Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarsko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarsko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

Święta Żniw

Słońce dopiero późnym rankiem zaczynało oprószać dolinę swoimi promieniami, dlatego leżąca u jej podnóża wieś budziła się do życia znacznie wcześniej. Gdy światło docierało do osady, zwierzęta już dawno skubały trawę na górskich halach. Większą część z nich stanowiły krowy i owce, jednak bystre oko mogło wypatrzeć również juczne osły oraz kilka sztuk koni himangari: półdzikich wierzchowców o kopytach przypominających kozie, które doskonale nadawały się do górskich wypraw.
Niemal każdego ranka o tej porze rolnicy doglądali pól, a we wsi dało się słyszeć brzdęk młota oraz kowadła, jednak tego dnia ludność zdawała się mieć nieco inne zajęcie.
Środkiem osady przechodziło dwóch kapłanów - jeden rasy ludzkiej, drugi krasnoludzkiej. Odziani byli w odświętne, żółtawe stroje i nawoływali mieszkańców do wspólnego pochodu po Święte Trawy.
– Ludzie! Nadszedł dziś dzień, aby oddać hołd naszej Pani Żniw, Janarze! Chodźcie z nami, aby zebrać Garronu, tak, by i w przyszłym roku nie brakło jej w waszych paleniskach! Niech jej słodki dym będzie podziękowaniem dla bogini za dobre plony, które nadchodzą!  - nawoływał ludzki kapłan.
Drugi, krasnoludzki, prawdopodobnie powtarzał to samo, jednak słów jego jednostajnej mowy, kojarzącej się z brzdękiem młota o kamienny mur nie sposób było rozróżnić.
Osadnicy wychodzili całymi rodzinami, wraz z koszykami, aby wypełnić boży nakaz. Wśród nich znajdowała się dość wysoka kobieta. Piękna, mimo niezbyt nowej, znoszonej sukni i nielicznych zmarszczkach w okolicy ust. Jej piękne blondwłosy, splecione w warkocz, opadały na plecy, a prawa ręka, przewieszona przez ramię nieco niższego od niej mężczyzny, zwieńczona była spracowanymi palcami żony rolnika.
Przed kobietą maszerowała dwójka dzieci. Rudowłosa dziewczynka z małym koszyczkiem oraz złotowłosy, jak matka, chłopiec. Jego siostra bezustannie trajkotała, opowiadając młodszemu bratu o słońcu, zwierzętach i wietrze, ten jednak nie odzywał się ani słowem, z rzadka spoglądając na swoją drobną towarzyszkę.
– Rut, nie męcz brata - upomniała ją po jakimś czasie matka – Choć dziś daj mu spokój ze swoimi opowieściami...
– Ale mamo!
– Słuchaj Kai, dziecko – odezwał się towarzysz blodwłosej – Twój brat i tak ci nie odpowie, dobrze o tym wiesz. A spójrz, tam idzie Brima... i to chyba sama...
Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Już po chwili rudowłosa Rut z podskokami ruszyła w stronę koleżanki.
Kaja spojrzała na swojego małżonka z nieskrywaną troską.
Niemy syn... urodził się tego samego dnia, w której doszła do niej wieść o śmierci jej poprzedniego męża. Miała nadzieję, że będzie jego godnym następcą... Niestety lata mijały, a chłopiec, choć zdrowy i silny, nawet nie próbował mówić. Kto wie, może nawet ich nie słyszał...? W jej oczach był uczynnym i bystrym dzieckiem tylko... no właśnie, nie mówił.
W każde święta modliła się - początkowo samotnie, a później z swoim nowym małżonkiem - o to, by dziecko zaczęło mówić. Do tej pory jednak żaden cud nie miał miejsca... ale nadzieja wciąż się tliła. Nie miała zamiaru rezygnować. Może pewnego dnia Niebiosa pozwolą jej synkowi przemówić?

Zbieranie traw – pod okiem dwój kapłanów - trwało do południa. Dzieci jak zawsze wyszalały się na łąkach po wszystkie czasy, a ich rodzice oraz inni mieszkańcy osady robili wszystko, aby zachować siły na wieczorne przygotowania do rodzinnej wieczerzy, połączonej z paleniem suszonej, lub kiszonej trawy.
Rodzina Kai tego roku miała do dyspozycji tylko kiszoną odmianę Garronu, jako, że suszona spłonęła podczas pożaru ich szopy. Po powrocie do chaty od razu zaczęli więc dzielić to, co zebrali na kupki – tak, by później orientować się, co ma pójść do słojów, a co do suszenia – a jej mąż ruszył do spiżarni, aby przynieść zeszłoroczne zapasy Świętej Trawy.
Wkrótce nadszedł czas wieczerzy. Kaja oraz Bruno, bo tak nazywał się jej towarzysz, siedzieli przy stole, spokojnie spożywając świąteczne potrawy. Dzieci jednak, nasyciwszy się szybko, zaczęły bawić się, biegając wokół stołu i dorzucając co chwilę do ognia Garronu, która wypełniała izbę słodkim, przyjemnym zapachem.
Niespodziewanie, złotowłosy chłopiec sięgnął do słoika, jednak zamiast zanieść trawę do paleniska, włożył ją do swoich ust i począł żuć - kiszona, nabierała elastycznej faktury i kleiła się do zębów, co zdawało się nadzwyczajnie fascynować chłopca.
– Michałku, co ty masz w buzi? – spytała zdziwiona matka, wiedząc, że syn nie sięgał do stołu po żadną z potraw.
– Maaaamooo, ja wiem, ja.... on wziął... – zaczęła mała Rut, nie mając zamiaru kryć brata, jednak nie skończyła mówić. Przerwał jej wybuch jasnego światła, odrzucający wszystko, co znajdowało się blisko w tył. Michałek wywrócił się, a dziewczynka, stojąca najbliżej, poleciała na kant stołu, uderzając się o niego z całą mocą.
Rut osunęła się na ziemię, jednak to nie na niej skupiona była uwaga całej rodziny.
Kaja i Bruno wstali z krzeseł.
Przed nimi, w niezwykłej jasności stała rudowłosa, bardzo wysoka kobieta, odziana w złotą szatę.  W jej grubych warkoczach można było dostrzec źdźbła traw i zbóż, zaś w ręku trzymała kostur, o który delikatnie się podpierała. Jego głowicę zdobiło złote jabłko.
Michałek cofnął się o krok, dotykając plecami ściany, a bogini od razu skierowała swoje spojrzenie na niego.
– Pani... – odezwał się ostrożnie i z czcią Bruno.
Kobieta rzuciła mu krótkie spojrzenie pełne wściekłości i pogardy, jednak szybko znów zwróciła się ku chłopcu.
– Jak śmiesz... jak śmiesz odbierać bogom co boskie! Żuć świętą trawę! Tymi podłymi zębami! Co ty sobie, gówniarzu, myślisz?! Cały rok haruje, byście mieli co jeść! A wy wszyscy tak mi się odpłacacie?!
Michałek nie odzywał się ani słowem, spoglądał jedynie na boginię z przestrachem i cieniem przepraszającego uśmiechu. Mina mu jednak nieco zrzedła, gdy Piękna Pani uderzyła go w twarz. Michałek odruchowo złapał się za policzek, jednak chyba był zbyt przerażony, aby płakać.
– Pani... to tylko chłopiec... – odezwała się Kaja, drżącym głosem, pozwalając sobie przerwać tyradę wściekłej bogini.
– CHŁOPIEC? – odwróciła się na chwilę w stronę matki Michałka – To trzeba było go pilnować! – energicznie odwróciła się znów do swojej małej ofiary: – No, chłopcze,  co więc masz na swoje usprawiedliwienie?
Niemy Michałek, rzecz jasna, nic ni miał. Spoglądał tylko na Panią swoimi przestraszonymi, niebieskimi oczkami.
– Ta ludzka pycha... – mruknęła bogini – och, skoro nawet nie umiesz mi odpowiedzieć, nie jesteś godny, aby móc spoglądać na ten świat i te dzieła, które dla was przygotowuje, chłopcze. Nie mam do was siły... z roku na rok jest coraz gorzej – obraz pani, kręcącej głową, zaczął się rozmywać - Bądź przeklęty, chłopcze  – powiedziała, jakby na pożegnanie.
Rodzice, gdy tylko bogini zniknęła, rzucili się w stronę Michałka.
Nie potrzebowali dużej ilości czasu, aby się zorientować, że chłopiec, zgodnie z klątwą bogini, był teraz nie tylko niemy, ale i ślepy. Tak bardzo jednak skupili się na nim, że nie zauważyli leżącej pod stołem małej Rut i powiększającej się czerwonej plamy wokół jej główki.
Gdy się zorientowali, rudowłosa dziewczynka była już martwa, a z jej ciała uleciała większa część ludzkiego ciepła.

Wielka sala rozbrzmiewała rozmowami i śmiechami, jednak królowej dzisiejszego święta - Janary - wciąż jeszcze nie było. W całym pomieszczeniu dało się czuć słodki zapach Garronu: w tym roku głównie kiszonej, ponieważ mąż Pani Żniw, zajmujący się Ogniskiem Domowym skutecznie pozbawił liczne rodziny suszonej wersji, uznając tą za rzadszą i przyjemniejszą dla nosa.
Janara pojawiła się dopiero po godzinie świętowania, jakby nieco podłamana i - niewątpliwie - wściekła. Nawet jej strój zdradzał jej nastrój: zwykle chodziła w jasnych szatach, dziś jednak założyła na siebie krwistoczerwoną suknie.
Jako pierwszy zobaczył ją Barelief, bóg słońca i światła, który natychmiast podszedł do solenizantki.
– Oj, kochana, witaj na swoim święcie! Co ci się stało? Żądło osy wbiło ci się pod paznokcie?
Rudowłosa bogini rzuciła mu tylko zirytowane i zrezygnowane spojrzenie.
– Przegięłam – powiedziała, siadając na jednym ze schodków, prowadzących do głównej części sali. – Przegięłam z ilością Garrnou przed świętem i trochę mnie poniosło... Och, nienawidzę, że oni tak je marnują... nie dość, że mój mąż ją niszczy, jak najdzie go kaprys, to jeszcze ci ludzie... ja się staram... a oni pozwalają dzieciom ją jeść...!
Barelief kiwnął głową ze zrozumieniem.
– No rozumiesz... rozumiesz, musiałam zareagować.. Rozumiesz mnie, prawda?!
– Tak, kochaniutka, rozumiem, okropni ci ludzie,  roku na rok coraz gorsi...
– Co my z nimi zrobimy?
– Ukarzemy. Wkrótce, nie martw się.
– Jesteś cudowny, Barciu! – Janara przytuliła się do swojego przybranego brata na chwilę, po której ten znów się odezwał.
– Ale... przegięłaś... Co zrobiłaś, kochaniutka?
– Nic takiego... właściwie... jak teraz o tym myślę – wzruszyła ramionami – Chłopak nawet nie raczył się do mnie odezwać... A miałam pozwolić mu na mnie patrzeć?
– Ale żyje?
Kiwnęła głową.
– To faktycznie, bez potrzeby się tym zadręczasz. Chodź już, wszyscy na ciebie czekają.
Wstali wspólnie, podążając do pozostałych gości.


* * *

Wrzucam ten tekst, bo mogę. To krótkie opowiadanie nie było pisane „na serio” – po prostu poprosiłam kogoś o pomysł na historię. Usłyszałam, że mam napisać o Michałku, który tak żuł gumę, aż oślepł i wyszło właśnie to. Muszę przyznać, że w trakcie naprawdę dobrze się bawiłam, nawet, jeśli to nie jest nic wielkiego.
To nie jest premiera tekstu! Został już opublikowany na moim Wattpadzie. Z tym, że... jednak zdecydowałam, że chce mieć te swoje teksty tutaj :) Spokojnie, nie wpłynie to na standardową ilość postów i już za dwa dni osoby niezainteresowane dostaną coś bardziej typowego dla DM.

wtorek, 31 stycznia 2017

Nowe opowiadanie na Wattpadzie!

Nie publikuje dużo na Wattpadzie: nie mam ani czasu na ogarnianie go, ani po prostu ostatnio nie pisze dużo prozy. Brakuje mi na to czasu, chęci, zapału, zwłaszcza, że przecież to mi nie ucieknie, a nad warsztatem mimo wszystko bezustannie pracuje ;) Ostatnio jednak pojawiło się tam jedno z moich opowiadań. Kwiaty Zmarłych napisane zostały na III Efantastyczny Konkurs Literacki. Nie zajęły nań żadnego miejsca, ale przynajmniej dzięki niemu miałam motywacje, by coś sobie naskrobać. Jeśli więc macie ochotę, by poczytać coś dłuższego zapraszam do mojego małego zbiorku opowiadań noszącego tytuł Święta Żniw. Tekst, o którym mówię jest czwartym rozdziałem/trzecim opowiadaniem w kolejce ;)



Poza tym zastanawiam się, czy przypadkiem nie wrzucić opowiadań z Wattpada na bloga: wiem, że tam nie każdy zagląda, a szczerze mówiąc, chętnie zobaczyłabym je tutaj. Co o tym sądzicie?


czwartek, 30 lipca 2015

Zapowiedź?

Poniżej przedstawiam właśnie wyciśnięte z pod palców kilka słów, kilka zdań, które niby tworzą całość... Nie sądzę, by było z tego coś więcej, ale miałam ochotę napisać i opublikować... więc jest. Kto chce, niechaj czyta, mimo, że to wstęp wstępu. Powodzenia.

***


Ahelis Lyonette Najmłodsza z rodu Surinari, pani na Koronie Gór Wilkołaczych. Najbardziej ukochana córka Pana Herindell, Wulfnotha Warfa Potężnego, który doprowadził swe miasto do rozkwitu. Dziecko, zrodzone z lodowej róży i pocałunku wiatru. Śnieżynka. Pani Śniegu. Siostra Wilkołaka.
Kartka papieru zaczęła roić się od małych, zgrabnych literek: delikatna, blada dłoń stawiała je szybko, nerwowo, czasem dziurawiąc papier. Tyle nazw... Która najładniejsza? Ahelis Lyonette... czemu najmłodsza? Nie lubiła tego przydomka. Ale pani na Koronie Gór Wilkołaczych  brzmiało już zdecydowanie lepiej. Bo i władała, a jakże. Służba przynosiła jej do pokoju codzienne raporty, mówiła, co się dzieje, tłumaczyli, jak rozwiązać problemy. A ona słuchała. Słuchała do końca z cierpliwością godną wielkiej pani. A potem, ze skinieniem głowy i uroczym uśmiechem mówiła, że to, co mówią jest racją, po czym odsyłała ich, aby rozwiązali problemy wedle swojej woli. Bo jaką byłaby władczynią, gdyby zabierała ludziom wolność, gdy dobrze prawili?
Kolejne... najbardziej ukochana córka pana Herindell... brzmi iście pięknie, choć ona nigdy tej miłości nie poczuła. Słyszała wiele opowieści o ojcach, którzy za swe dzieci oddają życie, Wulfnoth jednak musiał zajmować się miastem... i nie miał czasu na wizyty w zaśnieżonej Koronie. Służba jednak zawsze powtarzała jej, że jest szczęściarą. Nie każdy ojciec przecież daje w prezencie zamek! Wierzyła więc służbie, bo niewiele innego jej zostało.
Dziecko lodowej róży i wiatru było śliczne. Lubiła róże... wprawdzie, widziała je tylko na malowidłach, które czasem przynosił jej ojciec, ale musiały pachnieć pięknie. A wiatr? Uwielbiała go słuchać. Tu, w jej wierzy, często świstał. I nie raz był jej jedynym kompanem... tak jak teraz.
Śnieżynka było urocze, Pani Śniegu dostojne, zaś Siostrą Wilkołaka nazywała ją służba. Ponoć przez jej duży apetyt... Tą nazwę lubiła najmniej.
Ahelis Lyonette przestała pisać, spoglądając na swoje dzieło: zapisaną kartkę, pościel oraz palce poplamione atramentem oraz słowa, które podobno oznaczały tyle, co ona... Była w tych słowach. Czy ich jednak nie było za dużo na taką istotkę, jak ona? Była tylko blondwłosą, chuderlawą dziewczyną, która nie miała żadnych szans na zamążpójście. Bo może i miała posag, ale nie nadawała się do rodzenia dzieci, a to w tak słabo zaludnionym miejscu liczyło się najbardziej. Przynajmniej to zawsze mówiła jej niania. Za często chorowała. Podobno wieża miała pomóc... zaczarowana przez jakiegoś sławnego maga tak, aby nigdy nie było w niej zimno, nie ważne, jaka zawieja panowała na zewnątrz miała zapewnić dziewczynie zdrowie. Nie pomogło, jednak jej ojcu tak spodobał się ten pomysł, że dostała zakaz opuszczania jej jakieś dwanaście lat temu. Teraz miała szesnaście... i swój kąt opuściła od tego czasu ledwie kilka razy. Służba ją kochała, ale ojca się bała, a strach jest potężniejszy od uwielbienia. Nie narzekała jednak. Taki był jej los, a ona, jako prawdziwa pani na Koronie Gór Wilkołaczych miała zamiar przyjąć go bez słowa.
Z resztą, na co miałaby narzekać? To było jej życie. Jej i już. Innego nigdy nie było i Ahelis Lyonette nie miała poczucia, że coś traci, czy czegoś jej brakuje.
Tylko czasem było jej smutno... tylko czasem. Ale wtedy trzeba było zacisnąć zęby. Wyzdrowieć. I liczyć, że jakiś wielko pan zechce ożenić się z taką chuderlawą księżniczką jak ona.
Odłożyła kartkę, podkładkę i pióro na szafkę obok łóżka, wykonaną z niezwykle cennego w samym środku gór, bukowego drewna. Chwilę później, Ahelis Lyonette ostrożnie podniosła kołdrę i wyszła z łóżka odziana w lekką, białą koszulę sięgającą do jej kolan. Podeszła do jednego z czterech okien - tego największego, przy którym można było usiąść na jedwabych poduszkach. To było jedno z ulubionych miejsc Ahelis Lyonette, przy którym nie raz zasypiała, mimo, że jako dziewczynka przeraźliwie się go bała: wicher dudnił w szybę, zza której widać było teraz tylko poranne chmury oraz płatki śniegu tańczące swój dziki taniec. Usiadła, jak zwykła zwykle. Po śniadaniu, które zjadła około godziny temu powinna się ubrać, aby wyglądać tak, jak dama powinna, nie śpieszyło się jej z tym jednak. Oj, nie była dziś zbyt pracowita! Chyba złapało ją coś, co niania zwykła nazywać leniem. A mogła przecież tyle zrobić! Przeczytać jedną z książek, lub traktatów, które leżały na wielkiej półce i pod nią, ponieważ przestały się już na niej mieścić. Mogła też szyć. Na prawdę, umiała przepięknie szyć! Nawet niania ją chwaliła, a ona nigdy się nie myliła! A była tak surowa! Co mogła jeszcze robić... grać na lutni. Lubiła muzykę. Lubiła grać i śpiewać do jej taktu. Jej lutnia więc była już wysłużona, jednak Ahelis Lyonette nie chciała nowej. Ta była jej, jej ulubiona, jej ukochana... jej przyjaciółka, dzięki której była nie tylko panią na Koronie, ale również panią muzyki!
Zawsze mogła napisać do ojca... ale ten nigdy nie odpowiadał, nie miał na to czasu... dlatego raczej do niego nie pisała. Bo nie chciała znów poczuć tego dziwnego, nieprzyjemnego uczucia, którego wolała nie nazywać. Najchętniej udawałaby, że go nie ma, jednak czasem... czasem po prostu się nie dało.
Mogła też wezwać nianie... ale ta będzie pewnie narzekać, że Ahelis Lyonette zawraca jej głowę, gdy ona musi zapewnić jej jedzenie, czyste stroje oraz inne środki potrzebne do przeżycia. Jeśli nie przyszła sama, zawsze narzekała. Dlatego dziewczyna nie miała zamiaru jej wzywać. Po co, skoro równie dobrze może zająć się sama sobą?
Ahelis Lyonette pamiętała, że w innych częściach zamku mury zawsze były zimne, nawet, gdy kominek się iskrzył - w jej komnacie tak nie było. Zawsze były ciepłe, dlatego mogła się o nie swobodnie opierać. Ale zawsze była ciekawa jednej rzeczy. Gdy unosiła głowę w górę, widziała również kamień, podtrzymywany przez kilka grubych, sosnowych pni. Czy tamten kamień też jest zimny? Miała takie marzenie... by tam się wspiąć, dotknąć... i móc siedzieć pod dachem. Może głupie, może dziecinne, ale to było chyba jedyne miejsce w jej samotni, które przez nią nie zostało dokładnie zbadane z powodu braku środków. Czasem śniło jej się, że unosi się w górę i siada tam u góry... Kiedyś nawet opowiedziała o tym niani. Ale wtedy ta na nią nakrzyczała i Ahelis Lyonette nauczyła się, że nie wolno o takich rzeczach mówić na głos. W ogóle, nie mogła za wiele mówić. To znaczy, mogła, ale do osób urodzonych tak wysoko, jak ona.  I do niani. Tych pierwszych zaś brakowało, a niania nie lubiła gadulstwa. Struny głosowe służyły więc jej tylko do wydawania rozkazów i śpiewu.
Nie siedziała przy oknie długo. Chmury nie rzedły, więc nie dało się przez nie nic dostrzec. Wstała więc i podeszła do swojej dużej, drewnianej szafy z której wyciągnęła jasną suknie. Już po chwili ubrała się w nią, po czym podeszła do toaletki i chwyciła grzebień. Uwielbiała swoje włosy - sięgające za pas, złote fale przyprawiały ją o dumę. Rozczesywała je więc z radością i chęcią, bo jak mogłaby inaczej? Nuciła przy tym cichutko spokojną melodię, która - mimo, że niemal szeptana - rozniosła się echem po komnacie. 

Po ubraniu się chwila czytania w łóżku. Po czytaniu muzyka. Gdy poczuła zmęczenie, wróciła na chwilę do łóżka, znów z jakimś traktatem. Później wpadła służąca, poinformować, jak maja się sprawy na zamku. Była zamieć. Północna Wieża musiała zostać naprawiona, parobkowie już pracują. Poza tym brakło siana dla koni, na razie dostają słomę, oby pasza do jutra dotarła. A niania wpadnie później. Obiad lada moment.
Obiad. Potem próba napisania listu do ojca. I wyrzucenie tej próby pod łóżko, jak zwykła robić. W końcu odwiedziny niani - starszej, acz tęgiej kobiety o surowym wyrazie twarzy.
- No, kochana Ahelis Lyonette, jak minął ci dzień? Grałaś? Szyłaś? No, skoro nie, to poćwiczmy, co ty na to? Chce zobaczyć, jak zwinnie pracują twoje rączki. Śnieżynko, nie, nie idź, sama przyniosę, jeszcze zasłabniesz! I nie marudź, że dobrze się czujesz! Kto się zna lepiej na chorobach? Ja? Czy ty? Oczywiście, że ja! Wyszywamy serwatki? Twój ojciec je uwielbia, Śnieżynko. Ach, dziś po południu odbędzie się oficjalny przegląd straży...
- Straż.. straż? Ojciec przyjechał? Przyjechał, tak? Bez niego straż nie sprawdza..
- Ahelis Lyonette, spokój! Zachowuj się, jak na damę przystało. Ojciec jest, ale nie ma wiele czasu, a zamek wymaga renowacji. Może przyjdzie do ciebie.
- Ale ja mogę do niego pójść! Sama! Pomogę mu!
- Dziecko, czy ty nie widzisz, jaka jesteś słaba? Szyj lepiej. I uważaj na straż, dużo młodych się pojawiło, co służką zaglądają w majtki... jeśli tylko mogą. Pewnie do ciebie nikt taki nei przyjdzie, ale kto wie...
- Tak nianiu, tak, kto wie...
Ahelis Lyonette westchnęła i zamilkła, skupiając się na wyszywaniu serwetki. 

środa, 17 czerwca 2015

Odgrzebane starocie!

Przez przypadek wpadłam ostatnio na bardzo krótki fragment tekstu, który sama napisałam w 2012 - został stworzony na lekcji, jako, że ta wizja chodziła wtedy za mną przez tekst znajomej: bo choć jej praca nie do końca mi się podobała, to uznałam, że można to napisać tak, by było znacznie ciekawsze.. a że zajęcia nie zawsze są ciekawe... to cóż, powstało. Te kilka zdań nie ma większego zamysłu, ani głębszej fabuły, to tylko luźna scena, zupełnie wyjęta z kontekstu, ale aby się nie zgubiła, postanowiłam, że ją tu wrzucę :) Od razu mówię, że tekst nigdy nie był redagowany, a z racji jego pamiątkowej funkcji nie mam zamiaru tego robić, niemniej, oczywiście zachęcam Was do wyrażania swoich opinii na jego temat.

***

Znajdowała się w pustym magazynie. Swoje łapy stawiała ostrożnie, cichutko, rozglądając się bezustannie w poszukiwaniu zagrożenia. Wnętrze bestii wyżerał strach, a jej serce biło głośno i szybko, nie pozwalając na uspokojenie oddechu.
Dziwiło ją, że pod tym przerażeniem mogą zmieścić się jeszcze inne emocje. Poza strachem czuła przede wszystkim potężny smutek z sobie tylko znanego powodu oraz nienawiść, kierowaną ku tym istotom, przez które musiała zjawić się w tym okropnie strasznym, cuchnącym miejscu.
Nagle w hali rozległ się cichy szelest folii. Ktoś lub coś było tutaj, w tym budynku, tuż obok. Za nią!
Wilkołak odwrócił się gwałtownie, warcząc przy tym. W mroku błysnęły pazury wyłaniające się z potężnych łap, zdumiewająco podobnych do ludzkich rąk.
Odetchnęła. To była tylko mysz. Tylko mała, bezbronna mysz... Czuła ją. Stworzonko schowało się w jednym z kartonowych pudeł, które swoimi stertami przyozdabiały podłoże hali.
Dokładnie w chwili, w której miała się odwrócić, by pójść dalej, usłyszała jak coś nad nią ze świstem przecina powietrze.
Sieć spadła prosto na wilkołaka, przygniatając go do podłogi.
Potwór próbował walczyć, szarpiąc się, gryząc liny i warcząc, jednak sznury nie chciały dać się zerwać. Na dodatek substancja, jaką była nasączona sieć, sprawiła, że gęba wilkołaka aż pulsowała z powodu piekącego bólu.
Zrezygnowała z próby ucieczki. Przestała się ruszać, przyległa do ziemi. Z jej pyska wydobyło się głośne skomlenie, a z oczu bestii popłynęła jedna, pojedyncza łza.
To już koniec. Nie udało mi się - przeszło jej przez myśl. - Zawiodłam ich.

grafika z www.sampaikini.com
Nomida zaczarowane-szablony