Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 października 2022

Bestia najgorsza: realizm i marazm życiowy


Istnieje pewna grupa polskich pisarzy, głównie mężczyzn, których twórczości nie jestem w stanie przełknąć, bo po prostu nie jest to moja wrażliwość i nie jestem w stanie się w pełni nią rozkoszować, nawet jeśli wiem, że pod względem warsztatu ich twórczość jest naprawdę dobra. Do takich autorów mogę zaliczyć na przykład Łukasza Orbitowskiego, a od niedawna najprawdopodobniej również Michała Cetnarowskiego.

Najprawdopodobniej, bo być może nie powinnam oceniać całokształtu jego twórczości po jednym zbiorze opowiadań, którego na dodatek nie dałam rady przeczytać w całości, ale wiem jedno: generalnie na więcej jego książek w tej chwili ochoty nie mam.

Bestia najgorsza
Michał Cetnarowski
wyd. Powergraph, 2017

Opowiadania ze zbioru „Bestia najgorsza”, które dałam radę przeczytać, mają jeden powtarzający się schemat. Mamy bohatera, który przeżył coś złego i prawdopodobnie robi coś niemoralnego. Następnie dostajemy całą jego historię, dzięki której możemy postać zrozumieć, a na koniec po prostu historia jest zamykana lekkim zwrotem akcji albo jakimś podsumowaniem. Wszystko zaś okraszone jest ogólnym poczuciem marazmu życiowego i brutalności świata. 

Niektóre z historii mają naprawdę interesującą bazę, ale najzwyczajniej w świecie pióro autora po prostu mi nie odpowiada, a na dodatek teksty wydają się czasem na siłę przeintelektualizowane. Przykład? Jedno z opowiadań dotyczy mężczyzny, który stał się aktorem porno. To naprawdę ciekawa tematyka, dość unikalna, bo przyznaję, że wielu takich treści nie znam. Tyle tylko, że narrator, chyba dla podkreślenia obsesji bohatera, w którymś momencie poświęca więcej niż jeden akapit na wymienianie słów określających masturbację w różnych miejscach, np. w domu, na zewnątrz itd. I choć rozumiem celowość zabiegu, to ja naprawdę takiego popisu erudycji w swoim życiu nie potrzebuje.

Warto też dodać, że elementów fantastycznych w tych tekstach nie ma zbyt wiele. Sięgając po książkę wydaną przez Powergraph i stworzoną przez redaktora „Nowej Fantastyki” spodziewałam się czegoś magicznego. A jednak o ile tu jest jakiś element fantastycznego klimatu, o tyle elementy nadnaturalne są raczej w niewielkich ilościach. Nie miałabym nic przeciwko… gdyby te opowiadania po prostu mi się podobały.

Nie mogę nie wspomnieć o moim skojarzeniu z prozą prosto z PRL-u. Czytając, miałam wrażenie, jakbym ponownie sięgnęła do twórców SF z lat 70. i 80., tylko mimo wszystko styl Cetnarowskiego jest bardziej współczesny, a przez to bardziej przystępny. Niestety, dla mnie to nie jest wcale zaleta, bo większości tych historii nie lubię właśnie przez smutny klimat i narracje, która jest prowadzona tak, jakby targetem był dojrzały już mężczyzna, który zmęczył się życiem i właśnie chce posmutać z książką i piwem po ciężkim, dniu pracy. 

Podsumowując, to nie dla mnie. Nie lubię i raczej polecać nie będę, ale jednocześnie rozumiem, jeśli ta historia do kogoś trafi.




niedziela, 22 maja 2022

Pies musi wystrzelić: największy grafoman polskiej fantastyki?

Adam Hollanek to niezwykle ważna dla polskiej fantastyki postać. Gdy w latach 80. powstawało pierwsze pismo o tej literaturze, pojawił się problem z wyborem naczelnego. Propozycji było kilka, jednak ekipa zakładająca gazetę wciąż słyszała odmowy. Dopiero na Adama Hollanka – pochodzącego ze Lwowa weterana II wojny światowej – zgodził się ówczesny rząd. Uchodził on za człowieka bojącego się władzy i cenzury. Był starszy od pozostałych członków redakcji, ale szczerze kochał fantastykę i bardzo chciał ją tworzyć. Niestety, brakowało mu talentu, a przynajmniej tak do tej pory słyszałam i czytałam, badając temat. W końcu postanowiłam sprawdzić: czy ten bądź co bądź ważny dla polskiej kultury redaktor naprawdę nie był najlepszy w pisaniu?

Pies musi wystrzelić
Adam Hollanek
wyd. Świat Książki, 2009 

Sięgnęłam więc po wybór opowiadań, zebrany przez jego córkę i okazało się, że… jest gorzej, niż przypuszczałam.

„Pies musi wystrzelić” to dwadzieścia tekstów, z których zaledwie pojedyncze są fantastyką. Większość z nich zawiera bardzo zbliżone do siebie elementy. Narracja jest pierwszoosobowa. Główny bohater to mężczyzna, który ma coś wspólnego z wojną. Wiele tekstów rozpoczyna się od zbliżenia seksualnego z kobietą, bądź jej opiewania, a jeśli nie to bohaterka i tak się pojawia. Teksty pisane są językiem niezbyt przystępnym, chyba stylizowanym na połączenie mowy potocznej z poetyckością. Ponadto autor nie szczędzi prób górnolotnego wodolejstwa, z którego generalnie nic nie wynika.

Tak, to zdecydowanie nie są dobre teksty. Jeśli miałabym wskazać przykład grafomaństwa, to ten zbiór jest w moim odczuciu jego idealnym przykładem.

Najsmutniejsze jest chyba to, że z tych tekstów wyłania mi się obraz autora. Człowieka romantycznego i właściwie na oko dobrego, tylko po prostu mającego sporo nieprzepracowanych problemów. Podejrzewam, że wojna i wygnanie z ukochanego, rodzinnego miasta nie były dla niego łatwe i to odbija się w jego opowiadaniach. Wyglądają one tak, jakby były po prostu jakąś formą terapii. Dziś Hollanek mógłby wybrać się do psychologa albo psychiatry, wówczas na pewno takie opcje były znacznie bardziej ograniczone. Kto wie, może cierpiał na PTSD? Nie zdziwiłabym się, chociaż wiem i o nim, i o samej psychologii zbyt mało, by nawet głębiej snuć takie tezy.

Czuję, że nie mam nawet do końca po co głębiej analizować tekstów Hollanka. Dla mnie, jako czytelnika, były po prostu przeraźliwie nudne, a przy okazji niezbyt smaczne. Zawsze zaskakuje mnie to, jak dużo bardziej przyjemne w odbiorze potrafią być współczesne opisy seksualności, niż te królujące w starszej fantastyce. Coś w tamtych czasach było takiego, że nasi rodzimi twórcy po prostu MUSIELI opisać jakąś nagą, piękną panią, która na przykład zostawia swojego ukochanego, a następnie powraca po dwudziestu latach i chce z nim znów być.

„Pies musi wystrzelić” traktuje raczej jako książkę, którą chciałam/musiałam poznać. By poznać lepiej Hollanka, by zrozumieć, o kim ci wszyscy polscy fantaści mówili. I jeśli będę musiała, na pewno jeszcze jakąś jego książkę sobie sprawdzę. Ale nie powiem, abym pisała to z przyjemnością. To nie były dobre teksty, tak po prostu. Dlatego polecam tylko osobom, które z jakichś powodów chcą poznać bliżej autora, czy to w ramach jakiejś pracy naukowej, badań albo eksperymentu. To jednak nie jest ani dobra rozrywka, ani dobra literatura.




środa, 24 stycznia 2018

Drobinki nieśmiertelności: Nostalgiczna podróż po USA

Podróż po Stanach Zjednoczonych zainspirowała Jakuba Ćwieka do stworzenia trzynastu, zupełnie niefantastycznych opowiadań, z których każde analizuje amerykański sen.

Lubię Jakuba Ćwieka. Jego książki zwykle czyta się przynajmniej przyjemnie, a spotkania z nim, czy to te autorskie, czy prelekcje, to zawsze miło spędzony czas. Po „Drobinkach nieśmiertelności” nie spodziewałam się niczego szczególnego, byłam otwarta na niefantastyczne propozycje autora… i w sumie dobrze, bo dzięki temu moje oczekiwania nie były zbyt duże, a ja w trakcie nie poczułam się zawiedziona.
Tytuł: Drobinki nieśmiertelności
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 320
Gatunek: zbiór opowiadań obyczajowych
Wydanie: SQN, Kraków 2017
Zacznijmy jednak od jednej sprawy, która zdecydowanie mocno wpłynęła na moją opinię: nie kreci mnie „american dream”. Ogół popkultury jakoś szczególnie mnie „nie jara”, a samo USA to dla mnie zupełnie neutralny kraj. Taki, do którego mogłabym wyjechać, gdybym dostała ofertę pracy, ale jednocześnie nie będący moim marzeniem  A „Drobinki nieśmiertelności” to pozycja, która właśnie osobom uwielbiającym Stany powinna najbardziej do gustu przypaść.
Bo autor jak najbardziej wybiera się w nostalgiczną podróż po USA, opowiadając nam o znanych motywach, czy aktorach, do każdego z opowiadań odpisując informacje o tym, skąd zaczerpnął inspiracji, które, nawiasem mówiąc, są naprawdę przyjemnym dodatkiem. Niestety, by uwielbiać ten zbiorek, właśnie tę nostalgię i nawiązania trzeba „łyknąć”: ja większości z nich pewnie nawet nie zauważyłam, a jeśli tak, to nie czuje się z nimi związana i dlatego dla mnie „Drobinki nieśmiertelności” okazały się zupełnie neutralnym zbiorem opowiadań.
Jak na Ćwieka przystało, książka łatwo wchodzi. Autor pisze swoim prostym – „gawędziarskim”, jak to dobrze jest określone na tylnej stronie okładki – stylem. Nie jest to wyszukana literatura, a coś, nad czym nie trzeba się szczególnie skupiać, by zrozumieć, o co w ogóle tu chodzi.
Przy tym, niestety, fabularnie ta książka po prostu mnie niczym nie zaskoczyła. Ten zbiór opowiadań to historie, które po prostu „są”. W większości sprawdzają się na zabicie nudy, ale chyba żadne nie zapadnie mi na dłużej w pamięć. Szczerze zaskoczona poczułam się chyba tylko w przypadku dwóch opowiadań i to nie koniecznie przez historię samą w sobie. Pierwszy raz przy „Świętym”, bo po prostu nie spodziewałam się, że o czymś takim może pisać Ćwiek (który szczególnie religijnym człowiekiem raczej się nie wydaje). Drugi raz przy opowiadaniu o Halloween, dzięki ciekawostce odnośnie prawa USA, wokół której oscyluje. I… to właściwie tyle.
Przez swoją długość i lekkość, „Drobinki nieśmiertelności” dobrze sprawdzą się chyba w komunikacji miejskiej. Tak niewielką książkę łatwo jest wcisnąć do torby, a większość historii jest na tyle krótka, że sprawdzi się do czytania w niedługiej trasie.
Na koniec myślę, że powinnam powiedzieć kilka słów o samym wydaniu. Naprawdę podoba mi się dodanie mapki przed każdym z opowiadań. Idealnie wpasowuje się ona w klimat całego zbiorku i pozwala nam łatwiej umiejscowić sobie całą opowiedzianą przez autora opowieść. Okładka też przyciąga wzrok, choć skłamałabym mówiąc, że jest jedną z piękniejszych.
Chyba nie pozostaje mi nic więcej, jak zakończyć te rozważania. Po „Drobinki nieśmiertelności” polecam sięgnąć osobom uwielbiającym Stany i popkulturę, albo – po prostu – fanom autora, którzy nie mogą przegapić ani jednej jego książki. A innym? Cóż, na pewno nie jest to lektura konieczna, ale jeśli nie czujecie potrzeby, by po nią sięgać… raczej nie ma po co robić tego na siłę.

* * *

– Wiesz jak brzmiała puenta tego mojego monologu?
Odwróciłem się gwałtownie, przestraszony, jakby Mike przyłapał mnie na czymś wyjątkowo nietaktownym. On jednak patrzył na mnie z zaciekawieniem, a może nawet odrobiną rozbawienia.
– Przyznam, że się nad tym zastanawiałem – odparłem.
– Niedawno zdałem sobie sprawę, że najlepiej z moich podróży pamiętam te chwile, gdy mówiłem sobie: szkoda, że nie mam aparatu – wyrecytował. Po czym zrobił pauzę, jakby się zastanawiał, czy naprawdę chce coś jeszcze dodać. Najwyraźniej chciał. – Niedawno odkryłem, że podobnie mam z twarzami.

Fragment „Drobinek nieśmiertelności” Jakuba Ćwieka




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony