Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura naukowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura naukowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2024

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego: podstawy mitologii w Wiedźminie


Fani fantastyki stosunkowo często ruszając na studia, chcą pisać o swoim ulubionym gatunku. Wtedy jednak pojawia się problem dotyczący źródeł, których aż tak dużo znowu nie ma, zwłaszcza jeśli chodzi o polską literaturę. I tak na pomoc przychodzą takie książki jak „Mitologie Andrzeja Sapkowskiego” Elżbiety Żukowskiej.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego
Elżbieta Żukowska
wyd. Gdański Klub Fantastyki, 2011

Tak po prawdzie ta niedługa książeczka to właśnie jest… praca magisterska z 2006 roku. Została wydana przez Gdański Klub Fantastyki w ramach cyklu Anatomia Fantastyki i to u nich tę książkę można dostać; osobiście kupowałam ją przez portal Allegro i z tego co widzę, jest tam wciąż dostępna. 

To nie jest żadne wybitnie odkrywcze dzieło, czy wchodzące w tematykę szczególnie głęboko. Autorka omawia pokrótce mitologię słowiańską, celtycką i germańską, a także charakteryzuje ogólne mityczne założenia i pokazuje elementy, które Sapkowski wykorzystał w swoim cyklu o Wiedźminie. Mam więc poczucie, że to praca skierowana do dwóch typów osób.

Po pierwsze, do osób, które kompletnie nie są w temacie i nie wgłębiały się nigdy bardziej w mitologię. Dla których historia o Geralcie to synonim mitologii słowiańskiej, albo po prostu chcą wiecieć więcej, będąc np. świeżo po lekturze cyklu. Wówczas prosto, jasno i na temat zdobędą podstawowe informacje, które pozwolą przejść w poszukiwaniach dalej.

Po drugie, dla osób, które same podobną pracę piszą i potrzebują źródeł. Wówczas nie tylko po prostu można podać tę książkę w liście przypisów i wykorzystać Żukowską w swojej pracy, ale również zainspirować się jej przypisami i sprawdzić źródła, do których autorka dotarła. A dzięki temu, że nie jest to pozycja długa, to na pewno przebrnięcie przez nią nie zajmie zbyt dużo czasu, co przecież przy pisaniu tego typu prac jest niezmiernie istotne.

Sama nie czuje, bym dowiedziała się z tej książki czegoś szczególnie nowego, ale że tego typu źródła zbieram i czasem nawet do nich wracam, to cieszę się, że mam ten tytuł na półce.



sobota, 3 lipca 2021

Kobieca proza SF w Polsce: próbuję zrecenzować pracę badawczą, ale nie umiem

 

Szczerze mówiąc, nie jestem przekonana, czy powinnam o tej książce w ogóle pisać i w ogóle podejmować się próby jej „recenzji”, ale wydaje mi się, że tak czy siak, warto po prostu dać znać o tym, że istnieje i ewentualnie – poddać się pewnej polemice. Dlatego że to w gruncie rzeczy praca (popularno?)naukowa i nie oszukujmy się, tak naprawdę moja „recenzja” będzie w tym przypadku jeszcze mniej profesjonalna, niż jest zwykle. W końcu specjalizacja w literaturze fantastycznej nie od razu oznacza, że znać się będę na książkach omawiających gatunek. No ale kto, jeśli nie ja?

Kobieca proza science ficion w Polsce. Teoria trzech kręgów
Maria Głowacka
wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, 2018

Chodzi tutaj – jak pewnie dobrze widzicie – o „Kobiecą prozę science fiction w Polsce. Teorie trzech kręgów” Marii Głowackiej. To książka wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego i jeśli chcecie ją znaleźć, znajdziecie ją właśnie na stronie wydawcy. Ja sama kupiłam ją przez wzgląd na moją pracę magisterską i od razu przyznam – tak, była w tym względzie przydatna. Dlatego jeśli piszecie cokolwiek związanego z kobiecą prozą, czy polską fantastyką (głównie z lat 80. XX w.) ta pozycja może się Wam po prostu przydać.

Ale co to właściwie jest za książka? Głowacka bada problem niewielkiej liczby pisarek SF w Polsce. Jak zauważa, o ile współczesne fantasy jest dość popularne wśród autorek, o tyle drugi z głównych podgatunków fantastyki już nie. Szczególnie jeśli mowa o latach 80.  I fakt, z tym trudno się nie zgodzić. Nawet ja, jako osoba która trochę w tym temacie grzebie, znam z tamtego okresu co najwyżej pojedyncze autorki fantasy. Głowacka jednak podaje kilka autorek SF z tamtego okresu. I tu pojawia się mój problem z oceną tej pracy. Autorka skupia się właśnie na latach 80., podając ówczesne problemy i skandale, a ja osobiście… kompletnie nie znam osób, o których ona pisze, przynajmniej jeśli o pisarki właśnie chodzi. Dlatego w tej chwili nie mam narzędzi, by móc obiektywnie ocenić przeprowadzane przez Głowacka analizy.

Autorka w pierwszej części często wspomina np. o mężczyznach trzymających ze sobą „sztamę” i nie wpuszczających kobiet do swojego grona, akceptujących przy tym tylko te panie, które wpasowały się w ich styl bycia. Z jednej strony być może faktycznie tak było. Męskie grono, często pijane w trakcie konwentów, nie zawsze musiało pragnąć kobiecego towarzystwa lub też było względem płci pięknej natarczywe/niemiłe. Nie ma co się oszukiwać, tak bywa.

Z drugiej strony, zdarzało mi się w takich męskich środowiskach bywać… i zawsze byłam w nich mile przyjmowana. Oczywiście, być może te 40 lat temu sytuacja wyglądała nieco inaczej, ale przecież chyba jako ludzie nie zmieniliśmy się aż tak? Poza tym chyba warto zauważyć, że nawet dziś nowa osoba wchodząca do grona zgranych ze sobą ludzi musi dopasować się do zasad grupy. Inaczej nie będzie w niej lubiana. To też wydaje mi się dość normalne? Z tego względu uwagi Głowackiej wydały mi się często dość jednostronne oraz – najzwyczajniej w świecie – niezbyt empatyczne. Bo choć rozumiem, że jakiś problem pewnie był to wydaje mi się, że może autorka nie wzięła pod uwagę wszystkich czynników związanych z tym, czemu kobiety SF piszą rzadziej (np. mogą pisać rzadziej, bo STATYSTYCZNIE rzadziej mają ścisły umysł, a ten gatunek fantastyki tego, na Merlina, wymaga. Ja mocnego SF nie planuje pisać, bo po prostu NIE UMIEM, nie znam się na technikaliach).

Rzecz jasna w książce nie mogło zabraknąć też postaci Macieja Parowskiego i konfliktów z nim związanych, a tak się składa, że o tej wielkiej osobistości dla polskiej fantastyki trochę wiem. Głowacka przywołuje konflikt z jedną z autorek, zauważając, że mimo mijającego czasu, redaktor wcale nie załagodził sporu z nią. Dlaczego? Dlatego że w swojej książce z 2017 roku podkreślał, że choć pomylił się co do Anny Brzezińskiej (z którą też miał olbrzymi konflikt) to druga pisarka nic ważnego po swoim tekście już nie napisała. Badaczka wydaje się być poirytowana faktem, że Parowski stwierdził fakt. A właśnie to zrobił: STWIERDZIŁ FAKT. Nie napisała nic, co by mu się podobało. Więc czemu ma ją lubić i chwalić po latach?

Miałam tę przyjemność, że redaktora mogłam spotkać i mogłam z nim porozmawiać. Nie chcę mówić, że zawsze był osobą sprawiedliwą, że nie popełniał błędów, że czasem nie zdarzyło mu się postąpić źle. Ale wydaje mi się, że gdyby nie lubił kobiet (co zdaje mu się Głowacka zarzucać) to mnie (osobę, dla której mógłby być dziadkiem) tym bardziej traktowałby z góry. A kompletnie nie traktował. Dlatego nie umiem się pozbyć wrażenia, że badaczka jest w tym przypadku bardzo stronnicza, a NIE POWINNA taka być, jako osoba pisząca pracę naukową.

Pod koniec pracy można znaleźć ankietę na pięciu niby-anonimowych współczesnych pisarkach SF, choć tu warto zauważyć, że faktycznie mamy tak mało pisarek tego gatunku, że osoba „siedząca” w fandomie raczej domyśli się, która z ankietowanych to jaka pisarka, przynajmniej częściowo. Sama Głowacka zauważa, że to zbyt mała pula osób, by móc wysnuć jakiekolwiek większe wnioski, nie wnosi to w sumie zbyt wiele, ale może dać pewną perspektywę. I właściwie tu chyba nie ma co dodawać.

Mogłabym oczywiście przytaczać więcej rzeczy, z którymi mam problem, jeśli chodzi o tę pracę, ale po prostu… nie chce. Nie czuje potrzeby. Podsumowując, wydaje mi się, że Głowacka wzięła się za analizę ciekawego problemu, bo właściwie czemu by o takich rzeczach nie mówić, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że przelała w te badanie za dużo samej siebie. Zbyt wiele swoich poglądów, zbyt wiele swoich myśli, bez oddzielania ich od części badawczej. Chociaż kto wie, może to ja się nie znam i się mylę? W końcu żaden ze mnie profesjonalny badacz, a jak wspominałam, lwiej części autorek nawet nie kojarzę. Ale tak czy siak, naprawdę jestem przekonana, że o takich pracach warto mówić.

poniedziałek, 15 lutego 2021

Czas fantastyki: Polska fantastyka w latach 80. XX w.

 

Nim Maciej Parowski wydał „Małpy PanaBoga. Słowa”, które czytałam już jakiś czas temu, stworzył „Czas fantastyki”. Książka wydana po raz pierwszy w 1990 roku to w większości zbiór artykułów, które wcześniej autor publikował w miesięczniku „Fantastyka”. Zawiera recenzje książek czy na przykład przedrukowaną kolumnę „Parada wydawców”, w której prowadził wywiady z przedstawicielami wydawnictw właśnie.

W „Czasie fantastyki” znajdziemy również rozmowy z samymi autorami, artykułu na temat gatunku Parowskiego oraz transkrypcje z grupowych spotkań, na których ważne dla ówczesnej polskiej fantastyki osoby wypowiadały się na temat kierunku, w którym zmierza gatunek, jakie tematy porusza lub powinien poruszać itd. Oczywiście pismo odnosi się głównie do lat 80. Choć wspominane są lata wcześniejsze to właśnie wtedy swoją działalność w fandomie na dobre rozkręcił Parowski i to też wtedy ten gatunek w naszym kraju zaczął przyjmować formę, którą znamy do dzisiaj.

Czas fantastyki
Maciej Parowski
wyd. Solaris, 2014

To książka z jednej strony niewątpliwie dla fantastyki ważna, z drugiej – dla mnie, przedstawicielki pokolenia, które lat 80. nie zna z osobistych doświadczeń –  trochę trudna. Trudna z tych względów, że wielu książek i nazwisk, które wspomina Parowski, nie znam. Z recenzowanych przez niego książek znam lub słyszałam o pojedynczych tytułach, a przynajmniej mi trudno czyta się takie analizy z zainteresowaniem, gdy ledwo wiem, o czym mowa. Zwłaszcza że przecież nie chcę sobie „spoilować”, bo kto wie, czy po te książki kiedyś nie sięgnę. Już w „Małpach pana Boga” miałam podobny problem, ale one odnoszą się do czasów bardziej współczesnych, więc więcej osób było mi znanych.

Podobnie sprawa ma się z transkrypcją tych grupowych rozmów. Parowski i inni dyskutują zawzięcie na tematy, które w dużej mierze są dla mnie obce. Analizują status ówczesnej fantastyki, a ja w tej chwili nie mam wystarczającej wiedzy, by odpowiednio „zmierzyć” ich zdanie. Czytanie tego było rzecz jasna i interesujące, i pouczające, chociaż rozmawiający częściej sprawiali na mnie wrażenie bardzo surowych oraz dość mocno zgorzkniałych. Raczej krytykowali, niż chwalili, zamiast cieszyć się tym, jak kreatywna może być fantastyka. Wiedząc zaś, jak historia potoczyła się dalej mam ku takiemu podejściu uczucia raczej mieszane, ale jednocześnie naprawdę nie mogę tu wydawać sądów. Za mało wiem. Po prostu.

Najciekawsze, nomen omen, są dla mnie rozmowy z wydawcami. Te znam już z „Fantastyki”, przynajmniej w większości, więc właściwie tylko je sobie powtórzyłam, ale dzięki temu łatwiej mi zrozumieć jak działał wówczas rynek i wydawanie fantastyki, a przy okazji wiem, gdzie mogę szukać tych naprawdę „historycznych” polskich książek z tej dziedziny i na jakie tytuły zwracać uwagę.

Maciej Parowski sam zauważył, że „Czas fantastyki” mocno się już zestarzał. Nie ma co się oszukiwać, gatunek od lat 80. bardzo mocno ewoluował i w niektórych kwestiach zmienił się nie do poznania. Ale to dalej ważna książka, po którą każdy zainteresowaniem analizą polskiej fantastyki na rzecz własny, naukowy czy też po prostu publicystyczny powinien sięgnąć. Bo mało kto był tak bardzo na bieżąco z rodzimą twórczością tego gatunku w tamtym czasie, jak Parowski.


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Granice interpretacji: Merytoryczny powrót do szkolnego „koszmarka”


Czym jest interpretacja? Czy możemy jej uniknąć, a jeśli nie – dlaczego? Bartosz Brożek, posiłkując się zarówno współczesnymi badaniami jak i naukami filozoficznymi próbuje znaleźć granicę interpretacji języka, jednocześnie zastanawiając się, czym jest sam język i jakie musi pełnić funkcje, aby nadawał się do użytkowania.

Tytuł: Granice interpretacji
Autor: Bartosz Brożek
Liczba stron: 280
Wydanie: CC Press, Kraków 2014

Wydaje mi się, że kwestia interpretacji i słynne zastanawianie się „co autor miał na myśli” jest zmorą wielu uczniów i studentów. Przy tym mało kto – zwłaszcza na tych wcześniejszych progach edukacji – zastanawia się, czym w ogóle jest interpretacja. Po co nam ona? Jaką pełni funkcję? Gdy więc wpadłam w księgarni na „Granice interpretacji” postanowiłam zajrzeć do tego tytułu, by sprawdzić, co znajdę wewnątrz.
Muszę jednak nadmienić, że nie jestem specjalistą z tej dziedziny. Mogę oceniać formę podania i (do pewnego stopnia) logikę zawartych wewnątrz treści. Nie mogę jednak w pełni zbadać merytorycznej części książki Brożka: to było dla mnie pierwsze spotkanie z dziełem na ten temat i moja wiedza nie pozwala na głęboką analizę.
Czym więc „Granice interpretacji” są? To swego rodzaju podręcznik, który zbiera myśli przeróżnych badaczy i filozofów na temat języka i jego interpretacji. Sam autor oczywiście próbuje dochodzić do pewnych wniosków i analizować podawane przykłady, jednak jego praca jest właśnie przede wszystkim zbiorem myśli innych specjalistów, dzięki czemu możemy poznać poglądu wielu mądrych ludzi. Dzięki czemu ten tytuł wydaje mi się całkiem dobrą pozycją właśnie na start, na początek przygody z tego typu analizami. Otwiera nam drzwi i pokazuje, po jakich autorów w następnej kolejności możemy sięgnąć, jeśli przedstawiona tematyka nas zainteresuje.
Jednocześnie jednak nie jest to pozycja wyjątkowo prosta. „Granice interpretacji” wymagają czasem zatrzymania się, przeczytania czegoś kilka razy, pomyślenia nad zawartymi wewnątrz słowami. Same podsumowania autora i jego wyjaśnienia są pomocne, jednak to na pewno praca, która ma szansę zmęczyć umysł czytelnika. Nadmiernie szybkie czytanie jej nie ma więc sensu, mimo że nie jest to szczególnie opasłe tomiszcze.
Mimo tych trudności, wydaje mi się, że po ten tytuł warto sięgnąć. Nie jest drogi (w chwili pisania tego tekstu widzę oferty po 12-15zł), a może przydać się naprawdę dużej grupie osób. Już maturzysta znajdzie w niej coś dla siebie: prace pisane na tym egzaminie często wymagają pewnej interpretacji i świadomość, o co w niej tak naprawdę chodzi i skąd się bierze, może być przydatna. Studenci, piszący pracę licencjacką czy magisterską na temat związany z literaturą, językiem (także obcym), ogólnie rozumianą kulturą niemal na pewno znajdą miejsce, by umieścić „Granice interpretacji” w przypisie swojej pracy. Ponadto każdy, kto po prostu pracuje z tekstem, lub interesuje się zagadnieniami kultury, powinien znaleźć w niej coś nowego, o ile oczywiście tą tematyką wcześniej się nie zainteresował.
Sądzę, że na pewno będę o tym tytule pamiętać, szczególnie w chwili tworzenia prac naukowych czy nieco bardziej „zaawansowanych” merytorycznie artykułów. Brożek wydaje się pisać z sensem, dołączając do swojej książki dużą ilość przypisów (co podnosi wiarygodność takiego dzieła), a przy tym analizuje naprawdę ciekawą kwestie. Gdyby nie ta książka, nigdy nawet nie pomyślałabym o czymś takim jak „stabilność języka”, nie mając pojęcia, że są osoby, które naprawdę głęboko tę kwestię analizują. Naprawdę warto po nią sięgnąć, choćby z czystej ciekawości, zwłaszcza biorąc pod uwagę wyjątkowo niską cenę tej pozycji.

sobota, 13 października 2018

Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom: Naukowo o fanach fantastyki


Artur Nowakowski w swojej pracy naukowej wyjaśnia, jak kreował się fandom i jak powstawały pierwsze kluby zrzeszające fanów fantastyki. Przede wszystkim przedstawia jednak czym jest fanzin, jego historię, powody istnienia oraz sposób jego tworzenia.

Fantastyka to bardzo ciekawy obszar badań. Choć zwykle nie jest to dziedzina bardzo mocno wpływająca na nasze życie (chyba że ktoś z niej żyje, lub jest aktywnym fanem) to badanie tego jak tworzy się i ona, i społeczność wokół tego tematu od dawna mnie interesowało. Dlatego zdecydowałam się sięgnąć po pracę Artura Nowakowskiego. Okazało się, że „Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to bardzo porządnie i starannie stworzone dzieło, po które osoby zainteresowane tą tematyką na pewno powinny sięgnąć.
Tytuł: Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom
Autor: Artur Nowakowski
Liczba stron: 433
Gatunek: literatura naukowa
Wydanie: Instytut Literatury Popularnej, Poznań 2017
Fanziny to niekomercyjne czasopisma, wydawane zwykle przez fanów danego zagadnienia (np. przez członków klubów fantastyki). Ich redaktorzy zwykle nie są profesjonalistami. Taka hobbistyczna działalność pozwala na rozwój twórców oraz komunikację wewnątrz środowiska. Teraz ich rola zapewne nie jest tak duża, jak kilkadziesiąt lat temu, gdy dostęp do Internetu był zmniejszony. Nie widzę więc nic dziwnego w tym, że sama niewiele słyszałam o nich przed sięgnięciem po tą pracę. Z tego powodu elementy książki dotyczące ich potrafiły być dla mnie mocno przytłaczające. Nowakowski w swojej pracy przytacza bardzo wiele przykładów fanzinów, analizując ich zawartość na różnorakie sposoby, często wręcz wyliczając niektórych wydawców, czy tytuły.
Z tego powodu dla mnie samej o wiele ciekawsze okazał się opis samego tworzenia się fandomów i klubów, bo po prostu o tym wiem już nieco więcej, dzięki czemu książka po prostu była w stanie rozwinąć wiedzę, którą już posiadam. A do fragmentów o fanzinach pewnie wrócę za jakiś czas, gdy po prostu dowiem się o nich więcej z innych źródeł.
Doskonale widać, że „Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to książka naukowa, a nie popularnonaukowa. Nie dość, że zawiera liczne przypisy to sam styl autora jest dość suchy, konkretny. Ciekawy, tylko pod warunkiem, że czytelnik jest faktycznie zainteresowany tematem. Jednocześnie autor zdecydowanie wie o czym pisze i naprawdę dobrze analizuje przedstawiony temat.
W tytule „SF” istnieje nie bez powodu. Fantasy jako podgatunek fantastyki rozwinął się stosunkowo później: jego zalążki wprawdzie istniały już dawno, ale tak naprawdę wszystkie pierwsze kluby fantastyki skupiały się na science-fiction. Niemniej, wewnątrz książki dla się znaleźć także fragmenty dotyczące właśnie jego, dlatego osoby w jakiś sposób zrażone do fantastyki naukowej nie muszą się bać, że ich ulubiony podgatunek został pominięty.
Wydanie tej książki zdecydowanie wygląda dobrze. Biała okładka, z naprawdę przyjemną dla oka grafiką (pochodzącą z plakatu reklamującego brazylijski konwent z 1965 roku) prezentuje się i interesująco, i minimalistyczne. Wewnątrz zaś poza naprawdę olbrzymią ilością treści możemy znaleźć dość dużo czarno-białych ilustracji (głównie: okładek fanzinów, plakatów itd.). Dodatkowo pod koniec książki zamieszczono kilkanaście kolorowych wkładek. To naprawdę pomaga w przyswojeniu wiedzy i ubarwia lekturę.
„Fanzin SF. Artyści, wydawcy, fandom” to na pewno doskonała książka dla osób, które piszą aktualnie pracę naukową z poruszanych przez nią tematów. Zwłaszcza, że jest pracą dość świeżą i bez problemu dostępną. Ponadto fani fantastyki, chcący dowiedzieć się, jak ich ulubiony gatunek powstawał pod względem tworzenia się stowarzyszeń i organizacji zajmującymi się nią na pewno też poczują się usatysfakcjonowani. Niestety, jak to w przypadku literatury naukowej bywa: osoby niezainteresowane tym tematem po prostu nie mają po co po tą książkę sięgać.

czwartek, 11 października 2018

Podręcznik perswazji: Studenckie notatki w formie naukowej literatury


Perswazja nas otacza: można ją znaleźć we wszystkich stosunkach międzyludzkich, od tych najbardziej prywatnych, do wszelkiego rodzaju reklam i publicznych przemówień. Jakie są jednak jej konkretne techniki?



Tytuł: Podręcznik perswazji*
Liczba stron: 232
Gatunek: literatura naukowa
Wydanie: Onepress, Gliwice 2018
Czytałam i słuchałam na uniwersyteckich wykładach nieco o retoryce, o manipulacji, czy o prowadzeniu firm pod kątem wizerunkowym. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się jednak, abym miała bezpośredni „kontakt naukowy” z perswazją: nie czytałam niczego z czymś takim w tytule, nie byłam też na żadnych wykładach, czy prelekcjach, które miałaby bezpośrednio niej dotyczyć. Dlatego uznałam, że „Podręcznik perswazji” Mateusza Grzesiaka może dobrze sprawdzić się, jako sprawdzenie mojej wiedzy, czy możliwość douczenia się. Gdy jednak książka do mnie doszła, złapałam się za głowę, mając po prostu ochotę pytać się wszem i wobec: „Co to k***a jest?”.
Naprawdę, nie przesadzam. Nie należę do osób, które bardzo mocno szastają przekleństwami, ale po prostu bardzo zdziwiło mnie to, co dostałam. „Podręcznik perswazji” (umyślnie nie posługuję się całym, długim tytułem) najzwyczajniej w świecie przypomina żart. Książka nie jest długa: ma nieco ponad dwieście stron. Niemniej, to normalne przy literaturze tego typu. Normą jednak jest też niewielka czcionka, dość duża ilość literek oraz raczej naukowy styl treści. „Podręcznik perswazji” wymyka się jednak wszelkich schematom. Czcionka jest olbrzymia, literek niemal w nim nie ma, a o jakimkolwiek stylu po prostu trudno mówić.
Po niedługim wstępie otwieramy powiem magiczny rozdział „techniki”, w którym autor już właściwie do końca książki przedstawia nam właśnie je, ale w sposobie najuboższym z możliwych. To, co od razu się rzuca w oczy to właśnie wspomniany przeze mnie brak liter. Każda „lewa” kartka książki jest po prostu pusta, z miejscem na notatki. Po prawej zaś mamy bardzo „głęboki” opis przedstawionej techniki, który zawiera: teorię (składającą się z dosłownie kilku zdań), praktykę (czyli jeden, bardzo skrótowy przykład jak praktycznie wykorzystać metodę) oraz przykłady (zwykle 2-4, w formie zdań wyjętych z dialogu i kontekstu). I właściwie to tyle: oto cały nasz „Podręcznik perswazji”.
Gdy zaczęłam „wgłębiać” się w techniki przedstawione przez autora prędko odkryłam, że ja właściwie zdecydowaną większość z nich już znam. Jeśli nie poznałam jej z książki Roberta Cialidiniego „Wywieranie wpływu na ludzi” (która dla laika sprawdzi się o wiele lepiej od tego tytułu, bo jest po prostu opisowa i dość emocjonalna) to miałam ją na uniwersyteckich zajęciach z retoryki, albo innego podobnego przedmiotu. Jednocześnie większość z tych technik to rzeczy, o których każdy z nas właściwie wie i potrafiłby je przeanalizować bez znajomości odpowiedniego nazewnictwa. Jedynie wielu z nas po prostu zapomina, by się czasem zatrzymać i pomyśleć nad tym, jak przebiega międzyludzka komunikacja.
W trakcie lektury naszła mnie jeszcze jedna myśl. W większości przypadków autor mógłby kompletnie zrezygnować z działu „teoria”. Wiele z tych technik to rzeczy bardzo, bardzo proste, których nazwa już wyjaśnia, o co w tym chodzi (a ewentualny przykład mógłby jedynie nam wyraźnie pokazać, że faktycznie o to chodzi), a sam opis potrafi być na tyle niekonkretny, że w chwili, w której czytałam go drugiej osobie znającą tą technikę na głos nie podając jej nazwy mój odbiorca nie był w stanie powiedzieć o co w tym chodzi.
To książka, która w swojej formie przypomina mi notatki studenta na egzamin, czy to z retoryki, czy z perswazji, a nie wygląda na odrębne, naukowe dzieło. Brakuje mi w niej właściwie wszystkiego. Dokładnej analizy perswazji i manipulacji, zastanowienia się nad tym tematem. Rozwinięcia technik. Faktycznego pokazania, jak wpływają na nas i jak możemy je wykorzystać. Jeden przykład to niestety zwykle za mało. Gdy czytałam wspomnianą już przeze mnie książką Cialdiniego miałam wrażenie, że właśnie tych opisów jest wręcz za dużo, ale jak widać: zupełne pozbawienie ich książki to też nie jest dobra droga.
Naprawdę nie mam pojęcia dla kogo może to być dobra lektura. Dla studentów? Nie, student nauk społecznych, czy humanistycznych już będzie rzeczy podane przez Grzesiaka wiedział. Marketingowca? On też będzie miał to wszystko w jednym palcu. Osoby, która chce dowiedzieć się czegokolwiek w tym temacie, co nigdy nie miała z nim styczności? Nie sądzę, aby taka „wyliczanka” technik faktycznie jej pomogła. Być może faktycznie to tytuł, który sprawdzi się jako repetytorium dla studentów, zwłaszcza biorąc ilość miejsca na notatki, ale wydaje mi się, że taniej wyjdzie po prostu wydrukowanie sobie definicji podanych na zajęciach.
Oczekiwałam, że z tego tytułu po prostu się czegoś dowiem, albo przynajmniej przeczytam jakąś ciekawą, błyskotliwą myśl, coś, co zapadnie mi na dłużej w pamięć. A jednak – mam wrażenie, że nie dowiedziałam się absolutnie niczego. Że ta książka bardziej przypomina w swojej formie dziennik, albo notatnik z ciekawostkami, a nie faktyczne dzieło o naukowej wartości. Nie polecam, chyba że kogoś w jakiś sposób naprawdę fascynuje forma, w jakiej autor postanowił pisać o perswazji.

*Pełny tytuł książki: „Podręcznik perswazji. Najskuteczniejsze metody przekonywania innych i świadomej ochrony przed manipulacją”.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 15 czerwca 2018

Wywierania wpływu na ludzi: Podstawy manipulacji

Jakie mechanizmy nami rządzą? I jak jest to wykorzystywane w marketingu? Robert Cialdini odpowiada na te pytania, przytaczając praktyczne przykłady.

Tytuł: Wywierania wpływu na ludzi. Teoria i praktyka
Autor: Robert Cialdini
Liczba stron: 238
Gatunek: literatura psychologiczna, marketing
Wydanie: GWP, Gdańsk 2009
Jeżeli ktokolwiek z Was uczył się o czymś takim jak marketing, czy public relations na pewno o tej książce Cialdiniego już słyszał. To jedna z tych książek, które bardzo często pojawiają się przynajmniej w sylabusach. Niemniej, jeśli, a może właśnie tym bardziej, jeśli jeszcze nic związanego z tematem nie wiecie to… „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” będzie dla Was bardzo dobrym wyborem.
Zacznijmy od tego, że Cialdini przede wszystkim pisze bardzo, ale to bardzo prostym językiem i nie sposób uznać, że jego książka się wlecze. Zwykle literatura tego typu nie jest bardzo przyjemna, ale wyraźnie widać, że autor pisze po prostu do zwykłego, przeciętnego człowieka i po prostu chce, by ten zrozumiał o co mu chodzi. Na dodatek ogromna ilość przykładów, często nieco zabawnych, fabularyzuje całość i sprawia, że to po prostu łatwo wchodzi.
Niestety, właśnie ta duża ilość przykładów jednocześnie może być uznana za wadę książki, bo tak naprawdę w podsumowaniach rozdziałów znajdujemy wszystkie podstawowe informacje, które są konieczne, by rozumieć przedstawiane mechanizmy. To właśnie one rozciągają książkę, sprawiając, że konkretnej treści nie ma tu aż tak wiele, ale jednocześnie sprawiają, że zapamiętujemy dane mechanizmy bez żadnego problemu. Dlatego uważam, że „Wywieranie wpływu na ludzi” to lektura dobra dla osób, które dopiero chcą zapoznać się z tematem. Osoby „siedzące” w temacie po prostu zapewne już te rzeczy dobrze znają i obawiam się, że mogą się po prostu znudzić.
Warto zwrócić też uwagę na to, że książka wyszła w 2009 roku. Oznacza to, że chociaż same mechanizmy istnieją cały czas (w końcu ludzka psychika raczej nie ulega gwałtownym zmianom) to niektóre przykłady, choć wciąż przez nas kojarzone (a przez to rozumiane), są jednak nieco przestarzałe. Niemniej, nie uważam, by to była jakaś szczególna wada.
Książka Caldiniego podzielona jest na kilka rozdziałów, z których każdy opisuje metodę wywierania wpływu na ludzi. Również każdy poza ogólnym opisem zawiera informacje o tym, jak bronić się przed danym sposobem, jeśli ktoś wykorzysta go, aby nas zmanipulować. Przez to ta książka jest wręcz doskonała po prostu dla każdego: techniki, które opisuje autor po prostu nas otaczają i dobrze jest przynajmniej mieć świadomość tego, jak działają i jak ewentualnie się przed nimi bronić.
Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że Cialdini odkrywa w swojej książce coś niezwykłego. To po prostu bardzo podstawowa wiedza, którą zwykle mamy już w głowie. Niemniej, takie książki pozwalają sobie nam uświadomić, że „to coś się tak nazywa”, dzięki czemu mimo wszystko poszerzamy naszą wiedzę o świecie.
Jak już pisałam, „Wywieranie wpływu na ludzi” to książka właściwie dla wszystkich, z naciskiem na osoby, które chcą dowiedzieć się więcej o marketingu, public relations, lub o ludzkiej psychologii i manipulacji. Naprawdę, warto sprawdzić, jeśli nigdy nie mieliście styczności z tym tematem.

* * *

Jak zauważył sir Joshua Reynolds: „Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, by tylko unikąć wyczerpującego wysiłku myślenia”.

Fragment „Wywierania wpływu na ludzi. Teoria i praktyka” Roberta Cialdiniego

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Złoto, banki ludzie - krótka historia pieniądza: Czym jest złotówka?

Oto kolejna z recenzji, która zapewne mało kogo z Was jakoś szczególnie zainteresuje. Tak jak poprzednio Autoportret reportera może być ciekawy dla zwyczajnego czytelnika, tak ta lektura... cóż, już niekoniecznie. Ale liczę, że chociaż jedną osobę uda mi się tym tematem zaciekawić. Poza tym myślę, aby napisać post o czytaniu literatury naukowej. Co Wy na to?

Tytuł: Złoto, banki ludzie - krótka historia pieniądza
Autor: Murray N. Rothbard
Liczba stron: 180
Gatunek: literatura ekonomiczna (naukowa)

Murray N. Rothbard to człowiek niezwykły: chyba nie ma tematu, na który ten człowiek by się nie wypowiedział. W tej pracy na tapet wziął temat pieniądza: czym jest, skąd się wziął i czemu jest dla nas tak ważny?

Ekonomia nudzi i nieciekawi: przynajmniej, dopóki nic się o niej nie wie. Gdy jednak człowiek wgłębi się w nią chociaż trochę to nagle odkrywa, że to wszystko przecież bezpośrednio tyczy sie jego! I nie ważne jaką dziedzinę życia wybierzemy: ekonomia na pewno w niej będzie. Pieniądz zaś to coś niezwykle bliskiego nam, ludziom: wielu z Was pewnie zgodzi się, gdy powiem, że życie bez tej jednostki byłoby trudne, jeśli nie niemożliwe.
Nikogo nie powinno więc zdziwić, gdy powiem, że Złoto, banki, ludzie to lektura po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Książka ta zawiera dwie prace Rothbarda:  Co rząd zrobił z naszymi pieniędzmi? oraz Jak odzyskać stracone pieniądze?, z czego to ta pierwsza zajmuje większą część lektury: druga zdaje się być tylko dodatkiem do niej i uzupełnieniem całości.
Rothbard pisze w sposób niezwykle przejrzysty. Dzięki temu jego pozycje zrozumie nawet laik: choć ta książka to literatura naukowa to naprawę nie wymaga niewiarygodnie dużej wiedzy. Wystarczy do niej w miarę świeży i skupiony umysł oraz nieco zainteresowania tematem, by szybko przebrnąć przez jego prace. 
Sądzę, że ta lektura wydana przez Fijorr Publishing to książka zarówno ciekawa jak i pouczająca. Uświadamia skąd wziął się pieniądz i w bardzo przestępny sposób pozwala nam zapoznać się z jego historią. Dodatkowo analizuje czym on jest oraz mniej więcej wyjaśnia jak działają banki. Biorąc pod uwagę, jak ważne w naszym życiu są złotówki wydaje mi się, że temat ten naprawdę powinien zainteresować każdego.
Nawet, jeśli nie masz nic wspólnego z ekonomią w teorii Złoto, banki, ludzie to lektura po którą warto sięgnąć. Ta niedługa książka w stosunkowo przystępny sposób odpowiada na wiele podstawowych, ważnych pytań, na które często brakuje odpowiedzi i prędzej czy później zapewne przyda się każdemu. W końcu nie ważne, co robimy w życiu: pieniądz tak czy siak jest w nim obecny.

* * *

Skąd wziął się pieniądz? Robinson Crusoe z pewnością nie potrzebował pieniędzy. Nie mógłby odżywiać się złotymi monetami. Crusoe i Piętaszek, wymieniając między sobą ryby na drewno nie musieli troszczyć się o pieniądze. Kiedy jednak społeczeństwo rozwinie się do rozmiarów przekraczających kilka rodzin, powstaje grunt dla pojawienia się pieniądza.

Fragment Złoto, banki ludzie - krótka historia pieniądza Murray’a N. Rothbarda

wtorek, 20 grudnia 2016

Fakty i mity w ekonomii: Ekonomiczno-książkowy pogromca mitów

Biorąc pod uwagę co mam na półce... chyba przyjdzie mi się załamać. Większość pozycji na niej to książki dość ciężkie, albo naukowe, a ja jak to ja muszę przeczytać w końcu wszystkie. Dlatego wybaczcie, choć jest grudzień, święta za rogiem i chciałoby się od tego wszystkiego odpocząć to... ja muszę Wam tym razem powiedzieć o czymś nieco mądrzejszym, niż standardowa powieść :D
A na powyższym zdjęciu widzicie autora książki, którą dziś Wam przedstawię. 

Tytuł: Fakty i mity w ekonomii
Autor: Thomas Sowell
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura naukowa

Co jest prawdą? A co tylko mitem? Co tylko wydaje się być logiczne, a co naprawdę jest w ekonomii uzasadnione? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć Thomas Sowell, poruszając tematy związane z płcią, studiami, czy rasami ludzkimi.

Gdy bierze się tego typu książkę do ręki pierwsza myśl, jaka przychodzi nam do głowy jest często wybitnie prosta – co takie coś, wyglądające jak siedem boleści w ogóle robi na naszej półce? Nie muszę chyba mówić, jak okropna jest ta okładka... i naprawdę, choć chce, nie mam bladego pojęcia do czego ta grafika nawiązuje. Gniazdo, z okiem/jajkiem w środku...? Pewnie nie mam wytaczającej wiedzy by to zrozumieć, ale... naprawdę, nie podoba mi się ona pod względem wizualnym. Ale to przecież pozycja, która ma nas czegoś nauczyć, prawda? Jej szczególnie nie powinno oceniać się po okładce.
Nie będę nikogo okłamywać. To nie powieść, którą czyta się i uwielbia się pisarza za to, co stworzył. Owszem, styl Sowella nie należy do najcięższych, poza tym autor nie zagłębia się w temat aż tak bardzo, by laik do nie zrozumiał, ale i tak i tak to pozycja, do której trzeba przysiąść ze świeżym umysłem. Inaczej człowiek czytając ją po prostu się wyłączy i nie będzie nic z lektury pamiętał. Jeśli jednak interesuje Was ekonomia, albo po prostu szukacie czegoś, co pozwoli Wam rozwinąć horyzonty to... wydaje mi się, że to dość dobra pozycja.
Wprawdzie sięgając po tę książkę wypadałoby już coś o tej ekonomii wiedzieć, aczkolwiek osoby myślące w miarę logicznie nie powinny mieć większych problemów ze zrozumieniem jej, zwłaszcza że – jak już pisałam – autor nie zagłębia się w problem bardzo szczegółowo. Przy tym często porusza dość ciekawe tematy... a przecież kto z nas nie lubi obalania mitów?  Nie wątpię, że wielu z Was z zainteresowaniem oglądało filmy to pokazujące, dlaczego więc nie mielibyście chcieć o czymś takim poczytać? I to potraktowane przez specjalistę w dziedzinie, a nie jakąś losową osobę w sieci, czy telewizji.
Nie mam wrażenia, by Fakty i mity w ekonomii nauczyły mnie czegoś w jakiś szczególny sposób, ale na pewno dały mi do rękawa kilka ciekawych argumentów, które będę mogła w przyszłości wykorzystać. Muszę jednak przyznać, że czasami przykłady autora niekoniecznie będą trafione dla Polaka – w większości przypadków są wzięte z życia mieszkańców USA co niekoniecznie przekłada się na naszą sytuacje. Na przykład gdy Sowell opisuje system studiów w swoim kraju to my, Polacy, niestety nie jesteśmy w stanie tego w pełni przenieść na naszą płaszczyznę. I choć owszem, to tylko przykłady, pokazujące bardziej ogólną regułę, ale przez to mogą nie być dla nas do końca zrozumiałe.
Jeśli macie chęci i cierpliwość myślę, że po Fakty i mity w ekonomii warto sięgnąć. To dobrze opracowana książka, choć dla znawców tematu może być ciut za płytka. Nie ma co jednak czytać jej na siłę, bo jak to z literaturą tego typu bywa bez udziału własnej woli w poznawaniu jej możecie przysnąć w połowie i zupełnie nic z niej nie zrozumieć.


piątek, 5 sierpnia 2016

Ekonomia w jednej lekcji: lektura obowiązkowa dla początkującego ekonomisty

Nie wiem jak Wy, ale ja wychodzę z założenia, że jeśli chce coś wiedzieć to tak na prawdę muszę zabiegać o to sama. Nikt nie będzie przecież wokół mnie skakał, a szkoła - jakakolwiek - nic nie da bez indywidualnego wkładu. Sięgnęłam więc po książkę Hazlitta, bo... czemu nie? :)
Ach, niech mi ktoś wyjaśni - to literatura naukowa, czy popularnonaukowa...?

Tytuł: Ekonomia w jednej lekcji
Autor: Henry Hazlitt
Liczba stron: 224
Gatunek: książka naukowa/poplarnonaukowa

Hendy Hazlitt to przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomii. Ekonomię w jednej lekcji w ręce czytelnika oddał w 1946 roku i poprawiał wydanie w latach siedemdziesiątych. Książka, w założeniu ma przedstawić podstawy ekonomii w prosty i przystępny sposób.
I tak, zdecydowanie - robi to. Hazlitt wyjaśnia wszystko bardzo jasno i logicznie - tak, że ja, jako osoba niemająca dużego pojęcia w temacie bez problemu rozumiałam, co autor chce mi przekazać. Oczywiście, nie jest to lektura najprostsza i najprzyjemniejsza, to nie jest powieść, czy literatura rozrywkowa, niemniej... da się przy niej rozluźnić. Nie irytowałam się, że czegoś nie rozumiem, nie nudził mnie styl autora - i przy tym mogłam się czegoś dowiedzieć, a po to się w końcu po takie książki sięga.
Autor wyjaśnia wszystko na przykładzie USA, dlatego nie każdy przytoczony przez niego przypadek będzie idealnie odpowiadał temu, co dzieje się, lub działo u nas, niemniej, mechanizmy, które opisuje są właściwie takie same w każdym miejscu na świecie. Nie uważam więc tego za jakikolwiek minus.
Tematyka podjęta w tej pozycji jest dość ogólna - bo właśnie o tych ogółach autor ma nas czegoś nauczyć. Porusza tematy inflacji, opodatkowania, eksportu, czy stabilizacji cen. Dla osoby niezainteresowanej ekonomią może się to wydawać odległe i nudne, jednak... te zagadnienia dotyczą pośrednio, lub bezpośrednio nas wszystkich, dlatego myślę, że dobrze jest poznać chociaż te podstawy :)
Pozycja ma jeszcze jeden ogromny plus. Pod koniec autor wymienia pozycje, po które może sięgnąć czytelnik w dalszej kolejności, jeśli dalej zainteresowany jest tą tematyką :)
Ekonomia w jednej lekcji to zdecydowanie dobra pozycja dla każdego, kto tylko ma ochotę dowiedzieć się czegoś więcej w temacie, który dla każdego z nas powinien być mniej, lub bardziej, ale jednak - istotny. Ze spokojnym sumieniem mogę tą pozycje polecić.
Nomida zaczarowane-szablony