Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-apokalipsa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2023

Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć: W światach Bacigalupiego



To książka, która chodziła za mną, od kiedy przeczytałam „Wodny nóż” Bacigalupiego, ale do tej pory nie była dla mnie dostępna. Ale w końcu pojawił się wyczekiwany dodruk. I tak „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” trafiła w moje ręce.

Jak tytuł wskazuje, ta książka to omnibus. Zaczyna się od zbioru opowiadań. Wielokrotnie nagradzana powieść jest druga w kolejce. I przyznaję, że mi taki układ odpowiada.

Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć
Paolo Bacigalupi
wyd. Mag, 2011

Zacznijmy od tego, co łączy wszystkie te teksty. Większość z nich to fantastyka naukowa skupiająca się na okołoekologicznych tematach. Niemal wszystkie, jeśli nie wszystkie, można określić jako fikcję klimatyczną. To dystopiczne światy, w których coś wyraźnie poszło z naszą planetą nie tak. Ponadto w wielu tekstach widać mieszające się ze sobą, różnorodne kultury, zwłaszcza Azjatyckie (Chiny, Japonia, Tajlandia) i oczywiście kulturę Amerykańską. To nie dziwi, zważając na życiorys autora. 

Ponadto, chociaż to SF, to autor dość mocno skupia się na bohaterze. I mimo dystopicznych światów, w jego opowieści zawsze znajduje się ziarenko nadziei, które sprawia, że mimo nie raz bardzo trudnej tematyki, jego teksty nie przytłaczają zanadto. Oczywiście, mogą skłonić do pewnych przemyśleń, ale jednak Bacigalupi nie skazuje w swoich opowieściach całej ludzkości na bezdyskusyjną zagładę. 

Przyznaję, że mimo wszystko, lepiej odnajdywałam się w opowiadaniach. Nie wszystkie podobały mi się na równi, ale jednak są jakościowo na zbliżonym poziomie. Na ograniczonej przestrzeni przedstawia zaś niby podobne, a jednak inne od siebie wizje przyszłości. Takie, w których ludzie nie wiedzą już, czym są psy, albo takie, w których ludzkość głupieje. Nie brakuje tu też tematów związanych z krzywdzeniem nieletnich, czy z naprawdę nieprzyjemnymi porodami, dlatego wrażliwsze osoby powinny wziąć to pod uwagę.

„Nakręcana dziewczyna” to zaś powieść osadzona w świecie po katastrofie klimatycznej i gospodarczej. Świat nie wygląda już tak jak kiedyś, a akcja rozgrywa się w Tajlandii. Główna bohaterka to znienawidzona przez naturalsów kobieta-android, która jest zmuszana między innymi do prostytucji. Pewnego dnia zaczyna interesować się nią jednak pewien biznesmen. Powieść, poza linią fabularną samej protagonistki, porusza również tematy okołopolityczne. Przedstawia brutalny świat, w którym trzeba „grać”, aby przeżyć.

I to naprawdę dobrze napisana rzecz. Mój problem polega na tym, że mimo wszystko, nie specjalizuje się w krajach Azji i najzwyczajniej w świecie do wielu nazw musiałam się przyzwyczaić. To wymagało zaś sporej ilości skupienia, a co za tym idzie, lektura momentami bywała dla mnie nieco bardziej męcząca, niż standardowo. Niemniej, to wyłącznie mój osobisty problem, a nie obiektywny problem powieści.

Naprawdę cieszę się, że w końcu mogłam do Bacigalupiego wrócić. To autor, którego teksty zdają się być akurat „na moim poziomie”: na tyle mało naukowe, żebym nie gubiła się nadmiernie, ale na tyle pogłębione, bym miała z czytania satysfakcje. Ponadto to w dalszym ciągu literatura rozrywkowa, przy której można się po prostu dobrze bawić. No i czego chcieć więcej od porządnej fantastyki?


sobota, 11 lutego 2023

Idiota skończony: męska, rozrywkowa pulpa fantastyczna


„Idiota skończony” to antologia, która miała bodaj być jakąś jubileuszową książką Fabryki Słów. Coś jednak nie wyszło i ukazała się znacznie później, niż miała, a poza tym mam wrażenie, że przeszła bez echa. Kojarzę ją z premier w 2018 roku, ale nie zwróciłam na nią wtedy szczególnej uwagi, a w tym konkretnym roku byłam bardzo na bieżąco z nowościami i książkowymi mediami społecznościowymi, więc gdyby było inaczej: pamiętałabym. 

Idiota skończony
wyd. Fabryka Słów, 2018
wielu autorów

I właściwie jak najbardziej rozumiem dlaczego. Antologię, ogólnie rzecz biorąc, mają tendencje do bycia nudnawymi. Trzeba przebić się przez większość opowiadań dla tych kilku, które nadają się do dłuższej rozmowy na ich temat. Z tym że w tym przypadku… nie do końca jest po co. A przynajmniej jeśli jest się czytelnikiem z podobnymi preferencjami do mnie.

W tym zbiorze można znaleźć dwanaście tekstów, w tym dwa napisane przez kobiety. Nie wspomniałabym o tym, gdyby nie to, że to właśnie te dwa najbardziej się wyróżniają. Autorką tekstu, które posłużyło antologii za tytuł, jest Aneta Jadowska. Ten sam tekst dał początek całej serii opowiadań, które obecnie można znaleźć w liczącym dwa tomy cyklu „Klan Koźlaczków”. Nie jest to najlepsze opowiadanie jako takie. Ot, miłe, obyczajowe, słodkie. Babskie. Ale właśnie przez to na tle pozostałych po prostu się wyróżnia.

Drugie opowiadanie zostało stworzone piórem Ewy Białołęckiej i nosi tytuł „Garażowy”. To lekkie, żartobliwe fantasy, którego akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której ludzie zamiast kotków, adoptują skrzaty domowe. Ma w sobie sporo życia, ale w ogólnym rozrachunku to miły, rozrywkowy, ale… przeciętniak.

Tyle że pozostałe dziesięć tekstów to niemal wyłącznie stereotypowo męska fantastyka. Taka, w której roi się od militariów, są zombie i końce świata, jest mhrocznie i surowo, a przy tym wszystkim to rozrywkowa pulpa, niewiele do czegokolwiek wnosząca. Z tym że w przeciwieństwie do tekstów Jadowskiej i Białołęckiej, te zlewają się w całość. Osobiście nie przepadam za militariami, zombie też mnie szczególnie nie interesują, a jeśli szukam smutnego klimatu to wolę nostalgię od marazmu życiowego. Dlatego te teksty były dla mnie najzwyczajniej w świecie męczące.

Jedyne nazwisko, które wybija się w moim odczuciu pozytywnie, jest Marcin Podlewski. Z tego, co rozumiem, jego opowiadanie rozgrywa się w tym samym uniwersum, co jego popularnej powieści, bo pierwszy człon jego tytułu to „Głębia”. Jednocześnie w trakcie lektury miałam wrażenie, że jednak powinnam o tym świecie wiedzieć coś więcej, niż to, że istnieje, nim zabrałam się za lekturę.

Fabryka Słów kiedyś należała do moich ulubionych wydawców. Dziś sięgam raczej po pojedyncze, starsze tytuły, które się u nich pojawiają. I jeśli miałabym oceniać wyłącznie po tej antologii, to słusznie. Bo po prostu ich opowieści nie bardzo mnie interesują.



niedziela, 13 listopada 2022

Skrzydła nocy: liryczna opowieść o świecie pełnym barier

Świat przyszłości. Ludzkość podzielona została na kasty, które muszą ściśle przestrzegać panującej hierarchii i pilnować swoich ról. Strażnik ma jedno zadanie: kilka razy w ciągu dnia sprawdzać nieboskłon, aby odkryć inwazję obcych. Jest jednym z wielu i nie posiada imienia. Wędruje wraz z Lataczką, młodą dziewczyną z umiejętnością latania po zmroku, a także wraz ze zmodyfikowanym człowiekiem, który wyglądem bardziej przypomina potwora.



Robert Silverberg napisał swoje „Skrzydła nocy” w drugiej połowie lat 60. XX wieku. Początkowo było to opowiadanie, do którego dopisał dwa kolejne, a następnie złożył z tego niezbyt długą (bo mającą nieco ponad 200 stron w polskim wydaniu) powieść. Samo opowiadanie zdobyło Nagrodę Hugo i było nominowane do Nebuli, także nie da się ukryć, że już na początku zwróciło na siebie uwagę. I nic dziwnego, bo to kawał naprawdę solidnej fantastyki.

Skrzydła nocy
Robert Silverberg
wyd. Mag, 2017

Styl Silverberga jest naprawdę piękny, dość liryczny. To, w połączeniu ze światem, który niegdyś przetrwał katastrofę, sprawia, że tę historię, podobnie jak „Diunę”, czy „Księgę Nowego Słońca” czyta się jak porządne fantasy. Dlatego wydaje mi się, że choć nie jest to najprostsza lektura pod słońcem, to może się spodobać również tym, którzy niekoniecznie lubią sięgać po fantastykę naukową.

Choć od wydania opowiadania minęło już kilka dobrych dekad, sama treść nie zestarzała się szczególnie i dalej czyta się ją niezwykle płynnie i po prostu dobrze. Jedyną rzeczą, która może świadczyć o wieku tekstu, jest podeście autora do głównej postaci kobiecej z pierwszego opowiadania. Dziewczyna ma lat siedemnaście, a mimo to porusza się nago przy dojrzałych mężczyznach (zrozumiałe fabularnie, bo inaczej nie byłaby w stanie latać), a przy okazji jej rola mimo wszystko jest skupiona na aspektach seksualnych. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że po prostu jest niepełnoletnia. A wystarczyło dać jej nawet i dwa lata więcej, żeby nie było wątpliwości…

Poza tym moim zdaniem faktycznie część pierwsza, będąca pierwszym opowiadaniem Silverberga, jest najmocniejsza. Gdybym znalazła je w jakiejś antologii to jego konstrukcja, jego styl i generalnie: całokształt, na pewno zapadłby mi na dłużej w pamięć. Dalsze części są dalej solidne, ale moim zdaniem odbierają trochę mocy przekazu pierwszej części.

Ta historia sprawiła również, że zaczęłam się trochę zastanawiać nad kwestią kastowości w fantastyce. Zabieg, który w związku z tym wykonał Silverberg, jest wykorzystywany do dziś, często w fantastyce dla młodzieży (zwykle: w historiach o „royalsach”). Z tym że takie historie niezwykle spłaszczają tego typu uniwersa i sprawiają, że te światy są po prostu mało wiarygodne. Silerberg zaś robi to po prostu dobrze.

Ta książka to kawał porządnej rozrywki, która przy okazji jest ładnie napisaną literaturą. Choć wolałabym, by pierwsze opowiadanie pozostało samodzielnym tekstem to jako całość ta książka również naprawdę dobrze się broni, a na dodatek nie jest przecież długa. Dlatego naprawdę warto ją sobie w wolnej chwili sprawdzić.



środa, 9 listopada 2022

Zrodzony: VanderMeer w solidnym post-apo


Świat został zniszczony i zostały po nim jedynie zgliszcza. Miasto pozbawione imienia jest podzielone między kilka sił, a jedną z nich jest upadająca Firma, zajmująca się niegdyś niebezpiecznymi eksperymentami. Rachel to młoda zbieraczka, która mieszka wraz z partnerem w Balkonowych Klifach. Pewnego dnia znajduje stworzenie wyglądające jak ukwiał i nadaje mu imię Zrodzony.



Jeff VanderMeer czasem mnie przytłacza, a czasem zachwyca. Tym razem, na całe szczęście, udało mu się to drugie. Bo choć „Zrodzony” ma w sobie nieco z absurdu (za którym nie przepadam) to przede wszystkim ta powieść jest po prostu naprawdę solidnym i klimatycznym post-apo, które wykorzystuje postać tajemniczej istoty do opowiedzenia historii o zagubionej kobiecie.

Zrodzony
Jeff VanderMeer
wyd. Mag, 2018

To nie jest typowa powieść akcji. Owszem, trochę się tutaj dzieje, ale wszystko skupia się raczej na relacji Rachel ze Zrodzonym oraz jej partnerem. To mała historia, przez większą część czasu zamknięta we wspomnieniach bohaterki, w jej mieszkaniu oraz Mieście, do którego z ostrożnością wychodzi w poszukiwaniu nowych fanów. I o ile finał jest nieco większy i bardziej rozbudowany, to skala powieści jest dość skromna, wręcz kameralna. Ale to właśnie jest jej siłą.

Jest coś wciągającego w stylu VanderMeera. W tym, jak prowadzi relacje, jak powoli odkrywa kolejne karty, jak stopniowo prowadzi czytelnika przez stworzony świat. Należy jednak pamiętać o tym, że to nie jest autor, który odkrywa wszystkie karty. Ta książka zostawia po sobie trochę pytań pozbawionych odpowiedzi. Ale dla mnie to właściwie kolejna zaleta: autor nie musi wykładać mi wszystkiego, jeśli to nie jest konieczne, a w przypadku tej powieści mam wrażenie, że wyjaśnione zostało wystarczająco. Niemniej, osoby czytające głównie dość proste powieści mogą się poczuć nieco zagubione, dlatego warto o tym pamiętać.

Choć widzę tu, jak w każdej powieści VanderMeera, trochę artystycznego podejścia, to w dalszym ciągu uważam, że „Zrodzony” jest dobrą powieścią również pod względem scricte rozrywkowym. Właściwie dla mnie to idealny balans, pomiędzy książką, która wnosi coś nieco więcej, próbuje analizować i stawia trudne pytania, a historią, która ma po prostu bawić. I nie oszukujmy się, to jest właśnie to, czego szukam w fantastyce.

Pod koniec książki wydanej w ramach serii Uczta Wyobraźni możemy znaleźć również krótkie opowiadanie, którego akcja rozgrywa się równolegle do powieści. I choć rozumiem, czemu zostało tam umieszczone, to szczerze mówiąc: osobiście kompletnie go nie potrzebowałam. Było nieco dziwne, a przy okazji odkrywało niepotrzebnie niektóre karty. Niemniej, jak jest, to jest: cóż poradzić.

Jeff VanderMeer to nie jest autor dla każdego i doskonale o tym wiem. Ale ja jego twórczość naprawdę lubię i wydaje mi się, że warto dać mu szansę choćby po to, by poznać jakiegoś ciekawego twórcę.



niedziela, 12 czerwca 2022

Wojna światów: klasyka światowej fantastyki na tapecie


Na Ziemię spada tajemniczy meteor. Wkrótce okazuje się, że tak naprawdę jest swoistym statkiem kosmicznym, w którym przybyli Marsjanie. Mają jeden cel: podbić nową planetę i zamieszkać na jej powierzchni.



H. G. Welles jest uznawany za ojca współczesnej fantastyki. Co prawda musiałabym dokładniej zbadać sprawę, by debatować nad zasadnością tego stwierdzenia, ale to w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia. Najważniejsze, że to ważny dla „mojego” nurtu w literaturze autor, więc najzwyczajniej w świecie w końcu, po latach, musiałam się za niego zabrać. Chwyciłam „Wojnę światów”... i właściwie dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam.

Wojna światów
H. G. Welles
wyd. Vesper, 2018
tłum. Lesław Haliński

Za mną już nie jedna książka z XIX wieku i ta właściwie ma sporo cech typowej, rozrywkowej literatury z tamtych czasów. „Wojna światów” wygląda pod pewnymi względami bardziej jak sprawozdanie, a nie typowo współczesna powieść. Nie bez przyczyny: wtedy najważniejsze było to, by czytelnik faktycznie uwierzył (przynajmniej na początku lektury), że opisywane cuda miały miejsce, a taka forma chyba była w tym najskuteczniejsza. 

Sama przywykłam już do tego typu powieści i osobiście odbieram je jako naprawdę lekkie i przystępne. Typowe w tego typu narracji jest to, że właściwie zbyt wiele się tam nie dzieje, a bohater-narrator przytacza wiele, niekoniecznie istotnych albo pasjonujących, detali. Nie była to więc dla mnie najbardziej porywająca lektura, ale jednocześnie powieści z tamtych czasów mają urok leżący w ich niewinności, prostocie i klasie, jeśli chodzi o język, nawet jeśli są po prostu rozrywką dla mas.

Czy fabularnie poczułam się jakkolwiek zaskoczona? Nie. Za długo siedzę w fantastyce, by nie rozpoznawać pewnych tropów, a szkielet akurat tej powieści mniej-więcej znałam. Ale to nie zmienia faktu, że po prostu miło było spotkać się z Wellesem sam na sam i przynajmniej chwilę zatrzymać się nad jego słowem. 

Zresztą, tu naprawdę nie ma zbyt dużo wydarzeń. Wprawdzie obcy atakują ziemię i dostajemy od autora sporo opisów wojennych, ale nasz bohater nie przeżywa jakiejś szczególnej drogi. Jest raczej dość biednym obserwatorem rzeczywistości i to kompletnie nie na nim skupia się fabuła. A że jestem czytelnikiem stawiającym raczej na mocny charakter protagonisty, niż resztę wokół to moje zainteresowanie samą opowieścią w trakcie lektury było raczej na średnim poziomie.

„Wojnę światów”, tak jak właściwie każdą klasyczną powieść, warto sprawdzić. Szczególnie jeśli faktycznie chce się dotrzeć do rdzenia fantastycznej literatury i zobaczyć jej rozwój od początku. Ale czy istnieją leprze powieści w gatunku? Współcześnie jak najbardziej tak. Z tym że o to przecież chodzi by literatura, czy sztuka ogólnie, dzięki dziełom wielkich ojców i twórców, mogła iść dalej i nieustannie poszerzać horyzonty.



środa, 29 września 2021

Harda Horda: zjednoczone talenty oznaczają... przeciętne opowiadania?


Grupy literackie wśród polskich fantastów nie wydają mi się obecnie czymś szczególnie głośnym, czy nadmiernie popularnym. Jednak jakiś czas temu polscy czytelnicy mogli poznać Hardą Hordę. W jej składzie znaleźć można 12 kobiet, zarówno tych bardzo popularnych, jak i tych przynajmniej dziś nieco mniej znanych. Łączy je to, że piszą fantastykę (i nie tylko ją). Każda jednak ma swój własny głos, wiele z nich zaś tworzy zupełnie inne treści.

Harda Horda
antologia
wyd. SQN, 2019

I tak też w 2019 roku grupa nakładem wydawnictwa SQN wydała swoją pierwszą antologię. „Harda Horda” to pięknie wydana książka. Jest co prawda w związku z tym trochę „napompowana” i jej 390 stron jest nieco na wyrost, ale to idealny przykład prezentowej pozycji. Ma twardą oprawę, ilustracje, wyjęte z tekstu cytaty (akurat co do nich przekonana nie jestem), jakieś ozdobniki. Ponadto po każdym opowiadaniu można zapoznać się z krótkim biogramem autorki, która napisała dane opowiadanie.

Jeśli dobrze się orientuje, to w tym zbiorze opowiadań nie ma żadnej konkretnej myśli przewodniej. Ot, teksty autorek z grupy literackiej – ale bez konkretnego pomysłu. Zakładałam więc, że w ramach pierwszej antologii, która powinna trochę przedstawić ich twórczość, przedstawią teksty, z których naprawdę są zadowolone. Ciekawe koncepcyjnie i interesujące. A jeśli nie to chociaż takie, które pojawią się w tym zbiorze po raz pierwszy.

Rzeczywistość okazała się trochę inna. Opowiadania z „Hadrej Hordy” są stosunkowo równe poziomem (oczywiście odchyły się pojawiają), ale większość z nich to lekkie i raczej „komercyjne” teksty. Takie, które dobrze się czyta, ale nie wnoszą nic szczególnego. Część z autorek znam i dobrze wiem, że przynajmniej niektóre stać na o wiele, wiele więcej. Może to właśnie był pomysł na antologię – by zrobić ją bardziej komercyjną, niż artystyczną – ale przyznaję, że trochę się zawiodłam. Bo naprawdę ani jedno opowiadanie mnie „nie chwyciło”.

Jest tu kilka tekstów, które uderzają w bardziej delikatne struny. Na przykład Aleksandra Janusz prezentuje opowiadanie o przemijaniu, o starości, o utracie dawnego życia. Z kolei Aleksandra Zielińska, w bardzo mało fantastycznym tekście, opowiada o traumie dziecka. Po podobną emocjonalność sięga też Agnieszka Hałas. One wszystkie były całkiem dobre, ale być może trafiły na zły czas, a być może ja zbyt wiele podobnych opowiadań już czytałam i mimo wszystko nieszczególnie mnie zainteresowały – ale nie zdziwię się, jeśli kogoś poruszą.

Oczywiście chyba nikogo nie zdziwi, że najlepiej bawiłam się przy opowiadaniu Anny Kańtoch, na którą w tej chwili „mam fazę” i najwyraźniej nie przestaje jej mieć. O dziwo, to wcale nie jest tekst fantastyczny, choć to wyraźnie opowiadanie gatunkowe. Przypomina mi trochę to z „Innych światów”, nie jest wyżyną, na którą Kańtoch wzbijać się potrafi, ale po prostu dobrze mi się ją czytało.

Marta Kisiel w „Jaworze” jest dość lekka i młodzieżowa, ale bardziej poważna, niż zwykle. Aneta Jadowska wrzuciła do zbioru opowiadanie o swojej Malinie, czyli magicznej Magdzie Garstce. Choć wiem, że tej autorce opowiadania potrafią wychodzić lepiej, niż powieści, to ta słodko-obyczajowa wersja, w której niewiele się dzieje, nie bardzo mnie zainteresowała.

Trochę zaskoczyła mnie trochę nieznana mi wcześniej Magdalena Kubasiewicz, bo jej tekst o nekromancie Noah jest z tych, które mogą okazać się niezłym komercyjnym sukcesem. To opowiadanie nie było w żadnym razie wybitne, ale wygląda mi to na ten typ opowieści, który po prostu może się spodobać, jeśli zostałby zebrany w większym zbiorze z jednym bohaterem. Mamy tutaj „detektywa”, dość lekki, ale lekko mroczny klimat i zagadkę. To ten typ historii który pisze (a raczej próbuje i czasem jej odrobinkę wychodzi) Jadowska, czy też który w „Szamance od umarlaków” zafundowała Raduchowska.

Poczułam się rozczarowana tekstem Ewy Białołęckiej. Znam ją raczej z „Kronik drugiego kręgu”, więc spodziewałam się ładnego stylu i ciekawej narracji. Dostałam zaś dość potoczny język i proste opowiadanie osadzone w trakcie apokalipsy zombie. No i bohaterkę, która nie wiedzieć czemu wygląda mi trochę jak alter-ego samej autorki.

Największy zawód przyniosła mi jednak Martyna Raduchowska. Jej opowiadanie właściwie opowiadaniem nie jest. To fragment ze wspomnianego już cyklu („Szamanka od umarlaków”), który został jedynie nieco rozpisany – tak, by uzupełnić luki, gdy historia była opowiadana z innej perspektywy. W związku z tym, osoby, które czytały cykl nie odkryją tu niczego nowego, zaś czytelnicy, którzy dopiero mogliby się nią zainteresować, dostają solidny spoiler, psujący całą zabawę. I po co?

Cieszę się, że taka antologia dostała szansę i miała okazję pojawić się na rynku. To ładnie wydany zbiór, który dobrze nada się na prezent, bądź świetnie sprawdzi się, jeśli szukacie lekkich, ale dość solidnych tekstów. Jednocześnie żałuję, że to wnętrze przedstawia się tak, jak się przedstawia – oczekiwałam więcej, bo dobrze wiem, że te autorki na więcej stać.

Opowiadania/autorki niewspominane nie zrobiły na mnie wrażenia i/lub uleciały z pamięci zaraz po lekturze, co też nie świadczy najlepiej.


Ilustracja do opowiadania Anny Kańtoch.

czwartek, 23 września 2021

Nowi ludzie: świat z początku lat 2000

 


Po tym, jak z ledwością doczytałam „Vertical”, książki Rafała Kosika wzbudzają we mnie pewien dystans. I choć podobał mi się zarówno czytany później „Różaniec”, czy jedna z jego książek dla dzieci to tak czy siak, zawsze boję się, że będzie ciężko, że będę się nudzić i męczyć w trakcie lektury. Dlatego „Nowi ludzie” przeleżeli mi chwilę na półce, nim po tę książkę sięgnęłam. Moje lęki jednak okazały się całkiem irracjonalne.

Głównie dlatego, że ten zbiór opowiadań składający się z dziesięciu tekstów po prostu dobrze się czyta. Styl Kosika jest po prostu przystępny, ale z odpowiednim ciężarem. Ma też w sobie pewną klasę, której brakuje niektórym autorom. I to dotoczy wszystkich opowiadań – także tych, które podobały mi się nieco mniej.

Nowi ludzie
Rafał Kosik
wyd. Powergraph, 2013

Na dziesięć tekstów, jeden to fantasy, a pozostałe są dość klasycznym SF z akcją osadzoną (zwykle) w Polsce. Mamy tu trochę dystopii, sporo post-apokalipsy, jest odrobina kryminału. Opowiadania Kosik pisał w latach 2000-2002 i właściwie lwia część z nich wydaje się wyrażać lęki autora związane z tym, w którą stronę zmierza świat sprzed dwudziestu lat. Czytanie ich po takim czasie jest dość ciekawe samo w sobie, bo pozwala zweryfikować wyobrażenia twórcy z tym, co dzieje się dzisiaj. Dla przykładu, mamy na przykład tekst napisany po ataku na WTC, czy też opowiadanie w karykaturalny sposób przedstawiające dążenie do równości wszystkich i wszystkiego.

Tu chyba warto zaznaczyć, że Rafał Kosik, jako twórca, jest raczej po tej „prawej” stronie barykady, a przynajmniej był, gdy te opowiadania pisał. Jednak należy też zauważyć, że nie jest on rzucającym przekleństwami i wyzwiskami Jackiem Piekarą. Jego twórczość jest stonowana, napisana – jak już wspominałam – z pewną klasą. Dlatego raczej odbieram przedstawione przez niego historie właśnie jako wyraz pewnych lęków. I choć oczywiście krytykuje on pewne postawy, to np. robi to moim zdaniem znacznie lepiej, niż Jarosław Grzędowicz w swoim „Hel-3”.

Jednym z opowiadań, które jest chyba najbardziej karykaturalne i dotyczy właśnie tematyki równościowej są tytułowi „Nowi ludzie”. Ten tekst jest wyraźnie przerysowany i wyraźnie żartobliwy, a przez to jest jednym z tych, który najbardziej się w tym zbiorze wybija. Jednak muszę przyznać, że i tak moim ulubionym jest „Partyline”. Być może to dlatego, że mimo wszystko zwykle wolę fantasy, a może przez to, że akurat potrzebowałam trzymającego w napięciu kryminału fantastycznego, ale to zdecydowanie mój ulubiony tekst z tego zbioru.

Pozostałe były raczej po prostu w porządku. Czytało mi się je całkiem płynnie, choć były momenty, że potrafiły mnie lekko znudzić. Nie okazały się szczególnie wyjątkowe, ale też nie widzę większych powodów do narzekań.

Wydaje mi się, że jeśli ktoś szuka takich dość porządnych i raczej klasycznych opowiadań science-fiction to po „Nowych ludzi” Kosika powinien sięgnąć. To przyjemna lektura, choć ogólnie rzecz biorąc, niebędąca czymś szczególnie wyjątkowym. Dlatego też nie odbieram jej jako „must read”, chociaż do „Partyline” pewnie jeszcze kiedyś sobie wrócę.


czwartek, 22 lipca 2021

Openminder: ciekawy debiut, ale czy dobra powieść?


Po odkryciu nowej technologii, pozwalającej na kontrolę ludzkich negatywnych zachowań, wybuchła wojna. Świat podzielił się na pół. W tej lepszej – bogatszej i cywilizowanej – połowie mieszka Nikodem – wyjątkowo utalentowany uczeń, który wraz z innymi sobie podobnymi rozpoczyna szkolenie na kogoś, kto w przyszłości może stanąć na czele swoich ludzi.

 

Skoro „Trupokupców” Świerczek-Gryboś uznałam za ciekawą lekturę, postanowiłam dać szansę debiutowi autorki. „Openminder” brzmiał jednak początkowo dość „strasznie”. Druga powieść tej pisarki jest jednak dość specyficzna i kojarzy się raczej „ciężko”, a kojarząc jej estetykę, wydawało mi się, że debiut może być podobny, lecz gorszy, słabszy. Recenzje zresztą też niekoniecznie mnie uspokajały, bo wiele z nich tę powieść po prostu dość mocno krytykuje.

Openminder
Magdalena Świerczek-Gryboś
wyd. SQN, 2019

Dlatego pierwsze ok. 170 stron książki na nieco ponad 300 w sumie okazało się zaskakująco pozytywnym zaskoczeniem. Choć w tekście nie brakuje neologizmów, język wydał mi się zaskakująco przystępny, szczególnie że przecież w „Trupokupcach” potrafił być dość specyficzny, a co za tym idzie – bywał męczący. Debiut Świerczek-Gryboś jest zresztą książką kompletnie inną, niż jej druga powieść, mimo że w obydwu pojawia się postapokaliptyczny motyw oraz raczej dość gęsty klimat.

To, co jednak spodobało mi się szczególnie, ale jednocześnie dla wielu czytelników może być w tym przypadku wadą są… nawiązania. Dlatego, że choć estetykę z autorką mamy kompletnie inną to jednak – do pewnego stopnia znamy bardzo podobne dzieła kultury. Nawiązania do polskiej fantastyki socjologicznej z lat 80. XX wieku czasem wręcz bezpośrednio kojarzyły mi się z Markiem Oramusem czy Maciejem Parowskim. Nie brakuje tu nawiązań do tak znanych autorów, jak Lem czy Sapkowski, a że na temat anime mam przynajmniej podstawową wiedzę to i tu byłam w stanie te nawiązania wyłapać. To było dla mnie naprawdę niezmiernie miłe przeżycie, dlatego, że niełatwo jest znaleźć kogoś, kogo kręci zarówno starsza polska fantastyka, anime i popkultura w ogóle.

Pod kątem fabularnym sam początek jest dość ciekawy, ale raczej nie odbierałabym tej powieści jako ponadczasową historię, która ma podjąć dyskusję z jakimś problemem społecznym, bądź być krytyką obecnego systemu. Oczywiście pewnie i takie wątki da się tu znaleźć, ale dla mnie to jednak przede wszystkim zabawa i mieszanie motywów. Jednak kompletnie mi to nie przeszkadzało i mimo że nie przepadam ani za mechami, ani za „Neon Genesis Evanelion” (do którego wg. Pawła Majki autorka nawiązuje) to nie miałam zamiaru na to narzekać.

Gorzej zrobiło się później. Miałam wrażenie, że po połowie książki autorka zgubiła gdzieś rytm. Zaczyna się dziać dużo, a właściwie – zbyt dużo, przez co przynajmniej ja traciłam zainteresowanie historią, traciłam jej sens i nie miałam większej ochoty brnąć dalej. Na dodatek, nawiązując do fantastyki socjologicznej autorka sięga po brutalne motywy, które powinny szokować, ale mam wrażenie, że chwilami po prostu wypadają dość prostacko.

„Openminder” to na pewno ciekawy debiut. W twórczości Magdaleny Świerczek-Gryboś jest coś unikalnego. Jednocześnie czy jest to po prostu dobra powieść do „poczytania”? Wydaje mi się, że nie. Bo aby w pełni się w niej odnaleźć, dobrze byłoby znać przynajmniej kilka dzieł, z których autorka czerpie. Dlatego kompletnie nie dziwie się osobom, które przez tę powieść nie przebrnęły, albo które po prostu się w trakcie lektury nudziły. Przy tym nie da się ukryć, że mniejsza połowa powieści po prostu dużo słabsza. Ale jeśli ktoś z was ma ochotę – proszę bardzo, możecie próbować dać tej powieści szansę.


środa, 24 lutego 2021

Inne światy: Antologia inspirowana "1920+" Jakuba Różalskiego

 

Dziesiątka pisarzy, zainspirowana pracami Jakuba Różalskiego ma zamiar przenieść czytelnika w „Inne światy”. Nie znam innej takiej fantastycznej antologii. W 2018 roku SQN spróbowało połączyć świat obrazu ze słowem, tworząc piękne (choć nie bez wad) wydanie z tekstami znanych polskich pisarzy. Trafiło do mnie już w okolicy premiery, ale choć zaczęłam ja czytać, długo nie mogłam go skończyć.

„Pomiędzy” przeczytałam za to dwie książki, które są rozwiniętą wersją treści z „Innych światów”. „Zgasić słońce. Szpony smoka” Szmidta to powieść na bazie opowiadania, która nieszczególnie mi się spodobała, a „Imperium chmur” Dukaja jest jedynie trochę rozwiniętą powieścią, która w tym zbiorze się znalazła. Choć jest piękna językowo, nie za bardzo intryguje mnie pod kątem fabularnym.

Inne światy
antologia
wyd. SQN, 2018

W końcu jednak udało mi się tę antologię przeczytać w całości. Na dziesięć opowiadań okazało się, że mam w gruncie rzeczy dwa typy, które naprawdę mi się podobały. Bo o ile Dukaj jest mistrzowski, jeśli chodzi o język, o tyle, jak już napisałam, ta konkretna historia mnie nie fascynuje, po prostu. Za to opowiadania Anny Kańtoch i Łukasza Orbitowskiego są naprawdę dobrymi opowiadaniami, które przy okazji w znacznej mierze do mnie przemawiają.

Przyznaję, że z tej dwójki wolę Kańtoch. Ta pisarka swoim stylem świetnie buduje pewną baśniowość i magię, a sam tekst ma pod koniec dobrą puentę i dla mnie jest po prostu opowiadaniem kompletnym. Orbitowski jest zaś znacznie bardziej horrorowy w ten brudny, szary i smutny sposób. Przedstawia Polskę przez wiele dekad, opowiadając w krótkim tekście historię naszego kraju aż do współczesności. I niestety, o ile ten tekst naprawdę bardzo cenię to najzwyczajniej w świecie: horror nie jest „mój”. Dlatego wolę Kańtoch, jednak w tym przypadku to jest rzecz zupełnie subiektywna, bo obydwa opowiadania są bardzo dobre.

Nastepnie mamy „paczkę” tekstów, która właściwie nie do końca mnie obeszła. Co prawda Małeckiego zapamiętałam na dłużej, ale koniec końców, nie było w tym tekście niczego, co by mnie szczególnie poruszyło. Jadowska, Zielińska i Chutnik napisały „po prostu teksty” – no były, dały się czytać, ale już powoli ulatują mi z głowy. Mróz, jak na Mroza, był zaskakująco ciekawy, ale to, tak czy siak, raczej dość przeciętny poziom. Szmidt? Ponownie, nie obszedł mnie zupełnie. Żulczyk zaś wyróżnił się, sięgając po inny koncept, niż pozostali twórcy, ale że już się, z czym podobnym spotykałam, to nie zrobiło na mnie nie wiadomo jak wielkiego wrażenia.

Gatunkowo króluje tu fantastyka historyczna i alternatywna historia. Nie dziw: w końcu prace Różalskiego to często połączenie polskości z mechami. Dwa z tekstów nawiązują do Dalekiego Wschodu (Dukaj, Szmidt), jeden – do arabskiego świata (Jadowska). Jest momentami bardziej horrorowo (Orbitowski), nie brakuje post-apokalipsy (Zielińska, Małecki) czy zabaw z podróżami w czasie (Mróz). Mimo wszystko całość utrzymana jest w niezbyt kolorowym, raczej smutnym niż radosnym i baśniowym settingu. Autorzy nie zawsze trzymają się bezpośrednio ilustracji, odbijając w różne kierunki, ale klimat prac Różalskiego jest mniej-więcej oddany. 

Wiem, że z samym wydaniem były pewne kontrowersje. Niektóre prace Różalskiego są wklejone w dziwny sposób, albo np. są tylko kolorowymi ozdóbkami. Nie był to chyba najlepszy wybór SQNu i książka graficznie mogłaby wypadać lepiej, ale, tak czy siak, uważam, że taka próba zasługuje na uwagę. Nie miałabym nic przeciwko całej serii antologii, która brałaby na tapet jakiegoś twórcę dzieł plastycznych.

„Inne światy” to pięknie wydana i dość wyjątkowa pod kątem konceptu antologia. Niemniej, pod względem treści wypada dość… przeciętnie. Na dziesięciu autorów w moim odczuciu mocniej wyróżnia się trzech (z czego od Dukaja wiele osób może się odbić). Pozostałe teksty są często „do przeczytania”, nie mam na ich temat szczególnych krytycznych uwag, ale nie jestem w stanie uznać tego zbioru za coś absolutnie wyjątkowego.


czwartek, 11 lutego 2021

Trupokupcy: Postapokalipsa, która obudziła świat starych bogów


Katastrofa klimatyczna doprowadziła do końca świata, jaki znamy. Na polskich ziemiach władać zaczynają starzy bogowie. Istoty z wierzeń, które wydawały się już dawno zapomniane. We wsi Stare Olchy ludzie próbują przetrwać, wchodząc we współpracę z istotami wychodzącymi z okolicznego lasu.

 

Słowiańszczyzna w polskich powieściach fantastycznych nie traci na popularności. Ba, nawet niektóre książki są jako takie promowane, choć nie mają w sobie żadnych takich elementów (tak, „Domiemiędzy chmurami”, to mowa o tobie). Post-apokalipsę z tymi motywami także miałam okazję już poznać. „Strażnik” Pauliny Hendel nie był jednak powieścią ani szczególnie ciekawą, ani szczególnie dobrą. Dlatego też jeśli chodzi o samą bazę konceptu „Trupokupcy” Magdaleny Świerszczek-Gryboś nie są czymś kompletnie nowym i kompletnie innym. Sprawa ma się jednak inaczej, jeśli spojrzymy na prowadzenie narracji, bo ta z Hendel nie ma już zupełnie nic wspólnego.

Trupokupcy
Magdalena Świerszczek-Gryboś
wyd. SQN, Kraków 2020

Piszę, porównując trochę te dwa tytuły, głównie dlatego, że Hendel jest po prostu dużo lepiej znana i wydaje mi się, że jakiś punkt odniesienia pomoże mi lepiej wyjaśnić, czym „Trupokupcy” w ogóle są. Może jednak lepiej będzie wspomnieć najpierw technikalia. Książka Świerszczek-Gryboś to bardzo krótka powieść. Całe wydanie ma jakieś 215 stron. Gdy odejmiemy od tej długości przedmowę, posłowie, ilustracje, teksty piosenek wplecione w treść i puste obszary pomiędzy rozdziałami dostaniemy powieść naprawdę bardzo krótką jak na dzisiejsze standardy pisania. Nie jest to jednak wada. Współcześnie książki są często zbyt „przegadane” i rozrastają się od razu do nadmiernej ilości tomów, dlatego jak najbardziej szanuje tak krótki „jednostrzał”. Jednocześnie, z powodu samej konstrukcji tej książki, zastanawiam się, czy nie lepiej sprawdzałaby jako opowiadanie lub zbiór kilku krótszych tekstów.

Dlatego że – w przeciwieństwie do wspomnianego już „Strażnika” – „Trupokupcy” nie są jedną z tych zupełnie klasycznych, rozrywkowych książek, w których od razu wiemy, kto jest głównym bohaterem. To książka skupiona raczej na emocjach i niedopowiedzeniach. Niby mówiąca coś o świecie przedstawionym, ale nie do końca. Przy tym jest trochę chaotyczna, ale właściwie post-apokaliptyczny świat przecież po prostu może taki być. Nie musi mieć klarownych zasad, jego mieszkańcy mogą się gubić w panującej rzeczywistości, a sama sytuacja może się bezustannie zmieniać. Ta forma pasuje mi więc do całokształtu. Ale jednocześnie wydaje mi się, że mogłaby mieć właśnie nieco mocniejszy wydźwięk emocjonalny, gdyby nie była jedną konkretną historią, a kilkoma powiązanymi światem. Niemniej, dostaliśmy powieść i jako powieść ta książka również sprawdza się całkiem nieźle.

Chociaż przyznaję, że osobiście dodałabym tu kilka elementów. Wyjaśniłabym nieco klarowniej choćby to, kim są tytułowi „trupokupcy”. Ustanowiłabym też ten świat ogólnie odrobinę bardziej, bo w przypadku powieści jednak to zdaje się przydatne. Opowiadania nie muszą tego robić, ale dłuższej formie by „wypadało”. Nie jest to dla mnie duża wada, która psuła mi przyjemność z lektury, ale wydaje mi się, że to poprawiłoby ogół odbioru powieści.

Drobny problem widzę również w przypadku bohaterów. „Trupokupcy” to nie książka bazująca na tym aspekcie, ale na 200 stronach pojawia się dość spora grupa postaci, które jednak przynajmniej mi cały czas się plątały. Przydałoby się im kilka mocniejszych cech charakterów, aby można było je od siebie łatwiej rozróżnić. Niemniej, ponownie: to nie książka o nich. Nacisk położony jest na inne elementy.

Sama fabuła jest przy tym dość prosta i raczej jednowątkowa, co nie dziwi, biorąc pod uwagę objętość książki. Zresztą, także z powodu sposobu narracji bardziej skomplikowana historia po prostu by tutaj „nie przeszła”. Już ona sama pozostawia dużo pytań bez odpowiedzi, a rozbudowana historia mogłaby tylko ten efekt pogłębić, sprawiając, że ta opowieść zaczęłaby się robić zdecydowanie męcząca.

Jak już też wspominałam, pomiędzy tekstem można znaleźć liczne teksty piosenek. Dla mnie są one kompletnie zbędnym dodatkiem, bo najzwyczajniej w świecie ani nie znam tych utworów, ani nie przepadam za poezją w prozie w ogóle, ale jednocześnie dobrze wiem, że to kwestia mocno indywidualna. Ja po prostu w kwestii muzyki jestem… cóż, mocno specyficznym przypadkiem.

Koniec końców uważam, że „Trupokupcy” Świerszczek-Gryboś to ciekawa propozycja. Książka być może nawet i tylko na jeden lub dwa wieczory, ale wyróżniająca się spośród innych podobnych tematycznie powieści klimatem oraz sposobem wykonania. Jednocześnie wydaje mi się, że może być raczej pozycją dla konesera, a nie dla przeciętnego, szarego czytelnika. Jeśli ktoś szuka przede wszystkim klasycznej historii, z klarowną ekspozycją i naciskiem na głównych bohaterów być może lepiej byłoby sięgnąć po inną powieść.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.

Książka, tak jak każda inna wydana w imprincie SQN Orginals, jest dostępna przede wszystkim na SQN Store, także możecie jej szukać właśnie tam. :)

sobota, 30 stycznia 2021

Pożeracz Szarości: Opowiadanie lepsze od "Wiedźmina". Antologia konkursu "Fantastyki"

 

Drugi konkurs „Fantastyki” z 1985 roku wyłonił jednego z największych, jeśli nie największego, zwycięzcę polskich konkursów literacko-fantastycznych w ogóle. To właśnie wtedy drugie miejsce zajęło opowiadanie „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego i choć przez samo pismo nie zostało nagrodzone pierwszym miejscem, to ono okazało się największym sukcesem w ogóle. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dziś to nie tylko opowiadanie, a cała marka, w skład której wchodzą gry komputerowe, dwa tytuły filmowe oraz teksty osadzone w tym świecie. Twórczość Sapkowskiego jest znana nie tylko w Polsce.

Pożeracz szarości
red. Maciej Parowski
wyd. Reporter, 1991
O pozostałych opowiadaniach, które w tym konkursie zostały wyróżnione, współcześnie raczej się nie pamięta. Pozostał nam z niego „Wiedźmin”, a inne są znane albo tym, którzy w tamtym czasie byli w fandomie albo interesują się fantastyką nieco głębiej, nie sięgając tylko po nowości. A poznać je wbrew pozorom dość łatwo, bo w 1991 roku ukazał się zbiór „Pożeracz szarości” pod redakcją Macieja Parowskiego, w którego skład wchodzą wszystkie wyróżnione teksty z wyłączeniem „Wiedźmina”. On dostał swój prywatny zbiorek wraz z innymi opowieściami z tego uniwersum. To niewielka książeczka, mająca jakieś 250 stron, zawierająca siedem opowiadań oraz posłowie redaktora.

I tak naprawdę, jeśli chodzi o mnie, w tym zbiorze mogłyby pozostać tylko dwa teksty, a ja i tak byłabym z niego zadowolona. Przede wszystkim interesujący jest ten tekst, który w tym 1985 roku konkurs wygrał. Gdy przeczytałam „Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam” Huberatha miałam w głowie jedno słowo na określenie tego opowiadania. Angielskie, ale dla mnie najlepiej je oddające: „creepy”. To tekst osadzony w post-apokaliptycznym świecie, w którym ludzkość… cóż, po prostu nie wygląda już tak, jak powinna. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale to naprawdę obrazowy, trochę obrzydliwy i zdecydowanie straszny obraz przyszłości, który po prostu wzbudza ciarki. Nie jest to w żadnym razie lektura miła, ale zdecydowanie bardzo dobra.

Nie dziwię się, że to Huberath wygrał tamten konkurs. Z resztą, w którymś ze swoich tekstów Parowski wspominał, że „Wiedźmin” nie wygrał, bo głupio im (komisji) wręczyć nagrodę czemuś, co tak dobrze się czyta. O ile historie o Geralcie to generalnie bardzo dobra przygoda, o tyle przyznaję, że w tym starciu Huberath wygrał słusznie.

Drugie opowiadanie jest tym tytułowym. „Pożeracz szarości” Meszka to fantasy swoją konstrukcją bardzo przypominające baśń o miłości. Jak w posłowiu napisał Parowski, emocje w nim zawarte wręcz graniczą czasem z kiczem, ale… ja czasem po prostu taki kicz lubię.

Pozostałe teksty były lepsze i gorsze, ale albo nie trafiały w moje gusta, albo wydawały się trochę tekstami z dawniejszej epoki SF, która nie zawsze wzbudza we mnie większe uczucia. Mamy tu trochę o wchodzeniu w przestrzeń „wirtualną”, mamy Gocieka i jego krótki tekst powiedziałabym: fantasy. Jest nawet i fantasy nawiązujące do świata wschodu, ale to po prostu nie były opowiadania, których czytanie naprawdę by mnie angażowało.

W każdym razie te dwa opowiadania są dla mnie wystarczającym powodem, aby po lekturze mieć dobre wspomnienia. Być może też kiedyś do zbiorku i tych opowiadań wrócę, bo jest zawsze możliwość, że po prostu tym razem coś mi umknęło. Niezależnie jednak od tego, dobrze mieć takiego „Pożeracza szarości” w swoim zbiorze. W końcu to bądź co bądź dość istotny dla polskiej fantastyki zbiorek.


sobota, 3 października 2020

Zmiana: ...na gorsze? Bezbarwna kontynuacja "Silosu"



Troy budzi się z hibernacji na trwającą pół roku zmianę. Jako jeden z przełożonych w pierwszym Silosie musi kontrolować, co dzieje się we wszystkich pozostałych. Okazuje się, że jego zmiana wcale nie będzie prosta. Niespełna sto lat wcześniej młody kongresmen, Donald, dostaje wyjątkowo ważne i owiane tajemnicą zadanie. Ma zaprojektować budynki, kluczowe dla istnienia ludzkości. Dlaczego? Jeszcze nie ma o tym pojęcia.

 

Czasem pojawiają się w moich rękach książki, które mimo swojej przeciętności zaskakują mnie pozytywnie. Bo „Silos” Hugh Howey’a trafił do mnie przypadkiem. Kupiłam go na bardzo dużej promocji, za kilka groszy, wraz z trzecim tomem z cyklu. Nie spodziewałam się po tej książce niczego dobrego, a jednak okazało się, że dało się ją czytać. Liczyłam więc trochę, że „Zmiana”, która w przeciwieństwie do tomu pierwszego debiutem już nie jest, pokaże mi coś więcej, coś lepszego. Jak się jednak okazało, nadzieje nie miały pokrycia z rzeczywistością.

Bo spotkanie z tą książką było… no było. Po prostu było, minęło i raczej do niej nie wrócę. Już dawno nie sięgnęłam po lekturę względem której miałabym aż tak obojętne odczucia. Ani nie bawiłam się dobrze w trakcie czytania, ani też nie irytowałam nadmiernie. Strony mijały szybko i jedynie czasem gdzieś tam wkradała mi się nuda i chęć pominięcia kolejnych stron. Analiza tekstu to jednak trochę inna bajka – bo mimo wszystko, wytknąć tej pozycji mogę sporo.

Howey miał dobry pomysł wyjściowy. Poszedł nieco w stronę fantastyki socjologicznej/dystopii próbując poprzez swój post-apokaliptyczny świat pokazać ludzi żyjących w zamkniętym środowisku. W pierwszym tomie zrobił to jednak zbyt płytko i zbyt sztampowo, aby wywołało to we mnie większe emocje. Podobnie jest w „Zmianie”. W kontynuacji autor próbuje eksplorować to, w jaki sposób doszło do zamknięcia ludzi w silosach i zadaje pytania co do moralności tych czynów. Robi to jednak w sposób niezbyt wprawiony i naprawdę nudny. W tej części skaczemy od samego planu ludzkości przed apokalipsą, przez upadanie silosów, aż do rozwiązania zagadki dotyczącej tego, co i jak się stało. Howey wykłada nam więc wszystko od A do Z, nie zostawiając żadnych domysłów, przez co jego świat staje się wręcz absurdalny. Jeśli w tego typu literaturze przestaje istnieć choć odrobinka tajemnicy to jeśli nie jest perfekcyjnie skonstruowany to zaczyna się sypać niczym domek z kart – i mam wrażenie, że to dzieje się w tym przypadku.

Dodatkowo skakanie pomiędzy stuleciami z Troy’em (którego tajemnica prędko staje się oczywistością: ja domyśliłam się rozwiązania praktycznie od razu) było po prostu… głupie. Irracjonalne. Jedna osoba, budząca się do życia co sto lat i nie mającą problemu w przywyknięciu do aktualnie trwającej sytuacji nie pomaga w realistycznym budowaniu świata przedstawionego.

Należy tu nadmienić, że tom pierwszy oraz drugi łączy właściwie tylko samo uniwersum. Owszem, jakieś wydarzenia się pokrywają, ale generalnie nasi bohaterzy to nowe postacie. Nie jest to więc bezpośrednia kontynuacja.

„Zmiana” ma też spory problem ze stylem autora. Bo chociaż Howey pisze w sposób bardzo lekki i przystępny to mam wrażenie, że jest za bardzo przegadany. Połowę treści można było naprawdę wyciąć, a powieść co najwyżej zyskałaby na tempie. Niestety, przez to trudno mi nie odnieść wrażenia, że autor ma w sobie duszę grafomana, który pisze, pisze i nie potrafi przestać, a usunięcie fragmentów dzieła jest dla niego zniszczeniem jego najbardziej ukochanego dziedzictwa. A tej powieści naprawdę mocno przydałoby się ostre cięcie.

Jako, że trzeci tom na półce już po prostu mam to na pewno zakończę lekturę tej trylogii w całości i nie będę poprzestawać na tomie drugim.  Gdybym jednak nie jej nie miała to na pewno nie kupowałabym jej specjalnie. Nie trudno mi się domyśleć, jakie będzie zakończenie, a sama powieść jest dla mnie po prostu bardzo bezbarwna i przy tym niezbyt wprawna warsztatowo. Niemniej, to da się czytać. Nie boli nadmiernie, wchodzi lekko i stosunkowo bezboleśnie. Jeśli wiec ktoś szuka po prostu jakiejś post-apokalipsy, bo pochłania takie lektury w ilości każdej to jak najbardziej można dać tej serii szansę. Może akurat Was ten świat i takie podejście do pisania zauroczy.  Wszak gusta są różne, a ten tytuł nie bez powodu sprzedał się w dużych ilościach na amerykańskim rynku.




Nomida zaczarowane-szablony