Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 stycznia 2020

Winna: Szara myszka i przystojniak, czyli zwyczajnie zwyczajna kobieca powieść




Wendy żyje w poczuciu winy. Po tym, jak jej brat zginął w wypadku, dwudziestopięciolatka nie potrafi odnaleźć dawnej siebie. Mimo doktoratu z psychologii, nie potrafi sobie poradzić z własną psychiką. Teraz jest tylko gorzej: właśnie zerwała z chłopakiem, który dopuścił się zdrady. Czy nowo poznany Jim pozwoli jej zapomnieć o przeszłości i ruszyć dalej?

Tytuł: Winna
Autor: Alicja Sinicka
Liczba stron: 416
Gatunek: romans, thriller
Wydanie: Kobiece, Warszawa 2019
Jakiś czas temu naszła mnie myśl, że dawno nie czytałam zwykłej po-prostu-książki. Takiej, po którą sięgnie typowa Polka, gdy chce się odstresować. Niekierowana dla młodzieży, nie skupiająca się na erotyzmie, a po prostu będąca o czymś… codziennym. Zwykłym. I tak w ręce wpadło mi kieszonkowe wydanie książki Alicji Sinickiej pod tytułem „Winna”. Nie miałam wcześniej styczności z autorką, ale polskich autorów warto sprawdzać, prawda? Poza tym moje dotychczasowe spotkania z Wydawnictwem Kobiecym nie należały do tych najbardziej udanych, więc uznałam, że mogę po prostu spróbować jeszcze raz. Tym razem z ich „okrętem flagowym”, a nie młodzieżowym fantasy dla nastolatek.
Efekt mojego spotkania z tym tytułem odrobinkę mnie zaskoczył. Odrobinkę, bo właściwie opis znajdujący z tyłu powieści zdradza ostateczny zwrot akcji… choć chyba nie sądziłam, że po prostu będzie on „aż taki”. Ale może po kolei!
By nie było wątpliwości, „Winna” nie jest wybitną książką. Jest trochę toporna. Zacznijmy od samego stylu autorki. Sinicka składa poprawnie zdania, a powieść jest raczej prosta w przyswojeniu, ale niektóre z porównań czy opisów czynności sprawiają wrażenie absurdalnych (np. nikt nie krząta się godzinę po domu z kubkiem kawy w ręku, raczej wtedy siedzi). Dialogi wypadają sztampowo, a część opisów można byłoby po prostu wywalić i „Winna” co najwyżej zyskałaby na tempie. Idealnie więc nie jest, ale generalnie: Sinicka piszę w miarę poprawnie.
Główna bohaterka, wokół której toczy się cała akcja, jest zaś postacią sprawiającą sztuczne wrażenie. Ona sama i otaczający ją świat są po prostu wyciosane toporem pod historię, którą autorka wcześniej wymyśliła. Wendy z jednej strony ma pewne problemy osobiste, z drugiej jednak niczego jej nie brakuje. Ma przyjaciółkę, satysfakcjonującą ją ale niezbyt wymagającą pracę, bogatą rodzinę. Jest w tym idealnym miejscu, aby móc skupić się na wewnętrznych rozterkach. Te zaś w dużej mierze skupiają się na narzekaniu i opisywaniu braku poczucia własnej wartości, co w pewnym momencie robi się po prostu nudne.
Choć romans w tej książce jak najbardziej jest i jest jej istotną częścią, to na całe szczęście „Winna” erotykiem nie jest i autorka raczej unika dokładnych opisów zbliżeń. Kładzie za to nacisk właśnie na wspomniane już przeze mnie wnętrze Wendy… co też nie wypada wybitnie, ale z dwojga złego, chyba wolę taką opcję.
Czytając, dość długo zastanawiałam się, do czego to wszystko prowadzi. No bo niby Wendy coś tam robi, coś przepracowuje, ale jednak opis z tyłu okładki sugerował mi jakąś konkretniejszą akcję? Jakąś tajemnicę? Walkę o bliskich? A ten wątek dość długo się jednak nie pojawia, a przynajmniej – nie wprost. A gdy już do niego dochodzimy to wyskakuje wręcz jak Filip z konopi. Przynajmniej ja miałam takie poczucie, nawet jeśli narracja do pewnego stopnia do zapowiadała. Myślę, że pod kątem rytmicznym nie wypadło to najlepiej, nie zrobiło takiego wrażenia, jak zrobić powinno, ale jednocześnie… po prostu się zaskoczyłam. A to już jakaś zaleta.
Koniec końców, „Winną” najchętniej oceniłabym mianem neutralnej książki. Właściwie takiej, jakiej chciałam. Zwykłej, codziennej. Wcale nie dobrej i nie wartej zapamiętania, ale na tyle lekkiej, że można ją spokojnie czytać w zatłoczonym autobusie. Jeśli czegoś takiego szukacie to po tę książkę można sięgnąć. Pod warunkiem oczywiście, że nie macie dosyć wiecznie narzekających na swoją nieudolność życiową, szarych myszek.  


poniedziałek, 5 listopada 2018

Gospoda pod Bocianem: Rodzinna saga w jednym tomie

Historia rodziny Bogoszów rozpoczyna się w XIX wieku, gdy Henryk tworzy Gospodę pod Bocianem, niezwykłe miejsce, które staje się prędko rodzinnym gniazdkiem dla jego bliskich. Choć lata mijają, a czasy bezustannie się zmieniają ród Bogoszów nieprzerwanie od tamtego czasu trzyma się razem.
Za każdym razem, gdy sięgam po literaturę dedykowaną kobietom mam nadzieję, że tym razem faktycznie wsiąknę w tę historię. Że ten romans w końcu okaże się „mój”, że ten dramat faktycznie mnie poruszy. Niestety, jak na razie nie znalazłam swojej idealnej książki dedykowanej mojej płci i choć sięgnęłam po „Gospodę pod Bocianem” Katarzyny Drogi z jak najlepszym nastawieniem to niestety, i tym razem nie jest to do końca książka dla mnie. Nie jest to zła powieść – po prostu ja najwyraźniej nie potrafię wczuć się w te typowo kobiecą literaturę.
Tytuł: Gospoda pod Bocianem
Autor: Katarzyna Droga
Liczba stron: 324
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydanie: Edito, Gliwice 2018
Konstrukcja „Gospody pod Bocianem” przypomina mi trochę „Całe miasto o tym mówi” Fannie Flagg. Tak jak i tam, tak i tu obserwujemy losy bohaterów na przestrzeni lat, choć należy dodać, że jednak książka Drogi nie rozwleka swojej historii na aż tyle lat i po prostu trzyma się jednej rodziny, a nie opowiada o całym mieście. Ta powieść to swoista saga rodzinna, tyle tylko, że zmieszczona w jednym tomie. W związku z tym czasy opisywane przez autorkę naprawdę szybko mijają i moim zdaniem trudno w trakcie czytania „Gospody…” naprawdę wczuć się w czasy międzywojnia, czy II wojny światowej, zwłaszcza, że te wydają się podane stosunkowo płytko. A przynajmniej – dla mnie, osoby przyzwyczajonej do mocnej stylizacji języka w związku z czytaniem literatury fantastycznej.
Ponieważ czas w książce Drogi mija dość szybko, trudno tu też mówić o bardzo indywidualnym podejściu do bohaterów i jakiejś konkretnej fabule. Narrator często zdaje się stać z boku, obserwując to, co się dzieje i nie wnika zbyt głęboko w dusze postaci, choć należy zaznaczyć, że sama ich charakterystyka wypada naprawdę nieźle. A fabuła? Cóż, choć w „Gospodzie…” znajdziemy kilka wątków, które stanowią swoiste rodzinne tajemnice i pchają całość do przodu to jednak przede wszystkim to książka o funkcjonowaniu dość zżytej ze sobą rodziny.
A szkoda. Szkoda, bo w tle tego wszystkiego rozgrywa się naprawdę niezła historia, którą chciałabym przeczytać i poznać, tylko… z innej perspektywy i z innym sposobem narracji; bardziej dynamicznym, bardziej emocjonalnym. Bo choć styl Drogi jest całkiem ładny oraz naprawdę ciepły to akurat do tego typu fabuły taki sposób opowiadania historii absolutnie by nie pasował.
Ta książka okazała się być dla mnie po prostu kolejną, „typową” literaturą kobiecą. Całkiem ładnie napisaną, bardzo serdeczną, dość spokojną i skupiającą się na relacjach między członkami rodziny. Właściwie nie mam jej nic do zarzucenia jako do książki tego typu: na pewno będę polecała ją wielu kobietom, które po prostu takiej literatury szukają, co jak najbardziej rozumiem i szanuje. Tyle tylko, że sama chciałabym jednak czegoś więcej; czegoś mocniejszego, czegoś bardziej dopracowanego pod względem stylu, czegoś, co naprawdę by mnie zaintrygowało. Nie widzę też w książce Drogi właściwie niczego innowacyjnego: to po prostu bardzo „bezpieczna” historia, która zdecydowanie nie próbuje wyprowadzać czytelniczki przyzwyczajonej do rodzinnych opowieści z jej strefy komfortu.
„Gospoda pod Bocianem” nie okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę; próbuję i testuję literaturę kobiecą, ale to cały czas nie jest to, czego szukam. Nie żałuję jednak zapoznania się z nią i mam po prostu nadzieję, że będę mogła wieść o niej przekazać dalej w świat, bo nie wątpię, że ta powieść znajdzie dość duże grono swoich zwolenniczek… i może również zwolenników?


* * *

Nigdy nie dowiedziałabym się tego wszystkiego i nie opisałabym dziwnej historii Bogoszów, gdyby nie miłość i przypadek, zjawiska naturalnie ze sobą splątane. Miłość dwojga studentów, trochę dziwna i niedzisiejsza, bo mimo dwudziestego pierwszego wieku, ery komórek i internetu, przypadkiem spotkała ich w najprawdziwszym pałacu. Moja własna miłość do podlaskiej ziemi, starych szpargałów i przeszłości, która wyskakuje z kufrów i ze strychu przypadkiem i kiedy chce. Wreszcie miłość starego człowieka do wnuczki, do wynalazków, a także do…. fotografii.
Fragment „Gospody pod Bocianem” Katarzyny Drogi



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 17 lipca 2018

Mansfield Park: Życie w XIX-wiecznej rodzinie

 
Dziewięcioletnia Fanny zostaje oddana na wychowanie bogatej ciotce. Cicha i nieśmiała, ale pełna wdzięczności dziewczynka dorasta w domu, w którym niemal nikt nie traktuje jej jak równej sobie. Pewnego lata do dworu przybywa wychowane w mieście rodzeństwo, które burzy spokojne życie domowników.

„Mansfield Park” to moje drugie spotkanie z twórczością Jane Austen. Nie jest to zbyt typowy wybór: to chyba jedna z jej książek, która zbiera gorsze opinie, głównie przez to, że poruszana przez nią tematyka niekoniecznie odpowiada dzisiejszemu czytelnikowi. Dla mnie jednak ta powieść była przede wszystkim wytchnieniem.
Tytuł: Mansfield Park
Autor: Jane Austen
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Liczba stron: 440
Gatunek: klasyka literatury kobiecej
Wydanie: Prószyński i Sk-a, Warszawa 2016
Tego typu klasyka literatury ma w sobie pewną grację i spokój, której brakuje współczesnym tekstom. Dziś wszystko zdaje się pędzić, nie ważne, czy to romans, obyczaj, kryminał, sensacja. Byleby czytelnika nie zanudzić, byleby kupił i nie narzekał, że w książce nic się nie działo. Styl i klimat przestają mieć większe znaczenie. Na całe szczęście czasy Jane Austen były pod tym względem inne i „Mansfield Park” jest po prostu po brytyjsku i piękne, i leniwe jednocześnie.
To historia, w której autorka postanowią przelać na papier swoje lęki dotyczące przemian społecznych. Fanny jest tu wzorem idealnej dziewczyny: grzecznej, potulnej i dobrze wychowanej. Otaczają ją osoby mniej, lub bardziej zniszczone, które dążą do wygodnego życia, „pozbawionego zasad”. Z tym, że w trakcie czytania należy wziąć poprawkę na to, w jakich czasach powstała ta powieść: to, co wtedy Austen wydawało się zupełnie niemoralne, dla nas jest czymś zaskakująco normalnym i podejrzewam, że ja, jako osoba bez dużej wiedzy na temat XIX-wieku, nie wyłapałam nawet połowy rzeczy, które próbowała w tej powieści przekazać.
Poza tym brakuje mi w tej powieści bohaterów, z którymi naprawdę mogłabym się zżyć. Fanny jest cichutką, wrażliwą i grzeczną dziewczyną, której przy tym nie brakuje naiwności: trudno było mi postawić się na miejscu tak „idealnej” osoby. Edmund, główny męski bohater, też jest postacią perfekcyjną, a pozostałe, choć istotne, są tłem, w które nie wnikamy aż tak mocno pod względem psychologii, czy zachowań, zwłaszcza, że Austen ma w zwyczaju prowadzić narracje w sposób raczej neutralny.
Nie zmienia to jednak faktu, że tę powieść po prostu przyjemnie się czyta. Obserwacja perypetii rodzinnych i ówczesnych zwyczajów naprawdę potrafi sprawiać przyjemność. To książka, która mija szybciej, niż mogłoby się wydawać, jednocześnie będąc spokojną opowieścią, która pozwala ukoić nerwy.
Mam wrażenie, że… nie mam tu o czym więcej mówić: takie książki jak ta, zostały przemielone przez profesjonalistów tysiące razy i najzwyczajniej w świecie ja tego i tak nie zrobię lepiej. Dla mnie „Mansfield Park” stało się po prostu książką, która pozwoliła mi zregenerować czytelnicze siły i która zauroczyła mnie na swój sposób, choć jednocześnie nie wywołała u mnie nadzwyczaj mocnych emocji.



* * *

Kochał ją, był jej przewodnikiem, strzegł jej nieprzerwanie od dziesiątego roku życia, sam, w ogromnej mierze, uformował jej umysł, swoją dobrocią krzepił jej serce, otaczał szczególnym i serdecznym zainteresowaniem; dzięki temu, co sam dla niej uczynił, stała mu się droższa niż ktokolwiek inny w Mansfield.
 Fragment „Mansfield Park” Jane Austen

poniedziałek, 11 września 2017

Karmin: Wokół starodruku

Gdy zgłaszałam się do konkursu patronackiego u dziewczyn z Książkowiru przekonana byłam, że „Karmin” to kryminał: nie próbowałam nawet ruszyć nadgarstkiem, by sprawdzić, co to. Zmyliła mnie okładka, która jakoś z tym gatunkiem mi się skojarzyła. Dopiero, gdy konkurs u nich wygrałam i zaczęłam dokładniej sprawdzać co ma do mnie przyjść (wcześniej wolę nie, by na książki się nie nakręcać :D) dowiedziałam się, że to jakiś debiutancki romans. Ale w końcu dla „dorosłych”, nie dla „młodzieży”.
Dziewczynom oczywiście dziękuję za możliwość zapoznania się z kolejnym kawałkiem literatury :)

Tytuł: Karmin
Autor: Agnieszka Meyer
Wydanie:  Wydawnictwo MG, Kraków 2017
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura kobieca, romans

Max, artysta-cieśla oraz odnawiająca stare księgi Selina wydają się być dla siebie stworzeni. Aż do kłótni, która wybucha niespodziewanie, sprawiając, że lądują w dwóch różnych zakamarkach świata. Ona we Włoszech, tonąca w książkach i objęciach tajemniczego Davida. On zaś w USA, próbując znaleźć szczęście w ramionach innej.

Agnieszka Meyer to osoba, której pisanie nie jest obce: wydała już e-booka z esejami, pisała do gazet i czasopism. „Karmin” jest jednak jej pierwszą powieścią i mimo, że autorka ma już jakieś doświadczenie w pracy nad słowem to niepisana reguła mówiąca o tym, że pisarz umie pisać po 3-4 książkach i u niej się sprawdza.
„Karmin” to powieść z bardzo konkretną inspiracją. Starodruki. Książka wydaje się być wokół tego słowa wręcz obudowana. Główna bohaterka się nimi interesuje, jeden z głównych bohaterów także. Doskonale widać, że to coś, co panią Meyer zafascynowało i być może dalej fascynuje. Niestety, sama inspiracja nie wystarczy: miało być o starodrukach, o tajemnicy, o czymś nienamacalnym... a wyszło właściwie trochę jak zwykle.
Nim jednak do tego przejdę, skupię się na stylu autorki, bo według mnie to największy problem „Karminu”. Jak już wspomniałam, powieść napisana została wokół słowa „starodruk”. I to niemal dosłownie. Skoro mamy stare teksty, tajemnicze i na swój sposób romantyczne to i styl powinien taki być, prawda? Agnieszka Mayer próbowała więc stylizować język na poetycki, piękny i delikatny jak skrzydełko motyla. Niestety, z nie najlepszym skutkiem.
Już na pierwszych stronach łapałam się za głowę, widząc „baobaby finansów”, albo „misterny wzór kolczyka sekretarki”, która kompletnie nic innego do fabuły nie wnosi, poza posiadaniem misternego wzoru na kolczyku. Meyer zdaje się nie znać umiaru w porównaniach, nader często zmuszając sowich bohaterów do nienaturalnych rozmyślań na filozoficzne tematy. A jak nie na filozoficzne, to o swojej przeszłości i o swoich bliskich, Przez to tempo powieści jest bardzo nikłe i niekiedy nużące. Mamy ogrom często kompletnie zbędnych opisów i wspomnień, a sama fabuła stoi w miejscu. Rozumiem, jaki był zamysł autorki, ale uważam, że prawdopodobnie brakuje jej jeszcze umiejętności, by takie coś zrobić dobrze. Tak po prostu.
Na całe szczęście najbardziej bolesny jest tylko początek książki. Bo albo ja się do stylu Meyer przyzwyczaiłam, albo im dalej w las tym tych zastojów jest mniej (choć i tak jest ich sporo). W każdym razie, choć było to męczące, dałam radę dobrnąć do końca. Podejrzewam, że taki styl pisania niektórym paniom bardzo się spodoba, aczkolwiek ja widzę tu po prostu braki warsztatowe.
Choć całość obraca się wokół słowa „starodruk” to nie oznacza, że fabuła obraca się wokół starodruków. Jeśli to jest jedyny powód, dla którego chcecie sięgnąć po tę książkę odradzam z ręką na sercu. Choć stare teksty są niezwykle ciekawe autorka stawia jednak na romans; starodruki to tylko coś, co naprawia Selina i coś, co pozwala na zbudowanie, nieco naciąganej, relacji z Davidem. Jednocześnie dodaje historii trochę tajemnicy i poza tym nie robią kompletnie nic. To jest dodatek, nie główny temat samej historii.
Muszę pochwalić autorkę za pewną wartość edukacyjną, którą ze sobą niesie. Czytając, możemy poznać kilka faktów na temat konserwowania papieru, manuskryptów, historii i zabytków. Nie jest tego za wiele, ale Meyer podaje nam trochę ciekawostek i mniej znanych miejsc, które możemy zwiedzić. To naprawdę spora wartość „Karminu” biorąc pod uwagę, że to przede wszystkim romans.
A właściwie nie romans: trzy romanse! W pewnym sensie przynajmniej. Max i Selina rozstają się w (według mnie) nieco głupich okolicznościach. Cóż, bywa, uznajmy, że w to wierzę, zwłaszcza, że nasz bohater jest bardzo gwałtowna postacią. Potem wyjeżdżają. Rozstają się i próbują zacząć nowe życie, ciągle wracając myślami do siebie. Szczerze mówiąc, samego Maxa po prostu nie polubiłam. Nie przepadam za gwałtownymi osobami, a on na dodatek ma w sobie sporo agresji. To człowiek, którego w realnym życiu miałabym ochotę wielokrotnie pobić, tak po prostu. Poza tym jego wątek jest po prostu dość zwyczajny i nudny.
Z Seliną sprawa ma się nieco inaczej. David, którego poznaje, to zdecydowanie najciekawsza postać w całej książce. Inteligencja i tajemniczość to w końcu coś, co po prostu musi przyciągać, prawda? :) Przy okazji to po prostu miły facet, a sama Selina wiedzie ciekawsze życie niż Max. W porównaniu do jego wątku, historia Davida i konserwatorki jest zdecydowanie ciekawsza. Niestety, nie jest to coś genialnego: jeśli ktoś zna choć trochę popkulturę szybko załapie, o co z tym tajemniczym mężczyzną chodzi i nagle okaże się, że jego motywy są po prostu dość nudne, bo typowe i powtarzalne.
Ostatecznie jednak, choć „Karmin” nie jest genialny to jest czymś więcej, niż typowym romansem. Widać w tym jakiś pomysł, widać chęć stworzenia czegoś niezwykłego; mimo wszystko, to nie jest tak sztampowa historia, jak mogłabym się spodziewać. Styl autorki sprawia jednak, że książka niekoniecznie jest przyjemna w odbiorze. Na dodatek brakuje mi w niej czegoś dodatkowego: jakiegoś szczegółu, tajemnicy związanej ze starodrukami. Może odrobiny kryminału? Albo romansu sprzed wieków? Spodziewałam się, że w „Karminie” będzie jeszcze jakiś dodatkowy wątek poza romansem, niestety, przeliczyłam się.
„Karmin” to lektura, która spodoba się przede wszystkim romantyczkom zakochanym w książkach i historii: nie wątpię, że do wielu takich osób książka w pełni trafi. Niestety, ja tym typem nie jestem. Przed książkę Agnieszki Meyer przebrnęłam, doceniłam to, co mogłam, ale wracać do niej na ten moment nie planuje.

* * *

Przesiadał się w Nowym Jorku niejako na własne życzenie – przegapił bezpośredni lot do Niemiec. Nawet nie był to zwyczajowy powód, czyli atak, po prostu źle odczytał godzinę.
– Idiotycznie – wymamrotał. W zasadzie nie śpieszył się, ale irytował go sam fakt skutku, jaki jedno błędne przesunięcie oczami po bilecie miało dla płynności jego podróży. Zdekoncentrowany przestał uważać na to, co się dzieje wokół niego. Stanął wraz z walizką i bagażem podręcznym przed stalowymi drzwiami widny mającej zabrać go na następny poziom lotniska, automatycznie omiatając wzrokiem stojących obok niego ludzi.

Fragment „Karminu” Agnieszki Meyer

sobota, 9 września 2017

Kobieta w czerni: Po prostu głupia

Na Boga, cóż ja zrobiłam? Gdy kupowałam majowy numer Nowej Fantastyki zajrzałam na książki w kiosku. W oczy wpadł mi pierwszy tom tej serii. Kosztował 2zł, więc po prostu go wzięłam, tak z czystej ciekawości. Nie powiem, by to był najlepszy z możliwych pomysłów :D

Tytuł: Kobieta w czerni
Tytuł serii: Czarne perły
Numer tomu: 1
Autor: O. S. Winterfield
Tłumaczenie: Anna Just
Liczba stron: 192
Gatunek: literatura kobieca
Wydanie: Edipresse Polska S. A., Warszawa 2017

Odkąd skończyła dziesięć lat Stella mieszkała w internatach. Teraz ma osiemnaście i wraca do rodzinnego zamku na wieść o śmierci ojca. Dziedziczy po nim wielki majątek, jednak jednocześnie odkrywa, że jej rodzina skrywa większe tajemnice, niż mogłaby przypuszczać.

Raczej nie kupuje takich serii, do jakich zalicza się ta książeczka: tanich i dostępnych w kioskach. Dlatego już pierwsza styczność z tą książką wprawiła mnie w niezłe osłupienie. Nie dość, że „Kobieta w czerni” nie ma nawet dwustu stron to czcionka wewnątrz jest tak olbrzymia, jak w książkach dla dzieci. Biorąc pod uwagę, gdzie kupiłam książkę, reklamy na wewnętrznych stronach okładek oraz informacje o tekście „ułatwiającym czytanie” targetem tej książki niewątpliwie są starsze kobiety, mające już (prawdopodobnie) problemy ze wzrokiem. Niestety, wydawca wyraźnie nie wierzy w inteligencje czytelniczek, biorąc pod uwagę, co raczy im serwować.
Ta książka to po prostu głupawa, naiwna historyjka, w której kompletnie nic nie trzyma się kupy i poza tym, że czyta się ją błyskawicznie nie ma zbyt wielu zalet. „Kobieta w czerni” może i łatwo wchodzi, ale mam wrażenie, że nawet sławne „Pięćdziesiąt twarzy Greya” ma więcej sensu, niż ta opowiastka.
To nie miała być młodzieżówka, a lekka, pełna miłości i namiętności powieść dla dorosłej kobiety. Niestety, jej autor popełnił chyba wszystkie typowe błędy dla autorów new, czy young adult. Główna bohaterka ma dopiero osiemnaście lat. Powinna się uczyć i studiować, a przynajmniej chcieć to robić. Niestety, jej nawet nie przemknie to przez myśl. Stella jest głupiutką dziewczynką, której w głowie tylko otwieranie krypt i płacz, bo dwie osoby powiedziały jej coś niemiłego... Co ona oczywiście odbiera tak, jakby cały świat jej nienawidził.
„Kobieta w czerni” to nie jest książka, której fabuła trzyma się kupy. Wybaczcie za spoilery, które pojawią się za chwilę, ale to tak krótka historia, że po prostu nie mogę nie omówić jej wad, nie zdradzając pewnych szczegółów.
[SPOILER] Główny wątek książki dotyczy ucieczki Stelli z rodzinnych stron. Czemu dziewczyna ucieka? A no dlatego, że jakaś starucha powiedziała, że nad jej rodem wisi jakieś przekleństwo, a ona sama jakże mądrze otworzyła kryptę matki, przez co mieszkańcy okolicy mają ją za wariatkę/diabła/dziwaka. Dlatego też musi w tajemnicy uciekać z własnego domu, mając ogromną ilość funduszy i spore możliwości by się bronić. [KONIEC SPOILERA]. To tylko jeden przykład irracjonalności tej historii, a uwierzcie mi, na tych niespełna dwustu stronach jest ich więcej.
Tu nie ma żadnego porządnego bohatera. Nie ma też porządnego stylu: tłumaczenie zdaje się leżeć i kwiczeć, zaś narrator kilkukrotnie musi nas informować o tych samych rzeczach. Przez swoją irracjonalność ta opowieść nie uczy i nie wnosi kompletnie nic, przy okazji nie wiedząc, czym chce być. Romansem? Obyczajówką? Książką o podróżach nastolatki? A może jednak horrorem? To naprawdę nie jest dobra literatura.
„Kobietę w czerni” mogę „polecić” jedynie jako ostateczność: prosty język sprawi, że połkniecie tę książkę w pół godziny, może godzinę, albo półtora. Pod tym względem jest jak znalazł do pociągu, czy autobusu. Niestety, cała reszta pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jeśli nie macie ochoty czytać książki, która nic do waszego życia nie wniesie po „Kobietę w czerni” nawet nie próbujcie sięgać.

* * *

Stella otworzyła oczy. Grabarz klęczał przy otwartej trumnie i z wykrzywioną twarzą wpatrywał się w jej wnętrze, potem wstał i rzucił się na Stellę. Chwycił ją z całych sił i przyciągnął do trumny. Trumna była pusta!
Fragment „Kobiety w czerni” O. S. Winterfielda

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Rozważna i romantyczna: W brytyjskim stylu


Na wszystkich bogów, żywych i nieżywych! W końcu przeczytałam coś, co jest kobiecą klasyką. Od dawien dawna chciałam się z czymś takim zapoznać – byłam po prostu ciekawa o co jest taki hałas ;) A więc gdy w mojej ukochanej Biedronce wpadłam na Rozważną i Romantyczną po prostu ją wzięłam. I powiem Wam szczerze, że trudno o tak porządnie wydaną książkę za 10 złotych. W końcu sztywne okładki zwykle kosztują trochę więcej. Nie będę jednak dłużej Wam biadolić, zapraszam do recenzji!


Tytuł: Rozważna i romantyczna
Autor: Jane Austen
Liczba stron: 353
Gatunek: literatura kobieca

Mąż pani Dashwood umiera. Pozbawiona funduszy kobieta wyprowadza się więc na wieś do niewielkiego domku wraz z trzema córkami. Dwie z nich – Marianna i Eleonora – są już na wydaniu i rozglądają się za mężczyznami. Pierwsza z nich chciałaby, aby jej mąż był człowiekiem czułym i delikatnym, uwielbiającym sztukę tak samo, jak ona. Eleonora zaś życzyłaby sobie spokojniejszego i bardziej skrytego, ale wiernego i oddanego jej męża.  Los jednak nie zawsze jest tak łaskawy, jak te młode, piękne kobiety mogłyby sobie tego życzyć.

Dobra powieść nie traci na wartości wraz z mijającymi latami – to często czas weryfikuje, ile dana literatura jest warta. O Jane Austen było zaś głośno już w XIX wieku, a i teraz pamięta się o jej książkach. Nic więc dziwnego, że miałam ochotę się z nią zapoznać. Jak jednak jej debiut wypadł w moich oczach?
Przede wszystkim już na początku moją uwagę zwrócił styl Jane Austen. Rozważna i romantyczna napisana jest w piękny, brytyjski sposób. Język autorki jest bardzo elegancki i czysty, a przy tym grzeczny; autorka zdaje się traktować swoich bohaterów z szacunkiem, nie odkrywają przed nami każdej ich myśli. Ma w sobie też co nieco z wyspiarskiej leniwości: historia sunie gładko, ale powoli. Przy tym wszystkim Austen od czasu do czasu wplątuje w tekst delikatne szpileczki, które sprawiają, że tekst ma w sobie nieco – ale ostrzegam, tylko nieco – pazura.
Dziś trudno chyba trafić na autora, który pisząc literaturę kobiecą miałby tak wyćwiczony styl. To niewątpliwie stanowi zaletę tej pozycji: owszem, jest przez to dla nas dość specyficzna, ale dzięki niej mamy możliwość poznania nieużywanych już słów, czy konstrukcji. Niestety, to właśnie taki sposób pisania sprawił, że o ile na początku i na końcu powieści byłam w pełni przytomna to tego, co działo się w środku niemal nie pamiętam. Z tym, że szczerze mówiąc sama historia nie jest na tyle skomplikowana, by nawet pominięcie połowy stron przeszkodziło w rozumieniu jej.
Rozważna i romantyczna to przede wszystkim miła i niezbyt wymagająca powieść o dwóch młodych kobietach, zżytych ze sobą i szukających szczęścia w miłości. Historia, sama w sobie, nie wyróżnia się niczym szczególnym, a czasem może wydawać się wręcz przegadana. Bo ileż można słuchać o tym, że pannę Mariannę boli serce z rozpaczy, czy szczęścia, a panna Eleonora stara się jak może, by być tą nieugiętą i pewną siebie? Jeśli ktoś nie lubuje się w takich historiach to może w końcu się tym po prostu znudzić. Wprawdzie autorka stawia przed bohaterami liczne problemy, ale po kilku pierwszych zdziwieniach i zaskoczeniach w moim przypadku przyszła obojętność na losy dwóch sióstr.

Tak jak się spodziewałam, powieść Austen nie była czymś, co miało szanse mnie porwać. Owszem, cieszę się, że mogłam się z nią zaznajomić, ale nie sprawiła ona, że mam ochotę sięgać po kolejną książkę tego typu. Niemniej, z czystym sumieniem muszę stwierdzić, że dziś tak porządnie napisanej literatury kobiecej naprawdę można ze świecą szukać. Jeśli więc tylko ten gatunek Was interesuje nie bójcie się po nią sięgnąć. 

Nomida zaczarowane-szablony