimo że pojedyncze sceny były często nie najgorzej napisane, zaś bohaterowie zostali zbudowani naprawdę nieźle. 

Nie czuje się przekonana do tej powieści i o ile pewnie sięgnę po kolejne powieści Salik (bo „Płomień” naprawdę sugeruje mi mocny rozwój w ciągu tych kilku lat) to za jeszcze wcześniejszą trylogię raczej się nie zabiorę, przynajmniej na razie. Zaś sam „Mniejszy cud” może byłby ciekawą lekturą dla tych, którzy lubią przytłaczający klimat, czy fantastykę socjologiczną, ale ja jednak nie pałam do takich historii szczególną miłością.



środa, 31 maja 2023

Dzień drogi do Meorii: trzecia szansa dla Oramusa


„Dzień drogi do Meorii” to moje trzecie i jak na razie prawdopodobnie ostatnie spotkanie z powieścią Marka Oramusa. Tak jak dwie jego książki, które czytałam wcześniej, i ta jest przesiąknięta nieprzyjemną atmosferą, w której nic nie pozostawia nadziei na lepsze jutro i chociaż ja doskonale wiem, że taki właśnie był zamiar, to jednocześnie nie jest to literatura, po którą po prostu chce sięgać z rozrywkowych względów.

Dzień drogi do Meorii
Marek Oramus
wyd. Iskry, 1990

To powieść zakończona w 1988 roku, a wydana w 1990. Ma formę satyrycznej fantastyki socjologicznej, w której właściwie wszyscy bohaterowie są w jakiś sposób obleśni i niemrawi, w których system deprawuje ludzkość i sprawia, że z pokolenia na pokolenie jesteśmy coraz głupsi. Przerysowana, acz czasem błyskotliwa. Niektóre rozmowy bohaterów czy ich stwierdzenia naprawdę można by podawać w ładnych cytatach rodem z Orwella. Bo co jak co, ale Oramus całkiem ładnie układa obok siebie słowa.

Z tym że całość jest po prostu przytłaczająco beznadziejnie smutna, a ogólny klimat nie zestarzał się raczej najlepiej. Wydaje mi się też, że dziś satyra nie jest zbyt chętnie czytana i po prostu wielu osobom, w tym mi, przez taką formę po prostu czasem trudno przebrnąć. Mam też wrażenie, że o ile ta książka mogła być istotna pod koniec lat 80. i na początku lat 90. XX wieku, tak obecnie, 45 lat po jej napisaniu, już spora część z tematów się przedawniła. Nie, że one nie istnieją i nie są zagrożeniem: po prostu istnieją w nieco innej formie, względem której ta powieść nie jest adekwatna.

Ponadto pod względem fabularnym czy też przedstawionego ustroju nie jest to nic nadzwyczajnego. Ten, kto już ma za sobą parę książek z kategorii fantastyki socjologicznej, nawet bez problemu przewidzi zakończenie, a sama fabuła przynajmniej dla mnie jest ogólnie trudna do śledzenia, bo męcząca, tak po prostu.

Ogółem, nie polecam, przynajmniej jeśli ktoś szuka literatury do poczytania rozrywkowo. Mam wrażenie, że to proza, po którą można sięgnąć, jeśli człowiek chce świadomie zbadać polską szkołę fantastyki socjologicznej, ale poza tym — trochę mija się to z celem. Na rynku mamy obecnie wiele przyjemniejszych książek, a nawet w tej kategorii da się znaleźć tytuły, które po prostu czyta się lepiej i łatwiej, mimo trudnej tematyki. 




piątek, 28 stycznia 2022

Senni zwycięzcy: gdy czytelnikowi brakuje narzędzi



Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy powinnam choć słowem wspominać o tej książce. Bo tekst ten recenzją na pewno nie będzie. Prędzej jakąś formą wyjaśnienia, dlaczego Marka Oramusa po prostu nie lubię. „Senni zwycięzcy” są jego drugą powieścią, która wpadła mi w ręce i trzecim tekstem ogółem. Przy okazji to debiut tego polskiego krytyka i pisarza fantastyki, który w fandomie jest przecież szanowany i raczej lubiany. Problem polega na tym, że ja, jako przedstaw

Senni zwycięzcy
Marek Oramus
wyd. Solaris, 2001

Naprawdę starałam się tę historię czytać możliwie jak najdokładniej, ale tak naprawdę nie mam pojęcia, o czym jest. W pamięci mam pojedyncze scenki, których po prostu nie potrafię ze sobą połączyć. One same w sobie źle napisane nie były, ale wszystko we mnie po prostu odrzuca próby połączenia tego w jedno. 

Szczególnie że styl Oramusa należy do tych, które są kompletnie nie moje. Jest surowy i ogółem nieprzyjemny. W ogóle polska fantastyka z lat 80. XX wieku taka trochę jest. Smutna, szara, surowa, często bez tej radości i przygody, której w niej szukam. 

Zawsze zaskakuje mnie też, jak ważną kwestią jest w tych powieściach seksualność. Autor musi nawiązać do kobiecego biustu i co najmniej raz wrzucić nawiązanie do masturbacji, wszystko oczywiście podając tak, by czytelnikowi te kwestie jak najbardziej obrzydzić. To nie jest szczucie cycem, jak w erotyku; to sposób na pokazanie niemoralności w świecie, jego zniszczenia i tragedii. „Senni zwycięzcy” wyjątkiem nie są.

Gdybym miała cokolwiek o tej fabule powiedzieć, to mogłabym zacząć od tego, że akcja dzieje się w jakiejś zamkniętej przestrzeni. Może na statku kolonizacyjnym? W każdym razie ludzkość tam sobie jest, żyje, ma piętro, na którym pada deszcz i spędza trochę czasu w hibernacji. No i dzieją się rzeczy: tu ktoś próbuje stworzyć sztuczne dziecko, tam się strzelają, tam mówią o silikonowych wypełnieniach twarzy. Oczywiście mamy też trochę chyba wśród czytelników Oramusa kultowe gadające piwo – tak, ta książka to prawdziwe dziecko swoich czasów. I to właściwie tyle, więcej z książki po prostu nie wyniosłam.

Czasem chciałabym czytać tego typu rzeczy przy kimś, kto tamte czasy zna lub rozumie lepiej niż ja. Przy kimś, kto mi te wszystkie książki wyjaśni i powie, czemu były lubiane. Bo ja wiem, że jakiś powód jest, tyle że mi po prostu brakuje wiedzy i odpowiednich doświadczeń, by to zrobić.



środa, 28 lipca 2021

Poklatkowa rewolucja: jak w takiej sytuacji wznieść bunt?

Sunday bierze udział w kosmicznej misji. Budzona co kilka milionów lat na swoją zmianę, prawdopodobnie wraz ze swoją załogą przeżyła pozostałych ludzi. Po załamaniu się jednej z członkiń swojej wachty zaczyna rozumieć, że załoga szykuje się do rewolucji.

 

Po kilku latach nadszedł czas na moje drugie spotkanie z twórczością Petera Wattsa. Przyznaję, że po tym czasie ledwo kojarzę, o czym było „Ślepowidzenie”, jednak wiem, że mimo swojej dziwności, bardzo przypadło mi do gustu. Jaka jednak jest „Poklatkowa rewolucja”? Przede wszystkim należy zacząć od tego, że to właściwie nie powieść, a nowelka, która ledwo przekroczyła magiczne anglosaskie 40 tysięcy słów (co pozwala ją kwalifikować jako powieść). Daje to nieco ponad 150 stron w wydaniu Maga.

Poklatkowa rewolucja
Peter Watts
wyd. Mag, 2018
Sunflower Cycle, t. 1

Zwykle twórczość Wattsa jest bardzo mocno zakorzeniona w zdobytej przez ludzkość wiedzy. I choć w tym przypadku także mamy do czynienia z hard SF to jednak autor sam przyznaje, że z powodu tego, o jak odległej przyszłości pisze, nasza współczesna wiedza nie ma z tym wiele wspólnego. Wydaje mi się jednak, że tą warstwę „hard” widać choćby w samym stylu, ale jednocześnie jeśli ktoś nie ma specjalistycznej wiedzy to wydaje mi się, że, tak czy siak, samą książkę zrozumie. Bo w gruncie rzeczy, ona fabularnie zbyt trudna nie jest. Nic zresztą dziwnego, zważając na jej długość.

„Poklatkowa rewolucja” to po prostu ciekawy koncept. Bo choć to niby „zwykła” historia o rewolucji (jak sugeruje tytuł) to jednak jej bohaterzy mają utrudnione zadanie. Są wybudzani w wachtach, zawsze w tych samych grupach. Jeśli chcą cokolwiek zorganizować, muszą wykazać się dużą kreatywnością. Zwłaszcza że nowoczesny statek przecież jest wszędzie!

Nie powiem, ta historia mocno kojarzy mi się z fantastyką socjologiczną. Choć w tym przypadku „społeczeństwo” jest ograniczone do (dość licznej) załogi to samo założenie jest bardzo podobne: bohaterowie muszą poradzić sobie z reżimem. Tyle że w jeszcze mniej codziennych warunkach. Zwłaszcza że od rozpoczęcia misji minęły już miliony lat i z ludzkości mieszkającej na Ziemi prawdopodobnie niewiele już zostało.

To, co lubiłam w „Ślepowidzeniu” i to, co pojawia się tutaj, to fakt, że mimo naukowego podejścia, autor naprawdę nieźle buduje postacie. Chemia między nimi naprawdę dobrze gra. Są ludzcy, a ich interakcje naprawdę dobrze się obserwuje. Nie będę jednak udawać: mam słabość do relacji człowieka ze sztuczną inteligencją i ten motyw w przypadku tej książki również sprawił mi trochę radości.

Watts uchodzi raczej za trudnego pisarza. I choć przyznaje, że niekoniecznie jest świetnym twórcą na start z fantastyką naukową to mam wrażenie, że jest owiany złą sławą. Bo przecież „Poklatkowa rewolucja” wcale aż tak trudna nie jest. Owszem, trzeba się przy niej nieco skupić i ponad poetyckość języka stawia konkretne opisy i naukowe sformułowania, ale przy odrobinie chęci ze strony czytelnika zrozumienie tego nie powinno być większym problemem.


czwartek, 22 lipca 2021

Openminder: ciekawy debiut, ale czy dobra powieść?


Po odkryciu nowej technologii, pozwalającej na kontrolę ludzkich negatywnych zachowań, wybuchła wojna. Świat podzielił się na pół. W tej lepszej – bogatszej i cywilizowanej – połowie mieszka Nikodem – wyjątkowo utalentowany uczeń, który wraz z innymi sobie podobnymi rozpoczyna szkolenie na kogoś, kto w przyszłości może stanąć na czele swoich ludzi.

 

Skoro „Trupokupców” Świerczek-Gryboś uznałam za ciekawą lekturę, postanowiłam dać szansę debiutowi autorki. „Openminder” brzmiał jednak początkowo dość „strasznie”. Druga powieść tej pisarki jest jednak dość specyficzna i kojarzy się raczej „ciężko”, a kojarząc jej estetykę, wydawało mi się, że debiut może być podobny, lecz gorszy, słabszy. Recenzje zresztą też niekoniecznie mnie uspokajały, bo wiele z nich tę powieść po prostu dość mocno krytykuje.

Openminder
Magdalena Świerczek-Gryboś
wyd. SQN, 2019

Dlatego pierwsze ok. 170 stron książki na nieco ponad 300 w sumie okazało się zaskakująco pozytywnym zaskoczeniem. Choć w tekście nie brakuje neologizmów, język wydał mi się zaskakująco przystępny, szczególnie że przecież w „Trupokupcach” potrafił być dość specyficzny, a co za tym idzie – bywał męczący. Debiut Świerczek-Gryboś jest zresztą książką kompletnie inną, niż jej druga powieść, mimo że w obydwu pojawia się postapokaliptyczny motyw oraz raczej dość gęsty klimat.

To, co jednak spodobało mi się szczególnie, ale jednocześnie dla wielu czytelników może być w tym przypadku wadą są… nawiązania. Dlatego, że choć estetykę z autorką mamy kompletnie inną to jednak – do pewnego stopnia znamy bardzo podobne dzieła kultury. Nawiązania do polskiej fantastyki socjologicznej z lat 80. XX wieku czasem wręcz bezpośrednio kojarzyły mi się z Markiem Oramusem czy Maciejem Parowskim. Nie brakuje tu nawiązań do tak znanych autorów, jak Lem czy Sapkowski, a że na temat anime mam przynajmniej podstawową wiedzę to i tu byłam w stanie te nawiązania wyłapać. To było dla mnie naprawdę niezmiernie miłe przeżycie, dlatego, że niełatwo jest znaleźć kogoś, kogo kręci zarówno starsza polska fantastyka, anime i popkultura w ogóle.

Pod kątem fabularnym sam początek jest dość ciekawy, ale raczej nie odbierałabym tej powieści jako ponadczasową historię, która ma podjąć dyskusję z jakimś problemem społecznym, bądź być krytyką obecnego systemu. Oczywiście pewnie i takie wątki da się tu znaleźć, ale dla mnie to jednak przede wszystkim zabawa i mieszanie motywów. Jednak kompletnie mi to nie przeszkadzało i mimo że nie przepadam ani za mechami, ani za „Neon Genesis Evanelion” (do którego wg. Pawła Majki autorka nawiązuje) to nie miałam zamiaru na to narzekać.

Gorzej zrobiło się później. Miałam wrażenie, że po połowie książki autorka zgubiła gdzieś rytm. Zaczyna się dziać dużo, a właściwie – zbyt dużo, przez co przynajmniej ja traciłam zainteresowanie historią, traciłam jej sens i nie miałam większej ochoty brnąć dalej. Na dodatek, nawiązując do fantastyki socjologicznej autorka sięga po brutalne motywy, które powinny szokować, ale mam wrażenie, że chwilami po prostu wypadają dość prostacko.

„Openminder” to na pewno ciekawy debiut. W twórczości Magdaleny Świerczek-Gryboś jest coś unikalnego. Jednocześnie czy jest to po prostu dobra powieść do „poczytania”? Wydaje mi się, że nie. Bo aby w pełni się w niej odnaleźć, dobrze byłoby znać przynajmniej kilka dzieł, z których autorka czerpie. Dlatego kompletnie nie dziwie się osobom, które przez tę powieść nie przebrnęły, albo które po prostu się w trakcie lektury nudziły. Przy tym nie da się ukryć, że mniejsza połowa powieści po prostu dużo słabsza. Ale jeśli ktoś z was ma ochotę – proszę bardzo, możecie próbować dać tej powieści szansę.


poniedziałek, 8 marca 2021

Trzeci najazd Marsjan: obca cywilizacja wysyła nam... prezenty!


Nad ziemią pojawiają się dziwne obiekty. Niedługo po tym Liga Pięciu, przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji, informują o planach związanych z ludzkością: mają zamiar wysyłać wszystkim obiekty realizujące potrzeby homo sapiens. Papa, bezrobotny zajmujący się czasem przemytem ludźmi, zaczyna interesować się ich sprawą.

 

Jednym z bardziej rozpoznawalnych nazwisk polskiej fantastyki socjologicznej, która w Polsce zaczęła powstawać w okolicy lat 80. XX-wieku jest Marek Oramus – człowiek, który współtworzył miesięcznik „Fantastyka” i sam również, rzecz jasna, pisał książki. Musiałam go więc w końcu sprawdzić i na pierwszy ogień chwyciłam jedną z raczej jego nowszych powieści, czyli napisany w 2010 roku „Trzeci najazd Marsjan”. Książka swoim tytułem nawiązuje do innej powieści, jednak osobiście nigdy nie miałam z nią styczności, dlatego z góry uprzedzam, że jeśli istnieje pomiędzy tymi dziełami jakaś zależność lub polemika, nie będę w stanie zwrócić na nią uwagi.

Trzeci najazd Marsjan
Marek Oramus
wyd. Media Rodzina, 2010

Ponieważ znałam już jedno opowiadanie Oramusa, wiedziałam, czego mogę się mniej-więcej spodziewać pod kątem stylu i klimatu książki i nie zaskoczyłam się pod tym względem. „Trzeci najazd Marsjan” jest napisany w sposób dość surowy, konkretny, bez nadmiaru emocji. Przy tym też stosunkowo prosty. Oramus nie jest wielkim poetą, co chyba jednak jest typowe dla polskiej fantastyki socjologicznej.

Ponadto główny bohater to raczej człowiek z nizin społecznych, czego także się spodziewałam, choć i obawiałam jednocześnie. Zwykle nie umiem się wczuć w taki charakter i tu, niestety, było podobnie. Papa, czyli Papadopulus to człowiek bezrobotny, który szczyci się, że jest osobą wolną, także w kwestii związków. To nie jest typ charakteru, który bym szczególnie polubiła i między innymi dlatego lektura „Trzeciego najazdu Marsjan” była dla mnie dość męcząca. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na tle innych książek z tego nurtu, ta trochę wyróżnia się swoją konstrukcją. Zwykle dostajemy w takich historiach świat zniszczony, ale już w formie zastanej. Zasady zostały ustalone, nim czytelnik i często – nim bohater przyszli na świat. Nawet jeśli jest to postać z zewnątrz (jak w „Paradyzji” Zajdla). W tym przypadku Oramus przedstawia nam moment, w którym świat zmienia się w tej chwili, w tym momencie. Szybko, gwałtownie i dość destrukcyjnie. Skupia się przy tym w sporej mierze na działaniach ludzi, ich czynnościach, ich reakcjach.

I o ile sam element najazdu obcych i samych zmian mnie interesował, podobnie jak główna linia fabularna, to gdy narracja wpadała na boczne tory, zaczynając tematy filozoficzne albo wchodzą po prostu nieco głębiej w temat, często traciłam ochotę na dalszą lekturę. Być może jest to kwestia moich osobistych preferencji, ale nie dość, że sam Papa nieszczególnie mnie zainteresował to jeszcze analizy poboczne Oramusa zdawały mi się w żadnym razie do szczęścia niepotrzebne. Szczególnie że – mimo tej unikatowości w fabule – znając trochę fantastyki socjologicznej, byłam w stanie mniej-więcej przewidzieć, co czego to wszystko zmierza.

„Trzeci najazd Marsjan” jest więc koniec końców lekturą ciekawą i właściwie warsztatowo całkiem dobrą, jednak po prostu sama mam wrażenie, że jedno spotkanie z nią mi na tę chwilę absolutnie wystarczy. Wydaje mi się jednak, że osoby lubiące klimat starszej fantastyki naukowej albo te, które lubią zastanawiać się np. nad konsumpcjonizmem, mogą poczuć się naprawdę zadowolone z lektury i wtedy naprawdę warto się tej powieści przyjrzeć.


środa, 27 stycznia 2021

Twarzą ku ziemi: Co pisał najpopularniejszy polski redaktor fantastyki?

 

 Jeśli chcesz opuścić swoją strefę, musisz uzyskać pozwolenie. Pamiętaj jednak, że ta, w której mieszkasz, jest najlepszą i nie powinieneś nawet myśleć o tym, by na stałe ją opuszczać – w takim świecie żyje Neut. Gdy jego żona wyjeżdża, mężczyzna jest świadkiem wypadku i próbuje zbadać tkwiącą za nim tajemnicę. Rząd jednak właśnie do takich zachowań nie chce dopuszczać, wręcz wymuszając na obywatelach, aby ci skupili się na filmach pornograficznych i erotycznych zabawkach.

 

Polska fantastyka socjologiczna to gatunek, który nie jest szczególnie dobry pod kątem artystycznym, co zauważył Maciej Parowski w posłowiu z 2013 do swojej powieści, „Twarzą ku ziemi”. Tę książkę napisał pod koniec lat 70. Na rynku pojawiła się zaś po raz pierwszy w 1981 roku i jeśli dobrze rozumiem: była właściwie jedną z wielu. Z jego kolegów po fachu wybił się szczególnie Janusz Zajdel, a inni twórcy, choć bardzo próbowali, w większości byli stosunkowo wtórni.

Nie ma się co dziwić. W końcu te książki właściwie bazują na jednym schemacie. Mamy świat, w którym ludzie są w jakiś sposób ograniczani. Dystopię, która tylko udaje idealną rzeczywistość, lecz większość leniwych obywateli wcale tego nie zauważa i myśli, że żyje w świecie idealnym. I wtedy pojawia się ON (czasem ONA, ale jednak zwykle ON). Ten jedyny, który zaczyna zauważać, że w tym świecie nie wszystko gra. Powoli, powolutku zaś próbuje przekazać innym swoją wiedzę, kończąc na różne sposoby. Czasem mu się udaje, innym razem dołącza do rządu, kiedy indziej traci życie itd. Ówczesne książki z tego nurtu właściwie nigdy nie łamały tego schematu i „Twarzą ku ziemi” wyjątkiem nie jest. Choć Maciej Parowski był bardzo dobrym znawcą fantastyki, który dla gatunku zrobił wiele dobrego, jego powieść to po prostu dość przeciętne dzieło w swoim gatunku.

Twarzą ku ziemi
Maciej Parowski
wyd. Solaris, 2015

W języku autora czuć pewien dobry ciężar. „Twarzą ku ziemi” to powieść dość zgrabna pod tym kątem, szczególnie że mimo głównego tematu dystopii obracającego się wokół seksualności zachowuje klasę w tym temacie. Choć gdyby ta książka była pisana dziś, pewnie byłaby, tak czy siak, nieco bardziej dosłowna, a niektóre ze słów byłyby używane nieco inaczej. Niemniej, od samego początku „czuć”, że Parowski wie, co robi. Problem polega na tym, że jego książka gubi właściwie we wszystkich innych elementach składniowych powieści, wypadając naprawdę bardzo przeciętnie.

Opis świata jest zbyt podobny do innych powieści z tego nurtu, aby mnie szczególnie zainteresował. Tematykę seksualności w sposób bardziej otwarty i naturalny poruszył już Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”, a opresyjny rząd występuje w każdej historii tego typu. Fabuła zaczyna się od dobrej intrygi, ale następnie nieco się rozmywa i robi się wtórna; historia nie ma wybitnie dobrego tempa. Bohater również przynajmniej mnie nieszczególnie zainteresował. Po prostu był, służył, aby opowiedzieć nam o świecie, ale to byłoby właściwie na tyle. „Twarzą ku ziemi” naprawdę zdaje się niczym szczególnym nie wyróżniać, ani pozytywnie, ani bardzo negatywnie.

Jeśli miałabym jednak wskazać jakiś ciekawy element do analizowania tej powieści współcześnie, to byłyby chyba kwestie związane z LGBT, biorąc pod uwagę, że to obecnie głośny temat, a Parowski w swojej powieści regularnie o takich postaciach wspomina. Choć właśnie: wspomina. Nie mamy tu bohatera czy bohaterki homoseksualnej. Regularnie za to bohater (bo narracja jest pierwszoosobowa) oraz otaczający go ludzie wspominają „pedałów”, którzy robią takie a takie rzeczy. Ton ich wypowiedzi odbieram jako negatywny, ale mam wrażenie, że na tle całej tej historii wychodzi z tego pewna… ironia. Bo widzicie, postacie z jednej strony mają niekoniecznie przyjemne uwagi (np. bojąc się, że to oni byli obiektem pożądania), ale z drugiej… sami w kwestii seksualności utracili jakiekolwiek moralne zasady. Widzą źdźbło w oczach innych, a nie dostrzegają, że sami w oczach mają belkę. Nie wiem, czy Parowski właśnie to miał na myśli, ale tak to odbieram, choć jednocześnie mam wrażenie, że gdyby ta powieść trafiła do bardziej publicznej dyskusji, mogłaby być pod tym kątem krytykowana.

Na pewno wolę nieco wtórną fantastykę socjologiczną, która jednak ma w sobie pewien ciężar, od licznych współczesnych, typowo rozrywkowych powieści, które ignorują zwykle na przykład logikę przy światotworzeniu. Nie zmienia to faktu, że chyba jednak Parowskiego wolę jako redaktora i człowieka analizującego gatunek. Zresztą, nie bez powodu to właśnie w tym koniec końców się wyspecjalizował, bo sam w jednym ze swoich tekstów zauważył, że pod kątem pisania nie jest wybitny i jest potrzebny fantastyce w nieco innej roli. Nie każdy w końcu musi być pisarzem, aby zrobić dla literatury masę dobrego.

 

Mała uwaga. Książkę obecnie kupicie albo buszując w antykwariatach, albo na stronie dawnego Solarisu, czyli esef.com.pl. Nigdzie indziej jej po prostu obecnie nie ma.


piątek, 25 grudnia 2020

Nowy wspaniały świat: Dobra klasyka, ale gdzie jest ładne wydanie?

 

 W tym świecie szczęśliwości nie ma już starości, nudy czy krzywd; nie ma też bohaterów i rodziców, bo to oznaczałoby brak stabilności w społeczeństwie. Ludzie tworzeni są sztucznie w przemysłowych zakładach, zajmującym się tworzeniem płodów i wychowywaniu dzieci. Istnieje jednak pewien rezerwat, a w nim ludzie żyjący jak dawniej. Jeden z nich od lat marzy, by poznać wspaniały świat, o którym opowiadała mu matka.

 

Choć bardzo chcę, wciąż nie mogę wyjść na prostą, jeśli chodzi o nadrabianie fantastycznych klasyków. Zawsze pojawia się kolejna „najważniejsza w gatunku” książka, którą MUSZĘ przeczytać i lista tego typu książek zdaje się nie kończyć. „Nowy wspaniały świat” Huxley’a był na niej od dawna. Ta antyutopia to powieść z tego samego nurtu co znany mi od dawna „Rok 1984” Orwella czy „Limes inferior” Zajdla. To historia, która bierze na warsztat świat zniszczony, który pozornie wydaje się idealny i którego system musi zostać przez bohaterów przejrzany. Fabuła jest więc bardziej pretekstem do przedstawienia świata i to właściwie dotyczy niemal wszystkich tego typu historii, które znam.

Przyznaję jednak, że po lekturze „Nowego wspaniałego świata” uznaje, że wolę Huxley’a nad Orwella. Ich koncepty na światy są nieco inne. U tego drugiego kluczowe jest obserwowanie jednostki. U Huxley’a nacisk jest położony na masowe społeczeństwo, które nie potrafi funkcjonować poza wpojone im w dzieciństwie ramy. Z takim zastrzeżeniem, że u niego te ramy wynoszą się aż do granicy absurdu, co w moim odczuciu nadaje powieści nieco lżejszy, bardziej „jasny” ton. Oczywiście „Nowy wspaniały świat” to dalej historia o mocno dekadenckim klimacie, ale jednocześnie wydaje mi się, że znajduje się w niej więcej świadomego żartu.

To, co mnie zaskoczyło w tej książce, to… ilość nawiązań do seksualności. Nie jestem zupełnym laikiem, jeśli chodzi o fantastykę socjologiczną, dlatego sama wizja świata przedstawionego jest czymś, do czego stosunkowo przywykam. Ale ta książka ukazała się po raz pierwszy w 1932 roku, a zwłaszcza jej początek bardzo mocno skupia się właśnie na kwestiach związanych z tą podstawową ludzką potrzebą. Ba, początkowa scena z kilkulatkami dziś mogłaby wręcz zostać uznana za niepoprawną, mimo że Huxley wyraźnie cały wykreowany przez siebie świat krytykuje.

Nowy wspaniały świat
Aldous Huxley
wyd. Muza, 2020

Zgodnie z dawnym zwyczajem (wynikającym m. in. z ograniczeń technicznych) „Nowy wspaniały świat” jest książką krótką i zwartą. Nieszczególnie poetycką, ale bardzo konkretną i przez to dość „szybką” w lekturze. To w pełni zamknięta historia, nie wymagająca żadnych kontynuacji.

Nie sądzę, abym właściwie miała cokolwiek więcej do powiedzenia. To dobra, klasyczna historia, która paradoksalnie nie zestarzała się aż tak. Nie czuje się jednak na siłach, aby poddawać ją głębszej analizie dotyczącej społeczeństwa i tego, czy przesłanie powieści dalej jest aktualne. Z resztą, to chyba nie jest na to miejsce – o „Nowym wspaniałym świecie” można swobodnie pisać całe prace naukowe. Mogę dodać w sumie tylko jedno: żałuję, że książka jest dostępna obecnie w tak miernym wydaniu. Niewielkim, z miękką oprawą i bardzo nietrwałym. Wiem, że dzięki temu nie kosztuje dużo i więcej osób może sobie na nią pozwolić, ale jakaś ładna edycja byłaby naprawdę przydatna.


sobota, 3 października 2020

Zmiana: ...na gorsze? Bezbarwna kontynuacja "Silosu"



Troy budzi się z hibernacji na trwającą pół roku zmianę. Jako jeden z przełożonych w pierwszym Silosie musi kontrolować, co dzieje się we wszystkich pozostałych. Okazuje się, że jego zmiana wcale nie będzie prosta. Niespełna sto lat wcześniej młody kongresmen, Donald, dostaje wyjątkowo ważne i owiane tajemnicą zadanie. Ma zaprojektować budynki, kluczowe dla istnienia ludzkości. Dlaczego? Jeszcze nie ma o tym pojęcia.

 

Czasem pojawiają się w moich rękach książki, które mimo swojej przeciętności zaskakują mnie pozytywnie. Bo „Silos” Hugh Howey’a trafił do mnie przypadkiem. Kupiłam go na bardzo dużej promocji, za kilka groszy, wraz z trzecim tomem z cyklu. Nie spodziewałam się po tej książce niczego dobrego, a jednak okazało się, że dało się ją czytać. Liczyłam więc trochę, że „Zmiana”, która w przeciwieństwie do tomu pierwszego debiutem już nie jest, pokaże mi coś więcej, coś lepszego. Jak się jednak okazało, nadzieje nie miały pokrycia z rzeczywistością.

Bo spotkanie z tą książką było… no było. Po prostu było, minęło i raczej do niej nie wrócę. Już dawno nie sięgnęłam po lekturę względem której miałabym aż tak obojętne odczucia. Ani nie bawiłam się dobrze w trakcie czytania, ani też nie irytowałam nadmiernie. Strony mijały szybko i jedynie czasem gdzieś tam wkradała mi się nuda i chęć pominięcia kolejnych stron. Analiza tekstu to jednak trochę inna bajka – bo mimo wszystko, wytknąć tej pozycji mogę sporo.

Howey miał dobry pomysł wyjściowy. Poszedł nieco w stronę fantastyki socjologicznej/dystopii próbując poprzez swój post-apokaliptyczny świat pokazać ludzi żyjących w zamkniętym środowisku. W pierwszym tomie zrobił to jednak zbyt płytko i zbyt sztampowo, aby wywołało to we mnie większe emocje. Podobnie jest w „Zmianie”. W kontynuacji autor próbuje eksplorować to, w jaki sposób doszło do zamknięcia ludzi w silosach i zadaje pytania co do moralności tych czynów. Robi to jednak w sposób niezbyt wprawiony i naprawdę nudny. W tej części skaczemy od samego planu ludzkości przed apokalipsą, przez upadanie silosów, aż do rozwiązania zagadki dotyczącej tego, co i jak się stało. Howey wykłada nam więc wszystko od A do Z, nie zostawiając żadnych domysłów, przez co jego świat staje się wręcz absurdalny. Jeśli w tego typu literaturze przestaje istnieć choć odrobinka tajemnicy to jeśli nie jest perfekcyjnie skonstruowany to zaczyna się sypać niczym domek z kart – i mam wrażenie, że to dzieje się w tym przypadku.

Dodatkowo skakanie pomiędzy stuleciami z Troy’em (którego tajemnica prędko staje się oczywistością: ja domyśliłam się rozwiązania praktycznie od razu) było po prostu… głupie. Irracjonalne. Jedna osoba, budząca się do życia co sto lat i nie mającą problemu w przywyknięciu do aktualnie trwającej sytuacji nie pomaga w realistycznym budowaniu świata przedstawionego.

Należy tu nadmienić, że tom pierwszy oraz drugi łączy właściwie tylko samo uniwersum. Owszem, jakieś wydarzenia się pokrywają, ale generalnie nasi bohaterzy to nowe postacie. Nie jest to więc bezpośrednia kontynuacja.

„Zmiana” ma też spory problem ze stylem autora. Bo chociaż Howey pisze w sposób bardzo lekki i przystępny to mam wrażenie, że jest za bardzo przegadany. Połowę treści można było naprawdę wyciąć, a powieść co najwyżej zyskałaby na tempie. Niestety, przez to trudno mi nie odnieść wrażenia, że autor ma w sobie duszę grafomana, który pisze, pisze i nie potrafi przestać, a usunięcie fragmentów dzieła jest dla niego zniszczeniem jego najbardziej ukochanego dziedzictwa. A tej powieści naprawdę mocno przydałoby się ostre cięcie.

Jako, że trzeci tom na półce już po prostu mam to na pewno zakończę lekturę tej trylogii w całości i nie będę poprzestawać na tomie drugim.  Gdybym jednak nie jej nie miała to na pewno nie kupowałabym jej specjalnie. Nie trudno mi się domyśleć, jakie będzie zakończenie, a sama powieść jest dla mnie po prostu bardzo bezbarwna i przy tym niezbyt wprawna warsztatowo. Niemniej, to da się czytać. Nie boli nadmiernie, wchodzi lekko i stosunkowo bezboleśnie. Jeśli wiec ktoś szuka po prostu jakiejś post-apokalipsy, bo pochłania takie lektury w ilości każdej to jak najbardziej można dać tej serii szansę. Może akurat Was ten świat i takie podejście do pisania zauroczy.  Wszak gusta są różne, a ten tytuł nie bez powodu sprzedał się w dużych ilościach na amerykańskim rynku.




niedziela, 16 sierpnia 2020

Laguna: nigeryjska rzeczywistość i zbliżająca się inwazja Obcych

 

Trójka nieznajomych spotyka się na plaży w Lagos. Gdy pojawia się olbrzymia fala, nie wiedzą jeszcze, że przyniesie ona zmiany całemu światu. Wkrótce z morskiej toni wyłania się nieznana im kobieta. Jak się prędko okazuje – pochodząca z gwiazd.

 

Nigdy nie czytałam afrykańskiej fantastyki. Często o niej słyszałam, jednak nigdy koniec końców po nią nie sięgnęłam. „Laguna” Nnedi Okorafor jest więc swego rodzaju pierwszym testem, choć też niepełnym. Autorka wprawdzie ma nigeryjskie korzenie, ale jest jednak Amerykanką. Spodziewałam się, że może będzie trochę dziwnie, że może nie do końca powieść „mi siądzie” i… rozpoczynając lekturę, naprawdę się zdziwiłam.

Bo po mglistym i tajemniczym wstępie autorka wrzuciła mnie w historię, która początkowo wydała mi się po prostu interesująca. Okorafor się nie patyczkuje, bo od razu ustanawia główną bohaterką biolożkę morską, Adaorę. To bohaterka z problemami małżeńskimi, niekoniecznie lubiana w swojej okolicy. Uznawana za wiedźmę i krytykowana przez lokalnego kapłana zawsze miała w swoim kraju pod górkę. Pokiwałam wtedy głową, uznając, że dobrze, rozumiem: autorka widzi w Nigerii jakiś problem i przedstawia go czytelnikom. Nie zrozumcie mnie źle: problemy rodzinne i krytyka społeczeństwa może zdarzyć się każdemu i zawsze. Nigeryjskie realia przedstawione przez pisarkę wydają się być jednak bardziej zabobonne, bardziej plemienne, niż te nasze, polskie. Sam problem pozostaje więc niby tym samym problemem, ale jednak ma jednak nieco inny „klimat”.

W każdym razie, Adaora wydaje się być bohaterką, która może coś do powieści wnieść. Pozostała dwójka bohaterów – raper Anthony i żołnierz Agu – być może przestawiają się mniej wyraziście, ale początkowo nie mam też problemów z pojęciem kto jest kim, gdzie, co się dzieje. Przez powieść płynę dość sprawnie, jeśli już ją otwieram, choć też mimo że pozornie wszystko mi opowiada nie mam ochoty po nią sięgać bez drobnego zmuszania się. Im dalej w las, tym jest gorzej, bo robiąc tygodniowe przerwy muszę powtarzać treść, zapominam postacie, zapominam, gdzie dokładnie skończyłam. I koniec końców powieść nie mającą nawet trzystu stron czytam miesiąc. Miesiąc. I to wcale nie przez to, że „Leguna” jest książką szczególnie trudną. Po prostu im dalej w nią brnęłam… tym mniej interesująca się dla mnie stała.

[Możliwy SPOILER] Motyw, który wykorzystuje autorka „Leguny” pojawił się wcześniej w czytanej przeze mnie już jakiś czas temu „Cenie szczęścia” Eriksona. Bo to ta powieść, w której kosmici przybywają na Ziemię i zamiast uznać, że chcą nas zniszczyć to planują się z nami zaprzyjaźnić. Zdaje sobie sprawę, że to pewnie nie jedyne dzieła kultury z podobną tematyką, ale w tym momencie inne powieści nawet nie przychodzą mi do głowy. W przypadku książki Eriksona sporym problemem był brak fabuły, brak konkretnego celu historii i brak głównego bohatera. Mam odczucie, że w tym przypadku jest trochę podobnie. Bo choć Okorafor prowadzi tę historie sprawniej i obiera ją w jakieś ramy, pokazując funkcjonowanie społeczeństwa na początku tych specyficznych przemian to koniec końców… nie umiem tej książki „poczuć”. Gdy kosmici przychodzą i mówią: chcemy wam pomóc i się z wami przyjaźnić, właściwie nie chcąc nic w zamian… to naprawdę trudno o jakieś szczególne zaskoczenia w fabule. [Koniec SPOILERA] Autorka jakby próbuje to rekompensować, próbując się skupiać na scenkach z samego kraju, a nie tylko głównych bohaterach. Podsuwa nam też inne tropy, przedstawia postacie o różnym punkcie widzenia… Ale koniec końców, to wszystko się rozmywa, robi niekonkretne, nudne.

Realia Nigerii to naprawdę ciekawe tło na dobrą historię fantastyczną i chętnie bym takową przeczytała. Jednak przy tym muszę przyznać, że „Laguna” – choć zaczynała się jak ciekawa podróż rozrywkowo-poznawcza – nie do końca spełniła swoją funkcję w moim przypadku. Nie chcę tej książki jednoznacznie sądzić. Czytałam ją o wiele za długo, nie potrafiłam się na niej skupić i być może po prostu odbiłam się od pióra autorki, bo i tak się czasem zdarza. Mam jednak wrażenie, że CZEGOŚ tu brakło. Może lepszego skonstruowania intrygi? Może właśnie pójścia w klimaty kompletnie dziwne, zupełnie mi nieznane i jeszcze bardziej nigeryjskie? Odbieram tę książkę tak, jakby chciała być wszystkim po trochu (przedstawieniem kultury Nigerii, jej problemów, historii SF, opowieści o reakcjach ludzi na nieznane itd.), a ostatecznie nie była niczym konkretnym.

[SPOILER] Powoli kończąc ten mój chyba nieco nieskładny i nawet nie do końca recenzencki wywód, chcę tylko wspomnieć o pewnym elemencie, który trochę mnie „ubódł”. Powieść rozpoczyna się tym, że Adaora wychodzi na plażę po pobiciu przez męża. Zdarza się to pierwszy raz w jej życiu, nie wie, co ma ze sobą zrobić, musi tę sprawę przemyśleć. Sprawa przedstawiona jest w narracji tak, jakby problem bicia kobiet w Nigerii był czymś naprawdę poważnym. Ponownie, nie chcę być źle zrozumiana: bicie kogokolwiek nie jest OK. Ale narracja zdaje się rysować sytuację, według której niemal każda kobieta w kraju jest ofiarą przemocy domowej. Być może tak jest: nie wiem. W każdym razie, Adaorą targają emocje, bo choć w jej związku nie działo się najlepiej, wydawało jej się, że jej mąż akurat do tego zdolny nie jest. Na plaży wraz z nią pojawia się dwójka mężczyzn, którzy też mają dość konkretne powody przez które się na nią wybierają. Aydodele wkrótce wyjaśnia im, że zebrali się przez jej ingerencję. Między innymi, to ona „zachęciła” męża Adaory do uderzenia jej w trakcie kłótni małżeńskiej. Nie zmusiła go, jedynie właśnie „zachęciła”. Szczerze mówiąc, ten element, połączony z dalszymi kłótniami małżonków i zachowań głównej bohaterki wzbudza we mnie spory dysonans. Bo koniec końców wychodzi na to, że choć jej mąż jest winny uderzenia to jednak w trakcie nie był w pełni swoich (i tylko swoich) własnych sił umysłowych. Gdyby nie pomoc Ayodele tego by nie zrobił. A ten element „Laguny” odebrałam tak, jakby Adaora była wręcz trochę wdzięczna swojej kosmicznej znajomej i tylko wykorzystywała to uderzenie jako pretekst do pozbycia się problematycznego męża. Ponownie, nie mam pojęcia, czy dobrze to odebrałam, zwłaszcza, że to bardzo delikatny temat… ale te sceny po prostu pozostawiły we mnie po sobie pewien niesmak. Może to dlatego mój entuzjazm co do tej powieści powoli słabł?


sobota, 21 lipca 2018

Limes inferior: Tajemnice Agrolandu


W świecie Agrolandu, w którym ludzie podzieleni są na klasy zależne od ich inteligencji żyje Sner, lifter zajmujący się przenoszeniem ludzi do wyższych klas. Przez przypadek traci dostęp do swojego Klucza, czyli urządzenia, które zastępuje jego portfel i wszystkie dowodu tożsamości. Próbując uporać się z problemem, odkrywa, że nic w jego świecie nie jest takie, jak mu się wydawało.

Po trzech już spotkaniach z Januszem Zajdlem nadszedł czas, by sprawdzić, jak wypada jedna z jego najbardziej znanych powieści: „Limes Inferior”, czyli z łaciny „dolna granica”. Jak wielu czytelników, tak i ja muszę tym razem stwierdzić: ta powieść razem z „Paradyzją” stanowią najlepsze dzieła tego autora, które jak na razie miałam okazje poznać.
Styl Zajdla jak zawsze okazał się być dla mnie naprawdę przyjemny i wciągający. Mimo poruszania raczej trudnych tematów społecznych w tę historię po prostu się wsiąka, a sam klimat nie jest szczególnie mroczny i dołujący, tak jak ma to miejsce choćby w „Roku 1984” Orwella, dzięki czemu opowieść po prostu nie męczy i można ją w miarę szybko pochłonąć. Należy jednak pamiętać o tym, że jednak mamy do czynienia z fantastyką socjologiczną, co sprawia, że dłuższe opisy, pokazujące nam funkcjonowanie świata są właściwie nieodłączną częścią tego typu powieści, a „Limes Inferior” nie są w tym przypadku wyjątkiem. Niemniej, uniwersum wykreowane przez Zajdla jest tak ciekawe, że dla mnie absolutnie nie jest to wadą.
Tytuł: Limes Inferior
Autor: Janusz A. Zajdel
Liczba stron: 288
Gatunek: fantastyka socjologiczna
Wydanie: Supernowa, Warszawa 2004
Zwłaszcza, że w porównaniu do takiej „Paradyzji” chociażby samej fabuły mamy tu zdecydowanie więcej i wypada ona sama w sobie ciekawiej. Autor wrzuca nas w wir nielegalnych intryg, pokazując tą „ciemną” stronę rzeczywistości. Główny bohater, Sneer to charyzmatyczny i pewny siebie lifter, który wiedzie życie jako czwartak: dzięki temu nie musi pracować i może oddać się swojemu nielegalnemu zajęciu, mimo inteligencji na poziomie zero (która obligowałaby go do legalnej pracy). Obserwowanie go jest naprawdę wyjątkowo ciekawe: to charakter stworzony do odkrywania przed nami tajemnic systemu.
Niestety, przy tak mocnym głównym bohaterze nieco gubią się postacie drugoplanowe: choć „Limes inferior” zawiera kilka pobocznych wątków z innymi postaciami to raczej nie zapadają szczególnie w pamięć, stanowiąc jedynie pewne uzupełnienie dla głównego wątku powieści.
Przy tym wszystkim nie można zapominać o tym, że powieść Zajdla jest przełożeniem na fantastykę polskich realiów RPL-u, dlatego zwłaszcza osoby zainteresowane tą tematyką powinny odnaleźć się w tej historii. Niemniej, moim zdaniem „Limes inferior” – jak wszystkie powieści Zajdla – doskonale zniosło próbę czasu. Nie tylko porusza temat dość uniwersalny, ale też same wynalazki w niej zawarte są po prostu bardzo trafne. Sama świat przedstawiony wyobrażałam sobie w formie bardzo nowoczesnego cyberpunku, a Klucze niezwykle przypominają nasze współczesne smartfony. W końcu można nimi i płacić, i kupować różne rzeczy, a czasem też się „legitymować” – bilety w komórkach to przecież nasza codzienność.
Janusz A. Zajdel to wyjątkowa postać na polskiej scenie fantastycznej i absolutnie każdy zainteresowany tym gatunkiem powinien prędzej, czy później po książkę tej legendy sięgnąć. „Limes inferor” zaś będzie naprawdę dobrą pozycją na start, bo najzwyczajniej w świecie jest kawałkiem dobrej historii, osadzonym w ciekawym świecie przedstawionym.

PS Na zdjęciu poniżej autograf Macieja Parowskiego, autora posłowia do „Limes inferior”, a także autora licznych książek i komiksów oraz ojca redaktora „Nowej Fantastyki”. To on, kierując działem prozy polskiej w tymże miesięczniku w latach 80. opublikował m. in. Andrzeja Sapkowskiego.


* * *

Nie wiem, czym się na co dzień zajmujesz, ale chyba powinieneś dostrzegać tę prostą relację pomiędzy porządkiem i wolnością: one nie mogą współistnieć! Jeśli wolność jest realnym faktem, to porządek jest tylko pozorny, i vice versa! Taka sama sytuacja jak w przypadku równości i sprawiedliwości, o których wspominałeś: równy podział nigdy nie będzie sprawiedliwy, i odwrotnie.
Fragment „Limes Inferior” Janusza A. Zajdla

piątek, 1 czerwca 2018

Azyl: Powrót zapomnianych i zagubionych



Na 35. lecie debiutu Jarosława Grzędowicza odkopano to, co zapomniane: światło dzienne po raz pierwszy od wielu lat ujrzało jego debiutanckie opowiadanie, „Azyl dla starych pilotów”. Poza nim wewnątrz można znaleźć dziewięć innych tekstów, większość stworzonych przez autora w latach 80. i 90.

Do tej pory dane było mi przeczytać wszystkie wydane książki Jarosława Grzędowicza, poza tą najnowszą i najstarszą jednocześnie: choć „Azyl” został wydany w 2017 roku to teksty w jego wnętrzu do nowych nie należą. Każde pojawiło się już w druku, czy to w magazynie, czy w antologii i teraz, z okazji jubileuszu, zostały zebrane do kupy, dostały okładkę z naprawdę ładną grafiką i trafiły na półki księgarni.
Choć tego autora zdecydowanie lubię, to jednak nie uwielbiam jego wszystkich dzieł po równi, co z resztą nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę, że Grzędowicz porusza naprawdę różną tematykę. Muszę jednak przyznać, że… ten zbiorek zdecydowanie mi się podobał i w jego wnętrzu nie znalazło się opowiadanie, które odebrałabym szczególnie negatywnie, chociaż oczywiście, nie wszystkie były dla mnie tak samo dobre.
Tytuł: Azyl
Autor: Jarosław Grzędowicz
Liczba stron: 480
Gatunek: fantastyka, zbiór opowiadań
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2017
Ciekawie było przeczytać debiutancki tekst autora, choć zdecydowanie – nie należy on do szczególnie wyjątkowych. Ot, prosta i krótka historia, która nie razi, ani nie jest niczym szczególnie złym. Wewnątrz znajdziemy jednak kilka zdecydowanie mocniejszych i lepszych tekstów.
Jako, że mam wielką słabość do zajdlowskich wizji rzeczywistości, opowiadani, czy raczej minipowieść „Przespać piekło”, utrzymane właśnie w konwencji fantastyki socjologicznej, było dla mnie chyba największym zaskoczeniem: nie sądziłam, że Grzędowicz się czymś takim parał, a tu proszę! Mamy dobry tekst, który taką tematyką się zajmuje.
Jednak choć to było największe zaskoczenie, to chyba najbardziej do gustu przypadły mi „Śmierć szczurołapa”, czyli opowiadanie o łowcy zmutowanych szczurów oraz „Enter i jesteś martwy”, które cechuje się specyficzną (i jakże ciekawą!) narracją. Jest to przy tym stosunkowo świeże opowiadanie, bo napisane w połowie lat 90., co nie zmienia faktu, że w ówczesna wizja przyszłości Grzędowicza zdecydowanie różniła się od tego, co ostatecznie możemy obserwować.
Chcę wspomnieć też o opowiadaniach „Rozkaz kochać”, które analizuje emocje bohatera i przy tym ma w sobie nieco ze spacer opery oraz o „Domie na krawędzi świata”, mający w sobie nieco horrorowego klimatu.
Pod koniec każdego z tekstów możemy znaleźć kilka słów od autora, które wyjaśniają, w jaki sposób powstało dane opowiadanie oraz gdzie się ukazywało. Osobiście bardzo lubię tego typu rozwiązania, zwłaszcza w tego typu zbiorach opowiadań, które są w stanie rzucić nam nowe światło na sam tekst.
Warto też dodać, że nie znajdziecie wewnątrz opowiadania utrzymanego w „czystej” konwencji fantasy. W czasie, gdy powstawały te teksty, taka w Polsce właściwie nie istniała, o czym należy pamiętać. Chociaż – jak sam autor pisze w jednym z komentarzy – jeden z tekstów uchodzi za pierwszy tego typu polski tekst (na równi z opowiadaniem Piekary, które wyszło w podobnym czasie).
„Azyl” jest oczywiście pozycją obowiązkową dla fanów autora: zobaczenie, jak ten się rozwijał na przestrzeni lat jest niewątpliwie bardzo dobrą przygodą samą w sobie. Ale wydaje mi się, że i osoby postronne będą z tej lektury zadowoleni, bo to po prostu naprawdę porządny zbiór opowiadań.


* * *

Człowiek czegoś szuka, otwiera jakąś szufladę i natyka się na pudło takich zdjęć. Swoich. A wtedy zapomina, co miał zrobić, siada na podłodze i przegląda je z niedowierzaniem. Bo cały czas wydaje się nam, że świat wokół nas wygląda w zasadzie tak samo, a jest to szokująco złudne. Nie chodzi nawet o to, że patrzysz na dziecko, a teraz jesteś dojrzałym mężczyzną. To jest jasne. Tu chodzi o szczegóły Elementy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi, bi po prostu są. Spodziewałem się wizerunku młodziana, pamiętam, że kiedyś nim byłem, ale naprawdę nosiłem takie okulary, wielkości tabletów? I naprawdę nie mogłem zrobić czegoś z tym, co miałem na głowie, odwiedzić fryzjera chociażby? Ile to. na Boga, kosztowało? A to za mną tam, z tyłu, to naprawdę samochód? rzeczywiście były takie małe, blaszane i pokraczne? Czy tę ulicę zbudowano całkowicie po ciemku? Nikt nie umiał równo wylać asfaltu albo położyć paru betonowych płyt obok siebie, nie łamiąc ich przy tym? tamten szyld namalował szympans?



Fragment „Azylu” Jarosława Grzędowicza

Nomida zaczarowane-szablony