Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 października 2021

Kiedy byliśmy sierotami: lata 30., detektywi i niedziałający miks

Lata 30. XX wieku. Christopher Banks, choć z pochodzenia Anglik, wychował się w Szanghaju. Gdy jego rodzice zaginęli, został odesłany do rodzinnego kraju. Gdy dorasta, zostaje znanym detektywem, a jego życiowym celem staje się rozwikłanie rodzinnej tajemnicy.


Kazuo  Ishiguro, choć urodzony w Japonii, praktycznie wychował się w Wielkiej Brytanii. Ten noblista jest mi znany już z „Malarza świata ułudy” ­­– książki, którą czytałam w formie elektronicznej w 2018 roku z powodu zajęć na uczelni. I przyznaję, że nie pamiętam z niej kompletnie nic. Do tego stopnia, że gdy „Kiedy byliśmy sierotami” rzuciło mi się w oczy w marketowym koszu to postanowiłam tę książkę po prostu wziąć. Nazwisko wyleciało mi z pamięci, a lata 30. i detektywi to coś, co po prostu dobrze mi się skojarzyło.

Kiedy byliśmy sierotami
Kazuo Ishiguro
wyd. Albatros, 2017

Przyznaję, że… właściwie nie do końca rozumiem, co takiego przeczytałam. Niby to literatura piękna, ale też trochę kryminał, lecz jednak sensacja, a to wszystko opisane w stylu, który zdaje się nie do końca pasować do książki.

Zaczynając jednak od pierwszych stron, sam początek „Kiedy byliśmy sierotami” odebrałam jako nudnawy, ale być może zapowiadający coś ciekawego. Christopher Banks opowiada w pierwszej osobie o swoim dorastaniu i wspomina czasy dzieciństwa. Rozumiem, jeśli ktoś w tę opowieść wsiąknie, bo jego wspomnienia są przepełnione nostalgią, ale nie do końca odpowiadał mi styl Ishiguro. Miałam wrażenie, że mogę pomijać całe strony opisów, nie tracąc ani fabuły, ani doświadczenia płynącego z piękna języka, a to nie jest dobra oznaka. Być może to kwestia polskiego tłumaczenia, ale dla mnie Ishiguro pisze jak autor sprzed kilkudziesięciu lat z tej grupy lubiących długie, obiektywne opisy, które we współczesnych książkach występować po prostu nie mogą, bo większość czytelników nudzą.

W tej części również jest nieco o głównym bohaterze w czasach dla niego teraźniejszych. W tych scenach poznajemy człowieka uchodzącego za wielkiego detektywa, ale w praktyce nie widzimy, by rozwiązywał jakiekolwiek zagadki. Mówi o tym on, mówią o tym postacie wokół niego, ale Ishiguro nie pozwala nam tego zaznać w praktyce.

Druga połowa książki, w której nieco zmienia się ton, dotyczy wyjazdu Banksa do Szanghaju, gdzie ma zamiar rozwiązać tajemnice zaginięcia swoich rodziców. Tam z kolei pojawia się wątek romantyczny, który najpierw spycha tę sprawę na drugi plan, a gdy ta znów wraca to w – przynajmniej dla mnie –  absurdalnie dziwny sposób. Książka zmienia się w sensacje, w której bohater podejmuje dość głupie decyzje, ale styl autora nie ulega zmianie. Dostajemy więc właściwie pomieszanie najgorszej cechy tej „niefajnej” literatury pięknej (długie i nudne opisy) oraz sensacyjnej (no po co on to robi?). Sama końcówka głównego wątku zaś jest niczym wyjęta z Jamesa Bonda i nijak się ma do nostalgicznego, powolnego początku powieści.

Autor w wielu miejscach sugeruje, że we „Kiedy byliśmy sierotami” chodzi o coś nieco więcej, ale przyznaję – nie widzę tego. Niby mam do czynienia z noblistą, człowiekiem, który pisać potrafi i ja gdzieś tamten kunszt widzę, ale jednocześnie albo brakuje mi umiejętności, by jego książkę odpowiednio rozkodować, albo… ona po prostu jest nijaka, kiepska, posklejana z kilku elementów, które do siebie nie pasują. A mam za sobą trochę literatury z różnych półek i wydaje mi się, że przynajmniej troszeczkę o książkach czy pisaniu wiem.

Na pewno moje drugie spotkanie z Kazuo Ishiguro było dla mnie mniej bolesne, niż to pierwsze. Nie było fascynujące, to fakt, ale nie cierpiałam aż tak w trakcie lektury. Nie żałuje też tego, że tę książkę mam i że mogłam się z nią zapoznać, bo mimo wszystko Nagroda Nobla swoją renomę ma. Ale czy uważam, że „Kiedy byliśmy sierotami” było książką, która wniosła coś szczególnego do mojego życia? Absolutnie nie. Ale kto wie – może do życia innych doda coś intrygującego czy zmusi do jakichś przemyśleń. W końcu swoich zwolenników także ma.


sobota, 17 lipca 2021

Kulawe konie: Sensowna sensacja, średnia książka o szpiegach

Gdy jesteś szpiegiem, wystarczy niewielki błąd, aby skutki były katastrofalne. Dlatego każdy takowy kończy wysłaniem niekompetentnego pracownika do Slough House – budynku, w którym pracują najniżej podstawione osoby, zajmujące się przede wszystkim pracą papierową. River nie ma jeszcze trzydziestu lat, ale przez swoją pomyłkę w trakcie testów, traci szansę na karierę. Ale szpieg przecież dalej pozostaje szpiegiem, nawet jeśli zmienia się w kulawego konia.

 

Mam na swoim koncie setki przeczytanych książek, ale do tej pory nie było wśród nich żadnej, która traktowałaby głównie o szpiegach. Dlatego „Kulawe konie” Micka Herrona wydały mi się co najmniej interesującą propozycją. Nie nazwałabym się może największą fanką Jamesa Bonda, ale jest coś klimatycznego w brytyjskich szpiegach. Poza tym skoro czysty thriller nie do końca mi odpowiada to pomyślałam, że być może książka będąca raczej sensacją będzie czymś dla mnie?

Kulawe konie
Mick Herron
wyd. Insignis, 2021
Slugh House, t. 1
I właściwie – nie ma co kryć – wyszło jak zwykle w takim przypadku, jeśli chodzi o moje odbieranie literatury. „Kulawe konie” są w porządku. Poprawnie napisane, raczej niezbyt problemowe technicznie, ale nie wywołały we mnie większych emocji.

Bez wątpienia nie pomógł tu początek książki. Sam wstęp jest naprawdę niezły. Nie dość, że to właśnie do niego kolorystycznie nawiązuje okładka (świetny pomysł!) to jeszcze ma w sobie prosty, pozornie oczywisty, ale przy tym kreatywny i wiarygodny koncept. Problem robi się zaraz za nim, gdy narrator próbuje przedstawić czytelnikowi wszystkie tytułowe kulawe konie. Co prawda to River pozostaje głównym bohaterem, ale jednak książka bazuje na grupie bohaterów, a Herron wprowadza ich w tak prosty i toporny sposób, jak tylko może.

Jak to robi? Po prostu zmienia perspektywę. W środku rozdziału, bez konkretnego powodu, czy sygnału, że zaraz to zrobi. Ot, najpierw główny bohater opowiada o swojej przeszłości, potem chwilę ma jego koleżanka, następnie kolega… Koniec końców, wszystkie postacie zlewają się ze sobą i nie wywołują większych emocji. Ta ekspozycja nie jest tragicznie przedstawiona i ma sens w kontekście historii, ale bez problemu można byłoby to zrobić ciekawiej, zgrabniej i klarowniej.

Dopiero po liczącym ok. 100 stron wstępie, przechodzimy do głównej akcji. Ta rozplanowana jest po prostu poprawnie. Nie jest to najbardziej skomplikowana czy zaskakująca fabuła, a nieco oczytany czytelnik szybko zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi, ale całokształt jakoś trzyma się kupy i właściwie nie mam mu wiele do zarzucenia.

Problemem, niestety, jest dla mnie styl książki Herrona. A właściwie styl jej tłumaczenia. Jestem rozpieszczonym przez polskich autorów czytelnikiem i uwielbiam, gdy język ma w sobie coś wciągającego i charakterystycznego. Niestety, w przypadku tłumaczeń, zwłaszcza niefantastycznych (w których realizm jednak ogranicza twórcę) ta specyfika po prostu zanika. Być może oryginalny język Herrona jest fascynujący, może jest w nim brytyjski klimat (sugerują to niektóre nawiązania) – ale tłumaczenie po prostu to zabija. Niszczy. Daje kolejną, zwyczajną pod kątem stylu wydmuszkę. Oczywiście to da się czytać i to nawet całkiem sprawnie, a osoby skupiające się tylko na literaturze zagranicznej pewnie nawet nie zwrócą na to uwagi, ale cóż, jestem rozpieszczona i dlatego od książki jednak chcę czegoś więcej.

Wydaje mi się też, że ta książka po prostu trochę rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Pomysł na wykorzystanie „potępionych” szpiegów nie jest zły, ale też daleko mu do oryginalności. Fabuła z kolei, choć poprawnie rozplanowana, jednak bardziej przypomina średniej klasy kryminał/sensacje, niż powieść szpiegowską. Więcej knucia i intryg jest choćby w „Grze o tron” Martina, a to przecież zaledwie początek cyklu, który jest tym naszpikowany. Tutaj to nie wybrzmiało dostatecznie, a historia raczej przypomina gonitwę za uciekinierem, niż coś, co dzieje się w ciszy, poza prawem, w spektakularny sposób dokonując istotnych dla całego kraju zmian.

„Kulawe konie” są porządnie warsztatową książką. Kto wie, być może nawet skuszę się na kolejny tom, aby sobie nieco urozmaicić czytane lektury? Nie zmienia to faktu, że chciałabym czegoś nieco lepszego. Ale to jestem ja – marudny czytelnik (przede wszystkim) polskiej fantastyki, który chce od autorów tylko więcej i lepiej. Osoba, która po prostu chce przeczytać coś rozrywkowego powinna być zadowolona z lektury.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

piątek, 27 listopada 2020

Prosta sprawa: Co pisarz robi na lockdownie?

Gdy dawny przyjaciel Prostego odwiedza Jelenią Górę odkrywa, że po mężczyźnie i jego córce zostało jedynie zdemolowane mieszkanie. Próbując dowiedzieć się, co stało się w tym miejscu, wpada w sam środek niebezpiecznej gry.


Wojciecha Chmielarza zawsze czyta się po prostu dobrze – co do tego nie mam wątpliwości. Jego lekki styl i dość umiejętne trzymanie tempa to niewątpliwe zalety jego twórczości. „Prosta sprawa” jest jednak powieścią inną, niż pozostałe. Napisana w trakcie pandemii powieść początkowo była publikowana w odcinkach na jego profilu na portalu społecznościom (przyznaję, ominęło mnie to), jako rodzaj literackiej gry, bez większego planu na fabułę. Wydawnictwo Marginesy wydało w druku jej poprawioną i rozszerzoną. Jak wypada tego typu eksperyment? Przyznać muszę, że dość przeciętnie.

Prosta sprawa, Wojciech Chmielarz
wyd. Marginesy, 2020

Dotychczas znałam dwie powieści tego autora. „Żmijowisko”, które początkowo mnie zauroczyło oraz „Ranę”, którą czytało się świetnie, ale po której zaczęłam orientować się, że w obydwu tych historiach coś „nie siada” pod kątem prowadzenia bohaterów i logiki zdarzeń. Niemniej, obydwie te książki były thrillero-kryminałami, stawiającymi na klimat i zaskakujące zakończenie. „Prosta sprawa” jest czymś innym. To raczej sensacja z elementami kryminalnymi. Męskie kino akcji, ale przeniesione na łamy powieści. To faktycznie prostsza historia, dość mocno przerysowana, chwilami wręcz komiksowa, której założenie zdaje się jasne: ma po prostu bawić czytelnika.

Niestety, już samo takie podejście sugeruje powieść co najwyżej przeciętną, rozrywkową, która nie niesie niczego więcej. Jeśli autor nie wybije się konceptem czy kreacją postaci (która przecież z takich fabuł potrafi zrobić majstersztyk!) to właściwie trudno tu mówić o czymś innym, niż porządnym czytadle, a tak w gruncie rzeczy określiłabym właśnie ten tytuł.

Z takim zastrzeżeniem, że mi po prostu tematyka „Prostej sprawy” po prostu kompletnie mija się tematycznie z moimi literackimi zainteresowaniami. Bo ani nie przepadam za sensacją pozbawioną fantastycznych elementów (w literaturze), ani nie kręci mnie temat mafii, ani też nie przemawiają do mnie amerykańskie historie dziejące się we współczesnej Polsce.

Sami główni bohaterowie też niezbyt do mnie przemawiają. Narrator większej części tej powieści to mruk, kobieciarz, człowiek, który niewiele mówi – postać nie tylko bardzo sztampowa, ale też nie mająca właściwie niczego ciekawego. Widziałam już takich na pęczki i kolejnej identycznej po prostu nie potrzebuje. Towarzysząca mu kobieta również nie ma jakiś bardzo szczególnych cech i właściwie nie jestem pewna, czy jej brak tutaj cokolwiek by zmienił poza po prostu brakiem romantycznego wątku. Typy spod ciemnej gwiazdy? Zlewali mi się w jedno. Nie widzę w tych postaciach niczego szczególnego, nic też innego do tej lektury nie przyciąga mnie szczególnie. Potrafiłam ją odłożyć i nie sięgnąć przez dwa tygodnie, zapominając o istnieniu czegoś takiego jak czytanie w ogóle, mimo że przecież Chmielarz ma ten swój lekki styl, którzy szynko i miło „wchodzi”.

Rozumiem eksperyment autora, szanuje jego pomysł i rozumiem, że wydawca nie mógł przepuścić okazji. Gdy taki pisarz jak Chmielarz coś tworzy, aż żal tego nie wydrukować i nie postawić na półce księgarni. Nie uważam też tego za złą książkę w ogóle. W gruncie rzeczy chyba wolę chyba tego typu, lekką i nieco głupią prozę, niż przerysowany i przeintelektualizowany świat „Rany”. Niemniej, dobrze wiem, że tego autora chyba stać na więcej. „Prosta sprawa” jest jedynie pewną zabawą literacką i tak powinna być traktowana. I jeśli czytelnika bawi świat akcji, który jest pełny przemocy, silnych mężczyzn i ładnych kobiet to nie widzę przeciwskazań, aby po tę książkę nie sięgnąć. Sama jednak na pewno do niej nie wrócę.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl


sobota, 12 września 2020

Zbudzone furie: W końcu koniec "przygody" z Takeshim!

     


Takeshi Kovacs przez ponad dwieście lat przebywał w przechowalni, pozbawiony cielesnej powłoki. Po tak długim czasie powraca na swój rodzimy Świat Harlana, trafiając w wir intryg polityczno-militarnych.

 

„Modyfikowany węgiel” zaczął cykl z przytupem. Choć nie był idealną powieścią to gdy czytałam go dwa lata temu zrobił na mnie dość pozytywne wrażenie. Zawierał naprawdę ciekawy koncept wyjściowy i zapowiadał początek akcyjno-kryminalnej serii. A że kryminał w wydaniu fantastycznym raczej lubię to mimo pewnych wad, powieść po prostu do mnie trafiła. Tyle, że już drugi tom dość mocno mnie zmęczył. Na tyle, że czytanie ostatniego bezustannie odkładałam w czasie, mimo że przecież miałam go na półce. W końcu jednak ta „przygoda” jest już za mną i mogę odetchnąć z ulgą.

„Zbudzone furie” jest właściwie powtórką z rozrywki z tomu drugiego. Autor zdaje się kompletnie porzucać jakiejkolwiek quasi-filozoficzne rozważania, mimo że jego koncept jak najbardziej pozwalałby na zastanowienie się nad stanem społeczeństwa czy na głębszym rozważaniu „co by było gdyby”. Za to Morgan tworzy bardzo męską powieść akcji, kojarzącą mi się z średnio udanym, wysokobudżetowym filmem, który próbuje być brutalny i dorosły… w bardzo niedojrzały sposób.

Odnoszę wrażenie, że coś w przypadku tej i poprzedniej części „nie gra” w narracji. Bezustannie miałam wrażenie zagubienia w czasie i przestrzeni, tak jakby autor nie dopowiedział mi tego, gdzie jestem. Coś się niby cały czas działo – ale gdzie, co, jak i po co? Gubiłam się dość regularnie, powtarzając czasem fragmenty… co w lwiej części nic nie dawało. Tak, jakby za dużo w „Znudzonych furiach” było pisania o niczym: o rzeczach nieistotnych dla fabuły i niewiele wnoszących scen akcji, a za mało dobrze podanej ekspozycji (bo ta kiepsko podana jak najbardziej tu jest) i po prostu porządnego prowadzenia czytelnika przez historię.

Pisałam jednak o niedojrzałości tej książki. A no tak: tu znów „Zbudzone furie” cierpią na to samo, co tom poprzedni. Autor tej powieści zdaje się niemal w ogóle nie wnikać w emocje bohaterów, w ich rozważania czy charaktery, skupiając się tylko na powietrznościach. Jednocześnie najwyraźniej uważa, że nie istnieje coś takiego, jak dobra powieść bez dokładnego opisu intymnych scen. W „Zbudzonych furiach” dostajemy więc co najmniej klika bardzo erotycznych fragmentów, które wyglądają jak film dla dorosłych przeniesiony na łamy powieści. Nie gorszą mnie takie opisy same w sobie, ale one w przypadku tej książki po prostu wydają się stworzone nie po to, aby zbudować relacje miedzy postaciami, albo pokazać nam, kim jest Takeshi, a po to, by męski czytelnik poczuł się zaspokojony. Nie, przepraszam, po prostu nie: każdy fragment, który nic nie wnosi do fabuły powinien zostać z książki wycięty. Te też.

Poza tym im dalej w las, tym mniej lubię postać Takeshiego. To człowiek, który ot tak ma czelność krzyczeć na innych i wymuszać na nich swój światopogląd, a tego nie lubię w żadnym wydaniu. Nie ciekawi mnie w żaden sposób, nie interesuje mnie jego historia, mam go szczerze dosyć – i absolutnie nie chce do niego wracać.

Czuję, że właściwie nie mam w przypadku „Zbudzonych furii” wiele do dodania. Rozumiem, że ta powieść ma szansę komuś się podobać. Jeśli czytelnik szuka typowo męskiej „nawalanki”, w pozornie ciekawym świecie to owszem, może i to będzie trylogia dla niego. Ja jednak jedynie mogę sobie pluć w brodę, że po „Modyfikowanym węglu” od razu wzięłam dwie kolejne części i musiałam wymęczyć się przez taką ilość stron. Bo w końcu jeśli coś mam to należy to przeczytać. Cóż, przynajmniej okładki mają całkiem ciekawe.




poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Prince Polonia: Powieść polsko-indyjska w reportażowym stylu

 

Druga połowa lat 80. XX wieku. Przemyt polsko-indyjski kwitnie. Janek i Radek, koledzy z czasów szkolnych, próbują swoich sił w nielegalnym handlu, chcąc wyrwać się z zubożałego kraju. Ich śladami podąża jednak przeszłość. Ich dawna szkolna miłość, Magda, podobno również przebywa właśnie w Azji.

 

Indie są fascynującym krajem, o którym jednak wiem najwyżej „coś”: „coś” bez konkretów, głównie oparte na pewnych stereotypach. Lubię to, jak barwną tworzą kulturę i kojarzą mi się z czymś ciekawym, choć gorącym i tłocznym, a przez to trochę niebezpiecznym. Szczerze przyznam, że sięgając po „Prince polonię” Cegielskiego nie miałam pojęcia, że to w te rejony przeniesie mnie fabuła powieści, jako że sięgnęłam po tę powieść głównie przez wzgląd na autora, a nie opis z tyłu okładki. Tych czytania raczej unikam i zwykle robię to jedynie pobieżnie.

W każdym razie ten indyjski pierwiastek w tej powieści jest niezwykle mocno zarysowany. Autor wyraźnie wie o czym pisze (Cegielski podróżował do Indii wielokrotnie) i przedstawia nam świat przemytników bardzo dokładnie. Z detalami opisuje pojedyncze akcje, hotele w Azji, zachowania ludzi na ulicach wielkich miast. Robi to wszystko z perspektywy Polaków, dzięki czemu całość pod tym względem wypada bardzo realistycznie i wiarygodnie. Ba, wręcz reportażowo!

I właściwie ten fakt jest jedną z kilku bardzo znaczących wad tej powieści. A może właściwie jest po prostu przyczyną jej wad wszelakich? Mam wrażenie, że to całkiem możliwe. Zacznijmy od tego, że autor prezentuje nam trzy narracje. Trzecioosobową (neutralną) oraz narracje bardziej pamiętnikowe, w których Janek i Radek opowiadają komuś o swoich przygodach w sposób bardzo osobisty. To zabieg, który zwykle mnie nie irytuje, ale w tym przypadku byłam nim zmęczona. Bo autor nie zaznacza wyraźnie zmian narracji, a nasi bohaterowie odzywają się w bardzo podobny do siebie sposób. W ogóle, są podobnymi postaciami, mimo że Cegielski próbuje nam wmówić, że jednak nie. I czasem trudno się połapać. Zwłaszcza na początku powieści.



Kolejnym problemem, który wynika z reportażowości jest brak fabuły jako takiej. Jako czytelnicy skaczemy regularnie pomiędzy etapem szkolnym i przemytniczym w życiu naszych bohaterów. I to jest w porządku, tyle tylko, że to jedna z tych powieści, która przy tym absolutnie nie ma fabuły. To książka, która ma nieco ponad 400 stron. Przez większość z nich właściwie obserwujemy okruchy z życia postaci i tylko czasem narracja ujawnia nam, że COŚ się będzie działo później. I dzieje się – na ostatnich pięćdziesięciu stronach. Tyle, że osobiście nie wyczułam tam ani szczególnego napięcia, ani poczucia, że te wydarzenia są dla mnie jakkolwiek istotne.

Może dlatego, że zdążyłam się już domyślić, co tam się będzie działo? Bo naprawdę nie trudno przewidzieć, jak może skończyć się nielegalny handel. A „finał” wątku z Magdą też robi się jasny dużo wcześniej. Z resztą, choć ta dziewczyna jest chyba jedną z najmilszych postaci to trochę nie widzę sensu w istnieniu młodocianego wątku skupiającego się mocniej na niej.

Max Cegielski ma warsztat i wiedzę. Nie mam zamiaru mu tego odebrać. „Prince polonia” nauczyło mnie sporo o samym przemycie polsko-indyjskim i choćby z tego powodu cieszę się z możliwości poznania tej lektury. Nie zmienia to faktu, że dla mnie ta powieść jest co najwyżej średniej klasy historią. Zdaje sobie sprawę, że tak reportażowe podejście może się niektórym podobać i że ta książka spodoba się nie jednemu czytelnikowi, ale ja czułam się nią trochę poirytowana.  Bo ani nie interesowała mnie historia sama w sobie, ani nie polubiłam bohaterów, a całokształt wydaje mi się dojść pretensjonalny.

Cóż, na szczęście w nieszczęściu przynajmniej słowa wchodziły mi dość gładko, chociaż jednocześnie odnoszę wrażenie, że mimo przeciętnej objętości powieść Cegielskiego jest dość mocno przegadana. Tu naprawdę wiele można byłoby wyciąć…  a może po prostu lepiej byłoby zrobić z „Prince Polonii” krótkie opowiadanie. Bądź po prostu znaleźć dawnych polskich przemytników i zrobić reportaż na ten temat.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

sobota, 30 listopada 2019

Czart: Przeszłość i przyszłość spinają się w jedno




Terroryści przejmują zamek w Lublinie. Maks Keller ma znaleźć zleceniodawcę i powód ataku. Początkowo nie przypuszcza, że cała sprawa sięga czasów II Wojny Światowej.

Tytuł: Czart
Autor: Robert Killen
Liczba stron: 416
Gatunek: sensacja
Wydanie: Oficyna 4em, Warszawa 2019
Oficyna 4em do tej pory zapewniła mi raczej mieszanej jakości lektury. „Urzędnik” Michorzewskiego był absolutnie nudną i nieciekawą komedią kryminalną, a „Strefy cyberwojny” w całkiem sensowny sposób analizowały działanie sieci. Po dłuższym czasie wróciłam do wydawanych przez nich książek, tym razem sięgając po „Czarta” Roberta Killena. To druga powieść tego autora i pierwsza, z którą się spotykam. Poprzednia została wydana przez Belladonę, której literatury zupełnie nie znam, ale też nie kojarzy mi się szczególnie dobrze. W każdym razie do samej powieści starałam się podejść jak najbardziej neutralnie: nie jest to wprawdzie typ książki, po który sięgam na co dzień, ale też nie odstaje jakoś szczególnie. Miałam po prostu nadzieję na przynajmniej przyzwoite oderwanie się od regularnie czytanej przeze mnie fantastyki.
Przyznaję, że nie zaczęło się źle. Od razu zauważyłam, że Killen ma pewne problemy z wprowadzaniem bohaterów. Od razu pojawiła się ich wielu, od razu poznajemy (nieinteresujące nas) ich historie i zostajemy po prostu zasypani nadmiarem informacji. Poza tym jednak autor pisze stylistycznie poprawnie i po prostu liczyłam, że z czasem powieść się uporządkuje i będzie w jakiś jednolity sposób zmierzać do punktu kulminacyjnego. Problem polegał na tym, że im dalej w las, tym wcale nie było lepiej.
Gdy autor już przedstawił nam postacie, postawił na ekspozycje i wyjaśnianie czytelnikom historii w iście encyklopedyczny sposób. „Czart” trochę nie wie, czym chce być. Z jednej strony sensacją, poruszającą gorący temat terroryzmu, a z drugiej próbuje poruszać tematykę historycznych zagadek i miejsc. Bohaterowie potrafią więc prowadzić długie monologi (czy to ustnie, czy wewnętrznie) na temat konkretnych zdarzeń. Z datami, imionami, nazwiskami. Bardzo topornie i bez wyczucia, w nadmiarze. Koniec końców miałam wrażenie, że ta książka składa się z dialogów i właśnie tego typu ekspozycji, jakby autorowi zabrakło ochoty na opisywanie bieżących i istotnych fabularnie zdarzeń.
Na domiar złego ktoś Killenowi nie powiedział, że w powieści nie stosujemy skrótów. Jak podaje notka zamieszczona w książce, autor jest dziennikarzem. Ma więc pewnie nawyki wynikające z wykonywania tego zawodu, a w newsowych artykułach zwykle używa się zlepek pokroju: „XVI w.”, „np.”, „tzn.”, „1999 r.”. Dzięki temu tekst po prostu szybciej się czyta. Ale w prozie nie chodzi o prędkość czytania, a o oddanie pewnego klimatu i opowiedzenie historii. Przynajmniej mnie takie skróty irytują, szczególnie, gdy są stosowane w dialogach. Przepraszam, ale gdy sama się wypowiadam nie mówię „tzn”, a „to znaczy”. Dlatego pisząc prozę unikamy takich zlepek.
Chciałabym móc powiedzieć, że cokolwiek w „Czarcie” mnie zainteresowało, ale to nie byłaby prawda. Przez nadmiar bohaterów nie poczułam się z żadnym związana. Historia nijak mnie nie interesowała, bo nie potrafiła zdecydować, czym właściwie jest. Kryminałem? Zagadką historyczną pokroju Dana Browna? Sensacją? Mieszanie gatunków to oczywiście rzecz popularna i często dobrze działająca, ale autor po prostu musi robić to świadomie. W tym przypadku tej świadomości chyba jednak zabrakło. Nie była to wprawdzie najgorsza z możliwych książek (podejrzewam, że warsztat dziennikarski autora zrobił swoje), ale na rynku można znaleźć wiele naprawdę lepszych pozycji.
Biorąc pod uwagę ogrom pozytywnych opinii, jakie „Czart” dostał podejrzewam, że swój target ta powieść jak najbardziej znajdzie. Właściwie do pewnego stopnia kojarzy mi się ona z „Kośćmi proroka” Ałbeny Grabowskiej – obydwie książki łącza współczesność z teraźniejszością, i obydwie swojego czytelnika mają. Ja jednak po prostu nim nie jestem, przez co moja przygoda z literaturą Roberta Killena raczej zakończy się na tej jednej powieści.

* * *

– Niewątpliwie. Ale czy wielkość ma tu znaczenie?
– Wielkość ma znaczenie. Na przykład twój samochód. Dzięki niemu wydajesz się bardziej męski.
– Nigdy o tym nie myślałem w takich kategoriach – zdziwił się Maks.
– To znaczy nie dla mnie ma znaczenie – spłoniła się dziewczyna. – Tylko ci mówię, że są dziewczyny, które tak myślą. Serio. Blachary… […]
Fragment „Czarta” Roberta Killana


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl



czwartek, 19 września 2019

Stranger things. Ciemność nad miastem: Tania sensacja z przyklejoną marką


Trwa Boże Narodzenie. Znudzona Nastka wyciąga starą skrzynie i wymusza na swoim przybranym ojcu zwierzenia. Hopper opowiada o tym, jak po powrocie z Wietnamu został policjantem w Nowym Jorku i przypadkiem wplątał się w sprawę prowadzoną przed agentów federalnych.

Tytuł: Ciemność nad miastem
Tytuł serii: Stranger things
Autor: Adam Christopher
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Liczba stron: 350
Gatunek: kryminał, sensacja
Wydanie: Poradnia K, Warszawa 2019
„Stranger things” to serial o niezwykle przyjemnym klimacie. Ciekawe postacie, opowieść bazująca na przyjaźni i odrobina horroru sprawiły, że ta historia po prostu działa. Nic dziwnego, że wokół niej urosło grono fanów na tyle duże, aby twórcom opłacało się rozwijać świat przedstawiony. Tak też dostaliśmy kilka książek stworzonych na bazie serialu, rozwijających znajdujące się w nich wątku. Nie rzuciłam się na wszystkie z nich, ale udało mi się zapoznać z „Ciemnością nad miastem” i w moich oczach ta lektura wypada po prostu… bardzo, bardzo przeciętnie.
Jeśli miałabym jednym słowem określić, jaka jest ta powieść, wybrałabym słowo „tania”. To dzieło Adama Christophera kojarzy mi się z tymi książkami, które można wygrzebać w wielkich koszach z tanią literaturą. Ale może przejdźmy do rzeczy.
Wielki napis „Stranger things” na okładce sugeruje, że historia rozwinie nam wątki z serialu, albo powie coś więcej o postaciach, które mogliśmy oglądać na ekranie kina. I niby „Ciemność nad miastem” próbuje to robić. Dostajemy przecież opis przeszłości Hoppera, a także kilka scenek z Nastką, którą chyba większość widzów uwielbia. Tyle tylko, że ja osobiście w tych książkowych charakterach widziałam co najwyżej jakieś szkielety bohaterów, a nie postacie z krwi i kości. Gdyby ktoś podmienił te dwa imiona na inne naprawdę nic by się nie zmieniło. Ponadto scenki z Jedenastką nie są wcale tej historii potrzebne: przetykają jedynie główną fabułę, sprawiając, że ta gubi tempo. Jakby tego było mało, właśnie przez nie szybko możemy domyślić się zakończenia historii, a przynajmniej nie musimy martwić się o życie Hoppera, bo po prostu wiemy, że dożył lat 80. XX-wieku.
Styl, jakim napisana jest powieść, jest bardzo prosty i mało charakterystyczny. Lekki, ale w ten niezaskakujący, nudny sposób. Chciałabym zrzucić winę na tłumaczenie, ale tą powieścią zajmowała się doświadczona anglistka, zajmująca się fantastyką. Wydaje mi się więc, że problem jednak leży w oryginale. W moim odczuciu to po prostu książka napisana przez rzemieślnika, który dostał na nią zlecenie, a nie – chciał opowiedzieć ciekawą historię.
Pod kątem fabularnym „Ciemność nad miastem” także wypada nijak. Dostajemy tu książkowy odpowiednik niezbyt udanego filmu sensacyjno-kryminalnego. Niby obserwujemy śledztwo, niby są wybuchy, zagadki i tajemnice, ale niekoniecznie nas to wciąga i niekoniecznie ma sens. Z takim zastrzeżeniem, że film trwa około dwóch godzin i swobodnie można oglądać go „w tle”. Czytanie powieści nie dość, że zabiera więcej czasu to wymaga pełnego skupienia.
„Ciemność nad miastem” jest po prostu tanią książką. Jeśli czytelnik nie wymaga zbyt wiele, może i będzie się przy niej dobrze bawił. Da się ją szybko pochłonąć, a znajome imiona bohaterów mogą zachęcić do lektury osoby, która na co dzień nie sięgają po literaturę. Wydaje mi się jednak, że jeśli czytelnik wymaga czegokolwiek więcej… to chyba lepiej zrobi, jeśli sięgnie po jakikolwiek inny kryminał bądź też po prostu jeszcze raz obejrzy „Stranger things”.


* * *

Witamy w Nowym Jorku w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym roku. Nie żeby Hopper żałował decyzji o przeprowadzce. Wręcz przeciwnie. Dla niego był to zdecydowanie najlepszy możliwy ruch w najlepszym możliwym czasie. Powrót z Wietnamu do Hawkins w stanie Indiana przypominał przejście do równoległego wszechświata. Włożył krew, pot i czasami, jak mu się zdawało, część zdrowia psychicznego w walkę na wojnie, która nie mogła się skończyć i która toczyła się bez żadnych zrozumiałych powodów. A tymczasem życie w pipidówce w Stanach uwięzło w czymś w rodzaju pętli czasu i po powrocie nie dostrzegł żadnych zmian. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek się zmieni, czy w ogóle może się zmienić?
Fragment „Stranger things. Ciemność nad miastem” Adama Christophera



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

wtorek, 10 września 2019

Rana: Pozorne 10/10



Klmentyna zdobywa pracę w jednej z prywatnych, warszawskich szkół. Prędko zaprzyjaźnia się z Elą, młodą nauczycielką języka polskiego. Mimo różnicy wieku, kobiety odnajdują wspólny język. W kolejnych dniach ginie nastoletnia Marcelina. Jak się okazuje, dziewczyna była w ciąży. Ela nie wierzy jednak w przypadek bądź samobójstwo uczennicy i zaczyna analizować ten przypadek.

Tytuł: Rana
Autor: Wojciech Chmielarz
Liczba stron: 414
Gatunek: kryminał
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2019 
Zeszłoroczne „Żmijowisko” Chmielarza po prostu pochłonęłam. Ten tytuł po prostu zaskakująco dobrze się czytało, mimo że moje przygody z polskim kryminałem/sensacją niekoniecznie kończą się najlepiej. Sięgając po najnowszą powieść tego autora, „Ranę”, liczyłam na to samo i nie zawiodłam się. Książki tego pisarza czyta się błyskawicznie.
Chmielarz tym razem serwuje nam kryminał, który właściwie kryminałem nie jest, a przynajmniej – nie w klasycznym sensie. Bo choć mamy i morderstwo, i śledztwo, to jednak autor skupia się raczej na przeszłości bohaterów. Pozwala nam ich poznać, dowiedzieć się kim są i jacy są. Sprawa morderstwa w wielu momentach schodzi na dalszy plan.
Jednocześnie autor sięga po motywy, które dla wielu osób mogą okazać się bliskie. Kto w końcu nie chodził do szkoły? Kto nie słyszał o tym, jakie dzieciaki chodzą do prywatnych szkół? Większość ludzi ma bądź będzie miała potomstwo, a to wszystko w „Ranie” po prostu jest głównym tematem. Chmielarz wręcz próbuje potwierdzać stereotypy, które panują w społeczeństwie, przez co wielu czytelników może skinąć głową i uznać, że hej, ta książka pokazuje prawdę.
Tyle że, choć „Ranę” czytało mi się naprawdę dobrze, to nagromadzenie tych negatywnych kwestii (kobiety zdradzają, bogaci są szujami, szkoły prywatne tylko z nazwy są dobre itd. itp.) sprawia, że świat w niej przedstawiony w pewnym momencie traci na realizmie, przynajmniej w moich oczach. Tego jest w tej historii po prostu za dużo. Zwłaszcza, jeśli do historii dodamy, obecne z resztą w fabule, zbiegi okoliczności.
Widzę też pewne podobieństwo w stosunku do „Żmijowiska”. Tak jak i tam, i tu rozwiązanie jest nagłe i raczej niespodziewane. [możliwy SPOILER] W tym przypadku jedyna postać, którą początkowo naprawdę polubiłam (bo był tą jedyną postacią „bez skazy”), okazała się tym złym człowiekiem, aczkolwiek… szczerze przyznam, że finał wydaje mi się grubymi nićmi szyty.  A że mimo wszystko, to jest kryminał, to chyba nie jest najlepsza rekomendacja [koniec SPOILERA].
Mimo tego, mi po prostu czytanie „Rany” dobrze umiliło czas. To powieść, którą czyta się szybko i płynnie, do której postaci w pewnym sensie się przywiązałam i których motywacje rozumiem. Jedynie ta główna linia fabularna wydaje się być po prostu sklecona na siłę. Jakby Chmielarz, po udanym „Żmijowisku”, chciał za bardzo, za mocno i za dobrze.
Jeśli szukacie niekoniecznie bardzo realistycznego pod względem fabuły, ale za to przyjemnego kryminału, poruszającego kwestię rodziny i wychowania dzieci to myślę, że po „Ranę” można sięgnąć. Gdybym miała oceniać sam proces czytania to pewnie od razu wystawiłabym temu tytułowi 10/10 i poszła dalej, nie oglądając się. Tyle tylko, że nie na tym polega wyrażanie opinii o poznanej literaturze, a gdy wchodzę głębiej to naprawdę mam z tą książką Chmielarza małą zagwozdkę. Bo mimo wszystko pod lupą wydaje się zbyt przekompilowana.

* * *


Znowu śniła ten sam sen. Miała w nim sześć lat. Leżała w łóżku, z kołdrą podciągniętą pod samą szyję i otaczała ją ciemność. Leżała płasko, sztywno. Jak żołnierz w pozycji na baczność. Albo ciało w trumnie. Tylko w trumnie nie jest tak ciepło, lepko i parno. Oddychała płytko, cichutko, ledwo, ledwo. Za to serce jej waliło. Raz, dwa, trzy. W tempie szalonej perkusji. Raz, dwa, trzy. Jak młot pneumatyczny. Za mocno, za głośno. Zamknęła oczy. Zaciskała powieki z całych sił. Jakby to mogło pomóc.
Fragment „Rany” Wojciecha Chmielarza



Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

środa, 4 września 2019

Szwindel: Artyści przekrętów okiem Ćwieka



Krąg zrzesza nadzwyczajnych artystów. Artystów oszustw, którzy ze swojego fachu zrobili niemalże sztukę. W zakładzie opiekuńczym umiera jeden z jego byłych przywódców, przekazując swojemu synowi zeszyt z tajnymi, nielegalnymi informacjami. Młody mężczyzna kontaktuje się z dawnym krewnym swojego ojca, przygotowując taki szwindel, jakiego świat jeszcze nie widział.




Tytuł: Szwindel
Autor: Jakub Ćwiek
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał, sensacja
Wydanie: Marginesy, Warszawa 2019
Mam na swoim koncie już piętnaście książek Ćwieka. Myślę, że mogę więc uznać, że całkiem dobrze znam pióro tego autora, zwłaszcza, że sięgałam po jego dzieła z różnorakich gatunków. „Szwindel” jednak jest dla mnie dość dużą zagwozdką i nie do końca wiem, jak mam go ocenić. Bo choć to nie jest książka zupełnie zła… to nie powiedziałabym, że sprawiła mi szczególnie dużo radości.
„Kłamca” i „Chłopcy” tego autora były lekkimi, ale przyjemnymi urban fantasy. „Dreszcza” nie lubię, „Ciemność płonie” była naprawdę cudnym horrorem. „Grimm city” uwielbiam za klimat, „Drobinki nieśmiertelności” wyleciały mi z pamięci, podobnie jak zeszłoroczny „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”. Wynika z tego tyle, że fantastyka tego autora przynajmniej zostaje mi w głowie, a dwie pozycje z innego gatunku nie do końca sprawiły mi tyle przyjemności, ile oczekiwałabym po autorze z raczej lekkim piórem, który lubi zabawy z popkultrurą. Ze „Szwindlem” chyba będzie podobnie: nie sądzę, bym ten tytuł zapamiętała na dłużej.
To w pewnym sensie kolejny „debiut” Ćwieka. Na okładce „Szwindla” widzimy napis „kryminał” i książka też w ten sposób była promowana. To miała być pierwsza powieść z tego gatunku Kuby, która nie zawiera elementów fantastycznych (nie zapominajmy, że po kryminał jako taki Ćwiek już sięgał, choćby przy okazji „Grimm city”). Tyle, że ja w życiu nie określiłabym „Szwindla” mianem typowego, generycznego kryminału. To bardziej powieść sensacyjna, kojarząca mi się z filmem „Vabank” Machulskiego.
Pod względem stylu „Szwindel” wypada po prostu przyzwoicie. Ćwiek ma wyrobione pióro – nie jedną książkę już napisał i wie, jak to się robi. Tekst raczej wchodzi dość lekko i bez większego problemu. Przy okazji dostajemy sporo, typowych dla tego twórcy, nawiązań do popkultury.
Nie wątpię też w to, że Ćwiek do pisania tej książki porządnie się przygotował. To, jak wygląda Krąg i jak funkcjonuje przynajmniej sprawia wrażenie czegoś całkiem realistycznego. Jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie może istnieć grupa przestępcza, która swoje akcje uznaje za sztukę i podchodzi do nich w niezwykle teatralny sposób. Niestety, sama linia fabularna, konstrukcja powieści i postacie moim zdaniem nie wypadają szczególnie dobrze.

To nie jest szczególnie długa powieść. Dostajemy czterysta stron, zapisanych wcale nie takim małym drukiem. A mimo to autor przedstawia nam naprawdę wielu bohaterów, bezustannie pomiędzy nimi skacząc. Trudno było mi więc przywiązać się szczególnie do kogoś z nich, zwłaszcza, że właściwie w „Szwindlu” po prostu nie ma pozytywnych, albo przynajmniej wyjątkowo intrygujących postaci. Bohaterowie w tej książce po prostu są, działają w ramach historii, ale nie sądzę, by to były postacie, z którymi ktoś chciałby spędzić kolejne kilka tomów.
Ponadto przez to skakanie pomiędzy postaciami początkowo czytelnik może mieć drobny problem z odnalezieniem się w historii. Mam wrażenie, jakby konstrukcja tej książki była zbyt skomplikowana dla autora, który po raz pierwszy sięgnął po ten gatunek, pozbawiony fantastycznych elementów. Gdy zaś szwankuje i konstrukcja, i postacie, którym się nie kibicuje… to i fabuła przestaje być angażująca.
Gdybym miała krótko opisać „Szwindel” to użyłabym jednego słowa – „meh”. To nie jest zupełnie zła książka. Da się ją płynnie i szybko przeczytać, nie wątpię, że da się go też polubić. Autor też dobrze przygotował się do samego pisania, a jego powieść porusza całkiem istotny (choć niezbyt krwawy) problem. Tyle, że to po prostu nie jest to, co miałabym ochotę czytać. Po wstępie, który był w miarę interesujący, moja uwaga związana z tą książką zaczynała opadać, aż znikła niemal zupełnie, gdzie to przecież zakończenie powinno wbić mnie w fotel. Sprawdzić ten tytuł jak najbardziej można, ale na pewno „Szwindel” nie dołączy do moich ulubionych książek napisanych przez Ćwieka.

* * *

Wiesz, że prawie każdy człowiek szuka kogoś, kto go zrozumie, kto będzie drugą połówką zdolną ukończyć nasze zdania. Kluczem do sukcesu jest więc układanie swojej opowieści wyłącznie z takich zdań, które druga strona umie skończyć i tylko czeka, by to zrobić. Wtedy stworzysz iluzję, że od początku spoglądacie w tym samym kierunku.
Fragment „Szwindla” Jakuba Ćwieka


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl!
Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Nomida zaczarowane-szablony