Pokazywanie postów oznaczonych etykietą high fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą high fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2024

Czwarte skrzydło: gdyby tylko to było dobrze napisane...


W świecie, w którym od 400 lat toczy się wojna na granicy, jeźdźcy smoków są ostatnią siłą, która może utrzymać bariery. Violet, córka generał, od dziecka marzyła o zostaniu skrybką, chcąc iść w ślady ojca. Matka jednak nie pozwala jej na to i dziewczyna, mimo choroby, trafia do akademii smoczych jeźdźców, w której najprawdopodobniej czeka ją szybka śmierć.

Czwarte skrzydło
cykl Empireum, t. 1
Rebecca Yarros
wyd. Filia, 2023


„Czwarte skrzydło”, powieść, którą napisała Rebecca Yarros, szturmem podbiła książkowe media, trafiając na półki bestsellerów, także w Polsce. I choć rozumiem powody, dla których może innych bawić, w moim odczuciu jest to fantazja erotyczna, „ukryta” pod płaszczykiem powieści fantasy o smokach, której autorce zabrakło warsztatu i wiedzy, aby była historią napisaną przynajmniej poprawnie. 

Uwaga, w tekście mogą pojawiać się spoilery, za pomocą których będę próbować wyjaśnić, co mam dokładnie na myśli.

Zacznijmy od tej pierwszej kwestii. Wydawać by się mogło, że przy długiej na ponad pięćset stron książce dwie sceny erotyczne to w gruncie rzeczy wcale nie jest szczególnie dużo, więc jak tu mówić o fantazji erotycznej w jej kontekście? Wydaje mi się jednak, że jak najbardziej można, bo mam poczucie, że cała fabuła była kreowana właśnie z myślą o nich. Już od samego początku myśli i rozmowy protagonistki zmierzają właśnie w te rejony. Mimo że w teorii Violet powinna być zestresowana sytuacją i skupiona na przeżyciu, ona często jednak skupia się na pięknych, niezwykle silnych i twardych klatach, czy po prostu wprost mówi o tym, że chciałaby się z kimś przespać. Nie ma w samym tym fakcie absolutnie niczego złego, tylko nawet taka fabuła wymaga pewnych umiejętności, której Yarros po prostu w moim odczuciu po prostu zabrakło.

Mimo jednak tego, że jest to przede wszystkim historia pisana z myślą o lekkim romansie/erotyku, autorka wybrała sobie setting fantasy, próbując tworzyć swój własny świat. Skoro zaś właśnie na to postawiła, to przynajmniej ja mam zamiar wymagać od autora przynajmniej sensownych podstaw światotwórstwa. Tego niestety zdecydowanie tutaj brakuje. Świat jest ubogi, pełny głupot, często zupełnie nielogiczny. Te bzdury pojawiają się zaś na dosłownie każdym poziomie, od ogólnej konstrukcji armii, która nie ma sensu, przez smoki, które odmawiają noszenia siodeł po 400-latach współpracy z ludźmi (a wszyscy wciąż się dziwią, czemu tylu jeźdźców umiera), po trening pod postacią bicia się ZARAZ PO OBIEDZIE. Cały czas zadaję sobie pytanie, czy oni w tym uniwersum naprawdę aż tak bardzo lubią sprzątać wymiociny uczniów… Dodajmy do tego fakt, że ta bardzo przerażająco straszna akademia smoczych jeźdźców przypomina w gruncie rzeczy liceum i że w najlepszej jednostce edukacyjnej w kraju nikt nie jest w stanie nawet przypilnować pokoju pani generał, w którym znajdują się kluczowe dla wojny mapy.

Nie zapominajmy też o topornej ekspozycji. W tej historii protagonistka, aby się uspokoić, recytuje sobie w pamięci treści czytanych książek i zupełnym przypadkiem są to np. opisy mapy, albo opisy gatunków smoków. Brawo, to bardzo szprytne rozwiązanie. 

Autorce też naprawdę kiepsko wychodzi rozpisywanie scenek rozwojowych, w których to Vi próbuje zdobyć jakąś wiedzę. O ile gdy akcja się toczy to się jeszcze jakoś czyta, tak te fragmenty są po prostu niezmiernie nudne. 

Być może przymknęłabym na to wszystko oko, gdyby kreacja bohaterów oraz ich wzajemne relacje stały na wysokim poziomie. Ale niestety, jest im do tego zdecydowanie daleko. Protagoniści z „Czwartego skrzydła” to nie pełnokrwiste postacie, a marionetki, które nie przechodzą żadnej zauważalnej drogi na przestrzeni całego tomu. Przejdźmy więc przez nasze główne trio, czyli przez Violet, Daina oraz Xandera.

Violet teoretycznie na początku chce zostać skrybką i szczyci się szczególną inteligencją. W tej historii nie widać jednak ani jednego, ani drugiego, bo protagonistka już właściwie na samym początku po prostu godzi się ze swoim losem. Przez cały czas trwania historii zachowuje się zaś niemal dokładnie tak samo i choć w teorii tą przemianę przechodzi, w momencie, w którym powiedziała do swojego przyjaciela: hej, wiesz, zmieniłam się, ja pytałam siebie samą tylko: gdzie? Nie zauważyłam. Oczywiście w trakcie zdobywa nowe super moce i staje się coraz to potężniejsza, będąc doskonałym przykładem postaci typu Mary Sue, ale jej wnętrze w moim odczuciu pozostaje niezmienne.

Później mamy Daina. Bohatera, który z założenia jest przyjacielem Violet od czasów dzieciństwa i oczywiście, jest w niej zauroczony. Jest też postacią, która bardzo mocno trzyma się zasad. I jak najbardziej widzę, że konflikt pomiędzy: „zależy mi na Tobie, Violet”, a „ważne są dla mnie reguły” może być pociągający i dobrze zrobiony, ale ponownie TU TEGO NIE MA. Dain od początku chce tylko kontrolować protagonistkę, nie ma w nim cienia zrozumienia, pomiędzy tymi postaciami nie ma żadnej chemii, nie czuć ich wieloletniej przyjaźni. Autorka zrobiła z tej postaci potwora, nie realnego człowieka, który z troski o bliską mu osobę próbuje podjąć decyzje za nią.

No i na końcu mamy docelowego chłopaka Violet, czyli Xandera. Mężczyznę trochę starszego od niej (wszyscy mają na oko jakieś 20-26 lat), który z założenia jest wrogiem jej rodziny, kimś, komu bohaterka nie ufa. I o ile w narracji Violet wykłada nam to wielokrotnie, o tyle w jej zachowaniu, reakcji na jego słowa, w ich dialogach tego kompletnie nie widać. Autorka chciała wyraźnie stworzyć tu motyw od nienawiści do miłości, ale tej nienawiści tu nie ma. Oni od samego początku są w sobie zauroczeni i to ze wzajemnością.

Jeśli więc w romansie brakuje nie tylko świata przedstawionego, ale też dobrze napisanych relacji, także romantycznych… to cóż to jest za romans? 

„Czwarte skrzydło” to powieść napisana bardzo lekkim stylem, która (nieudolnie wprawdzie) realizuje kuszące motywy. Bo kto nie chciałby latać na smokach? Kto nie chciałby mieć SWOJEGO SMOKA? Niemal każdy marzy też o bliskich relacjach z innymi, spora część osób pragnie bliskiej relacji romantycznej. Dlatego rozumiem, jeśli ta powieść się komuś podoba w takiej formie. Mnie jednak niezmiernie boli, że nawet wykorzystując te same schematy, ale pisząc w sposób bardziej kompetentny, skupiając się bardziej na kreacji świata i sensownym przedstawieniu bohaterów moglibyśmy dostać naprawdę przyjemną powieść fantasy. W tym przypadku zaś to co najwyżej przykład tego, jak takich książek absolutnie nie należy pisać.


środa, 17 stycznia 2024

Głodna puszcza: rynsztokowy humor i przygoda bez ciężaru


Do karczmy Kociołka przyjeżdżają lokalni władcy. Okazuje się, że Pogorzałek, jedyna osoba będąca w stanie pertraktować z trollami zaginęła. Dlatego też kucharz oraz jego drużyna wyruszają, aby go odnaleźć. 

Głodna puszcza
Cykl Drużyna do zadań specjalnych, t. 2
Marcin Mortka
wyd. SQN, 2021


Marcin Mortka jak na razie mnie swoją twórczością nie zachwycał, ale w końcu do trzech razy sztuka. „Głodna puszcza”, czyli kontynuacją „Nie ma tego Złego” pojawiła się na mojej półce, więc w końcu nadszedł czas na zapoznanie się z kolejnym tomem. Nie okazał się on na szczęście słabszy od poprzedniego, ale i lepszy również nie jest.

Schemat tej części jest bardzo podobny do tego, jak była zbudowana część pierwsza. Ot, mamy drużynę wyjętą z rozgrywki RPG, bez jakiś szczególnych charakterów, a raczej opierającą się na znanych schematach, która podróżuje i przeżywa przygody. Tak jak i w pierwszej części, tak i tutaj nie czułam jednak ciężaru całej sytuacji. Ot, idą na przygodę, często popełniając błędy, ale i tak wyjdą z tego cało, więc jest zabawnie – no nie, mnie to samo w sobie po prostu nie bawi.

Nie bawi również przez wzgląd na żart, jakim Mortka operuje. Wiele osób właśnie za to go chwali i dlatego na tych książkach dobrze się bawi, ale dla mnie kompletnie on nie przemawia. Dlatego że polega on na wzajemnym wyzywaniu się i używaniu brzydkich słów, bo hehe, takie to śmieszne, że ktoś kurwą rzuci. Nie powiem, taki ostrzejszy żart MOŻE być śmieszny, jeśli jest traktowany z umiarem i wyczuciem, a i jednego, i drugiego w tej narracji moim zdaniem brakuje. To po prostu rynsztokowy humor w nieco wygładzonej wersji.

Jeśli coś wypada tu nieco lepiej w stosunku do części pierwszej to być może ustanowienie bohaterów. W tomie pierwszym nie czułam kompletnie ich charakterów i byli dla mnie raczej niepotrzebną masą – gdyby Kociołek wędrował tylko z jednym towarzyszem, efekt byłby ten sam lub podobny. Tutaj w końcu troszeczkę ich poczułam, faktycznie ta drużyna się tutaj jest widoczna nieco bardziej, ale jak na powieść właśnie o zespole dalej jest dość marnie. Te postacie są swoimi klasami postaci, a nie indywidualnymi charakterami. Nie mam nic przeciwko, by bohaterów tworzyć wokół jakiś ogólnych konceptów, ale jednak jakaś odrobinka głębi jednak by im się przydała. 

Ja naprawdę rozumiem, czemu ta książka się może podobać. Jest napisana lekkim stylem. Nie jest zbyt wymagająca i pozwala na pewne odcięcie się, jeśli kogoś akurat wciągnie. To bezpieczny wybór, w którym raczej nikt nie zginie, będzie (mimo humoru) dość puchato i klasycznie, bez królujących obecnie w fantasy romansów/erotyków. I jeśli ktoś właśnie tego szuka – proszę bardzo, to jest taka książka. 

Mnie jednak brakuje w niej jakiegoś ciężaru, czegokolwiek więcej, czy to w stylu, fabule, czy kreacji bohaterów. Oczekuje od fantastyki, że zaskoczy mnie czymś kreatywnym, ładnym, ciekawym – a w „Głodnej puszczy”, tak jak i w poprzedniej części z serii tego nie znalazłam. Dlatego przynajmniej na razie twórczość tego autora odpuszczam… chyba że znów „przypadkiem” kupię jego książkę w dużej promocji, jak to było z tym tomem. 



piątek, 5 stycznia 2024

Tkając świt: uczcijmy mądrość Mai milczeniem


W świecie, w którym dziewczyna nie może być krawcem, niedołężny ojciec Mai zostaje wezwany do wzięcia udziału w konkursie na twórcę cesarskich strojów. Dziewczyna wyrusza w podróż zamiast niego w przebraniu własnego brata. Przed wyjazdem dostaje jednak od ojca nożyczki po swojej babce.

Tkając świt
cykl Krew gwiazd, t. 1
Elizabeth Lim
wyd. We need YA, 2021


„Tkając świt” Elizabeth Lim to powieść, która zauroczyła mnie tytułem, a przez swoją okładkę pobudziła moją wyobraźnię. Gdy zaczęłam ją czytać, szybko okazało się jednak, że to będzie jednak raczej po prostu lekka lektura. A potem było tylko gorzej. Uwaga, nie mam zamiaru się w tym tekście ograniczać, więc ostrzegam — będą s p o i l e r y.

Sam początek wydawał mi się być może nieco naiwny, ale wprowadzał ciekawy motyw: główna bohaterka po prostu lubi i umie szyć. I na tym etapie nie miałam do powieści wielkich zarzutów. Problemy zaczęły się, gdy Maia trafiła do cesarskiego pałacu i zaczął się sam konkurs na krawca.

Przede wszystkim, choć narracja bezustannie pisze o talencie protagonistki, o jej wyjątkowości i miłości do szycia to jednak nie widać tego w fabule. Właściwie wszystkie udane projekty to dzieło zaczarowanych nożyczek odziedziczonych po babce. Nie czułam, aby Maia faktycznie była dobrą krawcową, aby miała realną szansę pokonać w szeregach dużo bardziej doświadczonych od siebie krawców i właśnie to sprawiło, że w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.

W tym czasie okazuje się, że jeden z krawców jest szczególnie niebezpieczny. Maia poznaje też lorda czarodzieja (aka prawą rękę cesarza), Edana, który okazuje się sarkastycznym 500-letnim młodzieńcem. Ten poznaje jej tajemnice i przez czas trwania konkursu po prostu się z nią droczy. Ich relacja nie wydaje się szczególnie głęboka: ja odbierałam ją bardziej jako flirtowanie, które nie budowało jednak wspólnych wspomnień, czy większej więzi. Wkrótce o tym, że Maia jest kobietą, dowiaduje się również jej przeciwnik, który zachowuje to dla siebie (Maia ma świadomość, że on wie). Z kolei protagonistka wie, że jej przeciwnik używa magii do tworzenia swoich prac.

Finał konkursu sprawił, że prawie odłożyłam tę książkę. Okazuje się wówczas, że dzieło Mai było lepsze, ale i tak wybór pada na jej przeciwnika, na co ona zaczyna krzyczeć, zdradzać jego tajemnice, a on odwdzięcza się tym samym. Ten przejaw mądrości z jej strony uczcijmy akapitem milczenia.

…………………………

Maia trafia do lochów i zamiast skupiać się na nadchodzącej egzekucji, wkurza się, że jej kumpel lord czarodziej nie zareagował. Co tam, że mogło mu również grozić skazanie. Że to nic by nie zmieniło. Czuje się zdradzona przez typa, który i tak powtarzał, że nie jest wcale jej przyjacielem. Co mnie jednak bolało bardziej — nikt nie wypomina jej, jak głupią decyzję podjęła w trakcie finału. 

W każdym razie, następnie okazuje się, że jednak uratowały ją magiczne nożyczki i cesarz uznaje, że to jednak ona będzie dla niego szyć. Edan wymazuje wspomnienia o tym, że Maia to dziewczyna ze wspomnień wszystkich poza cesarzem, a następnie krawcowa dostaje kolejne zlecenie: ma uszyć trzy suknie, używając mitologicznych składników, które sama musi zdobyć. 

W tym momencie Edan przestaje zachowywać się logicznie. Mimo że prawie nie zna Mai i tak łamie wolę cesarza i wyrusza razem z nią. Już samo to jest głupie, ale to jeszcze nie jest wszystko. Mianowicie, jako czarodziej, Edan musi być związany z jakimś panem, który ogranicza jego moc. Im bardziej magiczny sługa się oddala, tym bardziej słabnie jego moc, aż dochodzi do momentu, w którym zmienia się on w zwierzę do czasu powrotu. Cesarz jest oczywiście panem Edana. W związku z czym ten typ wyruszył w podróż z nieznajomą, wiedząc, że i tak dość szybko przestanie mieć możliwość, by realnie jej pomagać. No gratulacje.

Na tym etapie (to ok. ½ książki) powieść zmienia się w romans z elementami przygodowymi. Edan dość szybko z sarkastycznego gościa zmienia się w kochającego i czułego chłopaka z tragiczną przeszłością, który jako dziecko jadł głównie trawę i piach (tak było, nie kłamię). Maia wkurza się i krzyczy na Edana, bowiem to dojrzały sposób na przyjęcie informacji, że koleś nie chce się wiązać, bo nie jest wolną jednostką i wie, że to nie byłoby rozsądne. A potem protagoniści niby wykonują zadanie, ale jest wielka tragiczna drama i cliffhanger zapowiadający kolejny tom.

Przy okazji, w trakcie podróży postacie przemierzają sobie pustynie. Mimo że jest na niej gorąco, jadą za dnia, ale Maia tylko lekko się poci (po pustyni z tego co wiem, raczej porusza się nocą). Ale widzi, że Edanowi to nie przeszkadza, w związku z czym pyta się go, czy lubi pustynie. Ten odpowiada, że no w sumie to nie. Dlaczego, zadaje mądre pytanie Maia. Bo pustynia jest gorąca. XD Nie wiem, czemu redaktor nie usunął tego błyskotliwego dialogu. Ach, potem się okazuje, że Edan czuje tylko skrajne temperatury, więc to po prostu był sposób na zwinne wprowadzenie ekspozycji przez autorkę. 

To absolutnie nie jest najgorsza powieść, jaką czytałam. Ot, przeciętniaczek, schematyczny, raczej głupiutki i trzymający się na ślinę, ale dalej funkcjonujący w powiedzmy, sensownych ramach. Dlatego rozumiem, jeśli komuś się podoba — to może być miła i lekka lektura. Z tym że dla mnie jednak tych głupotek było zbyt dużo, relacja bohaterów zbyt płytka (moim zdaniem książka nigdy nie rozbudowuje jej tak, by była wiarygodna), a styl i warsztat autorki za słabo rozwinięty. Rozumiem jednak, że jest to debiut, może jej kolejne dzieła są lepsze, acz chyba w najbliższym czasie tego nie będę sprawdzać.


sobota, 2 grudnia 2023

Beniamin Aschwood: kolejny chłopiec, który wyrusza w podróż

Ben jest sierotą, wychowywanym przez zamożnego człowieka. Mieszka w odciętej od świata wiosce, nie marząc o niczym ponad to, co ma. Gdy w okolicy pojawia się demon, grupa podróżnych postanawia się nim zająć. Splot przypadków sprawia, że chłopiec jest zmuszony do wyruszenia wraz z nimi.



Książek fantasy o młodym chłopcu, często z biednego domu, który musi wyruszyć w magiczną podróż pełną przygód, nie brakuje. Niestety, trudno mi wśród nich znaleźć coś nowego, ciekawego, coś, co naprawdę wywrze na mnie duże wrażenie. I tak się składa, że „Beniamin Aschwood”, powieść A. C. Cobble’a, również moich oczekiwać w tym względzie nie spełnił.

Beniamin Aschwood
A. C. Cobble
wyd. Fabryka słów, 2021
cykl Beniamin Aschwood, t. 1

Zacznijmy od samego stylu. To powieść, którą jak najbardziej szybko się czyta. Przyznam, sama pochłonęłam te ponad 500 stron w niespełna 24 godziny, choć tu warto zauważyć, że książki Fabryki Słów mają bardzo mało tekstu na stronę w porównaniu do książek innych wydawców. Jednocześnie jednak to wcale nie oznacza, że styl Cobble’a jest szczególnie dobry. Autor robi w „Beniaminie Aschwoodzie” podstawowy błąd: mówi, ale nie pokazuje. Większości rzeczy dowiadujemy się z narracji, ale nie widzimy tego w praktyce, co sprawia, że historia sprawia wrażenie suchej i nijakiej. 

Ponadto autor chyba nie do końca przemyślał sobie konstrukcje świata czy postaci. Miałam wrażenie, jakby czasem zapomniał, że o czymś powinien wspomnieć, więc wrzucał to w historię później. Przykładowo, na początku poznajemy Bena jako chłopaka, który właściwie to uczy się bić na miecze i zawodowo chce zajmować się warzeniem piwa, co naprawdę lubi. A potem nagle dowiadujemy się, że on faktycznie całe życie chciał się z tej swojej wioski wyrwać. Albo na przykład historia zaczyna się od opisu żyjących w świecie demonów. Problem polega na tym, że po pierwszej scenie te są ledwo co wspominane i nie stanowią jakiegoś szczególnego zagrożenia dla bohaterów. 

Przyznam też, że rozbrajał mnie na łopatki pojawiający się w tej historii romans. Spokojnie, spokojnie, nie ma go dużo, niemniej nasz główny bohater zauracza się, bo… dziewczyna jest ładna. Koniec. Co prawda dostajemy gdzieś w narracji informację, że po kilku miesiącach wędrówki wszyscy członkowie wyprawy zbliżyli się do siebie i zbudowali mocne więzi, ale to nie jest w żaden sposób „udowodnione”. Ponownie, autor informuje, a nie pokazuje i w gruncie rzeczy o bohaterach pobocznych nie wiemy praktycznie nic.

Ponadto, w książce pojawia się jedna scena erotyczna, zajmująca jakąś połowę strony. Niepotrzebna i zbędna, niezbyt szczegółowa, ale jest. Także ostrzegam tych, którzy są na nie wyczuleni.

Wydaje mi się, że to właśnie problem ze stylem jest największym problemem tej książki. Tu nie ma emocji, tu nic takiego się nie dzieje. Jest lekko, sztampowo i dość bezpłciowo. Podróż pełna przygód jest schematyczna i zdaje się nie mieć znaczenia, ani emocjonalnego impaktu. Gdyby poprawić tę historię pod kątem prowadzenia narracji to być może to wszystko nabrałoby barw, ale w tym momencie naprawdę dużo brakuje jej do dobrej.

Oczywiście każda potwora znajdzie swego amatora i rozumiem, jeśli komuś ten typ historii odpowiada. Jak już wspominałam więcej niż raz, „Beniamin Aschwood” to książka lekka w przyswojeniu, a że często najbardziej lubimy stare piosenki, to jestem przekonana, że spora część czytelników będzie się przy niej bawić nieźle. Mnie samej dała odrobinę oddechu po cięższej lekturze, ale niestety, chciałabym, aby ta historia była przynajmniej trochę lepsza.



niedziela, 5 listopada 2023

Cień i kość: wstęp do kariery Bardugo

 

Gdy Alina Starkov wybiera się na przeprawę przez Fałdę, niemal traci życie. Pod wpływem emocji uwalnia się jednak jej moc. Okazuje się, że dziewczyna jest nie tylko Griszą, ale również jedyną w swoim rodzaju przywoływaczką światła, która może zniszczyć rozdzielający kontynent mrok. W ten sposób trafia pod pieczę jednego z najpotężniejszych ludzi w kraju, tajemniczego Zmrocza.

Cień i kość
Leigh Bardugo
wyd. Mag, 2019
cykl Grisza, t. 1



„Cień i kość” to debiut Leigh Bardugo, o którym słyszałam dość mieszane opinie: miał być zdecydowanie słabszy od czytanej już przeze mnie „Szóstki wron”. Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie miałam tej powieści w planach, ale że nowsza dylogia autorki była naprawdę sympatyczna, uznałam, że co mi tam, spróbuje i z tą. Po lekturze przyznaję – „Cień i kość” jest książką słabszą, niż historia o Wronach. Ale bawiłam się na niej lepiej, niż przypuszczałam.

Być może jest to trochę wynik znajomości uniwersum. Oglądałam pierwszy sezon serialu na podstawie książki i choć zmienia on pewne detale, to niektóre sceny są wzięte niemal 1:1 z powieści. Wiem, o co chodzi w tym świecie, znam jego ogólne zasady, a spoilerów o całym cyklu już się nasłuchałam i naczytałam, więc właściwie nie miało mnie co tu zaskoczyć. Ale mam wrażenie, że gdybym nie znała tego świata, to mogłabym czuć większy niedosyt po lekturze. To naprawdę krótka i prosta fabularnie książka, w której nie ma zbyt wiele czasu czy miejsca na ekspozycje, dlatego wydaje mi się, że mogłabym narzekać na niedostateczne światotworzenie. A tak to była dla mnie po prostu całkiem sympatyczna powtórka z rozrywki. Czytanie jej było dla mnie po prostu jak odtworzenie oryginału jakiejś piosenki po tym, jak człowiek nauczył się na pamięć kilku różnych coverów.

Znając już „Szóstkę wron”, wiem mniej więcej, w którą stronę literacko rozwinęła się Bardugo i jak najbardziej widzę w  „Cieniu i kości” kierunek, w którym już wtedy zmierzała. Mianowicie, moim zdaniem ta druga dylogia stoi przede wszystkim relacjami postaci, ich rozmowami i tym, jak nawzajem się ścierają pomiędzy sobą. W tej historii nie jest to zrobione aż tak dobrze, to jeszcze nie jest do końca to, ale tak czy siak, to poziom dialogów i budowania relacji między postaciami wyższy, niż u wielu debiutujących autorów. 

Zresztą, sam styl autorki też jest naprawdę przyjemny. Prosty w przyswojeniu, ale nie infantylny. Bardugo całkiem sprawnie operuje słowem. Aż szkoda, że ta powieść jest tak krótka. Wydaje mi się, że gdyby została nieco bardziej rozwinięta to po prostu zgubiłaby nieco sztampy i nabrała więcej charakteru. Z drugiej strony być może to właśnie tak niewielka objętość pozwoliła autorce zadebiutować: tego typu powieść po prostu mniej kosztuje wydawcę. 

Czytając i słuchając różnych opinii na temat Griszów nie mogłam nie natrafić na uwielbienia w stosunku do Zmrocza. I po lekturze tej książki mam dwie myśli z nim związane. Po pierwsze, osobiście dalej nie kupuje tego uwielbienia, nawet mimo sympatii do Bena Barensa. Wiem, w którą stronę zmierza ta relacja dalej, znam mniej więcej motywacje postaci, ale wydaje mi się, że byłby lepszym bohaterem, gdyby był bardziej szary moralnie. Niestety, to po prostu dość toksyczny złoczyńca, a ja takich uwielbiać nie umiem. Po drugie, choć jestem za tłumaczeniem imion, to w dalszym ciągu uważam, że słowo Zmrocz brzmi głupio. Nie dało się tego trochę lepiej przetłumaczyć? 

W tej książce naprawdę nie ma nic więcej. Będę ją pamiętać bardziej przez serial (i dylogię o Wronach) oraz fabułę prostą jak budowę cepa, która jest powtórzonym po raz milionowy schematem, niż przez szczególnie ładny styl autorki, unikatowy świat czy cokolwiek takiego. Oczywiście występujące tu nawiązanie do cesarskiej Rosji jest czymś dość odświeżającym w raczej młodzieżowym fantasy, ale raczej nie na tyle, by to wzbudziło we mnie większe emocje. Ale cóż, przeczytałam i jako lekka lektura po pracy mi się sprawdziła. I jeśli ktoś tego właśnie szuka to właściwie czemu by po nią nie sięgnąć?


poniedziałek, 30 października 2023

Na drugą stronę: Nancy Kress i młodzieżowe fantasy? No chyba nie


Roger ma niespełna piętnaście lat i szczególny dar: potrafi przenosić się do krainy umarłych. Jednak choć jego matka powinna gdzieś tam być, nie potrafi jej odnaleźć. Gdy traci swoich opiekunów, trafia do zamku jako sługa.


Na drugą stronę
Anna Kendal
wyd. Zysk i s-ka, 2014
cykl Kroniki Duszorośli, t. 1


Przed lekturą tej książki nie sprawdziłam, że Anna Kendell, autorka tej książki to ta sama osoba, co Nancy Kress – niegdyś popularna pisarka SF i fantasy, o której trochę słyszałam, choć nigdy wcześniej niczego od niej nie czytałam. Dlatego podeszłam do niej bez większych oczekiwań, a co najwyżej z pewną dozą ciekawości. Niestety, mimo wielu nagród, które ta autorka dostała za swoją twórczość, muszę przyznać, że „Na drugą stronę” jest raczej kiepskim fantasy. 

Mam wrażenie, że to książka, która stara się być bardziej współczesnym, młodzieżowym fantasy, ale jednocześnie autorka jest twórczynią fantastyki „starej daty” i po prostu nie potrafi się na to obecne pisanie przestawić. Na przykład: to niby historia o nastolatku, a jednak czasem pojawiają się w niej dziwne, wręcz lekko erotyczne wstawki. Nie powiem, nie spodziewałam się tego i w jednym momencie wręcz nie mogłam się nie roześmiać (choć nie to było raczej zamiarem Kendell).

Sam styl autorki jest prosty, ale zarazem toporny. Książka nie jest długa, ale dzieje się w niej naprawdę dużo. Akcja zdaje się skakać ze sceny na scenę, niczego odpowiednio nie budując. Świat przedstawiony zaś jest przede wszystkim po prostu nudny. Część należąca do żywych to sztampowe jakieś tam fantasy z losowym królestwem, które toczy wojnę, a do świata umarłych nie schodzimy aż tak znów często. Nie jest on zaś w moim odczuciu w szczególnie ciekawy sposób rozpisany. Ta książka przypomina mi rozbudowany szkic autorki, który wymagałby wypełnienia, by nabrał charakteru.

Coś w tej historii zdecydowanie nie wyszło, dlatego nie dziwię się, że przeszła bez większego echa. Obecnie można kupić książkę w outletach i na wyprzedażach (tak trafiła do mnie) i niestety, nie jest to jedna z tych zapomnianych opowieści, którą polecałabym dalej. Nie spodziewałam się po niej wiele, ale i tak czuje się trochę rozczarowana. To po prostu bardzo bezpłciowa opowieść, która niby trzyma się kupy, ale brakuje jej duszy.



wtorek, 24 października 2023

Granty i smoki: obiecujący debiut


Cilgeran jest doktorantem na Uniwersytecie Wielkobohaterskim imienia Kelta Niezwyciężonego. Wraz ze swoim studentem, wiernym niziołkiem o imieniu Rorty Pragmeticbuck, podróżuje i wykonuje zadania godne bohatera, choć po prawdzie jest tylko teoretykiem pracującym po godzinach w bibliotece. 


Granty i smoki
Łukasz Kucharczyk
wyd. Pewne, 2022


Na „Granty i smoki” uwagę zwróciły mi nominację do Śląkfy, a następnie do sięgnięcia po lekturę popchnęła mnie nominacja do Zajdla. W końcu nie codziennie debiut i to na dodatek wydany raczej w mniejszym wydawnictwie zyskuje tyle nominacji, a jednak twórczość Łukasza Kucharczyka zwróciła uwagę fandomu. Czy słusznie? Po części owszem.

Choć książka została nominowana do Zajdla w kategorii „powieść”, swoją formułą jednak bardziej przypomina opowiadanie. Każdy z sześciu rozdziałów to inna historia Cilgerana i w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia w jakiej kolejności czytelnik będzie je poznawał. 

Tekst Kucharczyka jest przy tym jednym z tych, który bierze popularną w popkulturze historie (baśń, bardzo znaną powieść etc.), a następnie opowiada ją na nowo, osadzając ją w swoim świecie, z założenia zabawnym, przez występujące w nim absurdy. Nie jest to nic nowego, nawet na polskim rynku mamy trochę tego typu książek, ale to w dalszym ciągu coś, co można zrobić dobrze.

Te dwie rzeczy w połączeniu ze sporą wiedzą Kucharczyka i wydaje mi się – wielką słabością do gatunku, dają nam książkę, którą czyta się lekko i przyjemnie. Która nie traktuje siebie zbyt poważnie. Mam wrażenie, że dziś wielu osób właśnie takich lektur może szukać i naprawdę nie dziwię się, że zdobyła uznanie, przynajmniej w pewnym gronie (bo jednak jak na razie chyba poza środowisko fandomowe zbyt mocno nie wyszła). 

Jednocześnie nie powiedziałabym, że to powieść, która „zmiotła mnie z planszy”. Po pierwsze, mnie rzadko kiedy komedie doprowadzają do stanu zachwytu, jeśli chodzi o ich żart. To jednak bardzo indywidualna sprawa, więc być może akurat komuś styl i żart Kucharczyka będzie naprawdę odpowiadał. Po drugie jednak mam wrażenie, że jednak autorowi brakuje trochę umiejętności, jeśli chodzi o tworzenie gier słownych i kreatywnych nawiązań, które sprawiałyby, że oparte na żartach historie byłyby po prostu ciekawsze. Nie chodzi o to, że jest źle, a o to, że mogłoby być tu w tym względzie po prostu lepiej. 

Z tym wiąże się też fakt, że nawiązania autora do innych dzieł kultury, takich jak „Wiedzmin”, „Opowieści z Narnii” czy „Władca pierścieni” przypominają bardziej uderzanie czytelnika cegłą po głowie, a nie subtelne mrugnięcia okiem. Ponownie, być może komuś akurat takie podejście będzie odpowiadać, ale osobiście wolałabym tutaj nieco więcej wyczucia bądź nieco więcej oryginalnej fabuły, a mniej zabawy w komedię i nawiązania.

Czytając, nie mogłam też nie odnieść wrażenia, że „Granty i smoki” stoją dość blisko czytanej przeze mnie kilka lat temu powieści, która przeszła kompletnie bez echa – „Początek, koniec i hot-dogi” Kacpra Kotulaka. Mam wrażenie, że obydwie mają zbliżony klimat. Co zresztą jak najbardziej ma sens, zważając na to, że Kucharczyk i Kotulak nawet mają wspólnie napisane opowiadanie (którego jak na razie nie przeczytałam).

Wydaje mi się też, że to historia, która szczególnie spodoba się osobom aktualnie powiązanych z uczelnią. W końcu to przede wszystkim satyra właśnie na to środowisko, w związku z czym jeśli dopiero zaczynacie studia, czy też zaczynacie pracę na uniwersytecie, albo po prostu macie wielką nostalgię do czasów spędzonych na nauce to moim zdaniem jest szansa, że „Granty i smoki” naprawdę do Was przemówią.

Podsumowując, jeśli szukacie lekkiej książki, która nie jest zbyt długa i którą można wygodnie czytać, jeśli nie macie zbyt wiele czasu na lekturę (np. w komunikacji miejskiej), to „Granty i smoki” naprawdę się polecają. Porządnie napisanej rozrywki z serduchem w końcu nigdy nie za dużo i jakimś cudem zawsze zbyt szybko się kończy. Ale jeśli koniecznie chcecie od fantastyki czegoś więcej, bądź mieliście nadzieję, że to jest książka, która może powalczyć jakościowo z „Aglą” Radka Raka (czyli inną tegoroczną nominacją do Zajdla) to moim zdaniem to po prostu nie jest ta półka. 



poniedziałek, 9 października 2023

Drapieżne bestie: afrykańska mitologia to nie wszystko


Szesnastoletnia Koffi i również nastoletni Ekon pochodzą z dwóch różnych światów. Los stawia ich jednak w podobnej sytuacji: obydwoje muszą wybrać się do Wielkiej Dżungli, aby odnaleźć żądnego krwi potwora. Łączą siły, wspólnie poszukując bestii.

Drapieżne bestie
Ayana Gray
wyd. Muza, 2022
cykl Beasts of Prey, t. 1


Szukasz idealnie przeciętnej przygodowej powieści fantasy dla młodzieży? No to właśnie udało Ci się ją znaleźć! „Drapieżne bestie” Ayany Gray to doskonały przykład przeciętnej i sztampowej powieści fantasy dla młodzieży z niezbyt rozbudowanym wątkiem romantycznym.

Mimo tego, że debiutująca autorka sięgnęła po dość intrygującą i jeszcze nie aż tak mocno eksplorowaną (przynajmniej w Polsce) afrykańską mitologię to stworzyła powieść, która jest wykreowana niczym od linijki. Mamy parę bohaterów z trochę innych światów, którzy muszą znaleźć przerażającą bestię (choć mają w tym inne cele), mimo tego, że są do tego kompletnie nieprzygotowani. Siła miłości i przyjaźni niechybnie prowadzi ich do zwycięstwa, z tym że nie potrafią się poprawnie komunikować, więc są komplikacje. Ach, no i mamy oczywiście nastolatkę z magicznymi umiejętnościami. Kto by się tego spodziewał.

Naprawdę, wszystkie konflikty w tej książce wynikają z braku pomyślunku u głównych bohaterów oraz z nieumiejętności rozmawiania i słuchania. Przykład? Koffi i Ekon wchodzą po raz pierwszy do magicznego lasu. Mają książkę z trującymi roślinami i szukają jedzenia. Znajdują jakieś owoce, których w owej książce nie ma, jednak nie wiedzą, co to dokładnie jest. To wcale nie tak, że już siedmiolatki zwykle mają świadomość, że nieznanych roślin się nie je.

Kolejny? Ale uwaga, to może być spoiler! Ekon od początku chce zabić bestię, jednak z czasem okazuje się, że to może nie najlepszy pomysł. Zmienia zdanie. Gdy znajduje go jego brat, chłopak chce powiedzieć o tym Koffi, ale ta, zamiast go wysłuchać, zaczyna się tłumaczyć z ich pocałunku i mówić, że to WCALE NIC TAKIEGO i że NIE MUSI SIĘ PRZEJMOWAĆ. Po co posłuchać i uratować sytuację, skoro można mieć słomę zamiast umysłu? Cóż, autorce chyba brakło pomysłu na jakiekolwiek sensowniejsze wyjścia fabularne…

Ponadto uważam, że pomiędzy bohaterami romans rodzi się bez jakiejkolwiek dobrej podstawy. Główna akcja tej powieści to dosłownie kilka dni, postacie rozmawiają właściwie wyłącznie o swoim queście oraz dramatycznej przeszłości (co wymusza fabuła, chyba po to, by jednak o niej porozmawiali) i bum, mamy miłość. Co kogo obchodzi, że chemii pomiędzy tymi bohaterami po prostu nie ma… Ale na szczęście przynajmniej nie ma tego wątku szczególnie dużo.

To więc powieść, która jest stworzona zgodnie z podstawową sztuką tworzenia przygodowych historii fantasy, ma początek, rozwinięcie i cliffhanger. Ma kilka pojedynczych, ciekawszych elementów (choć żaden nie jest moim zdaniem odpowiednio rozwinięty), fabułę klejącą się na ślinę (choć stosunkowo wiarygodną, zwłaszcza dla nastoletniego targetu). Czy jednak ja mam zamiar polecać kolejną nudną, schematyczną powieść fantasy? Cóż, zależy komu, bo pewnie osoby preferujące po prostu lekką literaturę albo rozpoczynające przygodę z fantasy będą zadowolone, ale samej sobie (nawet tej sprzed 10 lat) – zdecydowanie nie.


czwartek, 21 września 2023

Wieża koronna: średniawe fantasy z lepszym drugoplanowym wątkiem

Hadrian chce tylko dotrzeć do celu swojej podróży, jednak nie jest mu to dane. Razem ze znienawidzonym Royce’em musi najpierw włamać się do strzeżonej wieży koronnej. W tym samym czasie prostytutka Gwen próbuje zbudować lepsze życie dla siebie i swoich towarzyszek.


Wieża koronna
Michael J. Sullivan
wyd. Mag, 2018
cykl Kroniki Riyrii, t. 1


Skąd wiadomo, że główna fabuła książki to absolutna sztampa? A no na przykład można to rozpoznać po tym, że wątek drugoplanowy okazuje się ciekawszy od tego, co jest na planie pierwszym. „Wieża koronna” Sullivana to moje pierwsze spotkanie z autorem i cóż, spodziewałam się tego, co dostałam, ale jednak miałam nadzieję, że będzie odrobinę lepiej.

Ta książka w moim odczuciu jest takim wyrobniczym, masowo pisanym fantasy ze sztampowym wszystkim, która ma się po prostu sprzedać. To nie jest zła powieść, ale mam poczucie, że brakuje jej lekkości, unikatowego pomysłu i po prostu – czegoś więcej.

To książka otwierająca cykl, w którym każda kolejna powieść ma być odrębną powieścią, a nie jedną historią podzieloną na części. Jednak to w dalszym ciągu historia otwierająca, więc w gruncie rzeczy nie dzieje się tutaj nazbyt dużo. Opis z tyłu okładki sugeruje heist, ale po prawdzie ⅔ historii to sam wstęp z przedstawieniem bohaterów. A że nie jest to zbyt długa historia (350 stron) to na prawdę czasu na tę główną i wyczekaną akcję aż tak dużo nie ma.

Ponadto opis z tyłu okładki sugeruje połączenie sił dwóch nienawidzących siebie mężczyzn. I to niby prawda, ale… [SPOILER?] Hadrian i Royce poznają się dopiero w tym tomie, w trakcie muszą się znienawidzić, a następnie jeszcze pogodzić, by można było pisać kolejne ich przygody. W związku z tym w moim odczuciu w tej relacji jest raczej uprzedzenie i uraz, a nie prawdziwa nienawiść. Z kolei dialogi tego duetu przypominają mi przekomarzanki nastolatków, które trudno traktować na poważnie.

Dlatego też ich wątek po prostu mnie nie chwycił i nie zainteresował. Nie dlatego, że był absolutnie zły, a dlatego, że był nudnawy i sztampowy. Ciekawszy zaś wydał mi się wątek Gwen. Jest to w tej powieści sporo (chyba tylko troszeczkę mniej, niż wątku Hadrina) i wypada naprawdę sympatycznie. To historia grupy kobiet, które chcą decydować o sobie. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale moim zdaniem to i tak lepsza opowieść.

Sam styl Sullivana nie jest dla mnie zachwycający. Poprawny, ale lekko toporny, widzę w nim szkołę takiego starego à la RPGowego fantasy. Rozumiem, jeśli to komuś w pełni odpowiada, ja jednak chciałabym czegoś trochę więcej.

Jako że na półce czekają na mnie kolejne tomy z cyklu, mam nadzieję, że w kolejnych częściach będzie widoczna poprawa. Podsumowując, tę historię można i da się czytać, ale jeśli kogoś nie kuszą specjalnie zapowiedziane przez opis wydawcy motywy, to nie zachęcałabym do tego szczególnie gorąco.


sobota, 9 września 2023

Wojna makowa: niby jest dobrze

 


Rin, uboga sierota, robi wszystko, aby dostać się do najbardziej prestiżowej szkoły w kraju, która zajmuje się szkoleniem przyszłych dowódców wojskowych. Udaje jej się to i już wkrótce wyrusza w podróż, która na zawsze ma odmienić jej życie. Nad krajem wisi zaś widmo wojny.



„Wojna makowa” to dla mnie książka zaskakująco trudna do oceniania z trzech powodów. Z jednej strony to powieść młodzieżowa i ma trochę problemów dla powieści młodzieżowych typowych. Z drugiej strony jest jak na takową zaskakująco dobra i wręcz zaryzykowałabym stwierdzenie, że niekoniecznie jako takową trzeba ją traktować (co tworzy pewną sprzeczność). Na dodatek ja sama nie przepadam do końca za militariami, których tu jest sporo, więc nie jest to na pewno powieść mojego życia.

Wojna makowa
Rebecca F. Kuang
wyd. Fabryka Słów, 2020
cykl Trylogia makowa

Historia zaczyna się wręcz naiwnie. W quasi-Chińskim settingu biednej sierocie udaje się namówić nauczyciela, aby przygotował ją do wybitnie trudnego egzaminu. Rin kompletnie nie zachowuje się jak dziecko swoich czasów, a jak współczesna nastolatka i przyznaję, nie jest to zbyt dobry start. 

Pierwsza połowa książki to z resztą bardzo typowa powieść młodzieżowa z akcją osadzoną w szkole, bez żadnych dodatkowych wątków. W trakcie tej części historii obserwujemy naukę Rin krok po kroku, zapoznajemy się z jej towarzyszami oraz nauczycielami, którzy później będą mieli większe lub mniejsze znaczenie w trakcie fabuły. I z jednej strony doceniam to, że bohaterka faktycznie nabywa wiedzę, jednocześnie w dość naturalny sposób przedstawiając świat czytelnikowi, ale z drugiej… To po prostu było przydługie i nieprzetykane niczym innym, więc dla mnie, osoby niezainteresowanej za bardzo szkolnymi perypetiami, nudnawe. Zwłaszcza że Rin momentami zachowuje się, jak na nastolatkę przystało. 

Druga połowa to setting wojenny. Ponownie, dość męczący przez wzgląd na brak innych narracji i na dodatek fabularnie jednak dość prosty, ale, jednak o ile w pierwszej części pojawiały się jakieś opisy okrucieństw, tak tutaj Kuang przestaje się hamować. Na mnie, osobie, która niejedno już czytała, nie zrobiło to jakiegoś wyjątkowego wrażenia pod kątem „ilości trupów” (zwłaszcza że narracyjnie było to zapowiadane już wcześniej), ale jak najbardziej rozumiem, że osoby, które po takie rzeczy nie sięgają, może to nagłe przejście do wojennych klimatów zszokować.

Moim zdaniem to, co czyni tę historię w jakiś sposób unikatowy to właśnie setting w trakcie wojny, w trakcie którego autorka nie unika opisywania brutalnych scen. Poza tym fabularnej to w gruncie rzeczy historia jakich wiele. Mamy wyjątkowe dziecko, które musi nauczyć się walczyć, aby osiągnąć moc, ma mistrza rodem z „Karate Kid”, a po drodze popełnia masę prostych błędów, polegających głównie na niesłuchaniu się starszych i bardziej doświadczonych, co sprawia, że ręce momentami opadają, przyznaję. Jednocześnie jednak jest w tej książce właśnie to jedno coś, ten „klimat”, zazwyczaj nie pojawiający się w książkach dla młodzieży, które („Wojna makowa” nie jest tu wyjątkiem) mają bardzo lekki styl, a więc i bez problemu „wchodzą”.

Warto tu dodać, że ta powieść to debiut bardzo młodej pisarki. Prawa do wydania zostały zakupione w dwudzieste urodziny Kuang, co jak najbardziej może moje odczucia wyjaśniać. Z jednej strony bez wątpienia autorka to osoba o dużej wiedzy na temat chińskiej kultury, z ciekawym podejściem do niej, ale z drugiej wciąż była bardzo młodą osobą, której do bohaterek takich jak Rin było bliżej, niż do starszych, dojrzałych protagonistów. A kilka wątków naraz mogło być po prostu dla niej na tym etapie nie do udźwignięcia na poziomie warsztatowym. 

No więc tak. Zaskoczyłam się pozytywnie i na pewno ta książka zasługuje na uwagę, jeśli ktoś szuka lektury w młodzieżowym klimacie. Z drugiej strony szczerze liczyłam, że ta powieść będzie albo gorsza (bo kto nie lubi sobie konkretnie ponarzekać, a nie snuć takie nie-wiadomo-co), albo lepsza (bym mogła dopisać ją do ulubionych). Ale cóż, mamy to, co mamy, a ja po prostu muszę chyba sprawdzić kolejne tomy.


Nomida zaczarowane-szablony