Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2019

Roland: Modus operandi Kinga to kiepska powieść przygodowa


Roland jest ostatnim z rewolwerowców. Przemierza świat, podążając za człowiekiem w czerni. Ten może mieć coś wspólnego z Mroczną Wieżą, tajemniczym obiektem bardzo istotnym dla Rolanda. W trakcie swojej podróży mężczyzna natrafia na dziwnego chłopca, który stracił pamięć.

Tytuł: Roland
Tytuł serii: Mroczna Wieża
Numer tomu: 1
Autor: Stephen King
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Liczba stron: 320
Gatunek: przygodowe fantasy
Wydanie: Albatros, Warszawa 2015
Stephen King uznaje „,Mroczną wieżę” za cykl, który zawsze chciał stworzyć i taki, który łączy wszystkie elementy jego twórczości. Choć moja relacja z tym pisarzem nie jest szczególnie pozytywna to jednak po tak popularny cykl fantasy po prostu musiałam w końcu sięgnąć, choćby po to, by zobaczyć, „z czym to się je”.
Pierwszy tom cyklu, „Roland”, nie jest długą powieścią. To zaledwie trzysta stron, co w przypadku przygodowego fantasy naprawdę nie pozwala na wiele. Już na samym wstępie King tłumaczy nam, czytelnikom, jak istotna dla niego jest ta seria. Opowiada o tym, jak bardzo się do niej przygotowywał i skąd czerpał inspiracje; jak długo czekał na odpowiedni moment. Mój problem z „Rolandem” polega jednak na tym, że ja… kompletnie tego zaangażowania nie widzę w treści powieści.
Sam język Kinga jest raczej dość prosty. „Rolanda” da się pochłonąć szybko i jak najbardziej rozumiem osoby, którym ta seria się podoba. Szczególnie, że zawarty w niej klimat ma w sobie coś unikalnego i niekoniecznie typowego dla przygodowego fantasy. Z tym, że to między innymi on po prostu kompletnie mnie odrzuca. Świat przedstawiony nam przez autora to mroczna, zdewastowana kraina, która funkcjonuje gdzieś poza miejscem i czasem, bardziej kojarząc mi się z realizmem magicznym, niż powieścią z wybranego przez Kinga gatunku. Niestety, ja tego odłamu literatury raczej po prostu nie lubię.
Sięgając po powieść tego typu powieść fantasy chciałabym przeżywać przygody, podziwiając ciekawy, kreatywny świat stworzony przez autora. W świecie Kinga właściwie nic mnie nie zaskakuje. Przeciwnie, odbieram go raczej jako dość nudny, pusty i patetyczny. Nieustające odwołania do Biblii i kwestii Boga sprawiały, że „Roland” kojarzył mi się z nielubianą przeze mnie „Piątą górą” Paula Coelho… i chyba nie muszę tłumaczyć, że wcale nie poprawia to moich odczuć względem odbioru książki Kinga.
A bohaterowie? Chciałabym powiedzieć, że czułam się choć trochę do nich przywiązana, ale… nie. To zdecydowanie byłoby kłamstwo. Roland i Jake może mają kilka całkiem ciekawych dialogów, ale ich życie czy problemy nieszczególnie mnie porywały. Podejrzewam jednak, że tak czy siak główną rolę w mojej niechęci do powieści odgrywa świat przedstawiony. W końcu skoro on mnie odrzuca to czemu miałabym być zainteresowana jakimikolwiek jego problemami i tajemnicami?
Choć „Roland” jest powieścią bardzo krótką to czytanie jej zajęło mi naprawdę bardzo wiele czasu. Nie czułam potrzeby, by po nią sięgać. Nie miałam ochoty na nią patrzeć. Przebrnęłam z trudem. Staram się nie skreślać Kinga i czasem sięgać po jego literaturę, ale ta chyba po prostu nie jest dla mnie. Na sześć przeczytanych przeze mnie książek tego autora spodobały mi się dwie, a pierwszy tom „Mrocznej wieży” zdecydowanie się do nich nie zalicza. 

* * *

... mamy sobie wygarnąć prawdę, jak dwaj mężczyźni? - powtórzył z naciskiem człowiek w czerni. - Nie przyjaciele, lecz wrogowie i ludzie równi sobie. To oferta, z którą rzadko się spotkasz, [...]. Tylko wrogowie mówią sobie prawdę. Przyjaciele i kochankowie bez przerwy kłamią, złapani w sieć zobowiązań.
Fragment „Rolanda” Stephena Kinga

środa, 6 lutego 2019

W 80. dni dookoła świata: Skrócona wersja klasycznej książki


Pan Fogg, brytyjski dżentelmen, przyjmuje zakład: ma wybrać się w podróż dookoła świata i wrócić w osiemdziesiąt dni. Natychmiast wyrusza w podróż razem ze swoim wiernym sługą, Obieżyświatem.

Tytuł: W 80. dni dookoła świata
Autor: Juliusz Verne
Liczba stron: 172
Gatunek: powieść przygodowa
Wydanie: Olesiejuk, Warszawa 2018
„W 80 dni dookoła świata” to powieść dla dzieci i młodzieży, która swoją premierę miała w 1872 roku. Mimo jednak, że od jej premiery minęło tyle czasu to dalej jest to tytuł obecny w popkulturze. Mało tego – to książka, która pomimo upływu lat dalej jest niezwykle przyjemną, przygodową lekturą. Do moich rąk nie trafiła jednak oryginalna wersja, a wersja skrócona, stworzona na podstawie wydania Gebethnera i Wolffa, o czym dowiedziałam się dopiero po przeczytaniu całości.
To, że jest to książka dla młodszego czytelnika nie ulega wątpliwości. Nie dość, że główny bohater, pan Fogg, jest postacią dość przerysowaną to na dodatek „W 80 dni dookoła świata” jest książką zaskakująco krótką. Moje wydanie nie ma nawet dwustu stron, a przecież opisuje podróż z Anglii przez Francję, Indie, Hong Kong, Japonię i USA. To właśnie temu zawdzięcza swoją lekkość: autor nie spędza zbyt wiele czasu na opisywaniu mijanych w podróży państw. Wprawdzie każde z miejsc ma jakąś swoją cechę charakterystyczną, czy opisaną przygodę, dzięki czemu czytelnik ma okazję dowiedzieć się nieco o kulturze danego kraju, jednak nie jest to tekst, który wnikliwie bada rzeczywistość.
Ciekawi mnie, jak ten aspekt wypada w oryginalnym tekście, dlatego że jako dorosły czytelnik odczuwałam jednak spory niedosyt. Wprawdzie lektura w żadnym razie mi się nie dłużyła i czytanie tej powieści było nadzwyczaj płynne, jednak brakowało mi wewnątrz choćby odrobiny opisów, które w lepszy sposób budowałyby atmosferę, czy przedstawiałyby bohaterów. Jednocześnie mam wrażenie, że target tego wydania – czyli raczej młodsza młodzież, jeśli nie dzieci – zdecydowanie lepiej przyswoi tego typu treść, niż bardziej rozbudowany oryginał.
Jak już wspominałam, główny bohater, pan Fogg, jest postacią mocno przerysowaną: ten elegancki, cichy mężczyzna wydaje się być często przedstawiony w krzywym zwierciadle. Jednak nie on jeden. Także czarny charakter tej historii, czy sługa Fogga, Obieżyswiat, to postacie, których przez uwypuklenie niektórych cech charakteru nie da się z nikim, ani niczym pomylić. Niestety, brakowało mi jakiegokolwiek zarysowania jedynej kobiecej postaci występującej w tej historii. Aouda jest damą, która właściwie nie robi absolutnie nic poza podążaniem za pozostałymi postaciami… a szkoda.
Zdecydowanie muszę pochwalić wydanie, które trafiło w moje ręce. Choć ubolewam nad faktem, że nie jest to wersja oryginalna to na pewno piękne i liczne ilustracje umiliły mi czytanie.
Jeśli z jakiś powodów boicie się sięgnąć po oryginalną wersje, albo szukacie książki dla młodszych członków rodziny naprawdę polecam poszukanie tego wydania z 2018 roku. Nie dość, że to naprawdę pięknie wyglądająca książka to na pewno dzięki uproszczeniom treści nie będzie doskwierała Wam nuda i na pewno też samo czytanie książki nie zajmie Wam zbyt wiele czasu. Oczywiście uważam, że oryginalna wersja zawsze jest lepszym wyjściem, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z zalet tego typy edycji.


* * *

Tymczasem pan Fogg zwrócił się do pani Aoudy.
 — Czy nie boi się pani?
 — Z panem niczego się nie boję.
Fragment „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a

środa, 3 października 2018

Wyspa skarbów: Klasyczna morska przygoda




Jim pomaga matce przy pracy w karczmie. Ich spokojne życie przerywa przybycie do niej człowieka, który każe nazywać się „kapitanem”. Po czasie okazuje się, że mężczyzna ma przy sobie mapę na wyspę skarbów.

Serial „Piraci” powstał między innymi na bazie „Wyspy skarbów”, klasycznej powieści dla młodzieży. A że bardzo go lubię uznałam, że zapoznam się z „oryginałem”.
Tytuł: Wyspa skarbów
Autor: Robert Louis Stevenson
Tłumaczenie: Józef Birkenmaj
Liczba stron: 264
Gatunek: powieść przygodowa
Wydanie: Olesiejuk, Warszawa 2015
Zacznijmy od wydania: to moje wypada naprawdę bardzo ładnie. Wprawdzie wyraźnie widać, że to literatura dla dzieci i młodzieży, jednak nie mogę nie docenić porządnego papieru i sympatycznych ilustracji. Bardzo miło trzyma się to wydanie w ręce i zdecydowanie zachęca do czytania.
Jeśli zaś chodzi o wnętrze książki to choć je sobie cenię, to jednak… ta powieść zdecydowanie nie jest moją literacką miłością. Zdecydowanie starsze powieści mogą poszczycić się specyficznym językiem: eleganckim, choć zwykle nie tak ciężkim, jak można byłoby się spodziewać po tak leciwych pozycjach. Niemniej, ten język zwykle sprawia, że akcja powieści jest stosunkowo powolna i leniwa, co miało miejsce i w tym przypadku: choć w „Wyspie skarbów” teoretycznie dużo się dzieje to jednocześnie odniosłam wrażenie, jakby wszystko odbywało się bardzo powoli i spokojnie. A to przecież powieść przygodowa – tu akcji nie powinno brakować.
Przy tym tak najzwyczajniej w świecie nieszczególnie interesowała mnie ta historia. Mimo że książka nie należy do długich to czytanie jej zajęło mi bardzo dużo czasu; nie potrafiłam wsiąknąć w tę przygodę i ten świat, a przecież klimaty związane z piratami są czymś, za czym przepadam. Nie związałam się też z samym głównym bohaterem, Jimem.
Wydawać by się mogło, że przynajmniej z Silverem, czarnym charakterem całej opowieści, będę dość związana, zwłaszcza, że jego filmowe wcielenie bardzo lubię. Niestety, ale… nie. Być może wynika to z faktu, że w tej powieści zły jest zawsze w pełni zły, brakuje wewnątrz niej odcieni szarości.
Tak naprawdę nie mam wiele do powiedzenia na temat „Wyspy skarbów”. Nie żałuje przeczytania jej: to w końcu klasyka literatury. Nie żałuje też jej posiadania, bo samo wydanie wygląda naprawdę pięknie. Ale choć bardzo bym chciała, by było inaczej to prawdopodobnie to tej książki po prostu nie wrócę.


* * *

Mam tylko jedną rzecz do powiedzenia, szanowny panie: jeśli nadal będziesz pan pił tyle rumu, świat wkrótce uwolni się od bardzo plugawego łotra!
Fragment „Wyspy skarbów” Roberta Louisa Stevensona


wtorek, 8 maja 2018

Narzeczona księcia: Fantastyczny pastisz


Buttercup jest najpiękniejszą kobietą w swojej epoce. Gdy jej ukochany, ubogi parobek, ginie na statku złego pirata Robertsa, dziewczyna staje się narzeczoną księcia, którego tak naprawdę nie kocha. Wkrótce po zaręczynach zostaje porwana. 



Wydawnictwo Jaguar kojarzy mi się raczej z literaturą młodzieżową, dlatego do tej pory miałam z nim jedynie pojedyncze spotkania. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy ich świeżo wydana „Narzeczona księcia” stała się lekturą miesiąca według „Nowej Fantastyki”… Nie zwlekając za długo, zabrałam się za lekturę i jak się okazało, faktycznie jest to pozycja, która z młodzieżówką ma niewiele wspólnego.
Tytuł: Narzeczona księcia
Autor: Wiliam Goldman
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Liczba stron: 464
Gatunek: fantasy przygodowe
Wydanie: Jaguar, Warszawa 2018
Książka Wiliama Goldmana to przede wszystkim fantastyczno-przygodowy pastisz, który ma za zadanie przede wszystkim rozbawić czytelnika. Niestety, mnie osobiście ten żart po prostu nie bawi: wprawdzie rozumiem go i wiem, że wielu osobom może przypaść do gustu… jednak najzwyczajniej w świecie nie jest czymś dla mnie. Dużo gorsze jednak od samej historii było dla mnie wszystko „wokół niej”.
Mianowicie, nim dojdziemy do głównej opowieści musimy przebrnąć przez około osiemdziesiąt stron wstępu Goldmana, a następnie znosić wtrącenia autora pomiędzy głównym tekstem. I dla mnie osobiście to najgorsze elementy tej książki, które – zwłaszcza we wstawkach w głównej historii – przede wszystkim wzbudzały we mnie zażenowanie. Autor „Narzeczonej księcia” cały czas udaje, że jego książka to tak naprawdę skrót lektury z dzieciństwa, którą czytał mu ojciec i najwyraźniej uznaje to za przezabawne. Niestety, ja zdecydowanie w tym przypadku jego zdania nie podzielam. Dlatego nie mam zamiaru nad tym aspektem dłużej się rozwodzić i chyba wolę uznać, że tych elementów w „Narzeczonej księcia” po prostu nie było.
Historia zaś to właściwie klasyczna powieść awanturniczo-romantyczna, tyle, że w całości utrzymana w komediowej, przerysowanej konwencji. W tej powieści wszystko jest bardzo podniosłe, bardzo mocno bazujące na przypadkach i znanych nam schematach, często po prostu wbijając im szpilki. Trudno tu mówić o konkretnych bohaterach: to raczej pewne figury, schematy, które z popkultury już prawdopodobnie znamy. W tym przypadku nie jest to jednak absolutnie żaden zarzut: to pastisz, to tak po prostu ma wyglądać. A że mnie humor Goldmana nie bawi? No cóż, zdarza się i tak.
Styl autora jest raczej prosty, czasem z podjętą próbą stylizacji, jednak niekoniecznie szczególnie udanej. Przez to powieść czyta się raczej szybko, o ile oczywiście czytelnik „kupi” zaserwowany przez Goldmana żart i świat, bo skłamałabym, mówiąc, że mi się ta pozycja wcale nie dłużyła. Jeśli miałabym podać jedną rzecz, która szczególnie mnie w tej pozycji irytowała to bezustanne wtrącenia w nawiasach dotyczące tego, że „tak, to już w tamtych czasach istniało”. Co najzabawniejsze, autor w swoich wtrąceniach nawet ten fakt zauważa, ale… jest tak „zajarany” swoim pomysłem i najwyraźniej uważa go za tak obłędnie doskonałego, że nie rezygnuje z takich komentarzy aż do końca powieści.
Co ciekawe, „Narzeczona księcia” zawiera w sobie też kontynuacje historii, czyli „Dziecko Buttercup”, niemniej… ja osobiście wolałabym całość traktować po prostu jako jedność. Bo w gruncie rzeczy to po prostu kontynuacja historii.
Powoli kończąc, muszę też wtrącić kilka słów co do tłumaczenia imienia głównej bohaterki, a właściwie – jego braku. Widok słowa „Buttercup” (czyli z angielskiego „Jaskier”) sprawia, że od razu nasuwa mi się na myśl „maślany kubek” i szczerze mówiąc, mam dziwne przeczucie, że nie jestem w tym przypadku osamotniona. A przecież wystarczyłoby zmienić „Jaskra” (który u nas kojarzy się i bardzo męsko, i raczej jednoznacznie) na jakiegoś polskiego kwiatuszka. Róża, niezapominajka, bławatek, chryzantema… na cokolwiek, byleby oddawało naturę imienia i po prostu ładniej wyglądało w tekście. Bądź co bądź, w przypadku głównego bohatera uważam to za coś całkiem istotnego.
Nim sięgniecie po „Narzeczoną księcia” albo przeczytajcie kilka stron, albo obejrzyjcie film Goldmana z 1987 roku, „Narzeczona dla księcia”, by sprawdzić, czy jego poczucie humoru Wam odpowiada: jeśli tak, myślę, że możecie po tę lekturę sięgnąć. Jeśli nie, myślę, że nie ma sensu czytać pozycji, która na nim bazuje. Niemniej, sama nie żałuje przeczytania tej powieści. Mimo wszystko, to była jednak ciekawa odmiana.

* * * 

(To było już po wynalezieniu podatków, jak zresztą wszystko na świecie. Podatki istniały nawet przed gulaszem.).
Fragment „Narzeczonej księcia” Wiliama Goldmana


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

czwartek, 15 lutego 2018

Wszystko dla Billy'ego: Pierwsze zetknięcie z westernem!


Sippy wiódł niedawno szczęśliwe życie amerykańskiego dżentelmena. Gdy jednak jego żona oddała na makulaturę wszystkie powieści groszowe, które posiadał, wyemigrował na Dziki Zachód, gdzie poznał Billy’ego Kida, sławnego rewolwerowca, który prędko stał się jego bliskim przyjacielem.
Tytuł: Wszystko dla Billy’ego
Autor: Larry McMurtry
Tłumaczenie: Tadeusz Szafrański
Liczba stron: 288
Gatunek: western, powieść przygodowa
Wydanie: Wojciech Pogonowski, Warszawa 1993

Od dawna chciałam przeczytać „czysty” western, jednak do tej pory nie nadarzyła się taka okazja. Gdy więc ujrzałam okładkę tej nie najnowszej, bo wydanej w 1993 roku, książki, uznałam, że muszę ją do siebie przygarnąć. I choć nie było wybitnie, to nie żałuje spędzonego z nią czasu.
Treść książki opowiada teoretycznie o prawdziwej postaci, jednak trudno mi stwierdzić, ile w niej jest faktów, bo po prostu jego historią nigdy się nie interesowałam i osobiście historię traktuje po prostu jako typową fikcje.
„Wszystko dla Billy’ego” to powieść z narracją pierwszoosobową. Opowieść snuje nam Sippy: sympatyczny, już nie najmłodszy pan. Najpierw był fanem powieści groszowych, potem zaczął je czytać, by następnie sprawdzić na własnej skórze, na czym polega bycie na Dzikim Zachodzie. [SPOILER?] Tak naprawdę od pierwszych stron wiemy, jak mniej więcej skończy się życie Billy’ego Kida: Sippy nie ukrywa, że jego przyjaciel odszedł już z tego świata i że to, co czytamy, jest po prostu zbiorem jego wspomnień o nim. I właśnie mniej więcej taką formę ma ta powieść.[KONIEC SPOILERA]
Osobiście odebrałam ją właśnie w ten sposób: to zbiór historii z życia tej dwójki przyjaciół, który jako tako łączy się w całość, ale każda przygoda jest jednak oddzielona od siebie osobnym rozdziałem. Przez to czyta się to bardzo lekko, bo tak naprawdę nie mamy wewnątrz głębokich powiązań, czy bardzo rozbudowanej linii fabularnej. Całość próbuje być bardzo nostalgiczna, odwołując się do „typowego” Dzikiego Zachodu.
No i właśnie... to z jednej strony powieść, której nie mogę wiele zarzucić. Czyta się ją szybko,  do pewnego stopnia dostarcza rozrywki, a westernowego ducha a niej nie brakuje. Bohaterowie, włącznie z Billy’m, też raczej wzbudzają sympatię. Właściwie naszego głównego rewolwerowca i zabójce wcale nie postrzegałam jako takowego. Zabijał... przypadkiem. A gdy tego nie robił, był całkiem przyjemnym kompanem.
Z drugiej jednak strony, to nie jest lektura wybitna, która zapadła mi czymkolwiek w pamięci. Nie jest to też historia, w którą śmiem uwierzyć: sytuacja Sippy’ego, który wybrał się na Dziki Zachód po tym, jak żona oddała jego książki, wydaje mi się zbyt karykaturalna, bym mogła naprawdę szczerze wsiąknąć w tę powieść.
Jeśli odpowiada Wam przygodowa historia, umieszczona w westernowej konwencji, połączona ze sporą dawką nostalgii i wspominania zmarłego przyjaciela, po „Wszystko dla Billy’ego” możecie swobodnie sięgać. To książka, którą naprawdę nie najgorzej się czyta. Jak już jednak wspominałam, to nie jest      nic, po co koniecznie każdy musi się zabrać...  bo daleko tej pozycji do perełki, której warto wszędzie szukać.

* * *

– Jestem Ben Sippy – oznajmiłem, pomyślawszy, że nadszedł już czas, byśmy się sobie przedstawili. Wstałem i wyciągnąłem do niego rękę.
Billy nie podał mi swojej, tylko ponownie wykrzywił twarz w grymasie uśmiechu. Oba przednie zęby wystawały mu do przodu i były poszczerbione.
– Cześć, panie Sippy, czy jest pan z Missisipi? – zapytał i wybuchnął śmiechem. W owych czasach Billy zawsze bawił się swymi powiedzeniami. Gdy się tak śmiał z powodu jakiegoś własnego kawału, trudno było go nie lubić – był wówczas radosny jak wygrywające dziecko.

Fragment „Wszystkiego dla Billy’ego” Larry’ego McMurtry

piątek, 6 października 2017

Podróże Guliwera: Sposób na przygodę z XVIII wieku

„Podróże Guliwera” poznałam dzięki dziewczynom z Książkowiru – książkę wygrałam w konkursie razem z trzema innymi i szczerze mówiąc, to chyba ta na którą najbardziej czekałam:) W końcu to klasyka, która w pewnym sensie była wśród tych, które zapoczątkowały fantastykę.

Tytuł: Podróże Guliwera
Autor: Johnatan Swift
Tłumaczenie: Anonim
Liczba stron: 272
Gatunek: klasyka literatury
Wydanie: Wydawnictwo MG, Kraków 2017

Lemel Guliwer przedstawia dziennik ze swych niezwykłych podróży. Bo gdziekolwiek by się nie wybierał i tak trafiał w miejsce inne i do tej pory nieodwiedzone przez  człowieka. Niech jednak nie zwiodą was pozory fantastyki – ta historia (podobno) wydarzyła się naprawdę.

Są książki, które mogę recenzować: fantastyka w czystej postaci z naciskiem na fantasy to coś, w czym raczej czuje się dobrze. A są te klasyczne, trudniejsze, które oceniło wielu przede mną i które oceni pewnie wielu po mnie, z o wiele większą wiedzą. Dlatego ten tekst do miana recenzji nawet nie może startować. Ale jeśli interesuje Was moja opinia o „Podróżach Guliwera”, a nie ich rzetelna ocena to zachęcam do dalszego czytania.
Gdy wzięłam książkę w ręce nieco się przeraziłam. Tłumaczenie z XVIII wieku? Bałam się trudnego stylu i słów, które nie zrozumiem. Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Choć „Podróże Guliwera” nie są najlżejszą lekturą i ich język odbiega od naszego, dzisiejszego, to jak najbardziej da się je przyjemnie czytać. W niektórych chwilach miałam wręcz wrażenie, że czytam historię stylizowaną na starszą polszczyznę. Wprawdzie układ zdań, czy sposób prowadzenia narracji odbiega od dzisiejszego i wymaga pewnego skupienia oraz cierpliwości, ale na swój sposób ciekawi, przynajmniej w początkowej fazie czytania.
Początkowo byłam tą książką naprawdę zachwycona. Może nie w ten „zwykły” dla literatury sposób, a w ten, który pojawia się, gdy poznajemy coś sprzed lat i choć wiemy, że mamy teraz „lepsze”, „przyjemniejsze” i „sprawniej działające” rzeczy to fakt, że to stare „działa” robi na nas ogromne wrażenie. Schody pojawiły się w moim wypadku nieco później...
Po pierwszych stu stronach lektury moje pozytywne emocje zaczęły opadać, a książka dłużyć się. „Podróże Guliwera” opowiadają o kilku przygodach tytułowego bohatera, z których każda wygląda dosłownie identycznie. Guliwer staje się „rozbitkiem”, trafia do nieznanego nam, tajemniczego lądu, na którym mieszkają dziwni ludzie i przez jakiś czas żyje wśród nich i opowiada nam o nich. A każdy z ludów ma w sobie coś podobnego: wprawdzie niby mają inne główne cechy, ale sam klimat każdej z podróży i to, jak przebiegają jest identyczny.
Podejrzewam, że gdybym więcej wiedziała o Swifcie i Anglii z XVIII wieku pewnie wypatrzyłabym na kartach tej historii więcej, niż proste i schematyczne przygody – niestety, moja wiedza w tym wypadku kuleje i nawet nie chciałam rozważać tej książki jako satyry na Brytyjczyków. Niemniej, te żarty, które udało mi się wyłapać były naprawdę trafne i gdybym wiedziała więcej, pewnie na nudę bym nie narzekała.
Choć cieszę się, że poznałam „Podróże Guliwera” i wiem, że czas z lekturą nie był zmarnowany to jednak nie jest to książka, którą mogłabym czytać codziennie przez resztę mojego życia, bo po prostu nieźle bym się na tym wynudziła. Niemniej, to naprawdę książka warta poznania, pod warunkiem, że czytelnik czuje się gotowy na nieco trudniejszy styl i poznanie klasyki literatury. A warto ją poznać choćby z dwóch powodów: po pierwsze, by mieć kontakt ze starszym polskim i wiedzieć, jak kiedyś wyglądał. Po drugie po to, by  w końcu rozumieć o co chodzi z tym całym Guliwerem: bo w końcu każdy wie, że był w historii literatury taki pan, że podróżował i poznał małych ludzików, ale tak naprawdę mało kto postanowił się z nim osobiście spotkać.

* * *

Na to nam jest dane używanie mowy, żebyśmy się wzajem rozumieli i przekazywali sobie wiadomości o rzeczach , które są. Owóż jeśli się mówi rzecz jaką, która nie jest, nie osiąga się tego celu, bowiem ja nie rozumiem tego, co ty mówisz, i nie wyprowadzasz mnie z mej niewiadomości, lecz ją powiększasz. Musiałbym tedy wierzyć, że czarne jest białe, a krótkie - długie.

Fragment „Podróży Guliwera” Johnatana Swifta


czwartek, 18 lutego 2016

Okręt Liniowy: Horatio Hornblower i jego najbrzydszy statek

Czy jest tu ktoś, kto pamięta, jak wspominałam o tej książce, lub recenzowałam poprzednią część jej serii? Przeleżała u mnie na półce kilka miesięcy, nietykana i zapomniana. W końcu jednak się do niej dokopałam :) Nim jednak przejdziecie dalej, polecam zapoznać się z moją recenzja jej poprzedniczki, którą znajdziecie tutaj

Tytuł: Okręt Liniowy
Tytuł serii: Powieści Hornblowerowskie
Numer tomu: VII (chronologia wydarzeń) | II (data napisania)
Autor: C. S. Foreser
Liczba stron: 330
Gatunek: powieść przygodowo-historyczna / marynistyczna

Kapitan Hornblower wrócił do Anglii po swojej poprzedniej, udanej misji. Jego żona, Maria, spodziewa się dziecka, lecz nie może zostać w domu, aby doglądać swojej rodziny. W końcu, kto by to widział, aby kapitan marynarki wojennej siedział w domu, gdy trwa wojna z Napoleonem? Hornblower dostaje więc wielki (i brzydki) okręt liniowy HSM Sutherland i wypływa na wody Morza Spokojnego, aby wesprzeć Hiszpanów w wojnie z Francją.
Mimo niepozornego wyglądu, mogę obiektywnie stwierdzić, że Okręt Liniowy to ciąg dalszy na prawdę dobrze napisanej serii. Forester kreuje świat, który niewątpliwie spodoba się osobom lubującym się w marynistycznych klimatach, ale i dla innych może okazać się całkiem przyjemną lekturą.
Główny bohater, Hornblower, to postać po prostu ludzka - potrafi czasem zirytować swoim zachowaniem, jak na człowieka przystało, ale chyba nie sposób nie poczuć do niego nici sympatii. Dba o swoją załogę, jak najlepiej potrafi, nie jest człowiekiem okrutnym i za każdym razem stara się pokazać swój honor i opanowanie, nawet, jeśli wewnątrz jest przerażony i zdesperowany. Może nie jest to postać, w której bym się rozkochała, ale jest dobrym spoiwem całej serii.
Nie jest to młodzieżówka, którą czyta się wyjątkowo lekko - mamy tu i nazwy miejsc, i typowe dla marynistyki wyrażenia, które czasami zmuszają do zastanowienia się gdzie akurat jesteśmy, lub sprawdzenia, co postacie mają na myśli. Mimo tego, przynajmniej mi czytało się ją bardzo szybko, szczególnie, że na morzu wbrew pozorom wcale nie jest tak spokojnie, szczególnie, gdy obserwujemy statek brytyjski, wypływający, by walczyć z siłami Napoleona.
W powieści znalazło się kilka chwil, w których nie mogłam się nie uśmiechnąć, jednak zdecydowanie, to historia utrzymana w dość poważnym klimacie. Poważny nie oznacza jednak zły - Okręt Liniowy to po prostu dojrzała historia, a jej autor niewątpliwie wiedział, o czym pisze. Przy tym wszystkim jest dość zwięzły i surowy w opisach, co może być i wadą, i zaletą, zależnie od tego, kto co lubi.
Warto zwrócić uwagę na sam sposób pisania Forestera w tej serii. Każda część dotyczy innej historii. W swojej budowie przypomina choćby serialowych Przyjaciół - nie ważne, po którą sięgniecie, i tak zrozumiecie, o co w niej chodzi. Obecnie taki zabieg jest dość typowy, jednak nie należy zapominać, że Forester napisał swoją historię w 1938 roku :)
Jeśli należycie do osób, które czytają tylko lekkie romansidła, lub paranormal romance - możecie od razu sobie tą książkę, czy nawet całą serię odpuścić, bo raczej nie znajdziecie tu tego, czego szukacie. Ze spokojnym sumieniem mogę ją jednak polecić każdemu, kto ma ochotę wejść na olbrzymi statek linowy i wraz z brytyjskim kapitanem zaatakować Żabojadów :) Nie będzie to może nadzwyczaj barwna historia, ale na pewno nie będziecie się nudzić, a myślę, że warto sięgać po nieco mniej znane pozycje.

sobota, 26 grudnia 2015

Ocean Lodowaty Wzywa: Przygodówka rodem z socjalistycznych czasów

Jak wspominałam na blogu, mam u siebie trochę starych i trudno dostępnych książek. Ta, którą widzicie na obrazku poniżej została wydana w 1956 roku i chyba nigdy nie była nazbyt popularna, dlatego dziś na prawdę trudno ją dostać - nie byłam w stanie znaleźć nawet jej elektronicznej wersji, na Allegro można wygrzebać stare egzemplarze. Dlatego też ta recenzja to bardziej ciekawostka, mająca pokazać Wam coś, o czym prawdopodobnie nie słyszeliście, chociaż, jeśli ktoś będzie miał ochotę ją przeczytać, jak najbardziej zapraszam :)


Tytuł: Ocean Lodowaty Wzywa
Autorzy: Alex Wedding
Liczba stron: 242
Gatunek: powieść przygodowa (dla dzieci)

Ta niedługa książeczka opowiada nam dwie historie, z których jedna w zasadzie bezpośrednio wpływa na drugą. Niebezpieczna misja radzieckiego statku Czeluskin kończy się niepowodzeniem - próba przepłynięcia zamarzniętego Oceanu Północnego okazała się złym pomysłem i jego pasażerowie muszą uciekać ze statku. Na krze, czekają na ratunek.
W tym samym czasie, w Pradze, gromadka dzieciaków, z Antonim na czele, dowiaduje się o całym wydarzeniu. Postanawiają oni wybrać się na ratunek rozbitkom i planują ekspedycje, aby ich ocalić. 
Wiedząc, że powieść została wydana w '56 roku, po przeczytaniu kilku stron miałam w głowie już obraz całej powieści. Nie pomyliłam się co do niej. Ocean Lodowaty Wzywa to mieszanka historii w stylu Dzieci z Berberyn wraz z ideologiczną sieczką Związku Radzieckiego.
Nigdy, nawet w podstawówce, nie przepadałam za takim rodzajem historii dla dzieci.Wtedy były dla mnie zbyt surowe, za mało kolorowe, teraz zaś są po prostu bardzo proste i przerysowane. W tym przypadku jednak smaczku dodaje nieco wpływ polityki na światopogląd i twórczość autora. By nie było, Ocean Lodowaty Wzywa to nie traktat polityczny, ale w tekście można znaleźć ogrom odniesień do cudowności Związku Radzieckiego, który nie zostawia na lodzie (dosłownie) swoich ludzi i na pewno jego lud pomoże swoim wysłannikom. Z tego też powodu i dzieciaki postanawiają wyruszyć - przecież jakaż to chwała, aby pomóc tym, którzy narażają swoje życie dla wielkiego imperium!  Z tego powodu raczej nie dałabym powieści Weddinga do ręki dziecka, ale dla dojrzalszego czytelnika, ta pozycja może być ciekawym odkryciem.
Sama linia fabularna i bohaterowie są... bo są. Powieści nie czyta się bardzo źle, mimo, że dla mnie jest zdecydowanie zbyt surowa i naiwna, jak wcześniej wspominałam. Kartki jakoś lecą, treść nie jest trudna do przyswojenia. Postacie również nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Dzieciaki mają jakieś swoje cechy, ale nie zwalają z nóg swoim charakterem (mimo, że akurat pomysłowości im nie brakuje), a postacie z załogi Czeluskina po prostu nie są zbyt rozwinięte. Nie dość, że jest ich po prostu za dużo jak na tak krótką książkę, by to zrobić, to na dodatek to przecież przygodówka dla dzieci. Raczej po takim rodzaju literatury nie spodziewałabym się pokrętnej fabuły i psychoanalizy bohaterów :) 
Tak, Ocean Lodowaty Wzywa to powieść napisana dla dzieci, mimo, że z powodów zawartej w niej ideologii odradzałabym dawania jej pociechom. Jeśli jednak macie ochotę na powrót do dzieciństwa, połączony z poznaniem historii literatury i odczucia klimatu propagandy socjalistycznej na własnej skórze, to polecam po nią sięgnąć. Nie ma się czego bać, a dla własnej wiedzy, czy na wypracowanie maturalne będzie jak znalazł :P

sobota, 28 listopada 2015

W służbie króla smoków

W końcu mam dla Was jakąś recenzje! :) Zagonienie niestety, nie sprzyja czytaniu, udało mi się jednak w końcu przebrnąć przez widoczną w tytule posta pozycje do końca.
Na początku jednak mała informacja dotycząca powieści - nie jest ona dostępna w księgarniach. Jeśli kogoś z Was zaciekawi można dostać ją na Allegro, jest również dostępna w wersji elektronicznej (udostępniłam ją na swoim chomiku - linka do niego znajdziecie po lewej).

Tytuł serii: Saga o Królu Smoków
Tytuł: W służbie króla smoków
Autor: Stephen Lawhead
Liczba stron: 359
Gatunek: powieść przygodowo-fantastyczna

Quentin od dziecka mieszka w świątyni. Pobiera w niej nauki, aby pewnego dnia zostać kapłanem. Niestety, jego plany krzyżuje niespodziewany gość, który odwiedza święty przybytek. Jest nim ciężko ranny rycerz, niosący list od króla dla królowej. Nie może jednak go dostarczyć... Quentin, wiedziony przeczuciem, zgłasza się na ochotnika, który ma dokończyć zadanie umierającego i wyrusza w podróż, która na zawsze ma odmienić jego życie.
Historia tego młodego bohatera sprawiła, że poczułam sporą dawkę nostalgii. Powieść Lawheada to sztampowa fantastyczna przygodówka. Mamy piętnastoletniego Quentina, który wyraźnie ma w sobie coś niezwykłego, jego przyjaciół w których wierność nie wątpimy nawet przez chwilę oraz czarne charaktery, jakby wyjęte żywcem z bajki Disney'a, zmienione tylko nieco, aby pasowały do realiów świata wykreowanego przez Lawheada.
Narrator powieści od razu daje nam do zrozumienia, kto jest dobry, a kto zły - przymiotników określających bohaterów jest w tej powieści na prawdę nie mało, co szczerze mówiąc, nieco mnie zaskoczyło. To dość typowy dla tej powieści element. Poza nim, w stylu autora nie ma nic nadzwyczajnego - język jest dość prosty, poprawny, nieprzedłużający. Wykreowani bohaterowie są niezbyt głębocy. Mają podstawowe cechy charakteru, dzięki którym możemy ich rozpoznawać, ale na pewno W służbie króla smoków nie jest powieścią psychologiczną, która ukazuje nam ich wnętrze. Przez taki zabieg nie są też nazbyt ciekawi: mają wykonywać zadania, które postawi przed nimi autor powieści i z resztą, to robią całkiem nieźle, ale nie powiedziałabym, abym bardzo wczuła się w ich pozycje i nadzwyczaj ich pokochała.
Jak już napisałam, pierwsza część Sagi o Królu Smoków to typowa dla swojego gatunku powieść. Na prawdę, nie ma w niej nic nadzwyczaj zaskakującego. Fabuła jest bardzo prosta, przewidywalna, lekka. Bohaterowie nie raz postępują głupio i naiwnie, nie przeszkadza to im jednak w przezwyciężaniu zła. Od początku, do końca wiadomo jak całość mniej więcej się potoczy.
To, na co szczególnie zwróciłam uwagę czytając ten tom Sagi to.... nawiązania do chrześcijańskiego Boga, których w powieści jest na prawdę wiele. Czy to dobrze? Trudno mi to do końca ocenić. Na pewno takie podejście do sprawy będzie odpowiadać osobą głęboko wierzącym, choć mnie, szczerze mówiąc, nieco irytowało.
W służbie króla smoków to powieść, która powinna zadowolić każdego, kto jest spragniony bezpiecznych wrażeń ze świata fantasy. Jeśli szukacie nostalgii, albo chcecie polecić jakąś powieść młodszemu bratu, ta świetnie się do tego nada. Jej prostota i naiwność szybko może skraść komuś serce :) Niestety, choć czytało mi się ją całkiem przyjemnie, moje dalej jest na swoim miejscu - chyba jednak wymagam od powieści czegoś więcej.

sobota, 11 lipca 2015

Szczęśliwy Powrót

Książka dorwana w Biedronce, o której już na blogu wspominałam - Szczęśliwy Powrót - na tyle okładki polecana jest przez Hemingway'a i Churchilla. Co jednak można znaleźć w środku? :D

Tytuł serii: Powieści Hornblowerowskie
Tytuł: Szczęśliwy Powrót
Autor: C. S. Forester
Liczba stron: 313
Gatunek: powieść przygodwo-historyczna / marynistyczna

Zaczynaja się wojna z Napoleonem. Młody kapitan, Horatio Hornblower płynie na swojej niewielkiej fregacie, Lydii do Ameryki Środkowej z Wielkiej Brytanii, aby wesprzeć lokalne siły walczące z Hiszpanami oraz pokonać takowego pochodzenia okręt Natvidad. Nie będzie to proste zadanie - wrogi statek jest zdecydowanie większy od Lydii, a sprzymierzeńcami Anglii zdaje się rządzić szaleniec...
Książka przyciąga wzrok już na pierwszy rzut oka - okładka jest bardzo elegancka. Co prawda, srebrne napisy już zaczynają mi się zdzierać, ale i tak pod względem wykonania graficznego jest bardzo ładna. Nie do końca podoba mi się czcionka oraz jej rozkład wewnątrz, ale nie można mieć wszystkiego, prawda?
Szczęśliwy Powrót to chronologicznie szósta część serii, aczkolwiek została napisana jako pierwsza, dlatego nie miałam wrażenia, że czegoś o Hornblowerze nie wiem, a jednocześnie autor nie podawał na tacy wszystkiego, co działo się w poprzednich częściach, co uważam za ogromny plus, biorąc pod uwagę część, która w ręce mi trafiła. Miałam przy tym wrażenie, że wszystkie części nie będą miały ze sobą wiele wspólnego, pod względem fabuły (podobnie jak niektóre seriale komediowe, czy taki Dr House). Nie przepadam za takim wyjściem, ale raczej mnie nie odrzuca, dlatego nie mam co narzekać.
Główny bohater jest zarysowany na prawdę dobrze, z pobocznymi jednak bywa różnie: niektórzy wyróżniają się z tłumu i łatwo ich zapamiętać, inni, szczególnie oficerowie statku, po prostu mi się mylili. Nie byli jednak zbyt istotni dla samej fabuły, dlatego mogę to autorowi wybaczyć. Na pewno żeńska postać, czy główny czarny charakter, mający wpływ na historię są niepowtarzalni w świecie wykreowanym przez Forestera, a to jest chyba najważniejsze.
Sam styl autora jest na prawdę dobry. Widać, że autor zna się na marynistyce, przy okazji jego opisy nie nudzą. Jego styl jest dość zwięzły, treściwy - co sprawia, że całość na prawdę dobrze się czyta, a własnie w połączeniu wiedzy Forestera o tym, o czym pisze daje to świetny efekt. 
Historia, jaką śledzimy jest pełna akcji, jednak trudno powiedzieć, by była to typowa dla dzisiejszego świata książka: powieść napisana została jakiś czas temu, nic więc z resztą dziwnego. W każdym razie, jeśli spodziewacie się typowej fabuły przygodówek, jaką jest zaczęcie akcji, próba wykonania zdania, wykonanie go poprawnie w niezwykle epicki, wzniosły sposób i szczęśliwe zakończenie to... cóż, tego tu nie dostaniecie. Jasne, widać elementy tego, ale to nie jest kino amerykańskie, a historia o podróży Lydii i zadaniu, które ma wykonać. Dzięki braku tak ogromnej pompy niektórzy z czytelników mogą być rozczarowani, ale myślę, że właśnie dzięki temu Szczęśliwy Powrót zdaje się być bardziej prawdziwy i realistyczny.
Co więcej rzec... to powieść, którą na prawdę warto przeczytać. Nie jest ciężka, czyta się ją szybko i lekko, a przy okazji pozwala poznać trochę tajniki XIX wiecznych morskich wojen. Zarówno nauczy nas więc czegoś, jak i zapewni rozrywkę, a to chyba najlepsze połączenie. Polecam więc ją z czystym sumieniem.

środa, 24 września 2014

Wybrzeże Szkieletów

Hej :) Ostatnio w moje ręce wpadła dosć nietypowa, jak dla mnie, powieść, jako, że na prawdę rzadko czytam powieści przygodowe... tak więc od razu na wstępie mówię - nie mam za bardzo porównania z innymi książkami. Jak już mogę ją porównywać z przygodową fantastyką... ale jakby nie patrzeć, choć często opierają się na podobnych schematach to jednak coś nieco innego :) Zapraszam do czytania!

Tytuł: Wybrzeże Szkieletów
Autor: Clivie Cussler, Jack De Brul
Liczba stron: 399
Gatunek: powieść przygodowa

Po opisie z tyłu okładki przypuszczałam, że ot, tak, trafiłam na typową, strasznie schematyczną przygodówkę: ot, mamy sobie panią, która szuka skarbu. Wpada na pana, który postanawia pomóc jej odnaleźć te bogactwa, co oczywiście udaje im się, z jakimiśtam przeszkodami na drodze. By nie było nudno, pan i pani zakochują się w sobie, stwierdzają, że pieniądze jednak szczęścia nie dają, wszyscy są szczęśliwi, koniec. Nie pomyliłam się jakoś szczególnie, jednak muszę przyznać, że autorowi udało się mnie odrobinę zaskoczyć. 
Na początku poznajemy pewnych XIX-wiecznych anglików, którzy ukradli diamenty jakiemuś plemieniu i uciekając przez pustynię, aby ostatecznie dotrzeć do morza, natrafić jednak na burze piaskową, która zasypie ich statek. Nie muszę chyba mówić, że skończyli źle? Po tym wstępie zaczynamy powoli poznawać naszych bohaterów. Sloane, młoda kobieta pracująca dla firmy jubilerskiej, szuka wraku parowca, w której ponad 100 lat temu zostali pogrzebani żywcem złodzieje owych diamentów, o których wspomniałam wcześniej. W tym samym czasie oraz w tej samej okolicy kapitan Cabrillo, właściciel nijakiej Korporacji, prywatnej firmy pomagającej w zażegnywaniu konfliktów ma do wykonania zadanie mogące wpłynąć na losy świata (a jakby inaczej, nie?). Oczywiście, nasze parka głównych bohaterów wpada na siebie ii... zaczynają nawzajem pomagać w swojej pracy. Nie będę zdradzać więcej, coby przypadkiem nie spojlerować :) Ale wspomnę jeszcze, że cała powieść nie skupia się wcale aż tak bardzo na diamentach - co jest właśnie tym drobnym zaskoczeniem o jakim wspominałam wcześniej.
Główni bohaterowie szczególnie na początku wydali mi się strasznie... plastikowi. Wszystko potrafią, mają rozległą wiedzę i oboje mają nadaną nieśmiertelność głównego bohatera, co sprawia, że najzwyczajniej w świecie są... nudni. Trochę nieludzcy wręcz, powiedziałabym. Nie mają słabości, są liderami. Trudno jest wczuć się w taką postać... bo niby każdy z nas taki chciałby być, ale mamy przecież swój rozum, wiemy, że takie zachowania, taki zapał jest niemożliwy... przez co nie jesteśmy w stanie współodczuwać wraz z nimi. No, może nie każdy z nas - przynajmniej ja mam z tym problem i najzupełniej w świecie mi się to nie podoba. 
Ale to w końcu nie jest powieść psychologiczna, czy skupiająca się w jakimkolwiek stopniu na psychologii bohaterów... dzięki czemu nie jest to aż tak rażące, jak byłoby w przypadku większości innych gatunków. Mamy do rozwiązania jakiś problem, jakąś zagadkę i to na niej skupia się fabuła książki. I fakt faktem, akurat w dziedzinie akcji, autorzy spisali się na prawdę nieźle, bo właściwie w każdej chwili coś się dzieje - raz jest to ciekawsze, innym razem - mniej, ale jednak... cały czas wszystko popychane jest do przodu, nic nie stoi w miejscu. Na początku czytania wprawdzie nieco bolały mnie opisy czysto techniczne, jako, że większa część fabuły odgrywa się na statkach, a ja o nich nie mam najmniejszego pojęcia, jednak gdy już do tego przywykłam, nie był to dla mnie problem i mogłam skupić się właśnie na samych wydarzeniach.
Same opisy nie są może najbardziej porywające i wciągające na świecie, jednak... są w porządku. Na tyle poprawnie napisane, że nie usypiają, a zachęcają do przeczytania kolejnej strony. 
Myślę, że powinnam poruszyć tutaj jeszcze jeden, może drobny temat, ale jednak. Widzicie, gdy czytam fantastykę wiem, że to są sytuacje niemożliwe do zrealizowania, że to bajki, ale... całokształt był tak logiczny, tak dobrze skonstruowany, że chciała w to wierzyć. Zaś w Wybrzeżu Szkieletów  mimo, że teoretycznie akcja rozgrywa się na Ziemi, że sytuacje są bardziej prawdopodobne, niż te z fantastycznych książek... nie, ja po prostu nie jestem w stanie wczuć się w pełni w tą sytuacje. Wiem, że to bajka, fikcja i nawet nie chce znaleźć się w tamtym miejscu. Autorzy nawet nie próbują nam wmówić, że taka sytuacja, jaka została przedstawiona w tej książce mogłaby na prawdę mieć miejsce. Wydaje mi się, że to jest główny problem tej opowieści - jasne, przygodówki nigdy nie słynęły z realistyczności, ale jednak.. jeśli już coś czytam chciałabym się poczuć jakbym była zaraz obok bohaterów... w Wybrzeżu Szkieletów tego brakło.
Podsumowując, to nie jest najgorsza książka - jeśli ktoś lubi przygodowe powieści może spokojnie po nią sięgnąć. Ale nie jest to w żadnym razie literatura wysokich lotów, którą polecałabym dosłownie każdemu bo musisz to przeczytać, bo jest najcudowniejsze w świecie i po prostu musisz.  Masz tą książkę pod ręką? A może jedziesz pociągiem, czy autem i masz trochę wolnego czasu, nie mogąc się jednak dobrze skupić? Sięgnij, może Cię zaciekawi, a podróż pewnie umili. Tyle, że na niezwykłe przeżycia, czy skoki ciśnienia lepiej się nie szykuj, ponieważ najzwyczajniej w świecie Wybrzeże Szkieletów jest powieścią zbyt niskich lotów, aby Ci to zapewnić. 
Nomida zaczarowane-szablony