Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura japońska. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 marca 2023

Miłość krok po kroku, t. 1: to zaskakujące


Yura i Makoto to młode małżeństwo, które zaraz po ślubie odkrywa, że obydwoje jeszcze TEGO nie robili. Jak będzie wyglądać ich droga i wspólna nauka?



Naprawdę nie chciałam zaczynać czytać mangi od tego typu historii. Ale tak się złożyło, że tom pierwszy „Miłość krok po kroku” leżał mi pod ręką, nie był długi i… no tak jakoś się stało, OK? Ale o dziwo, jestem zaskakująco pozytywnie zaskoczona tym komiksem.

Jeśli człowiek szybko przejrzy tylko strony tej historii, to istnieje spora szansa, że w pierwszej chwili uzna tę mangę za pornografię. Nie oszukujmy się, na większości stron przedstawione są strony łóżkowe, a na pozostałych są omawiane. Z tym, że jeśli człowiek się wczyta, to szybko odkryje, że całość podana jest lekko, z humorem i… jej celem wcale nie jest zaspokojenie czy „podjudzenie żądz czytelnika”. Ta manga, moim zdaniem, ma przede wszystkim na celu edukowanie czytelnika.

Miłość krok po kroku, t. 1
Katsu Aki
wyd. Waneko, 2009
Cykl Miłość krok po kroku, t. 1

Po pierwsze historia toczy się wokół problemów Yuri i Makoto. Fabuła jest bardzo pretekstowa i krok po kroku prowadzi nas przez to, co może przytrafić się młodym ludziom, którzy dopiero rozpoczynają współżycie. Forma mangi jest oczywiście przy tym bardzo obrazowa, ale i prosta w przyswojeniu. Przez to wydaje mi się, że ma szansę na niezanudzenie czytelnika, a jeśli ten ma się czegoś z tego nauczyć to… właściwie czemu unie?

Po drugie, w tej mandze po prostu pojawiają się edukacyjne plansze, np. przestawione są różne kształty błony dziewiczej. Ot tak, nagle narrator wyjaśnia nam, co jest czym. 

Przez to sama manga jest dość toporna, a przynajmniej tak bym określiła ją ja – człowiek z rzadka sięgający po komiksy, a po mangi to już w ogóle. Ale jednocześnie doceniam lekki humor i walory edukacyjne: mimo wszystko to bardziej przystępna forma niż podręcznik, czy poradnik z cringowymi żartami. 



wtorek, 24 stycznia 2023

Fate/Zero #1: czy książkowa adaptacja anime ma sens?

Rozpoczyna się wojna o Świętego Graala. Wielcy magowie przywołują bohaterów, którzy mają pomóc im w wygraniu starcia i zdobycia ich największego pragnienia.



Nie oszukujmy się – nie kupiłam tej książki dlatego, że spodziewałam się dobrej lektury. Po prostu lubię anime „Fate/Zero”, od lat mam do niego słabość i chciałam mieć tę książkę na swojej półce przez wzgląd na okładkę. I jako obiekt kolekcjonerski sprawdza się nie najgorzej, bo choć niewielka, ma nawet wewnątrz kilka ilustracji. Niemniej, jak się spodziewałam, nie jest to zbyt dobra literatura.

Fater/Zero #1
Gen Urobuchi
wyd. Kotori, 2017
Cykl Fate/Zero LN, t. 1

Właściwie ta light novelka to spisany odcinek anime. Być może kilka rzeczy dopowiada, ale w gruncie rzeczy takie detale mogły mi po prostu umknąć w trakcie oglądania. Poza tym wiele elementów po prostu spłaszcza. W wersji animowanej niektóre sceny są dłuższe, albo po prostu pokazują więcej w sposób zdecydowanie bardziej subtelny.

Książkowa wersja zaś wygląda jak coś dla dzieci, stworzonego w wersji skrótowej, by po prostu młody człowiek nie znudził się opowieścią. Miałam w swoich rękach trochę tego typu dzieł, np. streszczających bajki Disneya i ta książeczka nie odbiega zbytnio jakością. Jedynie samo znaczenie treści jest wyraźnie kierowane do dojrzalszego czytelnika. 

Dlatego też nie widzę sensu w tym, by tę książkę polecać osobom, które nie znają wersji animowanej. Dla mnie to stricte kolekcjonerski dodatek, z czego kolejnych tomów nie mam zamiaru zbierać, chyba że trafią się po szczególnie dobrej cenie. Ktoś, kto jest zainteresowany franczyzą, powinien zaś w pierwszej kolejności obejrzeć animację, książki traktując co najwyżej jako dodatek, bo przynajmniej ta, przez swoje ogólne tempo, ogólnikowość i nie oszukujmy się, prostackość stylu, może po prostu zniszczyć rozrywkę, jaką daje oryginalna animacja.

Chyba nie ma tu w gruncie rzeczy nic więcej do dodania. To krótka, mająca 200 stron książeczka z dużą czcionką, która naprawdę nadaje się właściwie wyłącznie jako przedmiot kolekcjonerski.



sobota, 2 października 2021

Kiedy byliśmy sierotami: lata 30., detektywi i niedziałający miks

Lata 30. XX wieku. Christopher Banks, choć z pochodzenia Anglik, wychował się w Szanghaju. Gdy jego rodzice zaginęli, został odesłany do rodzinnego kraju. Gdy dorasta, zostaje znanym detektywem, a jego życiowym celem staje się rozwikłanie rodzinnej tajemnicy.


Kazuo  Ishiguro, choć urodzony w Japonii, praktycznie wychował się w Wielkiej Brytanii. Ten noblista jest mi znany już z „Malarza świata ułudy” ­­– książki, którą czytałam w formie elektronicznej w 2018 roku z powodu zajęć na uczelni. I przyznaję, że nie pamiętam z niej kompletnie nic. Do tego stopnia, że gdy „Kiedy byliśmy sierotami” rzuciło mi się w oczy w marketowym koszu to postanowiłam tę książkę po prostu wziąć. Nazwisko wyleciało mi z pamięci, a lata 30. i detektywi to coś, co po prostu dobrze mi się skojarzyło.

Kiedy byliśmy sierotami
Kazuo Ishiguro
wyd. Albatros, 2017

Przyznaję, że… właściwie nie do końca rozumiem, co takiego przeczytałam. Niby to literatura piękna, ale też trochę kryminał, lecz jednak sensacja, a to wszystko opisane w stylu, który zdaje się nie do końca pasować do książki.

Zaczynając jednak od pierwszych stron, sam początek „Kiedy byliśmy sierotami” odebrałam jako nudnawy, ale być może zapowiadający coś ciekawego. Christopher Banks opowiada w pierwszej osobie o swoim dorastaniu i wspomina czasy dzieciństwa. Rozumiem, jeśli ktoś w tę opowieść wsiąknie, bo jego wspomnienia są przepełnione nostalgią, ale nie do końca odpowiadał mi styl Ishiguro. Miałam wrażenie, że mogę pomijać całe strony opisów, nie tracąc ani fabuły, ani doświadczenia płynącego z piękna języka, a to nie jest dobra oznaka. Być może to kwestia polskiego tłumaczenia, ale dla mnie Ishiguro pisze jak autor sprzed kilkudziesięciu lat z tej grupy lubiących długie, obiektywne opisy, które we współczesnych książkach występować po prostu nie mogą, bo większość czytelników nudzą.

W tej części również jest nieco o głównym bohaterze w czasach dla niego teraźniejszych. W tych scenach poznajemy człowieka uchodzącego za wielkiego detektywa, ale w praktyce nie widzimy, by rozwiązywał jakiekolwiek zagadki. Mówi o tym on, mówią o tym postacie wokół niego, ale Ishiguro nie pozwala nam tego zaznać w praktyce.

Druga połowa książki, w której nieco zmienia się ton, dotyczy wyjazdu Banksa do Szanghaju, gdzie ma zamiar rozwiązać tajemnice zaginięcia swoich rodziców. Tam z kolei pojawia się wątek romantyczny, który najpierw spycha tę sprawę na drugi plan, a gdy ta znów wraca to w – przynajmniej dla mnie –  absurdalnie dziwny sposób. Książka zmienia się w sensacje, w której bohater podejmuje dość głupie decyzje, ale styl autora nie ulega zmianie. Dostajemy więc właściwie pomieszanie najgorszej cechy tej „niefajnej” literatury pięknej (długie i nudne opisy) oraz sensacyjnej (no po co on to robi?). Sama końcówka głównego wątku zaś jest niczym wyjęta z Jamesa Bonda i nijak się ma do nostalgicznego, powolnego początku powieści.

Autor w wielu miejscach sugeruje, że we „Kiedy byliśmy sierotami” chodzi o coś nieco więcej, ale przyznaję – nie widzę tego. Niby mam do czynienia z noblistą, człowiekiem, który pisać potrafi i ja gdzieś tamten kunszt widzę, ale jednocześnie albo brakuje mi umiejętności, by jego książkę odpowiednio rozkodować, albo… ona po prostu jest nijaka, kiepska, posklejana z kilku elementów, które do siebie nie pasują. A mam za sobą trochę literatury z różnych półek i wydaje mi się, że przynajmniej troszeczkę o książkach czy pisaniu wiem.

Na pewno moje drugie spotkanie z Kazuo Ishiguro było dla mnie mniej bolesne, niż to pierwsze. Nie było fascynujące, to fakt, ale nie cierpiałam aż tak w trakcie lektury. Nie żałuje też tego, że tę książkę mam i że mogłam się z nią zapoznać, bo mimo wszystko Nagroda Nobla swoją renomę ma. Ale czy uważam, że „Kiedy byliśmy sierotami” było książką, która wniosła coś szczególnego do mojego życia? Absolutnie nie. Ale kto wie – może do życia innych doda coś intrygującego czy zmusi do jakichś przemyśleń. W końcu swoich zwolenników także ma.


czwartek, 2 marca 2017

Na skraju jutra: W końcu dobre, młodzieżowe SF!

Zakup tej książeczki był dość spontaniczny: wyprzedaż, widzę okładkę filmową, kojarzę, że chyba już to znam, uznaję, że hej, może kupię i tak oto mam na półce Na skraju jutra. Zakupu popełniłam w Biedronce na zimowej wyprzedaży ;) Czy książeczka była warta 9 złotych?

Tytuł: Na skraju jutra (All you need is kill)
Autor: Hirishi Sakurazaka
Liczba stron: 280
Gatunek:  light novel, science-fiction

Ziemię zaatakowali mimowie: stwory, których zadaniem jest dostosowanie naszej planety dla innego gatunku. Niszczą przy tym wszystko, co pozwala ludziom na przeżycie, ich samych skazując na zagładę.
Keiji Kiriya to młody rekrut, który ma właśnie przeżyć swoją pierwszą bitwę. Nie spodziewa się, że przypadkiem zostanie wplątany w pętlę czasu, z której wcale nie tak łatwo będzie się wydostać.

Na skraju jutra jest pierwszą light novel, czyli w skrócie japońską młodzieżówką często nawiązującą do mangi, albo anime, którą udało mi się przeczytać. Zwykle takie książki mają okładki rysowane w azjatyckim stylu, jednak ta pozycja wyraźnie miała wybić się na premierze filmu, dlatego to aktorów, a nie bohaterów tej nowelki wydawca na niej umieścił. Ale spokojnie, wewnątrz da się znaleźć kilka oryginalnych rysunków :)
Jako, że wcześniej miałam okazję poznać film na bazie tej książki to jej fabuła nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Jeśli jednak tak jak ja oglądaliście już adaptacje wiedzcie, że tekst Sakurazaki jest zdecydowanie skromniejszy: mniej tu wybuchów i epickich chwil. Nawet wielkiego zwycięstwa brakuje, mimo, że kontynuacji tej lektury nie ma. Ale wiecie co? To dobrze. Gdyby było inaczej książka pewne wypadłaby głupio. A tak mamy przyjemną, lekką młodzieżówkę, idealną dla fanów Japonii, albo science-fiction.
Muszę przyznać, że Na skraju jutra nie wyróżnia się niczym szczególnym. Opis świata i sytuacji jest po prostu w porządku, a tekst czyta się przyjemnie i bardzo szybko. To doskonała lektura na jeden wieczór w chwili, w której chcemy po prostu się rozluźnić.
Naszym głównym bohaterem jest Keiji, młody rekrut, świeżak w armii, który właśnie idzie na swoją pierwszą bitwę. Jest dobrze zbalansowaną postacią: nie jest zbyt głupi, jak to często w młodzieżówkach bywa, ale z drugiej strony nie potrafi wszystkiego i cały czas się uczy. Przy okazji chociaż mamy w książce damską postać, Stalową Sukę, to wątek romantyczny jest tu praktycznie niewidoczny: owszem, pojawia się, ale nie jest irytujący, ani nachalny. Po prostu jest dla zasady, jednak autor nie skupia się na nim i na rozwijaniu go.
Chcę dodać, że Stalowa Suka i jej historia chwilami wydawała mi się nieco naciągana, ale... chyba nie mogę zbyt wiele wymagać od literatury tego typu, zwłaszcza, ze ta jest naprawdę dobrze poprowadzona, opisy bitwy i walki chyba wielu czytelników zainteresują, a mimowie to bardzo ciekawy motyw. Stwory, a właściwie mechanizmy, które mają zjeść cały ekosystem i go przetrawić tak, by dostosować go do innych obcych: przecież to jest naprawdę bardzo ciekawe!
Czy coś typowo japońskiego rzuciło mi się w oczy w czasie czytania tej nowelki? I owszem, choć to bardziej ciekawostka, niż coś co wpływa na moją ocenę tej historii. Mianowicie, w naszych książkach, gdy bohater milczy autor pisze, że umilkł, albo milczał, czekając na ciąg dalszy. W przypadku tej nowelki w takich chwilach mamy po prostu myślnik i bardzo wymowne trzy kropki :D
Nie łatwo jest znaleźć dobrą młodzieżówkę z gatunku science-fiction. Tym razem jednak autor wywiązał się ze swojego zadania, dlatego jeśli lubicie taką literaturę naprawdę nie bójcie się po nią sięgnąć. Nie jest to dzieło najwyższych lotów, ale jako lektura na jeden dzień... czemu nie?

* * *

Jestem przerażony.
Naciskam spust. Lufa migocze czerwonym ogniem. Posyłam serię, żeby odgonić Śmierć.
Bum, bum, bum – karamin uderza w pierś mocniej, niż bije moje serce. Dusza żołnierza nie znajduje się w jego ciele, lecz w broni, którą trzyma w rękach. Wraz z migotaniem lufy karabinu mój strach zmienia się w gniew.
Za pieprzone dowództwo, które obiecywało wsparcie z powietrza!
Za pieprzony sztab, który wymyślił ten gówniany plan!
Za artylerię, która postanowiła oszczędzać amunicje podczas osłony lewego skrzydła!
I za tego trupa obok mnie!
No i przede wszystkim to dla was, cholerni wrogowie, za to, że chcecie odebrać mi życie! – puszczam wam jeszcze jedną stalową serię.
Wszystko, co się rusza, jest wrogiem.
Zdychajcie! Przestańcie się ruszać.

Fragment Na skaju jutra Hiroshiego Sakurazaki



Nomida zaczarowane-szablony